1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Budujemy fundamenty. Rozwój niemowlaka - jak go stymulować i wspierać?

Budujemy fundamenty. Rozwój niemowlaka - jak go stymulować i wspierać?

 (Ilustracja Katarzyna Bogucka)
(Ilustracja Katarzyna Bogucka)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Przyszłość świata decyduje się w dziecięcych pokojach, w szczególności w tych zajmowanych przez dzieci w wieku do trzech lat – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Pewien ojciec dwuletniego synka powiedział mi wyraźnie rozczarowany: „Bawię się z synkiem, czytam mu, chodzimy na spacery, a on tego nie doceni, bo niczego nie będzie pamiętał”. Stąd już tylko krok od myślenia, że okres niemowlęctwa jest mało istotny, jeśli chodzi o wychowanie. Jest dokładnie odwrotnie. Myślenie tego ojca to częsty przejaw rodzicielskiego narcyzmu. Ponieważ okres niemowlęctwa i dzieciństwa do trzeciego roku życia jest dla rodziców wymagający, kosztowny i nierzadko wyczerpujący, więc bardzo by chcieli, żeby dzieci z wdzięcznością pamiętały tę ogromną rodzicielską inwestycję. Ale nie ma powodu do zmartwienia, bo i tak wszystkie doświadczenia naszych dzieci zostaną z ogromną precyzją zapisane w dziecięcej podświadomości. W dodatku wszystko wskazuje na to, że doświadczenie z okresu życia do trzech lat, a także doświadczenia prenatalne i okołoporodowe tworzą w mózgu dziecka pierwotną matrycę poznawczą i emocjonalną decydującą o sposobie postrzegania i interpretowania świata przez całą resztę jego życia.

Dlatego powtarzam od lat, że przyszłość świata decyduje się w dziecięcych pokojach, wykuwa się w relacjach z rodzicami czy opiekunami, a także poprzez pośrednie uczestniczenie w zawiłościach uczuciowych związku rodziców. Dzieci w wieku do trzech lat nabywają niezbędną i fundamentalną wiedzę, coś w rodzaju oprogramowania, umożliwiającą odnalezienie się i przetrwanie w środowisku i systemie rodzinnym, w którym przyszło im się urodzić. Oprogramowanie to charakteryzuje się niezwykłą trwałością właśnie dlatego, że nie zapisuje się na poziomie świadomym. Zostało bowiem zakodowane w podkorowych, prewerbalnych strukturach mózgu, a więc jest praktycznie niedostępne refleksji, a tym bardziej próbom korekty. Dlatego właśnie uznajemy to sformatowanie za naszą prawdziwą tożsamość czy naturę, uważamy, że tacy się narodziliśmy, co obiektywnie jest błędem, ale w subiektywnym odczuciu nie sposób tego zakwestionować.

Co wobec tego jest w tym okresie w wychowaniu najważniejsze? Nasycenie dziecka troską i miłością. Bezradny noworodek wrzucony w świat potrzebuje poczucia bezpieczeństwa prawie tak samo jak oddechu. A źródłami tego poczucia są troska, bezwarunkowa miłość i zachwyt rodziców. Skala nasycenia w tym okresie poczuciem bezpieczeństwa będzie decydowała o tym, na ile dorosła postać tego niemowlęcia będzie mogła i chciała odważnie kochać, cierpieć, wątpić i szukać, słowem, czy będzie odważnie żyć i ucieleśniać trafną obserwację, że świat należy do odważnych.

Czy dobrze rozumiem: dziecko, które dostaje w niemowlęctwie poczucie bezpieczeństwa, nie musi go uporczywie szukać w dorosłości? Zdecydowanie tak. Prawie wszystko zależy od tego, ile poczucia bezpieczeństwa i oparcia ma w sobie przede wszystkim mama, a w drugiej kolejności także ojciec, i jak w związku z tym rozumieją, na czym polega zapewnienie dziecku bezpieczeństwa. Niestety, większość rodziców ma z tym problem, więc ich troska o dziecko jest często podszyta lękiem, a przez to bywa zdecydowanie nadmierna. W rezultacie zamiast ufności i optymizmu przekazuje się dzieciom przekonanie, że świat jest nieprzyjaznym, niebezpiecznym miejscem.

Jak wobec tego odróżnić lęk wynikający z rzeczywistej dbałości o bezpieczeństwo, przejawiający się na przykład zawieszaniem kamerki nad łóżeczkiem, żeby zapobiec tak zwanej śmierci łóżeczkowej, od lęku destrukcyjnego dla dziecka? Na ogół wiemy, kiedy i jak bardzo się boimy. A jeśli z jakichś powodów nie wiemy, to trzeba używać zdrowego rozsądku: zdać sobie sprawę, że marketing wielu niepotrzebnych nam rzeczy oparty jest na wzbudzaniu lęku; dowiadywać się, jak wychowuje się dzieci w innych, mniej bojaźliwych niż nasza kulturach i tradycjach; czytać i słuchać wybitnych nonkonformistów; wyciągać wnioski z własnych doświadczeń; pytać i wątpić, otwierać się na alternatywne systemy myślenia i wartości. No i szukać towarzystwa, które wspiera nasze wątpliwości i eksperymenty.

Czyli kogo? Innego gatunku rodziców. Takich, którzy są zdecydowanie mniej przestraszeni od nas. Jeśli słyszymy od nich, że nadmiernie przegrzewamy dziecko, że nie trzeba go ładować w śpiwór i przykrywać dwiema kołderkami, bo wystarczy kocyk – to zastanówmy się, czy nie ma w tym jakiejś mądrości. Albo gdy słyszymy od nich, że uczącemu się chodzić dziecku nie trzeba całego domu wykładać gąbką i zakładać kasku oraz ochraniaczy na łokcie i kolana. Dziecko uczy się bezpiecznie poruszać w świecie, niestety, także przez ból, a więc lepiej przygotujemy je do życia, jeśli damy mu okazje uczenia się tego, jak sobie z bólem radzić. Bo naczelnym zadaniem rodziców jest wspieranie dziecka w jego instynktownym dążeniu do autonomii, aby jak najprędzej stało się niezależną istotą, która sama radzi sobie w życiu, także w trudnych warunkach. A to wymaga mądrego umiaru w troszczeniu się o dziecka komfort i bezpieczeństwo. Najlepiej stosować się do świętej zasady: 50 proc. troski i wsparcia oraz 50 proc. wymagań i zaufania do możliwości dziecka.

(Ilustracja Katarzyna Bogucka) (Ilustracja Katarzyna Bogucka)

Jak ten cel osiągnąć? Ważny jest spokój rodziców? Jeśli nasza troska o dziecko ma silny komponent lękowy, to zainfekujemy je lękiem przed światem i życiem, a także brakiem zaufania we własne możliwości. A wtedy zrezygnuje ze stawania się w pełni samodzielną osobą we wszystkich wymiarach: sprawnościowym, zmysłowym, odpornościowym, emocjonalnym, intelektualnym i duchowym. Aby temu zapobiec i nie skrzywdzić swoich dzieci, trzeba je wychowywać w kontakcie z realnym światem, z całym bogactwem jego możliwych przejawów. A więc oprócz przyjemności także z: gorącem, zimnem, głodem i bólem, z rozpaczą rozstań i strat, a także z goryczą przemijania.

Bo w przeciwnym razie tworzą się w dzieciach neurotyczne mechanizmy zachowania? Tak. Powtórzmy to jeszcze raz: w okresie od urodzenia do lat trzech trwale instalujemy w dzieciach najważniejsze przekonania o sobie, o ludziach i o świecie. Będą one wystarczająco urealnione, jeśli rodzice dadzą dziecku okazję do radzenia sobie z niedogodnościami, wyzwaniami i zagrożeniami życia. Takie godne uznania postawy rodziców można obserwować w krajach Północy, gdzie – pewnie trochę za sprawą wymagającego klimatu – dzieci od małego hartuje się i usamodzielnia. Uczulam więc polskich rodziców, którzy zapewne sami jako dzieci byli nadmiernie ochraniani i wyręczani, żeby nie przesadzali z tą ochroną, a także z aseptyką i obsesyjną higieną.

Żeby nie bali się kontaktu dziecka z czymś brudnym? Na przykład. Małe dzieci instynktownie same aplikują sobie taką szczepionkę, wkładając do buzi i liżąc wszystko, co się da, albo jedząc ziemię z doniczek – w ten sposób instalują sobie w przewodzie pokarmowym odpowiednią florę bakteryjną, która też odgrywa ogromną rolę w utrzymywaniu odporności.

Namawiasz do jedzenia ziemi? To tylko przykład. Ale żadna tragedia się nie stanie, jak dziecko poliże ziemię albo własne palce pobrudzone ziemią, oczywiście, pod warunkiem że nie będzie ona zatruta jakąś substancją chemiczną. Z dzieciństwa zapamiętałem ciekawą w tym kontekście scenę, która miała miejsce w gabinecie słynnego wówczas w Warszawie pediatry, doktora Mroczka. Siedzę z mamą w poczekalni, z gabinetu wychodzi pacjentka z małym dzieckiem na ręku. W drzwiach żegna się z doktorem, a ten mówi: „Zapomniałem odnieść się do tego, że pani synek ma częste kolki”. Po czym wyjmuje z buzi dziecka smoczek, pociera nim gdzieś o podłogę i wkłada dziecku z powrotem do buzi ze słowami: „Teraz już będzie dobrze”.

