1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czy szczerość zawsze popłaca?

Czy szczerość zawsze popłaca?

Budowanie relacji na kłamstwie i udawaniu nie ma sensu, bo wtedy to nie relacja, lecz gra, układ. Nawet gdy oszustwo wydaje się konieczne dla czyjegoś dobra, ma tylko pozorną wartość. (Fot. iStock)
Budowanie relacji na kłamstwie i udawaniu nie ma sensu, bo wtedy to nie relacja, lecz gra, układ. Nawet gdy oszustwo wydaje się konieczne dla czyjegoś dobra, ma tylko pozorną wartość. (Fot. iStock)
Biblia głosi, że prawda wyzwala. Życie pokazuje, że potrafi być kłopotliwa i raniąca. Stare porzekadło przestrzega: prawda bywa matką nienawiści! 

Wiele dyscyplin duchowych stawia na prawdę i zaleca marsz w jej kierunku, przebijanie się przez pokłady różnych życiowych oszustw, złudzeń i zafałszowań. To piękna, ale nieco utopijna tendencja, bo gdy tak uważnie przyjrzeć się codziennemu życiu, łatwo odkryć,  że każdy człowiek to mniejszy lub większy kłamczuch.

Po co kłamstwo?

Kłamiemy z różnych powodów – z lęku, z lenistwa, by uniknąć odpowiedzialności, dla wygody, by nie zrobić komuś przykrości… Kłamstwo jest pierwszą z wyboru metodą ochrony ludzkiego dobrostanu, bo jest skuteczne, łatwe, wygodne i zawsze pod ręką. Ten mechanizm poznajemy już w dzieciństwie. Rodzice starają się wpoić zamiłowanie do uczciwości, przekonują, że kłamstwo jest złe, i zachęcają do mówienia prawdy, ale dzieci są bystrymi obserwatorami. Słyszą, jak tata mówi do mamy: „kochanie, wiatr otworzył okno i dlatego spadł ten wazon z parapetu”, choć sam go stłukł. Szybko też zauważają, że szczerość nie popłaca. Bo gdy uczciwie się do czegoś przyznasz, to najpewniej dostaniesz karę.

Po co prawda?

Z drugiej strony trening do bycia uczciwym robi swoje. Dobrze wychowany człowiek, kłamiąc, czuje się niekomfortowo. To głos superego, które spieszy z karą za kłamstwo: poczuciem winy i wyrzutami sumienia. Do szczerości skłania też lęk przed konsekwencjami. Od małego, przyłapani na przeinaczaniu prawdy, bywamy przecież karani: zawstydzani czy odsuwani od życia rodzinnego.

A przy tym oszustwo to... spory wysiłek psychiczny: wyobraźni, precyzji, pamiętania tego, co się powiedziało i... ciągłej czujności. Bo kłamstwo tworzy historię, którą trzeba ciągnąć. I dobrze reżyserować, by nie wypaść z roli. Dlatego mówienie prawdy jest zwyczajnie łatwiejsze.

Dla twojego dobra kochany

Kłamstwo w związkach ułatwia niektóre kwestie, ale rzadko jest rozwojowe. Budowanie relacji na kłamstwie i udawaniu nie ma sensu, bo wtedy to nie relacja, lecz gra, układ. Nawet gdy oszustwo wydaje się konieczne dla czyjegoś dobra, ma tylko pozorną wartość. Po pierwsze większość energii pochłonie gra, utrzymanie masek, po drugie – nieprawda skutkuje dojmującym poczuciem samotności, bo w związku pojawia się trzecia osoba, ta, którą odgrywamy. A taka naprawdę nie istnieje. Mówienie trudnej prawdy partnerowi nie jest łatwe, gdyż większość wiedzy, która ma wyzwolić, jest jednocześnie tą, której nikt nie ma ochoty słyszeć. Ale trzeba ją wyjawić, by się z nią zmierzyć, wiedzieć, nad czym musimy popracować. Ucieczka w kłamstwo na dłuższą metę oddala od ludzi i skazuje na samotność.

Oto przykład literacki. Słynne kłamstwo utrzymywane w dobrej wierze jest kanwą „Kamizelki” Bolesława Prusa. Umierający na gruźlicę mąż chudł, a że nie chciał martwić ukochanej żony, codziennie dopasowywał kamizelkę tak, by nie było widać, że staje się za duża. Żona z kolei nocami zwężała jej pasek, by mąż nie widział, jak szybko chudnie i jak bardzo uchodzi z niego życie. Chronili się nawzajem przed cierpieniem i zetknięciem z prawdą, że on niebawem odejdzie. Mąż myślał, że chroni żonę. Ona, że chroni jego. To plus tej sytuacji. Ale jest i minus: oboje nie mieli szansy tak naprawdę się spotkać. Ostatnie miesiące, choć razem, spędzili osobno w swoim, chcąc nie chcąc, oszustwie. Nie pożegnali się, bo do końca grali w „nic się nie dzieje”. Kochali się, ale na odległość.

Niepotrzebne kłamstwo

Czy wszystko trzeba koniecznie wiedzieć? Nie. Często ukrywamy fakty nawet przed sobą. Mowa o tendencji do samooszukiwania, przymykania oka, zaprzeczania, wypierania, racjonalizowania czy fantazjowania. To mechanizmy obronne, często nieuświadomione, ale wiernie służące ludzkości i chroniące przed przykrą prawdą, np. że wszyscy umrzemy albo że przysięga wierności składana przed ołtarzem – według głosu statystyki – ma małe szanse na dotrzymanie…

Świadoma konfrontacja z rzeczywistością odebrałaby pewnie wielu osobom optymizm i poczucie bezpieczeństwa, a egzystencja stałaby się nieznośnym ciężarem.

Istnieją sytuacje, w których nie warto mówić prawdy, bo jest raniąca i tak naprawdę nikt jej nie oczekuje. Po co mówić rudemu, że rudy, a garbatemu, że garbaty?  Lepiej też unikać zbytniej szczerości, jeśli niczego nie wnosi, a może być trudna do przyjęcia. Po co nowemu partnerowi opowiadać o poprzednich kochankach, nawet jeśli pyta o szczegóły przeszłości seksualnej? To nie dotyczy przecież jego, to moja przeszłość, mam prawo milczeć. Tym bardziej, że mało kto – a już zwłaszcza nowy mężczyzna – jest w stanie udźwignąć prawdę o tabunach dawnych  kochanków.

Albo zdrada: załóżmy, że zdarzyła się raz, przypadkowo, pod wpływem alkoholu. Nie ma sensu mówić o niej partnerowi. Po co? Taka prawda może tylko zranić, zburzyć związek. Dlaczego zatem ujawnienie zdrady jest tak kuszące? Najczęściej chodzi o rozgrzeszenie, usprawiedliwienie, o to, by pozbyć się napięcia i poczucia winy albo zrzucić ciężar sytuacji i odpowiedzialność za decyzję na drugą osobę – teraz to ona musi coś z tym zrobić. Może zrozumie i wybaczy, a może powie: „musimy się rozstać”. W każdym razie to ona musi rozstrzygnąć. Tak, tylko... takie zachowanie przestaje być szlachetne.

Kiedyś w „Sensie” pojawiło się pytanie zrozpaczonej matki, czy powinna powiedzieć prawdę swojemu dziecku o tym, że jest poczęte z gwałtu. Choć to inna sytuacja, to jednak podobny problem. Znowu trzeba postawić pytanie, czemu miałaby służyć ta informacja, a zwłaszcza, czy służyłaby dobru dziecka. Takie pytanie powinna zadać sobie matka. I jeśli ma uzasadnione podejrzenia, że dziecko na tym nie skorzysta, śmiało może zrezygnować z objawienia tej prawdy. Lepiej powiedzieć, że ojciec zniknął lub wyjechał i dotąd się nie odezwał. A być może trzeba będzie zweryfikować sytuację w przyszłości. Bo zdać sobie sprawę z tego, że nie jest się owocem miłości, lecz przemocy, to trudne przeżycie. Jednak dla niektórych, zwłaszcza jeśli są już dorosłymi i zrównoważonymi osobami, może to być wiedza bardzo oczyszczająca, tłumacząca wiele zdarzeń, także tych z dzieciństwa. Może więc, gdy dziecko podrośnie, zdarzy się okazja, by powrócić do tego tematu. Matka z pewnością wyczuje taką potrzebę ze strony dorosłego już potomka, a może on sam wprost ją zasygnalizuje.

