1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kryzys dorosłych i dzieci to zawsze naczynia połączone 

Kryzys dorosłych i dzieci to zawsze naczynia połączone 

Im wcześniej wprowadzimy dzieci w rzeczywisty świat, tym więcej narzędzi do radzenia sobie z trudnościami mamy szansę im dać. (Fot. iStock)
– Kryzys jednego członka rodziny jest w pewnym sensie kryzysem wszystkich. Nie wyobrażam sobie, jak można powiedzieć do najbliższych, w tym dzieci: „To nie jest twój problem” Taki komunikat niszczy wspólnotę – mówi Michał Zawadka, ekspert rozwoju młodych ludzi i rodzin.  

Problemy dorosłych to problemy wyłącznie dorosłych, to my doświadczamy kryzysu, więc naszych dzieci, szczególnie tych małych, on nie dotyczy, nie powinien dotyczyć – tak często myślimy. Słusznie?
Absolutnie nie. Bo niezależnie od tego, w jakim wieku i na jakim etapie rozwoju są nasze dzieci, nasz kryzys zawsze na nie jakoś wpływa. Dzieje się tak nawet wtedy, kiedy „chroniąc” dzieci, wcielamy w życie niemądrą zasadę, że dzieci i ryby głosu nie mają. Niemądrą dlatego, że pokazuje ona dziecku, że nie jest ważne. I nie chodzi oczywiście o to, by z każdym tematem i każdą trudnością biec do dziecka i mu o tym szczegółowo opowiadać, ale należy pamiętać, że wszystko, co jest ważne dla rodziców, automatycznie ważne jest dla całej rodziny. Założenie „to nie powinno ciebie obchodzić” burzy relację i niszczy zaufanie wewnątrz rodziny. Rodzice często nie łączą też ze sobą dwóch faktów: jeśli my coś intensywnie przeżywamy i wykluczamy z tej sytuacji nasze dziecko, nie mamy prawa liczyć, że ono w przyszłości, bliższej albo dalszej, dopuści do świata swoich trosk nas. Pozostanie nam jedynie wyobrażenie o życiu naszego dziecka, a nie wiedza o nim. Czy tego chcemy? No właśnie… Pamiętajmy, że kryzys dorosłych i dzieci to zawsze naczynia połączone.

Mechanizm działa w obie strony…
Dokładnie. Przeraża mnie, kiedy ktoś mówi, że jego dziecko nie ma pojęcia o problemach, które on – rodzic – przeżywa. „Nie chcę mojego dziecka tym obarczać”, słyszę. Obarczamy zawsze. Od dawna, bo już od lat osiemdziesiątych, wiemy o istnieniu neuronów lustrzanych – sprawiają one, że jeśli my, dorośli, jesteśmy naszpikowani określonymi emocjami, nasze dzieci je odzwierciedlają. Tak to działa. Czują, że jest nerwowo, ale nie wiedzą dlaczego. Jeżeli nie wytłumaczy im, co się dzieje, dlaczego jesteśmy w takim stanie, pozostawimy je w niepewności, która podkopuje ich poczucie bezpieczeństwa. Jest jeszcze jedno niebezpieczeństwo, które dotyczy zwłaszcza tych młodszych dzieci – jeśli czują, że coś jest nie tak, bo rodzice są zdenerwowani (ale nie wiedzą dlaczego, bo nic im nie mówimy) mają tendencję, aby brać winę na siebie – to pewnie ja zrobiłem/am coś złego. Z dzieckiem w każdym wieku można porozmawiać i opowiedzieć mu, na miarę jego aktualnego etapu rozwoju, co się dzieje w domu.

Podczas jednych z warsztatów, które prowadziłem, usłyszałem świetny sposób na podobne sytuacje; podzieliła się nim pewna pani. Opowiedziała, że kiedy u niej w rodzinie ktoś z domowników jest z jakiegoś powodu zdenerwowany, mówi wtedy: „klopsik”. To jest sygnał dla pozostałych osób, że coś jest nie tak i ta osoba potrzebuje czasu i wyrozumiałości, bo może zareagować nerwowo. Kiedy kryzys minie, mówi się: „zjedzony”. Wtedy przychodzi czas, by spokojnie porozmawiać, co się wydarzyło.

I rozumiem, że do powiedzenia „klopsik” prawo ma każdy, ten najstarszy, ale także ten najmłodszy członek rodziny.
Zdecydowanie tak. Kryzys jednego członka rodziny jest w pewnym sensie kryzysem wszystkich. Nie wyobrażam sobie, jak można powiedzieć do najbliższych, w tym dzieci: „To nie jest twój problem”. Taki komunikat niszczy wspólnotę.