Chyba przesadził. Ja też byłem pod wrażeniem. Ale zapewne chciał zademonstrować, jak dzieci organizują sobie autoszczepionki. A przy okazji zaszczepić matce, a tym samym dziecku, zaufanie do otaczającego świata. Bo pozostawanie w harmonii i symbiozie z otaczającym światem jest podstawowym warunkiem ludzkiego zdrowia i szczęścia, a także zdolności do radzenia sobie z wieloma trudnymi wyzwaniami, z którymi życie i świat będą nas nieuchronnie konfrontować. Niestety, większość rodziców postępuje wbrew tej zasadzie. Odbywa się to na przykład tak: Mama idzie z trzyletnim dzieckiem na plac zabaw. W pamięci swojego dzieciństwa ma zapisane rodzicielskie dobre rady i ostrzeżenia rodziców, które – jak sądzi – uratowały jej życie, choć w istocie były to klątwy, które jej kawał życia zmarnowały: „Nie biegaj, bo się przewrócisz i zrobisz sobie krzywdę!”, „Uważaj, bo się pobrudzisz” itd. Mama nie zdaje sobie sprawy, a być może nawet tego nie pamięta, że ta chmura gróźb, którymi była w swoim dzieciństwie otoczona, zapisała się w jej mózgu w postaci zgeneralizowanego przekonania: „Jeśli idąc za swoimi naturalnymi potrzebami, oddalę się od mamy/taty, to groźny świat mnie skrzywdzi, więc moje naturalne potrzeby ruchu i zabawy, a także wielkie pragnienie autonomii są niewłaściwe i niebezpieczne – jestem więc dla siebie samej niebezpieczna”. Łatwo sobie wyobrazić, jaką krzywdę wyrządzamy dziecku, instalując w jego podświadomości naszą chmurę lęku przed światem.

Co robić, żeby tak się jednak nie stało? Nauczyć się samokrytyki i ignorowania swoich lęków, tak aby nie determinowały naszych zachowań i wyborów. Dzięki temu będziemy w stanie pozwalać dziecku na to, na co nam nie pozwalano. To konieczne, jeśli chcemy, aby miało ono więcej niż my samoakceptacji i wiary w siebie.

Konieczne, ale niełatwe. No tak. Bo jak przekazać niemowlęciu, że jest najważniejszą istotą na świecie, chociaż nic nie umie, niczego nie osiągnęło, robi w pieluchy, rzyga, nie daje spać po nocach i trzeba się nim bez przerwy zajmować? Jak bezwarunkowo akceptować, kochać i zachwycać się kimś takim? Pamiętajmy jednak, że najbardziej liczy się przekaz pozawerbalny. Jeśli zawiera w sobie spokojny, skoncentrowany i celowy sposób poruszania się, czuły i ciepły dotyk, miękki i zrelaksowany ton głosu, spokojny rytm serca, rozluźnione ciało, miłość, radość i zachwyt w oczach, brak pośpiechu i presji oraz gotowość do obdarowania dziecka dużą ilością nasyconego uwagą czasu – to dziecko będzie na resztę życia wiedziało, że bez względu na trudne okoliczności jest kimś ważnym, zasługującym na szacunek, uznanie, uwagę i miłość.

To są fundamenty, na których dziecko może budować dalsze życie? Tak. O dwóch filarach już mówiliśmy: bezpieczeństwie i poczuciu własnej wartości. Jest też trzeci bardzo ważny filar – szacunek dla granic ciała, przestrzeni życiowej i strefy intymnej dziecka. Dziecko w wieku do lat trzech nie ma możliwości zaprotestowania, gdy naruszamy granice jego ciała. A przecież na tym etapie życia dorośli nieustannie kontaktują się z dzieckiem poprzez jego ciało: karmią, myją, pielęgnują, podnoszą, kładą, ubierają, rozbierają itd. Część z tych czynności – stosownie do stanu umysłu i emocji rodziców – robiona jest w pośpiechu, pod presją, a nawet w gniewie, bez zwracania uwagi na opór i płacz dziecka, przez co niebezpiecznie graniczy z przemocą. Szczególnie zmuszanie do jedzenia, pośpieszne ubieranie i rozbieranie, a także wszelkie zabiegi pielęgnacyjno-higieniczno-diagnostyczne często naruszają granice dziecka i na przyszłość uczą ulegania przemocy lub też niechęci i obawy przed bliższym kontaktem z innymi ludźmi. Tak więc nie wolno dziecka traktować, jakby było przedmiotem! Nie wolno też negatywnie oceniać wszelkich przejawów zainteresowania dziecka własnym ciałem. To bardzo ważna sfera jego rozwoju. Przez dotykanie siebie i sprawdzanie, jak to ciało funkcjonuje i reaguje, dziecko z wolna czyni to ciało własnym, poznaje je i zaprzyjaźnia się z nim, a od tego w dużym stopniu zależy to, czy stosunek przyszłego dorosłego do własnego ciała będzie pozytywny, czy wrogi. Nie trzeba chyba dodawać, jak wielkie znaczenie ma to dla jakości całego życia.

Kiedyś uważano, że noworodek nie czuje bólu, więc można poddawać go zabiegom medycznym bez znieczulenia. Mam wrażenie, że takie podejście tu i ówdzie nadal pokutuje. Przejawia się na przykład w zmuszaniu dziecka do przedwczesnego kontrolowania zwieraczy i siadania na nocniku, w głodzeniu niemowlaka przy okazji karmienia na godziny, w pozostawianiu go samego w ciemnym pokoju i niereagowaniu na płacz, bo jak się wypłacze, to dobrze zaśnie itp. Na szczęście psychologia dziecięca już dawno odrzuciła i napiętnowała tę tradycję wychowawczą, zwaną szkołą pruską, która doprowadziła do wychowania kilku pokoleń ludzi sfrustrowanych, upokorzonych, o niskim poczuciu wartości. Ich wyparta, skumulowana agresja i potrzeba kompensacji przez wywyższenie stworzyły psychologiczne podglebie szaleństwa drugiej wojny światowej. Dobrze więc pamiętać, że tylko dzieci traktowane z szacunkiem i miłością będą w swoim dorosłym życiu odruchowo zdolne do traktowania innych z szacunkiem i miłością. W ten sposób właśnie losy świata decydują się w dziecięcych łóżeczkach i pokojach.

Małe dziecko budzi czułość. Nawet obcy ludzie chcą je całować, często w usta. To dość bezrefleksyjne naruszanie jego granic, nie uważasz? Racja. Bawienie się dzieckiem, tulenie na siłę zaburza jego poczucie bezpieczeństwa i autonomii. Nasze własne potrzeby emocjonalne związane z naszym bólem załatwiajmy między dorosłymi, a nie między nami a dziećmi. Ta zasada powinna zresztą obowiązywać przez cały okres wychowywania. Przytulanie dziecka przez mamę i tatę jest oczywiście bardzo ważne, ale powinniśmy być wyczuleni na sygnały, które wysyła niemowlę, odwracając głowę, prężąc się, odpychając lub płacząc. Jeśli tego nie zauważymy albo to zignorujemy i na przykład przyciągniemy dziecko do siebie, wbrew jego woli i chęci, to zainstalujemy w jego psychice skłonność do ulegania przemocy ze strony innych ludzi.

Może przekraczanie granic w tym obszarze bierze się z opacznie rozumianego praktykowania bliskości? Bliskość tak, ale nigdy na siłę. W wyrażaniu miłości do dziecka też trzeba zachować umiar, wykazać się wrażliwością na wysyłane przez niego sygnały, na jego rytm kontaktu i wycofania. Uważność rodziców na granice dziecka decyduje o tym, czy będzie ono umiało w dorosłym życiu słuchać swojego organizmu i rozumieć, o co mu chodzi. 

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak wychować jedynaka?

To, jaki jedynak będzie jako dorosły, zależy od jego indywidualnych cech, a przede wszystkim od tego, czy rodzice mądrze i rozważnie pokierują jego rozwojem. (Fot. iStock)
To, jaki jedynak będzie jako dorosły, zależy od jego indywidualnych cech, a przede wszystkim od tego, czy rodzice mądrze i rozważnie pokierują jego rozwojem. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Nie trzymaj go pod kloszem, zadbaj o kontakt z rówieśnikami i daj prawo do popełniania błędów.

Tata trzyletniego Karola: – Długo czekaliśmy na synka. Od kiedy się urodził, jesteśmy przeszczęśliwi. Jedno tylko nam tę wielką radość mąci – że nie będzie miał rodzeństwa. Chuchamy na niego i dmuchamy, ale staramy się też uczyć współpracy z innymi dziećmi, dzielenia się zabawkami, co – przyznam – jest bardzo trudne, bo w domu ma przecież wszystko dla siebie. Choć wcześniej nie planowaliśmy posyłać synka do przedszkola, bo jest chorowity, teraz poważnie się nad tym zastanawiam. Uważam, że w przedszkolu mógłby się uspołecznić, nauczyć współpracy z dziećmi. Moim zdaniem, dom mu tego nie zapewni. Żona uważa jednak, że tego wszystkiego możemy go sami nauczyć.

Mama i tata na wyłączność

Coraz więcej rodzin w Polsce ma – z różnych powodów – tylko jedno dziecko. Możemy wręcz mówić o pokoleniu jedynaków. I choć wydawałoby się, że wychować jedno dziecko jest łatwiej niż dwoje czy troje, to rzeczywistość pokazuje, że sprawa jest bardziej skomplikowana, a problem – jak zwykle – tkwi w rodzicach, a konkretnie w ich dobrych chęciach.

Być jedynakiem to znaczy dostawać w rodzinie wszystko, co najlepsze. Także większą niż dzieci z rodzin wielodzietnych możliwość rozwijania swoich pasji i talentów. Rodzice mogą zapewnić jedynakowi to, czego potrzebuje. Dzięki temu ma lepszy start w dorosłe życie. Posiada też na wyłączność ich miłość, uwagę i czas. Ponieważ częściej przebywa z rodzicami, szybciej zdobywa wiedzę o świecie, ma lepszy kontakt z dorosłymi i jest odważniejszy. A to z kolei wpływa na szybsze dojrzewanie intelektualne, co wprawdzie nie zawsze znaczy także społeczne i uczuciowe. Niby wszystko pięknie, ale sytuacja bycia jedynakiem ma również pewne wady.