Moralne niepokoje

„Mówić czy nie?” – takie pytanie pada w sytuacji, gdy ktoś bliski zapada na poważną chorobę. Uważamy często, że prawda może być zbyt okrutna, załamać, fatalnie wpłynąć na stan zdrowia chorego. Tak, istnieje takie ryzyko, ale prawdą jest też to, że osoby chore mają pełne prawo do wiedzy na temat swojego życia, ciała i zdrowia.

Każdą informację można przekazać na tysiąc sposobów. Zawsze trzeba zadbać o rzetelny przekaz choremu, a także udzielić mu mocnego wsparcia: mówić o nadziei, metodach leczenia, a przede wszystkim być z nim.

Dylemat pojawia się również, gdy mamy o kimś kompromitujące lub niepokojące informacje. Czy przekazywać je jego bliskim, by – jak to się mówi – „przejrzeli na oczy”?

Nie ma tu jednego słusznego rozwiązania. Wiele zależy od relacji z osobami, o których prywatnym życiu coś wiemy. Powstaje pytanie, czy jest to relacja wystarczająco bliska, żeby czuć się uprawnionym do podzielenia się posiadaną wiedzą? Warto spytać siebie również: „czemu ma to służyć?”. Czy chcę przekazać prawdę, bo boję się o tego kogoś, pragnę go przed czymś ustrzec, czy zależy mi raczej na wywołaniu sensacji, zasianiu zamętu?

Dylemat niejednej kobiety: czy powiedzieć koleżance, że jej partner ma romans z inną, czy lepiej sprawę przemilczeć? Jeśli nie powiem, a ona się dowie, może mieć pretensje, że przemilczałam. A gdy powiem, może zarzucić, że szkaluję go w jej oczach, bo jestem zazdrosna o ich miłość. Co robić?

Najbardziej trafnym wyjściem z takiej sytuacji byłoby przeprowadzenie rozmowy z niewiernym partnerem i szczery komunikat: „Wiem o twoim romansie i jeśli ty jej sam o tym nie powiesz, to ja to zrobię”.

Dylemat męża

Dla niektórych mężów równie poważnym wyborem jest kwestia tego, jak odpowiedzieć na pytanie żony: „Powiedz mi proszę, czy podobam ci się w tej sukience? Nie wyglądam w niej za grubo?”. Otóż, panowie, żonie zawsze należy mówić, że się nam podoba, bo przecież to prawda: patrzymy na nią oczami miłości. Dopiero po takiej deklaracji można dodać, że w innej sukience podoba nam się jeszcze bardziej.

 Jak mówić trudną prawdę?

Vaclav Havel powiedział kiedyś, że prawda jest nie tylko tym, czym jest, ale też okolicznościami, w jakich jest mówiona, do kogo, jak i dlaczego. Bo możemy ją podać tak, by kogoś zabolała, albo w intencji poprawy relacji. Dlatego mówiąc komuś trudną do przyjęcia prawdę:
  • róbmy to życzliwie i delikatnie, zwracając uwagę na uczucia tej osoby. Obserwujmy jej reakcje, bo czasem trzeba dostosować poziom prawdy do wrażliwości osoby, z którą rozmawiamy, i podawać ją w dwóch, a nawet trzech porcjach, dając czas na stopniowe oswajanie się z trudną wiedzą. Ciężko bywa przyjąć niełatwą prawdę, która spada jak grom z jasnego nieba;
  • warunki rozmowy niech będą spokojne i bezpieczne. Nie wykrzykujmy zaskakujących prawd w trakcie awantury. Nie powinny być kolejnym argumentem, który ma zaważyć na wyniku dyskusji;
  • ostrożnie dobierajmy słowa. Im trudniejsza informacja do przekazania, tym większa powinna być dbałość o formę;
  • prawdy drobne, codzienne, nawet jeśli niezbyt miłe najlepiej przekazywać, odwołując się do poczucia humoru. Ubrane w żart bywają łatwiejsze do przełknięcia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy miłość wszystko wybaczy?

To, co się wybacza, a czego nie, to indywidualna sprawa każdego człowieka i nie można tu konstruować żadnych teorii, bo byłoby to nadużycie. (Fot. iStock)
To, co się wybacza, a czego nie, to indywidualna sprawa każdego człowieka i nie można tu konstruować żadnych teorii, bo byłoby to nadużycie. (Fot. iStock)
Ktoś bliski zawiódł, zdradził… Czy miłość wszystko wybaczy? – pyta Agata Domańska. Tak, jeśli zaczniemy od miłości do siebie – mówi psychoterapeutka Teresa Raczkowska.

Co to właściwie jest zranienie?
To jest rodzaj wyjątkowej sytuacji, której doświadczamy nagle – choć bywa, że często – i która odbiera nam poczucie tożsamości, bezpieczeństwa, gruntu pod nogami. Zranienie jest poczuciem utraty łączności i jedności z drugą osobą, zachwianiem takiego podstawowego „mostu”, który nas łączy.

Czyli cierpimy podwójnie: z powodu zranienia, jak i oddzielenia.
Tak, przy czym poczucie oddzielenia dotyczy relacji, ale także oddzielenia od nas samych, co jest mniej uświadamianym, głębszym aspektem. Zazwyczaj reakcją na zranienie jest nawykowe obwinianie: ktoś mnie zranił, to jego wina. Tymczasem druga osoba jest wprawdzie nadawcą bodźca, ale żeby raniła, musi trafić w nasze dawne zranienie. Każdy ma w sobie takie obszary – im ich więcej, tym łatwiej i częściej będzie się czuł raniony.

I dlatego reakcja bywa nieadekwatna do bodźca?
Właśnie! Oczywiście z punktu widzenia osoby doświadczającej zranienia, reakcja jest adekwatna. Więc odpowiada złością, smutkiem, izolacją, wściekłością, obniżeniem nastroju, lękiem przed bliskością. Kiedy poczucie zranienia jest bardzo głębokie i zupełnie nieprzepracowane, często wycofuje się z relacji.

Trzeba mieć świadomość, że to moja reakcja i przyglądać się jej?
Tak, zobaczyć, co się we mnie obudziło. Za pierwszym razem to się raczej nie udaje, ale kiedy napięcie opada, może pojawić się ślad w pamięci, myśli: „Już kiedyś to przeżyłem, tylko bardzo skrzętnie wyparłem. Teraz ktoś utorował temu bolesnemu wydarzeniu drogę na powierzchnię. I właściwie powinienem być mu wdzięczny, bo pokazuje mi mnie samego”.

Ale złość, obraza czy opór są chyba normalne?
Jasne! Problem polega na tym, że my najczęściej od razu wpadamy w mechanizm obrony i ataku, który jest automatyczny, nieświadomy i niczego nie wnosi. Kolejność powinna być taka, że najpierw załatwiam sprawę ze sobą – i można to zrobić względnie szybko – a dopiero potem się konfrontuję z sytuacją. Nie ma nic gorszego, niż zamknięcie się w bólu – „jestem zraniona i teraz sobie cierpię”.

Powinniśmy drugiej osobie pokazać, co nam robi?
Raczej pokazać, co czujemy. Powiedzieć z pozycji „ja”, co „mnie” dotyka. Nie przerzucać poczucia winy, nie oskarżać, nie osądzać, nie ferować wyroków. Ograniczyć się do własnego wnętrza.

Ale są przecież niepotrzebne zranienia, takie ewidentne krzywdy?
Tak, są takie sytuacje. Z reguły mamy poczucie krzywdy, kiedy inni nami manipulują, bo chcą mieć rację, przeforsować swoje zdanie. Ale i wtedy – w pełni świadomi – możemy zobaczyć, że gdybyśmy naprawdę siebie zaakceptowali, nie doszłoby do zranienia. Manipulator nieświadomie zahacza o tę część, której w sobie nie lubimy, a to powoduje, że nie odpowiadamy mu z właściwej pozycji.

Wszystko można wybaczyć? Zdradę również?
Zdrada to ogromne nadszarpnięcie zaufania. Oczywiście, że można wybaczyć, ale takiego obowiązku nie mamy, nawet gdy partner bardzo prosi o wybaczenie.

Czasem się wybacza, ale się nie zapomina, tylko np. wypiera coś ze świadomości. To nie jest zdrowe. W ogóle to, co się wybacza, a czego nie, to indywidualna sprawa każdego człowieka i nie można tu konstruować żadnych teorii, bo byłoby to nadużycie.

Ja nie namawiam nikogo do wybaczania, bo żeby wybaczyć, trzeba najpierw ranę zabliźnić w sobie, ponownie przeżyć tę sytuację. O wybaczeniu można myśleć, kiedy poczujemy, że uraza, zranienie i ból zostały rozpuszczone – troską o siebie albo zabiegami tego, który skrzywdził.

A jeśli pozostajemy w relacji, w której ktoś nas krzywdzi i wcale nie wybaczamy…
To znaczy, że jest to relacja oparta na uzależnieniu, a my nie akceptujemy samych siebie. Jeśli nie odnajdziemy się w swoich uczuciach i będziemy nosić urazę, nie będzie zgodności z tym, co czujemy i robimy – wtedy będziemy postępować wbrew sobie.

Czy to równoznaczne z przyjęciem postawy ofiary?
Ofiara to ktoś, kto się godzi na to, co go w życiu spotyka i nic z tym nie robi. Pogrąża się w poczuciu bezradności. Może mieć też korzyści z tego, że jest ofiarą: jak jestem biedny i raniony, to ktoś się wreszcie nade mną zlituje i pocieszy.

Klasyczny przykład żony alkoholika: on wprawdzie pił i bił, ale ona poświęcała się „dla dzieci” i ciągnęła ten niewdzięczny wózek. To zwalnia od poczucia odpowiedzialności za swoje życie.

A przemoc fizyczna?
To jest przestępstwo. Z tym się nie dyskutuje i nie wybacza, tylko składa doniesienie do prokuratury i broni swego bezpieczeństwa. Tu nie potrzeba żadnej psychologii.

Teresa Raczkowska psycholog, psychoterapeutka prowadząca terapię humanistyczną metodą Gestlat. 

  1. Psychologia

Asertywność najlepiej trenować w dzieciństwie

Asertywności możemy nauczyć się jako dorośli, czasem jednak wymaga to ogromnej wewnętrznej przebudowy. (fot. iStock)
Asertywności możemy nauczyć się jako dorośli, czasem jednak wymaga to ogromnej wewnętrznej przebudowy. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Dobrze się żyje, gdy jesteśmy otwarci w relacjach z ludźmi. Kiedy umiemy opowiadać o swoich emocjach i zgodnie z nimi reagować. Gdy złościmy się wtedy, kiedy jest ku temu powód. Ulegamy, jeśli mamy na to ochotę. Tak żyją ludzie asertywni. Czym jest asertywność? - wyjaśnia psychoterapeuta Jarosław Józefowicz.

Czym jest asertywność? To pewność siebie, wynikająca ze znajomości swoich poglądów i jasności stanowiska na dany temat. To też siła, którą dysponuję, żeby te przekonania wyartykułować. Co ważniejsze - asertywność to również autentyczność, płynąca ze znajomości swoich uczuć oraz adekwatne do nich reagowanie. Czy mamy dobry dostęp do swoich emocji, możemy sprawdzić w sytuacjach choć trochę stresowych, które dzieją się szybko w relacji z drugą osobą czy w grupie. Wówczas działamy automatycznie i od razu widać, czy bazą naszych zachowań jest to, co naprawdę czujemy, czy też może nasze reakcje płyną z miejsca maski, przyzwyczajenia, przyjętych zewnętrznych norm. To jedna część pojęcia „asertywność”. Drugim aspektem tego zagadnienia jest sposób, w jaki stajemy za swoimi poglądami i uczuciami. Bronienie racji w sposób asertywny oznacza zachowania, które nie ranią. Takie, które otoczenie jest w stanie przyjąć i zrozumieć.

Są ludzie, którzy są asertywni i nie muszą się tego uczyć. Co za taką postawą może stać? Wychowanie. Zdrowa asertywność wynika z pozytywnych doświadczeń, przede wszystkim z dzieciństwa. Zależy to od tego, czy w tamtym okresie postawa ważnych dla nas osób była bardziej wspierająca i wzmacniająca niż osłabiająca i krytykująca. Czy nasze granice były szanowane, respektowane. Jeśli tak było, będą one dla nas czymś naturalnym. Nie będziemy musieli ich ani zaciekle bronić, raniąc innych, ani ulegle wpuszczać kogoś na swoje terytorium. Ktoś asertywny, gdy chce o coś zawalczyć, do czegoś startować, czuje że ma do tego prawo. To kwestia głębokiego przekonania niedostępnego intelektowi, a dotyczącego poczucia. Ludzie nieasertywni z kolei czują, że im się nic nie należy.

Z czego jeszcze może wynikać brak asertywności? Z braku dostępu do swoich uczuć, z niepewności czego chcę, co tak naprawdę myślę. Z niewiary w realność i zasadność własnych potrzeb. Często wiąże się to z trudną historią osobistą i wynikającym z niej krytykiem wewnętrznym. To postać w środku nas, która mówi, że to co myślimy jest głupie, a nasze potrzeby mało ważne i nie na miejscu. Ten głos nie bierze się znikąd. Już kiedyś od kogoś słyszeliśmy ten przekaz.

Dlaczego uważasz, że asertywność to postawa nabyta? Dlatego, że ludzie nie rodzą się asertywni lub nieasertywni, tylko te zachowania wykształcają. Szkielet osobościowy i psychiczny człowieka powstaje mniej więcej do piątego roku życia. Najlepszym jego budulcem jest miłość i wsparcie w połączeniu z pewnymi ramami, dającymi dziecku poczucie stabilności, bezpieczeństwa i chroniącymi przed nadmiernym egoizmem. Ta wewnętrzna konstrukcja, którą otrzymujemy w dzieciństwie, przez resztę życia pozostaje prawie niezmienna. Potem w dorosłym życiu, w milionie codziennych sytuacji czy w powtarzających się kłopotach w relacjach cały czas odgrywamy ten sam schemat, chociaż często nie uświadamiamy sobie tego. Pierwszy krok na drodze do zmiany to właśnie wpuszczenie świadomości.

Jarosław Józefowicz, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog. Prowadzi terapie indywidualne, par i małżeństw, pracuje z dziećmi, rodzinami, grupami, organizacjami. Prowadzi treningi psychologiczne, grupy i warsztaty, zajęcia rozwojowe.

  1. Psychologia

Szczerość i otwartość w relacjach z ludźmi – praktyczne wskazówki

Szczerość pomaga w skutecznej komunikacji. Poniżej 7 wskazówek, o których warto pamiętać budując dobre relacje. (fot. iStock)
Szczerość pomaga w skutecznej komunikacji. Poniżej 7 wskazówek, o których warto pamiętać budując dobre relacje. (fot. iStock)
Szczerość to nie tylko prawdomówność. Źródłem szczerości jest postawa otwartości wobec samego siebie i innych ludzi. Opiera się ona na szacunku i uczciwości, a także na prawie do wyrażania siebie.