Zagrożenia

Rodzice mają wobec jedynaka wielkie oczekiwania. Dają mu bardzo wiele, ale także dużo od niego wymagają, co sprawia, że dziecko żyje w ciągłym stresie i ogromnej odpowiedzialności – nie tylko za siebie, ale też za rodziców, za ich samopoczucie, a na starość – za opiekę nad nimi, której nie ma z kim dzielić. Bez rodzeństwa trudniej także poznać samego siebie. Jedynak skupia się na sobie, a to często prowadzi do egocentryzmu. Dziecko, które nie musi z nikim dzielić się tym, co ma, wokół którego wszystko się kręci, może mieć w przyszłości  problem z poświęcaniem uwagi innym, a nawet wyrosnąć na narcyza lub przejawiać skłonność do zachowań aspołecznych.

Jedynacy mają też z reguły większe, niż dzieci wychowujące się z rodzeństwem, problemy z rywalizacją i rozwiązywaniem konfliktów. Gorzej dostosowują się do reguł zarówno w zabawach, jak i pracy. Chcą grać pierwsze skrzypce w grupie, dlatego bywają odrzucani przez rówieśników. Zdarza się, że przyzwyczajeni do uprzywilejowanej pozycji w rodzinie, potrafiący wymóc na rodzicach respektowanie swojej woli, narzucają ją później rówieśnikom.

I jeszcze coś: o wiele trudniej przychodzi im oddzielenie emocjonalne od mamy i taty. Z jednej strony mają więc łatwiej niż dzieci z rodzin wielodzietnych, z drugiej – trudniej, zwłaszcza w sferze emocji: wiele z nich tłumią, ponieważ żyją w przekonaniu, że nie mogą wypaść z roli, jaką wyznaczyli im rodzice, oraz częściej doświadczają samotności.

Bez zbytniego lęku i nadziei

– Rodzice jedynaka są w sposób szczególny zainteresowani jego wychowaniem – mówi psycholog Aleksandra Godlewska. – Mają tylko jedno dziecko i pokładają w nim wszystkie swoje nadzieje. Jeśli rodzice kilkorga dzieci przeżywają jakiś kłopot, niepowodzenie czy zawód związany z jednym, mogą to sobie rekompensować satysfakcją i radością z zachowania pozostałych. Dla mamy i taty jedynaka każdy sukces jest stuprocentowy, a każde niepowodzenie – całkowite.

Chcąc dla dziecka jak najlepiej, nieświadomie popełniają wiele błędów, takich na przykład, jak:

  • „Chcesz – masz”. Skoro ukochane dziecko domaga się natychmiastowego spełnienia życzenia, dla świętego spokoju mu ulegają. 
  • „Daj, pomogę ci”. Roztaczają nad nim opiekuńczy parasol nawet wtedy, gdy samo mogłoby sobie poradzić.
  • „To mi się podoba, to nie”. Nieustannie je oceniają: krytykują albo chwalą, zachwycają się nim albo pouczają.
  • „Co zamierzasz zrobić z…?”. Ingerują w każdą sferę jego młodzieńczego życia.
  •  „Chcesz jedno – dostaniesz dwa”. Aby mu wynagrodzić to, że nie ma rodzeństwa, starają się dać mu w zamian jak najwięcej – bywa więc, że dziecko skrzętnie to wykorzystuje i manipuluje nimi.
  •  „Tylko nas troje”. Trzymają je pod kloszem, izolują od świata, a to powoduje, że ma mniejsze szanse na zetknięcie się z innymi wartościami i postawami niż te, które zna z domu.
  •  „Tak się o ciebie martwię”. Towarzyszy im permanentny lęk o dziecka: bezpieczeństwo, zdrowie, naukę, przyszłość… Mają ogromne trudności z emocjonalnym oddzieleniem się od niego. Rozstanie z synem czy córką, np. z powodu wyjazdu na wakacje, studia czy stworzenia z kimś związku – bywa, zwłaszcza dla matki, bardzo bolesne. Jak sobie i dziecku tego wszystkiego oszczędzić?

Więcej swobody

Jedynactwo nie musi bynajmniej stanowić przeszkody w relacjach dziecka z otoczeniem ani negatywnie wpływać na jego umiejętności społeczne. Pod warunkiem, że jego rodzice pogodzą się z myślą, że mają... więcej (!) obowiązków niż sąsiedzi z czwórką hałaśliwych latorośli.

Wychowanie jedynaka wymaga – wbrew pozorom – większych starań i zabiegów. Rodzeństwo zwykle samo, w sposób naturalny, często poza kontrolą dorosłych, uczy się współpracy i rozwiązywania konfliktów, czyli zdobywa bardzo ważną umiejętność życia w grupie. Jedynakowi także można stworzyć do tego warunki.

Na pewno jedno trzeba sobie powiedzieć: jedynak nie musi być skoncentrowany na sobie, nie ma prawa więcej oczekiwać niż dawać, nie musi wyrosnąć na człowieka zależnego. To, jaki będzie jako dorosły, zależy od jego indywidualnych cech, a przede wszystkim od tego, czy rodzice mądrze i rozważnie pokierują jego rozwojem. O co więc powinni zadbać?

Stopniowe oddalanie

Psycholog Marta Maruszczak uważa, że najważniejsze jest to, żeby rodzice zapewnili dziecku liczne i częste kontakty z rówieśnikami. I to już od najmłodszych lat – bez względu na częstotliwość kontaktów z dorosłymi. Relacje z rodzicami, ciociami, wujkami nie mogą wypełniać jedynakowi całego życia. To robienie na siłę z dziecka dorosłego. Ono ma prawo do dziecięcych zajęć, zabaw i zachowań.

Nie można też wyręczać go we wszystkich obowiązkach. Dziecko powinno mieć zadania do wypełnienia, ale nie musi ich wykonywać perfekcyjnie. Dobrze jest pozostawić mu trochę swobody i nie oczekiwać, że będzie nam ciągle we wszystkim towarzyszyć. Trzeba też przyznać mu prawo do popełniania błędów, do wyboru kolegów, zainteresowań oraz sposobu spędzania wolnego czasu.

Marta Maruszczak apeluje do rodziców jedynaków: – Nie dopuście, żeby dziecko było dla was całym światem. Dbajcie o inne sfery swojego życia, rozwijajcie własne pasje, tak by wypełnić czas, gdy maluch się usamodzielni. Nie należy podtrzymywać relacji zależności za wszelką cenę. Dla dobra i emocjonalnego zdrowia dziecka, pozwólcie mu się stopniowo od siebie oddalać.

Warto przeczytać:

Kümpel, „Jedynak”, Wydawnictwo Lekarskie PZWL 2004, Pitkeathley, D. Emerson, „Jedynacy”, Czarna Owca 2007, Encyklopedia „Rodzice i dzieci”, Wydawnictwo Park 2002, Kasten, „Rodzeństwo. Ideały, rywale, powiernicy, Springer PWN 1997. 

  1. Psychologia

Dojrzewanie w trybie online

W czasie pandemii młodzi odkrywają efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. (Fot. Getty Images)
W czasie pandemii młodzi odkrywają efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Wydaje się, że młodzi w pandemii mają trudniej niż my. Że skutki izolacji mogą być dla nich fatalne. Czy tak jest rzeczywiście? Michał Czernuszczyk, psychoterapeuta, uważa, że bilans nie jest wcale wyłącznie ujemny. Bo tego typu doświadczenia mogą się przekładać twórczo na życie.

Wszyscy mamy dosyć. Izolacja, brak prawdziwych spotkań, świat zredukowany do ekranu komputera. Młodzi znoszą pandemiczną samotność gorzej niż my, dorośli. Widzi to pan w gabinecie? Widzę. Byłem zresztą zdziwiony, że młodzi ludzie są izolacją aż tak poruszeni. Czytałem badania na ten temat – zaskakująca jest dla mnie odpowiedź emocjonalna tej właśnie grupy. Mówimy o adolescentach – to czas między 14. a 24. rokiem życia. Kiedy młody człowiek jest w czasie dojrzewania, nieosadzony jeszcze w dorosłych rolach społecznych. Układ nerwowy wciąż się kształtuje. Oczywiście między 18-latkiem a 24-latkiem różnica etapu życiowego jest ogromna, ale z medycznego punktu widzenia można ich włożyć do jednej grupy. Myślałem, że skoro komunikacja online to dla nich codzienność, przestawienie się na to, że będzie jej więcej, nie sprawi im kłopotu. A jednak okazało się, że to właśnie oni najczęściej reagują lękowo.

Czyli lęk jest dominującą emocją? Tak. To jest lęk uogólniony. Nie strach, tylko lęk, reakcja niepokoju uwarunkowana okolicznościami.

Czyli nie lęk o przyszłość, o egzaminy, o utratę miłości? Nie. Oczywiście, jeśli zapytamy o konkretną sprawę, na przykład właśnie egzaminy, maturę, studia, mówią: „Tak, boimy się, że będziemy gorzej przygotowani, że będziemy mieć gorszy start w życie”. Jeśli zapytamy o relacje z rówieśnikami, mówią: „Tak, boimy się, że ucierpią”. Ale ten lęk rozlewa się raczej na różne dziedziny życia. Mocny jest też lęk przed chorobą, przed zarażeniem. O swoje zdrowie i życie. Młodzi ludzie wiedzą, że są w grupie stosunkowo mało narażonej, że nawet jeśli zachorują, to jest duża szansa, że przejdą zakażenie lekko albo wręcz bezobjawowo – a jednak się boją. I to zdecydowanie bardziej o siebie niż bliskich.

Nie miałam świadomości, że tak duży jest lęk przed chorobą. Tak, i to prowadzący czasem do stanów pełnoobjawowych ataków paniki. Młodzi doświadczają też uczucia osaczenia, uwięzienia, tylko przejawia się to nie złością, lecz przestrachem.

Choć przecież każdy tego uczucia uwięzienia doświadcza. Ja za chwilę kończę 47 lat. I kiedy opowiadam moim wczesno­nastoletnim dzieciom o swojej młodości, to mówię o tym, że wtedy telefon był rzadkością. I nie chodzi o telefon komórkowy, ale o zwykły stacjonarny. Proszę sobie teraz wyobrazić, co by było, gdyby nagle zniknęły komórki, Internet. Cechą naszych czasów jest to, że z każdym w każdej chwili można mieć kontakt. W Polsce, w innym kraju, na innym kontynencie. I my, starsi, jesteśmy nauczeni, że ten kontakt to nie jest coś oczywistego. I że nie musi być non stop. Że czasem można, a czasem nie. Wiemy to, rozumiemy, bo mamy takie doświadczenie. Oni nie, bo ich doświadczenie jest inne – każdy zawsze, w każdej chwili jest dostępny.

Ale tego im nikt nie odbiera, przeciwnie, kontakty przeniosły się do sieci, ale w tej sieci odbywają się z ogromnym natężeniem. Tak, choć, jak się okazuje, jest pewien problem. Na początku pandemii byłem przekonany, że bez większego problemu da się kontynuować terapię online. I oczywiście robię to, ale są różnice. Esencją psychoterapii jest rozmowa – i ta się odbywa, coś jednak nam umyka. Kiedy siedzimy razem w gabinecie, widzę całą sylwetkę pacjenta, czuję bijące od niego ciepło, czasem wręcz zapach. Teraz jestem od tych bodźców towarzyszących odcięty i jednak o coś uboższy. Rozmowa osobista to coś diametralnie innego. Lockdown pokazuje nam więc pewną umowność tego pozornie nieustannego dostępu do świata, który ofiaruje sieć. Kontakt online tylko w połączeniu z możliwością osobistego spotkania jest wnoszący. Odkrywamy teraz efemeryczność wirtualnych relacji i jednocześnie wagę relacji bezpośrednich. I jeśli do młodych dociera, że kontakt przez media elektroniczne jest tylko namiastką prawdziwego spotkania, to tym sroższy zawód przeżywają, im bardziej byli wcześniej w tym wirtualnym świecie zanurzeni. Są podwójnie rozczarowani. Bo muszą zrezygnować z pewnej ułudy, która dotychczas współtworzyła ich wizję świata, że ta powszechna dostępność kontaktu to podstawa. Kiedy moi rówieśnicy używają Internetu, nawet jeśli robią to bardzo sprawnie, to traktują to jednak narzędziowo. Dla młodych komunikacja online była czymś więcej niż sięganie do, umownie mówiąc, bardzo dużej biblioteki.

Brak kontaktu osobistego z rówieśnikami to jedna strona medalu. A druga – nadmiar kontaktu z domownikami. A ten nie zawsze jest dobry. Tylko pytanie, co to znaczy dobry kontakt. Lockdown w przypadku młodych trafił w czas, kiedy zadaniem rozwojowym człowieka jest zbudowanie własnej, odrębnej tożsamości. Trudniej powiedzieć wtedy, czego się chce, łatwiej – czego się nie chce. To się kształtuje przez odrzucenie. Co, siłą rzeczy, wpływa na atmosferę w domu.

Łatwiej odrzucić, jak z tego domu można wyjść, budować siebie na zewnątrz. Tak, jeśli można spędzać czas z rówieśnikami, znajdować u nich zrozumienie, potwierdzenie swojego stanowiska, zaprzeczenie dotyczące zasad poprzedniego pokolenia. Współprzeżywanie. Często zresztą – tu dygresja – mówi się o tym buncie jak o zjawisku negatywnym, opartym tylko na destrukcji. Ale to moim zdaniem niesprawiedliwa ocena. Spójrzmy choćby na problem klimatu. To pokolenie jest zaangażowane, właśnie oni podkreślają, że trzeba troszczyć się o Ziemię, o środowisko, o bioróżnorodność, niby przeciwzależność i bunt, a jakie konstruktywne przesłanie. Plus bezkompromisowość, o którą trudniej u starszych. Ale wracamy do tematu – zweryfikowaniu odczuć młodych służy grupa rówieśnicza. Czy kiwają głowami, czy się wykrzywiają, czy przybijają piątkę. Jest więc w nich niepewność przy wyrabianiu sobie nowych poglądów. Coś z ich życia zniknęło. Coś, co w tym momencie rozwojowym jest wręcz kluczowe. Z jednej strony deficyt kontaktów. Z drugiej – dom. Już Konrad Lorenz pisał, że stężenie osobników tego samego gatunku na małej przestrzeni grozi aktami agresji. Jeśli więc jesteśmy zmuszeni, żeby non stop zajmować tę małą przestrzeń, to wydaje się to trudny emocjonalnie, napinający czynnik, który może prowadzić do eskalacji konfliktów.

To co robić? Psychologowie mówią: rozmawiać. Ale to chyba nie takie proste. Zwłaszcza że często rozmawiać nie umiemy. Jak tu nagle wdrożyć w życie taki program? Muszę przyznać, że mam ochotę dać radę przeciwną. Żeby niekoniecznie rozmawiać. Jeśli już jesteśmy ściśnięci w ograniczonej przestrzeni, to może dobrym pomysłem jest wejść we własną przestrzeń. Dosłownie i w przenośni. Starać się raczej oddzielać. Spójrzmy na kulturę eskimoską. Rodzina, igloo, minus 40 stopni – wyjść trudno, trzeba być razem. Tam się więc złości jawnie nie okazuje. Porównanie ekstremalne, ale zobaczmy jego użyteczną część. Kiedy jesteśmy zamknięci, ciśnienie wzrasta. Rozmowa – jeśli będzie otwarta, jeśli pojawią się treści do tej pory unikane – ma swoją cenę. I potem z efektami trzeba móc coś zrobić. Jakoś odreagować. Czy przez aktywność fizyczną, sport, czy kontakt z kimś na zewnątrz naszej domowej grupy. W lockdownie o to trudno. Ja do takich szczerych rozmów nie namawiam. Oczywiście kiedy młody człowiek zgłosi taką potrzebę, trudno odmówić, ale też warto mieć świadomość możliwych kosztów. Można natomiast spróbować pobyć we własnej przestrzeni. Poprzyglądajmy się też sobie. Swoim oczekiwaniom. Wobec siebie, wobec innych. Nie musimy ich wypowiadać, czekać na reakcję. Jest oczywiście pokusa, żeby – kiedy coś przeżywam – się tym dzielić, ale to nie jest dobry moment. A ponieważ nie ma już szczęśliwie zakazu wychodzenia z domu, to wychodźmy. Warto do tego dzieci zachęcać. Ruch na powietrzu, zwłaszcza intensywny – to może być bieganie, choć może też być zwykły spacer – naprawdę dobrze robi. Pomaga się „odtruć”, wyrzucić z siebie emocje. Dobrze robi też kontakt z naturą. Spacer w parku czy lesie ma teraz szczególną wartość.

A z praktycznego punktu widzenia – widzę, że coś złego dzieje się z dzieckiem, widzę lęk, niepokój, samotność. Rodzice – nie zawsze, ale często – są w parze, dzieci są od swojej pary czy grupy odcięte. Co robić? Zostawić? Tu powstaje paradoksalna sytuacja. Rodzic, którego autorytet ma w tym czasie w sposób naturalny maleć, wydaje się teraz tym, który ma możliwość kojenia, dostarczania sposobów radzenia sobie z tą trudną sytuacją. Nie ma tu jednej uniwersalnej rady. Nie bardzo wierzę w to, że można się uczyć na cudzych błędach, naszym zadaniem życiowym jest nauczyć się na błędach swoich. A żeby tak się stało, musimy mieć możliwość ich popełniania. Choć może teraz sposobem będzie korzystanie z autorytetów pośrednich – pokazywanie, jak inni radzili sobie w podobnych okolicznościach. Mogą to być przykłady zaczerpnięte z literatury, filmu czy seriali. Przychodzi mi na myśl serial „Terror”, o okrętach, które utknęły w lodzie Arktyki, załogi muszą przeżyć razem w tej ekstremalnej sytuacji. Dość to okrutne, ale i realistyczne, pokazuje, że między ludźmi bywa trudno. Pomóc może nie zapewnienie, że będzie dobrze, ale powiedzenie: choć trudno, jesteśmy razem. COVID-19 uczy nas, że przeświadczenie o wszechmocy człowieka było ulotne, więc w deklaracje, że na pewno będzie dobrze, nikt myślący nie uwierzy. Dlatego warto nienatrętnie proponować jakieś wzorce.

Rozmawiamy o sytuacjach trudnych, ale nie ekstremalnych. Bywa jednak, że uaktywniają się uśpione od jakiegoś czasu problemy, jak choćby anoreksja. Zaczyna się depresja. Pojawiają się nawet myśli samobójcze. Co robić, żeby niczego nie przegapić? Jeśli mówiłem wcześniej o niezmuszaniu do rozmowy, o wycofaniu się do własnej przestrzeni, nie miałem na myśli obojętności czy niezwracania uwagi na dziecko. Nie chcę podgrzewać kwestii zagrożenia samobójstwami, ale wiem i widzę, że zwiększa się liczba stanów okołodepresyjnych. Nie ma co zapewniać, że „będzie dobrze”, to nigdy nie działa. Depresja, którą obserwujemy teraz, to depresja sytuacyjna. Nie jest to tak dramatyczna forma choroby jak ta, która przychodzi nie wiadomo skąd i dlaczego, i jest podwójnie bolesna, bo oderwana od kontekstu. Dziś na ogół depresje pojawiają się w specyficznym, pandemicznym kontekście. Problemy najczęściej zgłaszane określam jako podwyższony poziom lęku, przejęcie tym, co będzie, wytrącenie z równowagi, zgubienie ścieżki, którą do tej pory podążaliśmy, obawy o realizację planów. Kiedy coś się dzieje, musimy reagować. Powiedzieć, że istnieje możliwość konsultacji psychologicznej czy psychiatrycznej. To na ogół przyjmowane jest fatalnie, mówię bez złudzeń, ale czasem, kiedy myśl zostanie wypowiedziana, udrażnia jakiś kanał, z którego za jakiś czas można będzie skorzystać. Wiele osób nadal myśli, że „psychiatra to dla świrów”, i ta stygmatyzująca treść powstrzymuje przed zwróceniem się do specjalisty. Ale można odwołać się do badań mówiących, że ludzie fatalnie znoszą izolację. I że są możliwe formy pomocy, czy to psychoterapia, czy farmakoterapia. Czasem wystarczy konsultacja. I świadomość, że jeśli będzie gorzej, mogę sięgnąć po leki. Czasem zapisuje się małe dawki. Depresja to nie tylko przygnębienie, to też bezsenność, drażliwość, poczucie braku sensu. Warto uświadomić sobie, że to nie jest coś bez nazwy, co dotyka tylko mnie. A jak już ma nazwę, staje się czymś konkretnym – można sięgnąć po leczenie. Z nadzieją, że, powiedzmy, w ciągu roku mamy szanse na zluzowanie obostrzeń. Może świat nie wróci w takiej formie, jaką znaliśmy, ale jakąś część naszego dawnego życia odzyskamy. Łatwiej więc sięgać po pomoc z myślą, że to przejściowe.