1. Daj sobie prawo do wyrażania siebie

Każdy ma prawo wyrażać swoje myśli, uczucia i potrzeby, jeśli tylko nie narusza praw i godności drugiego człowieka. Zastanów się chwilę, czy dajesz takie prawo sobie i czy nie odmawiasz go innym.

2. Stosuj komunikat „ja...”

Najbezpieczniejszym sposobem wyrażania siebie jest stosowanie komunikatu typu „ja...”, czyli mówienie o swoich uczuciach, emocjach i potrzebach wprost, zaczynając od sformułowań:
  • Ja myślę...
  • Ja uważam...
  • Ja czuję...
Poprzez stosowanie takiej formy poruszasz się po bezpiecznym obszarze – odnosisz się do siebie, do swoich stanów wewnętrznych. Pamiętaj, że jesteś ekspertem od samego siebie. Nie daj się przekonać, że ktoś wie lepiej, co czujesz albo myślisz.

3. Doceniaj osoby, które są wobec ciebie szczere

Pamiętaj, że ludzie różnią się od siebie, dlatego każdy z nich może twoje zachowanie odbierać zupełnie inaczej. Im więcej jest w twoim otoczeniu osób, do których masz zaufanie i które dzielą się odczuciami na temat tego, co mówisz i robisz, tym więcej zyskujesz. To może być wspaniała wskazówka dla ciebie samego, szczególnie gdy zajmujesz menedżerskie stanowisko. Pamiętaj, że najtrudniej jest o szczerość, kiedy istnieje zależność służbowa między ludźmi.

4. Naucz się prawdziwie słuchać

Postaraj się traktować drugiego człowieka jak zagadkę. Nie zakładaj, że wiesz lepiej, co on chce ci powiedzieć. Słuchaj do końca każdego zdania. Zadawaj pytania otwarte. Dopytuj, gdy coś wydaje ci się niejasne.

Przy okazji dłuższych wypowiedzi, niezależnie, czy są to zwierzenia przyjaciółki, czy polecenie wydawane przez szefa, próbuj powtarzać własnymi słowami to, co usłyszałaś. Zapytaj, czy o to właśnie chodziło. Taki zabieg pozwala upewnić się, czy dobrze się zrozumieliście - to kluczowy element skutecznej komunikacji.

5. Oceniaj działanie, nie osoby

Mów: „Prezentacja, którą przygotowałeś, jest dla mnie mało czytelna. Dobór kolorów sprawia, że nie widzę danych na umieszczonych w niej wykresach. Zmęczyłam się, wytężając nad tym wzrok” zamiast: „Jeśli chodzi o przygotowanie prezentacji, to jesteś beznadziejny” lub „Jesteś po prostu leniwy”.

6. Odnoś się do faktów i mów o swoich uczuciach z tym związanych

Wyobraź sobie, że przyjaciółka często spóźnia się 10–15 minut na spotkanie z tobą, a w tobie budzi się złość. Masz poczucie, że ten czas mogłabyś spędzić w ulubionym sklepie w pobliżu lub załatwić coś w najbliższym oddziale banku. Tymczasem stoisz i czekasz. Zamiast tłumienia emocji w sobie (odezwą się jak wulkan po dłuższym czasie, ze wzmożoną siłą) lub natychmiastowego ataku („Jesteś zupełnie nieodpowiedzialna, nie można na tobie polegać”) zastosuj nienaruszającą jej godności procedurę FUO: fakty, ustosunkowanie, oczekiwania.

Zacznij od opisu faktów:

  • „Kiedy ty się spóźniasz...” - przejdź do opisu swoich emocji:
  • „Ja się złoszczę/ irytuję...” -  a następnie wyraź swoje oczekiwania:
  • „Oczekuję, że będziesz przychodzić punktualnie lub że będziesz mnie uprzedzać z półgodzinnym wyprzedzeniem, że się spóźnisz”.
  • Nie generalizuj: „Ty zawsze musisz się spóźniać”.

7. Szczerość do bólu

Otwartość nie oznacza, że należy zawsze i w każdych okolicznościach mówić prawdę. Czasem powiedzenie komuś, że strasznie przytył albo że nie podoba nam się jego wystrój mieszkania nie jest konieczne, a potrafi bardzo od siebie oddalić dwie osoby. Wiele zależy od charakteru takiej relacji.

  1. Psychologia

Wierność w związku - mit czy rzeczywistość?

Wiele osób, zamiast pracować nad sobą i nad związkiem, wybiera drogę na skróty... (fot. iStock)
Wiele osób, zamiast pracować nad sobą i nad związkiem, wybiera drogę na skróty... (fot. iStock)
Związek powinien być jednocześnie spokojną i bezpieczną przystanią oraz ekscytującą i stymulującą drogą, która ciągle się zmienia. Czy osoba, która dopuszcza się niewierności, jest jak rozkapryszony następca tronu, który nie znosi, gdy jego pragnienia pozostają niezaspokojone, czy jak ktoś dość pokorny, by zrozumieć i zaakceptować swoją zwierzęcą naturę? – pyta Lisa Letessier, psycholożka i terapeutka, autorka książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”.

Według szacunków 80 proc. par w pewnym momencie zderza się z niewiernością partnera, 65 proc. rozwodzi się po odkryciu zdrady, a w 50 proc. tych, którzy pozostają razem, nie dochodzi do wybaczenia (Weil, Winter 1994)!

Poliamoryści wychodzą z założenia, że pozostawanie wiernym seksualnie jednej osobie jest czymś nienaturalnym. To prawda, że w królestwie zwierząt i ludzi niewiele osobników żyje w monogamii! Poligamia człowieka może być w pewien sposób uznawana za przesłankę quasi-naturalną (Barash, Lipton, 2002).

Ponadto żyjemy dziś w społeczeństwie hedonistycznym, w którym koniecznością jest odczuwanie przyjemności i satysfakcji! Epikurejska koncepcja szczęścia polega na szukaniu przyjemności, gromadzeniu emocji pozytywnych oraz odrzucaniu bólu i tego, co wywołuje emocje nieprzyjemne. Wszystko musi szybko się toczyć i szybko przynosić efekty. W tym pośpiechu zdolność do znoszenia ogólnej frustracji maleje. Denerwujemy się, jeśli przez godzinę nie dostajemy odpowiedzi na SMS lub e-mail, odchodzimy z pracy, gdy tylko przestaje przynosić satysfakcję, szukamy rozwiązania w zdradzie lub rozwodzie, jeśli coś nam nie pasuje w związku. Niestety, hedonistyczna adaptacja skazuje nas na krótkotrwałość. To, co daje chwilową przyjemność, nuży albo staje się zwyczajne! Jesteśmy więc skazani na ciągłe poszukiwanie nowości, jak narkoman, który musi stale zwiększać porcje, żeby poczuć taki sam efekt jak wcześniej. Zmęczenie lub codzienność, zamiast do pracy nad rozbudzeniem namiętności i odbudowaniem pożądania, prowadzą do tego, że się rejestrujemy na portalu Gleeden…

Niewierność bez kompleksów

Tym, którzy nie znają Gleeden, wyjaśnijmy, że jest to serwis wyspecjalizowany w relacjach pozamałżeńskich! Chociażby w metrze francuskim można spotkać olbrzymie afisze, które zachęcają do zdrady. Gleeden jest jak wąż Kaa z „Księgi dżungli”, który szepcze: „Zauuufaaajjj, ssspróbuj sssmaku zdraaady, ssspodoba ci sssię”. Serwis stał się zresztą wartością referencyjną w badaniach Ipsos na temat niewierności…

Na stronie głównej podana jest liczba użytkowników (na dzień dzisiejszy prawie 8 milionów!). Kobiety, dla których portal był początkowo przewidziany, stanowią dziś 40 proc. użytkowników. Także na stronie głównej można przeczytać wyznania, które mają przekonać nas o dobrodziejstwach niewierności w związku, oraz zapewnienie dyskrecji, jak i krótki tekst o poniższej treści:

„Witajcie na Gleeden.com, portalu nr 1 dla osób zamężnych! Niezależnie od tego, czy poszukujesz pozamałżeńskiej przygody w pobliżu domu, czy kochanka w odległości tysiąca kilometrów na wyjazdy służbowe, Gleeden.com to szczególne miejsce, gdzie w całkowitym bezpieczeństwie możesz spotkać niewiernych z całego świata! Masz ochotę na zdradę? Wybór należy do ciebie! Tworzony na co dzień przez ekipę w 100 proc. kobiecą, Gleeden.com pozwala kobietom na w pełni dyskretne spotkania pozamałżeńskie!”