Mówi pan: za jakiś czas, może za rok. Ale wydaje mi się, że dla młodych rok jest w gruncie rzeczy dłuższy niż dla osoby dorosłej, dla nich inaczej płynie czas. Także dlatego, że te lata są dla nich tak ważne, na nich potem będą budować. Dla człowieka dorosłego jeden rok tej samej pracy jest bliźniaczo podobny do innego, u adolescentów jest inaczej, klasa maturalna na przykład już się nie powtórzy.

W mediach społecznościowych rośnie też cyberprzemoc. Ja w gabinecie mam z tym mały kontakt, choć oczywiście wiem, że to istnieje. Jest też – poza „zwykłym” ośmieszaniem, drwinami, upokarzaniem, coś, co nosi nazwę revenge porn. Polega na umieszczeniu w sieci – w ramach zemsty, odegrania się – nagrań scen intymnych. To narusza intymność, obraża, upokarza, daje poczucie wielowymiarowej zdrady, jest źródłem wstydu, a przy tym jest praktycznie nieusuwalne, czyli stale rani. Na szczęście to nie jest zjawisko powszechne. Pamiętajmy jednak, że były już samobójstwa pod wpływem hejtu w mediach społecznościowych.

Kiedy rozmawia pan z młodymi w gabinecie, widzi pan, jak ważny jest kontakt osobisty. Że dopiero uzupełnienie się światów realnego i wirtualnego stanowi całość. A czy młodzi mają tę świadomość? Czują brak? Czy jakość kontaktu w sieci też się jakoś teraz zmienia? Widzę tu dwie skrajności. Jedna – że pojawiło się zjawisko przebywania ze sobą non stop. Mamy cały czas włączony komunikator, nasz partner po drugiej stronie ekranu jest świadkiem naszego życia, a my – jego. Ale jednocześnie zajmujemy się nie tym partnerem, lecz sobą. I niby ten kontakt trwa całą dobę, ale to właściwie nie jest kontakt. Po prostu tam ktoś jest, ale nie wchodzimy z nim w interakcję. Druga – że kontakt online intencjonalny, w parze czy w grupie, nakierowany na wymianę myśli, jest dużo słabszy. Bo nie ma tych pozawerbalnych informacji, których na co dzień nie dostrzegamy, więc nawet nie umiemy powiedzieć, że ich brak. Badania neuropsychologiczne pokazują, jak ważna jest mikromimika, takie gesty czy miny, które robimy nieświadomie, trwające tysięczne części sekundy. Przez nasz system poznawczy nie są one rejestrowane, ale przez system afektywny jak najbardziej, przez to poznajemy, jakie nastawienie do nas ma druga osoba. To w kontakcie online ginie, pozawerbalnych sygnałów kamerka w laptopie nie pokaże. To powoduje poczucie pewnej pustki, czegoś nie ma, nie wiemy nawet czego.

Czy to może coś zabrać na dobre? Młodzi stracą coś, czego już nie odbudują? Nie wiemy, co będzie dalej. To, czego doświadczamy, to coś nowego, coś, czego się nikt nie spodziewał. Naprawdę nie wiadomo, jak się to rozwinie. Nie odważę się przewidywać. Nie mówię tylko o rzeczywistości pandemii, ale o relacjach z innymi. Czy to, że teraz są inne, coś młodym ludziom w kontakcie na przyszłość zabierze? Te relacje się zmienią? Znów: nie będę prorokować. Oczywiście gdyby się okazało, że kontakt internetowy stanie się teraz normą i zastąpi kontakt osobisty, to byłoby zubażające. Choć nie jest tak, że coś to nam amputuje – mogłoby się tak zdarzyć w przypadku noworodka, który byłby pozbawiony żywego kontaktu z opiekunami, to okaleczyłoby go emocjonalnie. Ale adolescenci mają już aparat emocjonalny wykształcony. Bezpośredni kontakt nie jest im niezbędny do przeżycia, ale na pewno jego brak nas zubaża. Może to skutkować depresją, zniechęceniem do życia.

Stracone pokolenie? Ktoś tak mi o młodych ludziach powiedział. Nie, ja tego tak nie widzę. Powiem więcej – ja młodymi ludźmi jestem zachwycony. Uważam za niesamowite, jak potrafią się adaptować do okoliczności, korzystać z różnych form wyrazu, wystarczy spojrzeć, jak się ubierają, jak używają form, kolorów, jak są twórczy i odważni. Mają elastyczność przeżywania, która z wiekiem więdnie. Prowadzą rodzaj żywej gry ze światem, także w pandemicznych okolicznościach znajdują swoje środki wyrazu. Córka pokazała mi ostatnio komiks, który narysowała do szkolnej gazetki. Trzy obrazki. Na pierwszym postać i jej myśli, sny. Na drugim – marzenia. Na trzecim szare tło, bezlistne drzewa, człowiek pod parasolem – i podpis: „rzeczywistość”. Z jednej strony – smutek. Z drugiej – myślę, że przełożenie poczucia smutku i szarości na rodzaj sztuki to sposób twórczy i życiodajny. Jeśli tak ma wyglądać stracone pokolenie, to nie, ono nie jest stracone.

Widzę tu trochę optymizmu. Doświadczenia związane z cierpieniem nas kształtują. Z jednej strony doświadczamy cierpienia, z drugiej – przekonujemy się, że to coś, co przemija. A czasem okazuje się czymś poza naszą kontrolą. Lockdown to pokazuje. Młodzi czują lęk, często dołącza się też poczucie winy w stosunku do starszych pokoleń, bardziej narażonych na zakażenie i skutki choroby. Tego typu doświadczenia mogą przekładać się twórczo na życie, bo widać, o co warto się starać, dlaczego warto żyć. Cierpienie konfrontuje z kwestiami egzystencjalnymi, zmusza do pewnej uwagi, refleksji, myślenia o wartości życia. Ja tak właśnie patrzę na młodych. Myślę, że oni dzięki pandemii mają też ogromną szansę. 

Michał Czernuszczyk, psycholog i psychoterapeuta certyfikowany przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne. Prowadzi psychoterapię indywidualną dorosłych i młodzieży oraz psychoterapię grupową.

 

  1. Psychologia

Zabawy z dziećmi angażujące zmysły

Świetną zabawą rozwijającą zmysły malców będzie malowanie rączkami. Konsystencja farby i nanoszenie jej na kartkę czy płótno to cała gama doznań. (Fot. iStock)
Świetną zabawą rozwijającą zmysły malców będzie malowanie rączkami. Konsystencja farby i nanoszenie jej na kartkę czy płótno to cała gama doznań. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Dzieci uwielbiają być dotykane, głaskane, tulone. Ba! Nie tylko one! Wszyscy jesteśmy istotami zmysłowymi i poznajemy świat poprzez smak, dotyk, słuch i węch. Zmysły informują, pobudzają, ostrzegają. Jak je rozwijać od najmłodszych lat? Oto kilka propozycji zabaw.

Dzieci uwielbiają być dotykane, głaskane, tulone. Ba! Nie tylko one! Wszyscy jesteśmy istotami zmysłowymi i poznajemy świat poprzez smak, dotyk, słuch i węch. Zmysły informują, pobudzają, ostrzegają. Jak je rozwijać od najmłodszych lat? Oto kilka propozycji zabaw.

Zabawy, które angażują zmysły malucha, pozwalają mu na rozwijanie wyobraźni. Sprzyjają też rozwojowi mowy, logicznego myślenia i sprawności ruchowej. W ekstremalnych przypadkach mogą być nawet formą terapii. Gdy dotykamy, smakujemy czy słuchamy, dokonujemy pewnej selekcji wrażeń, zbieramy informacje o danym przedmiocie lub zjawisku, interpretujemy je i na tej podstawie budujemy sobie ich obraz. Dla dziecka, w jego procesie poznawczym, to niezwykle ważny etap rozwoju.

Weźmy na początek zabawy, które nie wymagają dużych nakładów finansowych i szukania w sklepach specjalnych zestawów edukacyjnych. Możecie na plecach lub nóżkach malucha rysować palcem rozmaite kształty i bawić się w ich odgadywanie. Innym razem rozłóżcie na podłodze przedmioty, które macie pod ręką: może to być gazeta, kawałek tkaniny, gąbka, folia, dywanik i mata łazienkowa z wypustkami. Poproście malca, żeby przeszedł się tą nietypową ścieżką i spróbował opisać, po czym właśnie wędruje. Jeśli Wasze dzieci nie mówią jeszcze zbyt dobrze, nic nie szkodzi. W tej zabawie chodzi przede wszystkim o doznania. Jeśli macie duży pojemnik, powrzucajcie do niego przedmioty o różnym kształcie, innej fakturze, twardości i temperaturze. Zachęćcie dziecko, żeby wyciągało je po kolei i opisywało. Uważnie obserwujcie młodsze maluchy − ich mina zdradzi Wam, czy zainteresowały się przedmiotem, czy wyczuwają różnice lub czy jakiś przedmiot zaskoczył ich swoimi właściwościami. Takie ćwiczenia rozwijają sprawność manualną.