Niewierność staje się w pewien sposób normalna! Oto „wartości”, które pozwolą nam na rozwój. Po co męczyć się w związku, znosić frustrację seksualną, emocjonalną czy intelektualną, skoro dzięki kilku kliknięciom można natychmiast zyskać pocieszenie! (…)

Jak znieść frustrację?

Wielki paradoks bierze się stąd, że mimo wszystko pary chcą ciągle budować. Wciąż żywa jest też bajka pt. „żyli długo i szczęśliwie” i to rozbudza pragnienia. W rezultacie chcemy coś tworzyć, ale bez zbytniego wysiłku i żyć we dwoje, ale z zachowaniem całkowitej wolności… Przyznacie, że to paradoks.

Pascal Bruckner pisze: „Dziś oto kobiety i mężczyźni są poddani sprzecznym wymogom: kochać namiętnie i w miarę możliwości być tak samo kochanym, cały czas zachowując autonomię. Być otoczonym, nie spętanym, z nadzieją, że związek okaże się dość elastyczny, żeby umożliwić to harmonijne współżycie” (Bruckner, 2019). Na tym polega dramat wierności. Jako spadkobiercy pokolenia buntowników 1968 roku wzrastaliśmy w imię „zakazuje się zakazywać” (fr. Il est interdit d’interdire! należy do najbardziej znanych haseł związanych z wydarzeniami społeczno-politycznymi wiosną 1968 roku we Francji). Naszą dzisiejszą mantrą byłoby raczej „zakazuje się być sfrustrowanym”. Jednak życie i związek wymagają tolerowania frustracji. Trzeba zaakceptować drugą osobę taką, jaka jest, a nie jaką chcielibyśmy ją widzieć. Zaakceptować, że nie zawsze ma te same pragnienia co my, nie w tej samej chwili i nie równie intensywnie je odczuwa. Zaakceptować, że nie jest doskonała i nie zaspokoi wszystkich naszych pragnień. Czyli zaakceptować bycie sfrustrowanym.

Tymczasem ciężar uchronienia nas od frustracji spoczywa na partnerze, który musi spełnić wszystkie kryteria: umieć słuchać, wykazywać wrażliwość oraz empatię, ale i odwagę, być dobrą matką/ dobrym ojcem, perfekcyjną panią domu/ perfekcyjnym gospodarzem, wspaniałą kochanką/ wspaniałym kochankiem, a poza tym mieć dobrą pracę, być szczerym przyjacielem i dawać poczucie bezpieczeństwa uczuciowego… Jeśli któryś z tych wymogów nie jest spełniony, sprawdzamy gdzie indziej – może tam jest lepiej! Porównujemy, domagamy się, tupiemy nogami. Ponieważ naszym punktem odniesienia są idealne rozwiązania, brak satysfakcji i frustracja związane z naszym związkiem rosną (Kotsou, 2014). Dowiedziono zresztą, że im bardziej ktoś wierzy w nierealne modele, tym wyżej szacuje koszty, które ponosi w związku: utratę czasu dla siebie, brak wolności, wady partnera itd.

Kilka liczb

Ponieważ jednym z elementów, które powinny spełniać nasze kryteria, jest seks, kluczowa staje się satysfakcja fizyczna w związku. Krzyczące nagłówki w wielu magazynach, które tłumaczą, jak uniknąć nudy, albo dają „10 rad”, jak przeżyć rozkosz za każdym razem, nakładają na nas obowiązek „umiejętności osiągania orgazmu”. Zdrowie związku jest mierzone życiem seksualnym. Seks jest powinnością, to niedopuszczalne, żeby partner nie dawał nam satysfakcji. Żeby to znieść, szukamy sposobu na uwolnienie się od frustracji gdzie indziej. Według badania serwisu Gleeden, 68 proc. użytkowników sądzi, że sekret długotrwałego związku tkwi w niewierności.

Inne badania wskazują, że kobiety równie często dopuszczają się niewierności co mężczyźni (Mark, 2011), a 72 proc. romansów zaczyna się w pracy (Pasini, 2008). Zresztą wiele wskazuje na to, że im wyższy poziom społeczno-zawodowy, tym większe ryzyko niewierności – co potwierdzają również dane Gleeden, w którym 50 proc. użytkowników ma wysokie dochody. Według tego samego badania wśród dopuszczających się zdrady satysfakcję ze związku wyraża 72 proc. mężczyzn i 62 proc. kobiet.

Kobiety, które odczuwają nieprzystosowanie lub frustrację wynikające z częstotliwości stosunków seksualnych bądź postawy czy wartości związanych z płcią – 2,9 raza częściej dopuszczają się niewierności. Niech więc przestarzałe poglądy nie każą nam sądzić, że współczesna kobieta nie przywiązuje wagi do ulepszania sfery seksualnej. Jeśli chodzi o mężczyzn, częściej zdradzają ci, którzy cierpią na zahamowania seksualne wynikające z zaburzeń funkcjonalnych (przedwczesny wytrysk i kłopoty z erekcją) wywołujących niepokój o sprawność. Wydaje się, że lęk przed doświadczeniem ewentualnych trudności seksualnych poza związkiem, w obecności kogoś mniej ważnego, jest słabszy. Wreszcie, można zauważyć więcej kontaktów homoseksualnych partnerów w związkach heteroseksualnych: 18 proc. kobiet heteroseksualnych zgłasza w momencie rejestracji zainteresowanie seksem homoseksualnym.

W klasyfikacji dopuszczających się zdrady kobiet Francuzki zajmują trzecie miejsce (32 proc.) po Włoszkach (34 proc.) i Niemkach (43 proc.). Na najwyższym stopniu podium wśród mężczyzn dopuszczających się niewierności stoją razem Francuzi i Włosi (55 proc.). Jeśli chodzi o kobiety i mężczyzn łącznie, to prym w niewierności wiodą Niemcy i Włochy (45 proc.), kolejne miejsce zajmuje Francja (43 proc.), przed Belgią (40 proc.).

Czy niewierność stała się nie do uniknięcia?

Zatem mamy 50 proc. szans na to, że zostaniemy zdradzeni. Urocze… Ponadto warto wiedzieć, że niewierność ze strony mężczyzn wzrasta wyraźnie wraz z pojawieniem się pierwszego dziecka, ponieważ czują się oni odsunięci i poszukują atencji poza związkiem. Ale jest cała masa powodów do niewierności! Żeby przeżyć nową miłość, nową namiętność; żeby doświadczyć porozumienia z kimś innym albo czułości; z nudy; żeby podnieść swoją samoocenę; z zemsty lub z wściekłości na partnera/ partnerki; żeby poczuć adrenalinę związaną z przekraczaniem granic, które dodaje życiu pikanterii; żeby przekonać się, że można jeszcze dla kogoś być pociągającym, że jest się młodym…

W rzeczywistości przyczyny są równie zróżnicowane, jak ludzie i związki. Pewne jest jednak, że niewierność służy zaspokojeniu.