Na pewno świetną zabawą będzie też dla malców malowanie rączkami. Konsystencja farby i nanoszenie jej na kartkę czy płótno to cała gama doznań. Jeżeli jesteście fanami muzyki, a Wasze dziecko wyraźnie pobudza się, gdy usłyszy jakieś dźwięki, włączcie mu fragmenty utworów o różnym tempie i dajcie do ręki kredki lub pędzel z farbami. Poproście, by spróbowało namalować to, co słyszy. Poćwiczycie z nim wtedy percepcję wzrokowo-słuchowo-ruchową.

Robi się już coraz cieplej, więc niedługo będziecie mogli wzbogacać te wrażenia sensoryczne podczas zabaw w piasku, wodzie i na trawie. Jeżeli jesteście zbyt zmęczeni, żeby pójść na spacer, ale lubicie gotować, zaproście malca do swojego królestwa i pobawicie się w poznawanie różnych smaków. Taka dawka doznań smakowo-zapachowych dostarczy malcowi wiele cennych informacji i wzbogaci jego doświadczenie.

W niektórych sklepach traficie również na gry nawiązujące do zmysłów, np. węchu lub słuchu. Chociażby w grze edukacyjnej o powonieniu znajdziemy pojemniczki z zapachami, a do tego żetony z obrazkami, które trzeba przyporządkować konkretnemu zapachowi. Z kolei w skład gry z dźwiękami w roli głównej wchodzą muzyczne plansze, obrazki i płyta z różnymi dźwiękami, a maluchy muszą odgadnąć ich źródło i wskazać je na właściwym obrazku. Możliwości jest wiele. Najważniejsze to pokazać dzieciom różnorodność zmysłowego świata, by chciały czerpać z jego bogactwa w dorosłym życiu.

  1. Psychologia

Śpij, Kochanie

Dziecko jest na ogół doskonale regulowane przez zegar dobowy, tylko rodzice muszą sami się doregulować. I zastanowić, w jakim stanie umysłu i serca siadają przy jego łóżeczku. (Ilustarcja: Katarzyna Bogucka)
Dziecko jest na ogół doskonale regulowane przez zegar dobowy, tylko rodzice muszą sami się doregulować. I zastanowić, w jakim stanie umysłu i serca siadają przy jego łóżeczku. (Ilustarcja: Katarzyna Bogucka)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Dziecko w łóżku z nami czy osobno? Usypiać czy zostawiać, aż samo zaśnie? Na pytania zmęczonych zarwanymi nocami rodziców odpowiada psychoterapeuta Wojciech Eichelberger. 

Kiedy małe dziecko powinno samo zasypiać? Nie ma tu reguły, każde dziecko jest inne.

To kiedy powinniśmy je tego uczyć? Im wcześniej, tym lepiej? Bo to przecież jeden ze sposobów kształcenia jego autonomii. Do drugiego roku życia staramy się dziecka nie frustrować. To nie czas na budowanie jego autonomii, jest to natomiast czas na szybkie, adekwatne zaspokajanie rozwojowych potrzeb dziecka. Nie ma obawy, nie stracimy czasu, bo zaspokojenie tych potrzeb we wczesnym okresie życia dobrze posłuży szybkiemu osiągnięciu przez dziecko autonomii w przyszłości. Nie ma przebacz, jeśli ktoś decyduje się na dziecko i chce je dobrze wychować – co znaczy: szybko uniezależnić – musi to sobie wziąć do serca. I nie dajmy się zwieść w tej sprawie żadnym pseudonaukowym nowinkom. Na przykład takim, że jeśli dziecko będziemy zamykać na noc w ciemnym pokoju i pozwalać mu płakać tak długo, aż wymęczone i przerażone zaśnie, to mu to w przyszłości wyjdzie na dobre.

A nie jest tak, że czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał? W okresie do dwóch lat, gdy dziecko jest zupełnie bezradne i zdane na opiekę rodziców, najważniejsze jest jego poczucie bezpieczeństwa i ważności. Doświadczenie tego, że mimo braku jakichkolwiek osiągnięć i sprawiania tak wielu kłopotów jest najważniejszą istotą na świecie dla tych dwojga ludzi, którzy sprowadzili je na świat. Poczucie bezpieczeństwa i wartości, jeśli mocno się w dziecku zakorzeni, będzie niezastąpionym skarbem na resztę jego życia. Dlatego nie słuchajmy pseudowychowawczych porad, których większość powstała w Prusach w czasie rewolucji przemysłowej, bo w istocie służyły one nie dobru dziecka, lecz wyłącznie temu, żeby rodzice jak najprędzej wracali do fabryk, kopalń i tkalni. To była wielka manipulacja służąca systemowi, a nie dziecku czy rodzicom.

Jak wobec tego to, co mówisz, ma się do filozofii wychowania dzieci w innych krajach, na przykład we Francji? Tam lekarz pediatra zaleca rodzicom: proszę kłaść niemowlę do łóżeczka i je „wypłakać”, bo w ten sposób szybko przyzwyczai się do samodzielnego zasypiania. To podobno działa, dzieci rzeczywiście szybko się tego uczą. A jakie mają wyjście? Każda żywa istota, nawet w skrajnie niebezpiecznej, grożącej życiu sytuacji, w końcu zaśnie. To może dobrze służyć jedynie komfortowi rodziców. A dalekosiężne konsekwencje tego okrucieństwa dla psychiki człowieka terapeuci widzą po latach w swoich gabinetach w postaci zaburzeń depresyjno-lękowych.

To służy, jak tłumaczą we Francji, temu, żeby rodzice odpoczęli, bo to pozwala im zachować dobrą kondycję fizyczną i psychiczną. Służy też temu, żeby mogli uprawiać seks, co jest trudne, gdy dziecko śpi razem z nimi. A w jaki sposób w uprawianiu seksu przeszkadza im dwuletnie śpiące dziecko? Wystarczy tylko zapewnić sobie wystarczająco duże łóżko albo łóżeczko dziecka postawić tuż obok materaca rodziców – i po kłopocie.

Lekarze z Centrum Badania Snu Dziecka w Bostonie twierdzą, że każdego malca można w ciągu kilku dni nauczyć zasypiania i przesypiania całej nocy. To dla rodziców umęczonych nocnym wstawaniem nęcąca propozycja. Co w niej złego? Oczywiście, że dziecko zostawione samo sobie w końcu zaśnie, tak jak zaśnie żołnierz w ostrzeliwanym okopie, gdy będzie dostatecznie zmęczony. Nie ma nic odkrywczego w tej okrutnej procedurze. Dziecko w wieku do dwóch lat powinno do woli korzystać z bliskości i obecności rodziców. To jedyny taki okres w naszym życiu pozwalający doświadczyć miłości, ciepła, troski, poczucia bezpieczeństwa, a także bezwarunkowo ofiarowanego poczucia własnej wartości.

Bostońscy lekarze przekonują, że można z miłością i bez naruszania bezpieczeństwa dziecka uczyć je samodzielnego zasypiania. Pokazują, jak to robić nieinwazyjnie. Na przykład czule pożegnać dziecko, odłożyć na minutę do łóżeczka, pojawić się, kiedy protestuje, znów wyjść na minutę. I tak aż do skutku. Według nich taka nauka zasypiania skutkuje też tym, że dziecko będzie zasypiać samo, gdy się przebudzi w nocy. Po co tyle trudu? Dziecko przecież i tak zacznie zasypiać i spać samo. Po roku, maksimum dwóch bezwarunkowego i bezstresowego dopieszczenia, gdy będzie czuło się komfortowo, bezpiecznie, samo zaśnie w swoim łóżeczku. Wyjmuje mu się tylko jeden szczebelek, żeby mogło, jeśli poczuje taką potrzebę, przejść do rodziców. Nie mówię tego teoretycznie, sam przez to przeszedłem. Z matką moich synów urządziliśmy sypialnię tak, że mieliśmy ogromną platformę do spania. Synowie zajmowali miejsce za naszymi głowami, w niczym nam nie przeszkadzali, a my byliśmy spokojni, bo mogliśmy w każdej chwili ich dotknąć, pogłaskać, chwycić za nogę lub rękę, uspokoić i dalej spać. Gdy dostali swoje łóżeczka, to z radością poszli spać do swojego pokoju.

Widzisz jakieś „za” w uczeniu dziecka samodzielnego zasypiania? Nie widzę żadnego. Spanie to naturalny proces, nie trzeba dziecka w tym trenować. Powtórzę: jeśli zapewni mu się poczucie bezpieczeństwa, troskę i miłość, to wszystko przebiegnie naturalnie i szybko.

Nie do końca tak bywa. Znam rodziców, którzy nie przespali całej nocy od pięciu lat. Dziecko wciąż domaga się ich obecności w nocy i nie chce słyszeć o spaniu w swoim pokoju. Jego mama powiedziała mi, że żałuje, że nie przysposabiała go do samodzielnego spania. Dzieci są różne. A poza tym za ich problemem ze spaniem mogą kryć się jakieś zaburzenia somatyczne lub trudne emocje i napięcia między rodzicami. Dorośli powinni więc przyjrzeć się też sobie. Dziecko tej mamy z jakichś powodów potrzebuje nadal jej bliskości i wsparcia. Oczywiście można doprowadzić bezbronne dziecko do rezygnacji z jego ważnych potrzeb i wychować dorosłego, który nie będzie rozpoznawał sygnałów nadawanych przez własny organizm i nie będzie wiedział, jak na nie odpowiadać.