Wierność wydaje się dziś jak święty Graal, w którego niewielu ośmiela się wierzyć. Gdy mężczyzna z dwudziestoletnim stażem w związku mówi, że nie ma na koncie żadnego skoku w bok, to albo budzi bardzo, bardzo silny podziw, albo wątpliwości, czy jest szczery! Faktycznie, wierność jest czymś więcej niż zwykłe życzenie, to prawdziwy cel, którego osiągnięcie wymaga wysiłku, komunikacji i tolerancji na frustrację. Każda osoba musi określić, na czym polega i co wyklucza; każda para powinna sobie to ustalić. Wierność czemu? Komu? I zwłaszcza w jaki sposób? Znów powrócę do Pascala Brucknera, który pisze „nie przestajemy mieszać […] wolności wyboru miłosnego, który jest olbrzymim postępem, z wyborem wolności osobistej. W pierwszym przypadku rozwijamy solidarność małżeńską, która wyrasta ponad wyspiarskość każdego z partnerów; w drugim wypadku stawiamy na ego, ryzykując postawienie obok siebie dwóch samotności” (Bruckner, 2009).

Wierność ma jednak nie stawać się ciężarem narzuconym przez świętoszków; musi być naturalnie uosobiona, broniona jako wartość osobista. Najważniejsze jest powiedzieć partnerowi, w jaki sposób ty postrzegasz wierność: czy jako rodzaj lojalność wobec samego siebie, czy na sposób poliamorystów. Niech umowa będzie jasna. Jeśli wierność fizyczna jednemu partnerowi jest dla ciebie podstawową wartością związku, zrób wszystko, żeby jej dotrzymać, i pogódź się z tym, że nie będzie to długa spokojna rzeka! Pozostań wierna przede wszystkim swoim wartościom. Podstawą jest znalezienie kompromisu, który pozwoli ci realizować się jako jednostka oraz w związku, bez drastycznych rozstrzygnięć.

Natychmiastowa przyjemność czy szczęście eudajmoniczne?

Pewnie zaczynacie mówić do siebie: „Ona nie odpowie na pytanie postawione w tytule…” Rzeczywiście! To wydaje mi się niemożliwe, ponieważ każdy ma własną koncepcję wierności. Niemniej ten, przed kim stoi zadanie, musi mieć odwagę, żeby oprzeć się wszelkim obecnym pokusom. Jakie to piękne zrezygnować z natychmiastowej przyjemności na rzecz szczęścia eudajmonicznego, które istota ludzka osiąga, gdy jej rozwój i osobista droga nabierają sensu. Psychoterapeutka par, Fabienne Kraemer, wyraża to w piękny sposób: „stan uczuć na początku jest z pewnością najbardziej ekscytujący […], zmiana partnera, gdy tylko ten etap się rozwiewa, to skazywać się na smakowanie tylko przystawki, bez możliwości delektowania się głównym daniem, głęboką miłością, która pojawia się z czasem, gdy udaje nam się kochać kogoś za to, jaki jest” (Kraemer, 2015).

Na koniec świadectwo Matthieu, 55 lat, zakochanego w swoje żonie i wiernego jej od 30 lat.

„Kiedy się poznaliśmy, mieliśmy oboje po 25 lat. Dziś mamy po 55. Zbliżyliśmy się do siebie bardzo szybko (po kilku tygodniach pierwsze miłosne pocałunki, potem pierwszy seks), ale wszystko było od razu proste. Ja, nieświadomie zalękniony, pokazywałem pewność siebie i sztywniacką niezależność, mało czułości i zro zumienia; ona, niespokojna na myśl, że mogę odejść, cierpiała z powodu mojego zdystansowania i niepewności uczuciowej, która z tego wynikała. Kiedy martwiła się o przyszłość naszego związku, mówiłem: „Zobaczymy, nic nie da się przewidzieć; każdego dnia będziemy się przekonywać, czy jesteśmy razem, czy już nie”. Zawsze zakładaliśmy, że możemy nie być razem, a jeśli jesteśmy, to dlatego, że ciągle chcemy.

Powoli naturalne stało się, żeby mieszkać razem. Tak też zrobiliśmy. Później urodziło nam się jedno dziecko, potem drugie.

Kiedy miałem 20 lat, nie wyobrażałem sobie, żeby być z jedną osobą przez tyle czasu, praktycznie przez całe życie… Nasza relacja wiele razy mnie zaskoczyła. Jest nam razem dobrze i to porozumienie nie maleje z czasem, wprost przeciwnie. Nasz związek nie jest też taki jak kiedyś. Dziś jest on spokojniejszy, głębszy; darzymy się większym szacunkiem niż na początku. Powiedziałbym: mniej skrępowania, chełpliwości, walki, no i lepiej się znamy. To, co mogło nas na początku irytować, dziś może rozbawić (oczywiście nie wszystko, ciągle zdarza nam się pokłócić i sprawić sobie wzajemnie przykrość). Jak gdyby z latami nasze osobowości bardziej się szanowały, harmonizowały. Jakbyśmy umieli przejść do porządku dziennego nad rzeczami powierzchownymi i skupić się na najważniejszym.

Fizycznie wciąż jesteśmy dla siebie atrakcyjni; bliskość ciał, dotyk są nadal równie przyjemne jak kiedyś. Jeśli chodzi o seks, podchodzimy do niego bardziej swobodnie, także na tym poziomie lepiej się znamy, bardziej szanujemy pragnienia i potrzeby drugiego. Czasami odczuwamy nawet większą przyjemność niż w młodości. Jesteśmy dla siebie kochankami, małżonkami, ale i przyjaciółmi, rodzicami, życiowymi partnerami, doradcami, rodzeństwem. W związku jest nas dużo!

Wspólnie decydujemy o ważnych sprawach (dotyczących dzieci, domu, wspólnego życia). Mówimy wprost o wszystkim, co nas dotyczy (stanie duszy, lękach, przyjemnościach, seksualności, pieniądzach itd.) i to dość otwarcie. Szanujemy i wspieramy wzajemnie swoje wybory. Każde z nas ma swobodę w życiu społecznym (rozrywki i przyjaciele) i niezależność zawodową. Każde z nas może mieć też swoją prywatność, życie osobiste i fantazje. Jednak według naszej niepisanej umowy nie zdradzamy się, jesteśmy wierni, nie kłamiemy na temat ważnych rzeczy. Żadne z nas nie uniosłoby zdrady. Atrakcyjność romansu wydaje się niewielka, ponieważ jest nam dobrze razem zarówno pod względem psychicznym, jak i fizycznym. Co lepszego moglibyśmy znaleźć poza związkiem? Po co szukać nowych doświadczeń, skoro to, co przeżywamy, daje nam satysfakcję i posmak nowości? I dlaczego ryzykować zniszczenie tego, jak żyjemy i co jest tak dobre, w imię przygody na jeden wieczór?

Można powiedzieć sobie: owszem, ale to drugie się nie dowie, wystarczy całe zdarzenie dobrze ukryć. Nie na tym jednak polega problem. Jeśli zdradzę żonę, będę o tym wiedział ja i będę musiał ją okłamywać − co dzień wymyślać strategię, żeby się ukrywać i ukrywać przed nią to, co robię… Narażę w ten sposób więź głębokiego zaufania, która nas łączy i która jest fundamentem naszego związku. Jeśli ona miałaby romans, nie sądzę, abyśmy mogli być dalej razem, żebym zniósł tę zdradę. Nie jesteśmy skłonni do dzielenia się.

Gdybym w wieku 20 lat wiedział, że przez 30 kolejnych lat będę sypiał z tą samą kobietą! I na dodatek, gdyby mi ktoś powiedział, że będę miał z tego jeszcze więcej przyjemności niż na początku! I że będę chciał, żeby to trwało przez kolejne dziesięciolecia! Bardzo bym w to powątpiewał, a jednak trzeba przyznać, że tak jest. Nas samych wciąż to dziwi. Anarchistyczni i wolni młodzi ludzie, jakimi byliśmy, dziwnie by na nas spoglądali. Jednak nadal jesteśmy młodymi anarchistami, w wolności wspólnie wybieramy życie, które nam najbardziej odpowiada i najbardziej nas wzbogaca.”