We Francji nie widać jakichś strasznych skutków. Pewna pisarka pracująca w bogatej francuskiej wielodzietnej rodzinie opowiadała mi, że gdy kilkumiesięczne niemowlę, wykąpane i nakarmione, odnoszono do swojego pokoju, wszyscy zasiadali do kolacji i nikomu nie przeszkadzał płacz dochodzący zza ściany. Starsze dzieci, zapewne wcześniej też tak trenowane, wydawały się szczęśliwe, a od polskich różniło je tylko to, że były bardziej zdyscyplinowane. Ci pozbawieni empatii rodzice byli zapewne wychowani w chłodnym, bezuczuciowym reżimie, więc tak też wychowywali swoje dzieci. To transpokoleniowa fala: „Skoro ja dostałem w kość w dzieciństwie od swoich rodziców, to moje dzieci dostaną w kość ode mnie”. Niestety, we Francji powszechną praktyką jest to, że trzymiesięczne dziecko oddaje się do żłobka. Trenowanie niemowląt w samotnym zasypianiu to część tego samego sposobu myślenia o wychowaniu dziecka – systemu, który racjonalizuje egoizm rodziców, w którym ich potrzeby stają się ważniejsze od potrzeb dziecka. A konsekwencje są takie, że Francja jest krajem o największej liczbie singli i rozwodów w Europie. Bo jeśli człowiek nie zaspokoił w dzieciństwie potrzeby bezpieczeństwa, doznawania troski i bezwarunkowej miłości, to będzie tego obsesyjnie szukał w swoich dorosłych związkach, nieustannie zmieniając partnerów w próżnej nadziei, że ta kolejna osoba będzie w stanie to dostarczyć. Będzie więc – jak małe dziecko – nastawiony wyłącznie na branie, wiecznie niezadowolony z tego, co dostaje, i nieskory do rezygnacji ze swoich planów i potrzeb na rzecz innych. Dotyczy to również stosunku do dzieci.

Decydując się na dziecko, musimy z góry założyć, że rezygnujemy z wielu naszych potrzeb. Jeśli je kochamy, będzie nam to łatwiej zrobić, rezygnacja nie będzie bolesna. Jeśli natomiast dziecko ma być tylko zadaniem, projektem lub dodatkiem do facebookowego obrazka szczęśliwego życia, to lepiej pozostać bezdzietnym.

Badacze snu twierdzą, że dzieci, które nie potrafią same zasypiać, nie są wcale dziećmi z problemami. Wprost przeciwnie – są bardzo pojętne. Szybko uczą się, że gdy głośno domagają się obecności przy zasypianiu mamy, i są w tym konsekwentne, to mama to życzenie spełni. Czy nie ma obawy, że w ten sposób wychowamy terrorystę? Jeśli od początku trzeciego roku życia dziecka nie zaczniemy stopniowo wymagać od niego większej samodzielności, to może się tak stać. Ale człowiek ma pewną hierarchię potrzeb. Kiedy zostaną zaspokojone te podstawowe, jak poczucie bezpieczeństwa, przechodzi on niejako do zaspokajania następnych. Oczywiście dzieci nie są duplikującymi się klonami, każde potrzebuje czego innego. Ale wszystkie bez wyjątku potrzebują miłości i bezpieczeństwa. Przedwczesny trening i zbyt duże wymagania sprawią, że choć dziecko w końcu się do tego dostosuje, to jednak poniesie w swoją dorosłość wiele deficytów i ograniczeń, które bardzo skomplikują mu życie. Jestem pewny, że badania cytowanych przez ciebie lekarzy nie uwzględniają tych długofalowych konsekwencji.

Do jakiego wieku spanie z dzieckiem w jednym łóżku jest dobrym rozwiązaniem? To indywidualna sprawa. Na pewno wygodne jest wtedy, gdy mama karmi piersią, co nie powinno trwać dłużej niż rok*, czyli do czasu, gdy dziecku urosną zęby, których pojawienie się jest sygnałem tego, że czas usamodzielniać dziecko w dziedzinie odżywiania. Ale w okresie karmienia wspólne legowisko naprawdę się sprawdza. Trzeba znaleźć złoty środek między potrzebami dziecka i naszymi, żeby też nie wychować "potwora"**, który nas terroryzuje. Ale to nie grozi dziecku do drugiego roku życia.

Przywołam tu ogólną zasadę, zaczerpniętą z mądrości Wschodu, gdzie dzieci bardzo szybko uniezależniają się i stają się autonomicznymi ludźmi. Zasada jest następująca: przez pierwsze pięć lat rodzice są niewolnikami potrzeb swojego dziecka, od 5 do 15 lat dziecko jest niewolnikiem swoich rodziców (wtedy następuje proces socjalizacji), a od 15. roku życia stopniowo staje się ich partnerem. W myśl tej zasady dzieci hinduskie od urodzenia pozostają w stałym kontakcie z matką, są noszone w chuście, czują jej zapach i słyszą bicie jej serca. Wzrastające w takim poczuciu bezpieczeństwa maluchy szybko stają się samodzielne i odważne. Dopieszczone i dokochane, szybko podążają w kierunku coraz większej autonomii i emocjonalnie dojrzewają. Podobnie dzieje się w innych kulturach.

Usypianie dziecka bywa utrapieniem rodziców. Znam takich, którzy muszą wozić synka autem, bo twierdzą, że tylko wtedy zasypia. Rytuały z zasypianiem są ważne, to nie ulega wątpliwości. Które z nich są według ciebie najważniejsze? Spokój rodziców i zadbanie o ich własny rytm dobowy. Dobrze na przykład o zmroku zmniejszyć oświetlenie domu, zapalać żółte światło, nie włączać telewizora, laptopa. Jeżeli rodzice sami wejdą w stan resetu, odpoczynku, wyciszenia, to dziecko za tym pójdzie. Dziecko jest na ogół doskonale regulowane przez zegar dobowy, tylko rodzice muszą sami się doregulować, a też zastanowić, jakim wzorcem są dla dziecka i w jakim stanie umysłu i serca siadają przy jego łóżeczku, dotykają go czy karmią. Czy tam jest duża doza irytacji, zniecierpliwienia, niechęci, złości? Jeżeli tak, to trzeba zastanowić się nad sobą, a nawet pójść do psychologa czy terapeuty i zapytać, dlaczego taką niechęcią reaguję na swoje dziecko, dlaczego mam tak mało cierpliwości, tak mało serca, dlaczego jest we mnie takie napięcie, dlaczego czuję się obrabowywany z energii i czasu przez swoje własne dziecko, które zaprosiłem na ten świat. Trzeba zadać sobie takie niewygodne pytania, a nie tresować dziecko po to, żeby od tych pytań uciec i żeby było nam wygodniej.

Nie ma jedynej recepty na wychowanie. Rodzice powinni po prostu ufać sobie, to chyba najlepszy drogowskaz. To prawda. Trzeba przyjąć założenie, że dziecko to nie tabula rasa. Przychodzi na świat już z pewnym bagażem zapisanym w genach. Niektórzy mówią, że rodzi się z kwantowym programem, który ma swoją historię i dynamikę, więc rodzi się w nieprzypadkowym miejscu i ma nieprzypadkowych rodziców. Jeżeli można sformułować ogólną zasadę, to taką: do drugiego roku życia wyposażamy dziecko w poczucie bezpieczeństwa i bezwarunkową miłość, która nie stawia żadnych wymagań typu: śpij na żądanie, jak najszybciej usiądź na nocniku, zacznij kontrolować zwieracze, najlepiej to bądź gotowy na rozstanie ze mną w szóstym miesiącu życia i zaakceptuj żłobek, bo chcę wrócić do pracy. Takie wygórowane przedwczesne wymagania to emocjonalna przemoc wobec dziecka i racjonalizacja rodzicielskiego egoizmu. Oczywiście zawsze będą od tego jakieś wyjątki ze względu na predyspozycje dziecka, cechy charakteru rodziców i poziom ich osobistego rozwoju. Bo nawet jeśli namówimy rodziców do tego, żeby traktowali dziecko przez dwa lata w taki sposób, jaki tu proponuję, a oni do tego wewnętrznie nie dorośli, to i tak nie dostarczą dziecku poczucia bezpieczeństwa, ważności, bezwarunkowej miłości. Bo chociaż na poziomie praktycznym wprowadzą w życie wszystkie zasady, to fakt, że będą zniecierpliwieni, źli, a nawet wrogo nastawieni do dziecka, zniweczy ich wysiłki. Stąd zasada, że mniej ważne w sprawach międzyludzkich jest to, co robimy, a najważniejsze to, w jakim stanie ducha, serca i umysłu jesteśmy, gdy to robimy.  

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

* Od redakcji: Zdanie o karmieniu piersią, sugerujące, że nie powinno ono trwać dłużej niż rok to nasz błąd, za który przepraszamy. Wszelkie kwantyfikatory, a zwłaszcza określenie „powinno się” w odniesieniu do karmienia piersią, są niedobre. KAŻDA matka robi w tej kwestii tak, jak uważa, jak może. Karmi piersią, zgodnie z wytycznymi WHO, czyli do 6. miesiąca życia dziecka wyłącznie piersią, a potem - rok, dwa, trzy, czy do 6. roku życia. Szacunek i zrozumienie należy się też matkom, które  z różnych powodów nie mogą karmić.