Fragmenty z książki Lisy Letessier „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”

  1. Psychologia

„Nie chcę o tym rozmawiać” - o tajemnicach i ciemnych stronach związku mówi Wojciech Eichelberger

Im więcej pozamykanych, niewyremontowanych pokoi w naszym umyśle, tym więcej w nim ciemności, chaosu i strachu. A gdy ludzie zamieszkujący tylko w jednym pokoju wiążą się ze sobą, to każdy wnosi w posagu swoją pilnie chronioną strefę ciemności (fot. iStock)
Im więcej pozamykanych, niewyremontowanych pokoi w naszym umyśle, tym więcej w nim ciemności, chaosu i strachu. A gdy ludzie zamieszkujący tylko w jednym pokoju wiążą się ze sobą, to każdy wnosi w posagu swoją pilnie chronioną strefę ciemności (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Byłam pewna, że Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta mówiący o wolności jako warunku miłości, powie, że trzeba uszanować „nie” partnera. Sama jednak nieraz odczułam, że przemilczanie nie zbliża do szczęścia. Jak więc zachować się, gdy partner czy partnerka niby Sinobrody mówi: „do tego pokoju w moim sercu nie wolno ci wchodzić!”?

Znajomy postanowił sam wyremontować nowe, duże mieszkanie, ale tego nie robi i stoi ono puste, a on z żoną nadal mieszkają w kawalerce. Żona z nim o tym nie próbuje rozmawiać, choć ją to frustruje, bo to tylko wywołałoby dziką awanturę.
Nic nie mogę powiedzieć o tym mężczyźnie, bo go nie znam. Ale na kanwie tej historii możemy pofantazjować na temat ewentualnej ukrytej przyczyny. Może ten mężczyzna nie chce lub nie może wyremontować nowego, wspólnego mieszkania, bo nieświadomie dąży do tego, aby ten związek nie trwał długo? Boi się zażyłości, dłuższej perspektywy we dwoje, bo chce być wierny mamie? Może obawia się rodzicielstwa (większa przestrzeń życiowa często wyzwala w kobietach pragnienie zapełniania jej potomstwem) albo ma uczulenie na farby i wstydzi się do tego przyznać? Cokolwiek jednak by to było, skoro ma moc wyzwalania z pozoru nieuzasadnionych wybuchów złości lub prowokuje do izolowania się, możemy być pewni, że głębokie przyczyny ukryte są w strefie cienia, czyli w nieświadomości. Wszyscy mieszkamy we wspaniałych pałacach umysłu, ale większość z nas używa tylko jednego pokoju. Do pozostałych boimy się nawet zbliżyć, a strych i piwnice budzą w nas paniczny lęk. Rezygnujemy więc z wiedzy i doświadczenia i zaludniamy nasz umysł demonicznymi tworami wyobraźni, skutecznie sami siebie strasząc.

Mówiąc metaforycznie: on nie chce remontować swojego mentalnego pałacu, bo wyobraża sobie, że coś strasznego się tam ukrywa?
To najogólniejsza, symboliczna interpretacja powodów jego zachowania. Ciąży na nas kulturowe tabu zabraniające zaglądania szczególnie do piwnic (cielesność, popędy, tj. seks, agresja, potrzeba indywidualnego przetrwania) i na strychy (miłość, duchowość, ekstaza, wolność). To kulturowe tabu każe nam siedzieć w ciasnym pokoju, wznosić oczy do nieba i modlić się, by ktoś nas stąd zabrał. To wielkie i zasmucające marnotrawstwo możliwości, jakie stwarza człowiecze życie. Na szczęście coraz więcej ludzi zaczyna rozumieć, że warto wreszcie rozgościć się w swoim dziedzictwie. Odkrywa, że od zawsze mieszkamy w niewymownie pięknym, przebogatym pałacu bez ścian i okien. Przeczuwa, że nie wykorzystują swojego potencjału fizycznego, emocjonalnego, intelektualnego i duchowego - i pragnie to zmienić.

Czy jednak czasem trudności i lęki nie są zbyt duże, by warto było zdobywać się na remont?
Jeśli chcemy poczuć siebie, być u siebie w pokoju z samym sobą, wyjść z cienia na światło, to tylko ta droga nas tam doprowadzi. Im więcej pozamykanych, niewyremontowanych pokoi w naszym umyśle, tym więcej w nim ciemności, chaosu i strachu. A gdy ludzie zamieszkujący tylko w jednym pokoju wiążą się ze sobą, to każdy wnosi w posagu swoją pilnie chronioną strefę ciemności. Wtedy często słyszą i mówią: „tylko nie dotykajmy tej sprawy”, „to zbyt bolesne”, „nie chcę o tym rozmawiać” itp. W ten sposób zawężona zostaje przestrzeń, w jakiej ich miłość może się rozwijać. Zamiast poczucia wolności, wsparcia, wspólnego i fascynującego penetrowania możliwości, jakie niesie życie, ich związek staje się polem minowym, po którym poruszamy się  napięciu i lęku. Są jednak tacy, których to kręci, bo dramat i napięcie były ich udziałem od zarania. Każdy jednak, kto chce odpowiedzialnie uczestniczyć w byciu z drugą osobą, ma obowiązek zaglądać do wszystkich nieużywanych komnat, a przede wszystkim do piwnic i na strychy. Bo jeśli na skutek kaprysu losu jakiś zamknięty pokój sam się otworzy, nagromadzona w nim energia cienia może okazać się tak wielka, że osoba, która nie odważyła się na remont, zostanie sama, gdy jej partner ucieknie w popłochu.

Nie rozumiem żony tego znajomego. Gdyby ta sprawa jej nie dotyczyła, to mogłaby odpuścić rozmowy, ale milcząc, mieszka wciąż jak studentka.
Najwidoczniej obawia się, że usłyszy: „Nie szanujesz moich granic i słabości, nie rozumiesz mnie, więc: do widzenia!”. A gdyby prawdziwa była nasza hipoteza, że on nie remontuje mieszkania, bo szuka pretekstu, by ten związek zerwać, to jej naciski są wodą na jego młyn. Na dłuższą metę jednak strategia przemilczania neurotycznych ograniczeń partnera jest destrukcyjna. Jeśli ludzie chcą spędzić życie we dwoje, to muszą być otwarci i zażarci w odzyskiwaniu, przewietrzaniu i remontowaniu nierozpoznanych obszarów umysłu. W przeciwnym razie – prędzej czy później – wpuszczą partnera na minę i zagrożą miłości.

A może ona dobrowolnie i szczerze zrezygnowała z większego mieszkania, doceniając uroki mieszkania z ukochanym w kawalerce?
Jeśli dobrowolnie dla związku zrezygnowała też z macierzyństwa – to szczęść Boże tej parze. Przyznam jednak, że mój psychoterapeutyczny sceptycyzm każe mi powątpiewać w taką możliwość. Szczególnie w dobrowolną i pogodną rezygnację z macierzyństwa. Ten rodzaj szlachetnego poświęcenia z reguły okazuje się bombą z opóźnionym zapłonem. I jeśli zostaną w kawalerce z nieprzepracowanym problemem, będzie on się potęgował, powodując kurczenie się przestrzeni szczerości, swobody i wolności w związku. Dlatego trzeba rozmawiać, pytać o przyczyny. Robić wszystko, co możliwe, by nie dać się zniewolić neurotycznym objawom, cieniowi partnera. To szkodzi zarówno zniewalanemu, jak i zniewalającemu, który żyje w nieustannym lęku i napięciu, bojąc się swojego cienia – czyli siebie samego.

Ale może to jednak wyraz szacunku dla partnera nie zmuszać go, by zajrzał w swój cień?
To raczej współuzależnienie, a nie szacunek. Stajemy się tak sojusznikiem w ukrywaniu drzwi do ciemnych pokoi. Jak żona alkoholika, która pomaga mężowi ukryć konsekwencje jego picia, co pozbawia go szansy na zbudowanie jakiejkolwiek motywacji, by się zmierzył z nałogiem i rozpoczął walkę o swoją wolność i godność. Osoba współuzależniona czerpie bowiem nieuświadomioną satysfakcję z roli nieustannie frustrowanej wybawicielki. Gra w: „Ja cię zbawiam, ale ty się nie dajesz zbawić. Bo jakbyś się dał, to ja bym cię już nie mogła zbawiać i poczułabym się bezużyteczna”.

Naciskać więc, by rozmawiać na trudne tematy i pytać o niezrealizowane plany. Tylko jak?
To niełatwe. Na początku związku każdy chce się pokazać z najlepszej strony, ukrywa więc nieposprzątane pokoje i związane z nimi lęki. Gdy po zakończeniu godowego tańca widać, że wnosimy w posagu sporo nierozwiązanych problemów, często wypychamy ze świadomości tę konstatację. Trudno w czas postąpić mądrze. Raczej zaklinamy rzeczywistość, odkładając sprawę w nieskończoność. Tymczasem im szybciej zaczniemy o tym rozmawiać, tym lepiej. Oczywiście w duchu zrozumienia: „Widzę, że z jakichś niezrozumiałych dla mnie powodów masz kłopot z tym, żeby w ogóle zacząć ten remont. Zauważyłam, że gdy próbuję dowiedzieć się, czemu tak się dzieje, to się strasznie bronisz. Więc skoro to jest sprawa, której nie chcesz przede mną ujawnić, to idź do psychoterapeuty i spróbuj z nim o tym porozmawiać. To ułatwi nam życie. Przy okazji pokażesz, że nasz związek jest dla ciebie ważniejszy niż niechęć do zajęcia się swoim problemem. Wiedz, że dla mnie jest ważne, byśmy zamieszkali w dużym, wygodnym mieszkaniu i by mieć faceta, który gdy coś obiecuje, to tak robi”.

To mądre słowa, ale z doświadczenia wiem, że raczej trudno dotrzeć w spokoju nawet do połowy takiej wypowiedzi...
Nie ma co liczyć na to, że jej adresat przyjmie ją ze spokojem i wdzięcznością: „Jak dobrze, że mi to wreszcie powiedziałaś!”. Ale jeśli mu zależy na związku, to po rozmowie prawdopodobnie coś ze sobą zacznie robić.

W bajce o Sinobrodym żona sama wchodzi do zakazanego pokoju...
Ale ona odkrywa tajemnicę Sinobrodego, nie jego cień. Sinobrody był świadomy tego, co robi – zwodził swoje ofiary i z pewnością żadnej nie kochał. Strefa cienia jest z definicji nieuświadomiona, wymyka się kontroli i działa destruktywnie wbrew naszym najlepszym intencjom. Rozwala związek z ukrycia jak rdza albo w jednym potężnym wyładowaniu, jak grom. Wracając do Sinobrodego, zachował się jednak tak, jakby chciał, by kolejna żona poznała jego tajemnicę. Dał jej klucz do komnaty pełnej trupów poprzednich żon. Tym samym postawił ją przed wyborem. Po tym, co zobaczyła, mogła stać się jego kolejną odrętwiałą z przerażenia ofiarą albo zadufaną w sobie wybawicielką – samobójczynią, która wierzy, że jej miłość go odmieni. Najprawdopodobniej Sinobrody podobnie rozgrywał poprzednie małżeństwa i pozornie nie spodziewał się, że kolejna żona przejrzy jego grę. Lecz w głębi duszy nieświadomie marzył o takiej, która nie ulegnie hipnotycznemu działaniu przemocy ani obezwładniającej zdrowy rozsądek iluzji miłosnej omnipotencji. W ciemnych zakamarkach jego umysłu nie ma bowiem zła – zło jest jawne. Mieszka tam – z jego punktu widzenia przerażająca, bo otwierająca na dobro i miłość – potrzeba ekspiacji i kary. Ludzie zakażeni nienawiścią i chęcią zemsty w swoim cieniu mają dobro. Żyją z obolałym sumieniem, które prowokuje los, by zło się wydało, a cierpienie, które zadają innym, zostało powstrzymane i ukarane.

Ilustracja z Baśni „Sinobrody” Perraulta Charlesa Perraulta, zilustrowana przez Gustave'a Dore'a. (źródło FB BnF - Bibliothèque nationale de France - Narodowa Biblioteka Francuska) Ilustracja z Baśni „Sinobrody” Perraulta Charlesa Perraulta, zilustrowana przez Gustave'a Dore'a. (źródło FB BnF - Bibliothèque nationale de France - Narodowa Biblioteka Francuska)

Jaki z tego morał?
Otóż los poprzednich ofiar Sinobrodego uczy, że zła nie da się udobruchać miłosnym oddaniem, nie da się go przeczekać i nie wolno zamykać na nie oczu. Zło trzeba zobaczyć takim, jakim jest, nazwać i ujawnić, a następnie pomóc człowiekowi, który zatracił ludzką zdolność empatii i współczucia, do uznania swojej odpowiedzialności i winy. Wtedy dopiero da on sobie prawo do tego, by przyjąć od kogoś dar miłości i zdobędzie się na symetryczną odpowiedź. W tej właśnie sprawie ostatnia żona Sinobrodego doświadczyła wglądu. Ujawnienie mężowskiej zbrodni trzeba uznać za wyraz jej najgłębszej, mądrej miłości, miłości ratującej jego duszę. Mit o Sinobrodym ostrzega, że jeśli nie odważymy się wkroczyć do mrocznych zakamarków umysłu partnera, to nie tylko pozbawiamy go szansy na przekroczenie jego ograniczeń, lecz staniemy się współodpowiedzialni za kolejne ofiary. Po to, by się tak nie stało, czasami trzeba zaryzykować związek z ukochaną osobą i nie oczekując jej wdzięczności, nie przestawać w głębi duszy kochać ją nadal.

W przypadku, o którym mówimy, wtargnięciem w strefę cienia byłoby powiedzenie: „Rozumiem, że nie chcesz mieć dzieci i nie planujesz być ze mną długo, i dlatego nie remontujesz tego mieszkania?!”.
To mocna prowokacja, ale kto wie, być może tylko taka okaże się pomocna. Bo w strefie cienia jesteśmy bezradni, nie potrafimy nazwać tego, co tam się kryje. Wiemy tylko, że nie chcemy tego dotykać. Część partnerów wytrzymuje sytuację konfrontacji z cieniem. Część ucieka i zmienia partnerów na mniej dociekliwych. Pewnej jest, że im później ujawniona jest strefa cienia, tym więcej nagromadzi toksycznej energii i tym trudniej uratować związek.

W bajce o Sinobrodym bracia ratują jego żonę i zabijają go. A wtedy ona dziedziczy majątek męża potwora i znajduje nowego kochającego partnera.
Zasłużyła na to. Podczas konfrontacji z Sinobrodym przekroczyła rolę bezradnej ofiary i naiwnej wybawicielki. Wzmocniła się i zmądrzała. Sinobrody reprezentuje agresywny, bezwzględny, wyrachowany, niezdolny do miłości aspekt mężczyzny. Bracia – pozytywny, szlachetny, mądry i opiekuńczy aspekt – potrafią nawiązać bratersko-siostrzaną, czyli bezinteresowną więź z kobietą. Optymistyczne jest to, że tych dobrych mężczyzn jest więcej. Jeśli więc kobieta odkryje groźną strefę cienia w umyśle partnera, poczuje lęk, odrazę, niechęć to powinna natychmiast wzywać braci na pomoc. Pamiętajmy też, że nic co ludzkie nie jest nam obce, że umysł każdego z nas – czy jesteśmy kobietą, czy mężczyzną – zawiera skrypty wszystkich postaci tego mitu. Sinobrody istnieje też w wersji kobiecej – pod postacią, którą można nazwać Sinoustą. Każdy z nas – mężczyźni i kobiety – ma coś nierozpoznanego za kołnierzem. Czasami strefy cienia partnerów dobrze się uzupełniają, jak w związkach sado-maso czy Narcyz – Kopciuszek, a wtedy przez ograniczony czas doświadczamy nawet poczucia przejrzystości i harmonii.