** Używając tego słowa chciałem zwrócić Czytelniczkom uwagę na konieczność stopniowego stawiania dziecku  granic w sytuacjach, gdy narusza lub/i nadużywa rodzicielską przestrzeń (łóżko, miejsce i narzędzia pracy, toaletę i łazienkę), czas zarezerwowany dla rodziców, a także granice rodzicielskiego ciała. Pierwsze wymagania związane z przestrzeganiem tych granic mogą się zacząć pojawiać już na początku trzeciego roku życia. To bardzo ułatwi dziecku adaptację do sytuacji przedszkola i do zasad współżycia w grupie rówieśniczej - a także wśród dorosłych. W kontekście wieloletniego karmienia piersią nie stawianie granic z wolna instaluje w umyśle już nawet trzyletniego dziecka tendencję do instrumentalnego traktowania matki. Wiele długokarmiących matek, z którymi miałem do czynienia przy okazji ich terapii, opowiadało mi o tym, że ich nawet 5-6 letnie dzieci potrafiły agresywnie i aktywnie (np.  zadzierając mamie bluzkę ) domagać się natychmiastowego dostępu do piersi, gdy tylko z jakiś powodów poczuły się sfrustrowane. Zdarzało się to także w sytuacjach towarzyskich i w miejscach publicznych. Nie ulega wątpliwości, że takie zachowanie świadczy nie tylko o instrumentalnym i uprzedmiotowującym stosunku do matki lecz także o silnym uzależnieniu dziecka od piersi matki oraz braku zdolności do autonomicznego radzenia sobie z trudnymi emocjami." Wojciech Eichelberger 

  1. Psychologia

Ratujmy dzieci w pandemii - 10 propozycji do wprowadzenia od zaraz

Ograniczenia związane z pandemią nasilają ryzyko depresji u najmłodszych. Warto więc pomóc zachować dzieciom radość dzieciństwa. (Fot. iStock)
Ograniczenia związane z pandemią nasilają ryzyko depresji u najmłodszych. Warto więc pomóc zachować dzieciom radość dzieciństwa. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Co dzieci zapamiętają z minionego roku? Gry na komputerze, lekcje online, rozdrażnionych dorosłych... Dziś już wiemy, że pandemia nie skończy się z nadejściem wiosny, a związane z nią ograniczenia nasilają ryzyko depresji u najmłodszych. Pedagożka Ewa Nowak proponuje – by zamiast liczyć, że to tylko tymczasowe – wprowadzać zmiany, które pomogą zachować radość dzieciństwa.

Usłyszałam od sąsiadki, że co drugie dziecko cierpi teraz na obniżenie nastroju, więc to jest już norma. Protestuję i nie przyjmuję tego do wiadomości, bo to, że z powodu covidowych restrykcji nasi najmłodsi mają obniżony nastrój, nie znaczy, że wszystko jest w porządku albo że „po pandemii jakoś się ułoży”. Czyli kiedy? Tego nie wie nikt... Zatem może lepiej przyjąć postawę „pandemia będzie już zawsze”, bo dopóki rodzice będą traktować dzisiejszą sytuację jak stan przejściowy, dopóty nie  zatroszczą się o swoje dziecko jak trzeba. Wbrew pozorom taka zmiana może zmotywować i wyzwolić kreatywność. Od czego zacząć? Oto 10 propozycji do wprowadzenia od zaraz:

1. W zdrowym ciele zdrowy duch

Ponieważ ciało zawsze reaguje na nasz stan psychiczny, użyjmy tej korelacji w odwrotną stronę: wybiegane, zmęczone, wykrzyczane i dotlenione dziecko to element prewencji dziecięcej depresji. Także otyłości, zwłaszcza że słychać w mediach, że zaczęła się plaga i że jest to związane z obniżeniem nastroju. Nie pokuszę się tu o wyliczanie zasad zdrowego żywienia, ale pamiętajmy, że otyłość zaczyna się w sklepie. Zatem embargo na niezdrowe, wysokokaloryczne zakupy – to najważniejszy postulat w temacie zdrowia psychicznego uwięzionych w domach malców. Drugi to ruch, ale nie pozorowany, tylko prawdziwy, żeby dziecko każdego dnia się spociło.

Kolejne zdrowotne zalecenie to  troska o wzrok, bo dzieci spędzają dziś większość dnia przed komputerem, laptopem, smartfonem...  W jednej pozycji, z oczami pozbawionymi naturalnej ruchliwości źrenic. A wśród pięciu zmysłów kluczową rolę odgrywa wzrok, dosłownie wchłaniamy świat oczami, bo bodźce wizualne trafiają bardzo szybko do mózgu. Zatem pamiętajmy, żeby zabawa i przerwa od nauki wiązała się także z wytchnieniem dla oczu.

2. Dobra atmosfera

Wygłupy, łaskotki, udawanie potwora, naśladowanie głosów, dziwaczne zachowania, przekręcanie słów – to wszystko wprowadza w domu luz. Wygłupiajcie się. Chichoczcie, śmiejcie się wymuszonym opętańczym śmiechem, naśladujcie głosy zwierząt w nieoczekiwanych momentach. Jeszcze na studiach uczono mnie, że poza zaspokojonym głodem i poczuciem bezpieczeństwa do udanego dzieciństwa potrzeba wesołych i uśmiechniętych rodziców. A uśmiechać możemy się przecież bez ograniczeń.

3. Poczucie bliskości fizycznej

Atmosfera psychozy związanej z pedofilią odbija się na dzieciach. Boimy się je dotykać, tymczasem kontakt fizyczny – gilgotki, mocowanie się na ręce, tarzanie, nauka chodzenia na rękach, leżenie przed telewizorem i dotykanie się stopami – jest jak witamina. Także dla udającego, że tego nie potrzebuje dziesięciolatka. Małe dziecko możesz poprosić, żeby zrobiło ci masaż deptany – niech połazi po twoich plecach. To bezpieczna, dająca ogromną frajdę zabawa (tylko musisz leżeć na twardym podłożu, czyli łóżko ani kanapa nie wchodzą w grę).

4. Nowe doświadczenia

Magia czynności, którą wykonujesz po raz pierwszy, jest wielka! Jak ugotować jajko na miękko? Jak obrać ziemniaki? Jak nawodnić storczyki? Jak przetkać zlew? Jak wymienić baterie w pilocie? Na każdym kroku pozwalaj, żeby dziecko zrobiło coś pierwszy raz i to całkiem samodzielnie. Przypomnij sobie, w jakiej euforii jest człowiek, który minutę temu czegoś nie umiał.

5. Czytanie

Statystyki wskazują, że w Polsce dzieci czytają do 10. roku życia, czyli do czasu, gdy czytają im na głos rodzice. Nie dziwię się, gdyż wielu rodziców każe czytać samodzielnie dzieciom w wieku wczesnoszkolnym, kiedy one chcą już zanurzyć się w skomplikowane historie, a same nie są jeszcze w stanie ich czytać. Dlatego czytaj na głos, nawet jeśli słucha cię nastolatek! I nie proponuj, że zrobicie to na zmianę, bo wtedy dziecko będzie tylko w stresie czekać na swoją kolej. I nici z relaksu!

6. Wszyscy razem

Wiele metod wychowawczych podkreśla znaczenie angażowania całej rodziny w obowiązki domowe. Jednak nie chodzi tu o to, by wdrożyć córkę czy syna do sprzątania domu po remoncie ani sprawdzać testem białej rękawiczki, czy na pewno dobrze wytarli góry szafek kuchennych. Zamiast nakazywać, poproś o pomoc – dzieci cierpią psychicznie z powodu nudy, niedostatków różnorodnych bodźców, braku kontaktu z rówieśnikami i tego, że czują się bezużyteczne. Zatem wyznacz coś stosownego do wieku i środowiska waszej rodziny, np. „masz jakiś pomysł, jak zmieścić wszystkie zakupy w lodówce?”. I powstrzymaj się wtedy od komenderowania, poganiania czy wyrażania niezadowolenia.

Nie samymi obowiązkami człowiek żyje, więc warto dzielić i przyjemności. Czy gracie w planszówki? A może śpiewacie razem?  Śpiew usprawnia przeponę, reguluje ciśnienie krwi, rozładowuje napięcie, poprawia pracę mózgu i sprawia frajdę. Można się bezkarnie wykrzyczeć, zmęczyć, odreagować. A śpiewy na całe gardło dzieci będą pamiętać zawsze.

7. Zapiski z czasów pandemii

Izolacja, dni spędzane w domu, kino i kościół online sprawiają, że tygodnie zlewają się, a to nie wpływa dobrze na nikogo. Pokaż dziecku, jak je odróżnić. Na przykład prowadźcie kalendarz, w którym każdy będzie codziennie wpisywać lub rysować jedną rzecz wyróżniającą ten dzień.

8. Spotkania w realu

Jeśli jedziesz do dziadków z zakupami, do biblioteki, żeby wymienić książki czy nawet po odbiór przesyłki do paczkomatu – weź dzieci ze sobą. Niech zobaczą dziadków, nawet tylko z daleka, niech porozmawiają z innymi ludźmi nawet na odległość. Nie wtrącaj się do tej rozmowy, niech dziecko wie, że poza rodzicami są na świecie inni dorośli. Tobie może się to wydawać nieprawdopodobne, ale dziś sporo dzieci martwi się przyszłością i tym, że nie będą miały na kogo liczyć.

9. Pochwały

To uniwersalna witamina wzrostowa, skądinąd równie skuteczna w przypadku dorosłych. Każde zachowanie da się pochwalić, nie bój się rozpieszczać dzieci. Nie wiem, czy to powiedział Janusz Korczak, czy profesor Ewa Tomasik, moja wykładowczyni na studiach, ale pamiętam do dziś: „Dzieci, które najbardziej potrzebują pochwał, to te, które najmniej na nie zasługują”. Zwłaszcza że ich niegrzeczne zachowanie może być reakcją na problemy z rówieśnikami, bo to, że dzieci mało widują się w realu, nie znaczy, że konflikty koleżeńskie przestają istnieć. Powodów może być wiele: źle działający Internet, brak słuchawek. Do tego dochodzi wyśmiewanie w mediach społecznościowych, nagrywanie. Rozmawiaj o tym, gdy tylko dziecko poruszy ten temat.

10. Zwierzak w domu

Kontakt z innym gatunkiem rozwija u dzieci empatię, daje poczucie sensu, bycie potrzebnym, zapobiega nudzie. A jeśli będzie to pies, to będą i kontakty społeczne, bo trzeba z nim wychodzić.

Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży; najnowsza nosi tytuł „Orkan. Depresja”.