W wielu rodzinach istnieje też coś takiego jak tematy tabu. To jest szaleństwo! O pewnych rzeczach nie mówimy dzieciom, bo to „nie dla nich”. I znowu – o wszystkim na każdym etapie można rozmawiać, jeśli zrobimy to w odpowiedni sposób. A tematy tabu kończą się zwykle źle. Dziecko będzie się domyślać, szukać wiedzy w innych źródłach, a my stracimy nad tym kontrolę. Dziwi mnie i niepokoi pomysł, by pokazywać dzieciom świat w okrojonej wersji – nie powiem, że straciłem pracę, bo się zmartwi, nie powiem, że babcia zmarła, nie zabiorę na pogrzeb itd. Z bajek dla dzieci też wykreślamy tzw. złe sceny, kiedy ktoś kogoś pożera czy zabija, bo „chronimy”. To błąd, bo mózg funkcjonuje w taki sposób, że dzieci mogą bez bycia w danej sytuacji (w domu przy książce) odczuwać, a co za tym idzie – nauczyć się odnajdować w różnych niebezpiecznych, trudnych sytuacjach. I dzieje się to w obecności rodzica z jego komentarzem, czyli w bezpiecznych okolicznościach. Potem, kiedy znajdzie się naprawdę w takiej sytuacji, już coś o niej wie. Wie także coś o emocjach, które wówczas mogą się pojawić. Jest mniejsze prawdopodobieństwo, że wpadnie w panikę.

Ustawiając nad dzieckiem klosz – separując je od ciężkich chwil, trudnych tematów i rozmów czy problemów w rodzinie – wcale go nie uchronimy; trzeba zdawać sobie z tego sprawę. Im wcześniej wprowadzimy dzieci w rzeczywisty świat, tym więcej narzędzi do radzenia sobie z trudnościami mamy szansę im dać.

Będę powtarzać do znudzenia – problem jednego członka rodziny jest problemem całej rodziny. I cała rodzina powinna wiedzieć, co się dzieje. I, co bardzo istotne, wszystkie problemy są tak samo ważne.

No właśnie, bo mamy też tendencję, by powtarzać dzieciom, że ich problemy to nie problemy: „Poczekaj, dorośniesz i dopiero wtedy zobaczysz, co to naprawdę są kłopoty”.

Tu znowu jestem bardzo radykalny! To tekst z kategorii: „Wiem lepiej, bo jestem starszy”. A gdzie szacunek i empatia?

Bardzo obrazowo można zobaczyć to na przykładzie pandemii – my dorośli straciliśmy pracę, zyski w firmie, a nasze dzieci straciły na przykład więzi z kolegami i koleżankami. Chodzi mi o to, że ich świat także runął. I próba udowodnienia, że nasz kłopot jest istotniejszy, ważniejszy, większy to zbrodnia.

Jakiś czas temu wybrałem się z rodziną na wakacje do Hiszpanii. Zostaliśmy okradzeni ze wszystkiego. Mnie ukradziono laptopy, dyski, a na nich gotową, ale jeszcze nigdzie nieprzesłaną, książkę; do tego pieniądze i dokumenty. Straciłem bardzo wiele, ale… zginęły również plecaki moich dzieci. Kiedy pojechałem na komisariat poprosiłem dzieci, żeby one też napisały, co straciły. Zapisana w telefonie lista pokazała mi dosadnie, że ich strata jest równie dotkliwa, co moja – choć finansowo nieporównywalna. Mój syn napisał: Bibuś (miś, którego miał od dzieciństwa), dwa piórniki, zeszyt, książka, mały lemur, dwie figurki Lego, papuga i zakładka. Córka też straciła kawał swojego świata.

Zrozumiałem, jak istotne jest to, żeby moje dzieci w tej stracie poczuły się uszanowane. By nie wyrwał mi się tekst: „O czym wy mówicie? Ja straciłem kilkadziesiąt tysięcy w sprzęcie i kilka miesięcy pracy nad książką, a wy mi tu wyskakujecie z figurką Lego”. Ponad wszystko szacunek.

Czyli: ani moje problemy nie są dla ciebie zbyt wielkie, ani twoje nie są dla mnie zbyt błahe – to jest podejście, które buduje prawdziwą wspólnotę w rodzinie.

Michał Zawadka: ekspert rozwoju mentalnego młodych ludzi i rodzin, autor książek, twórca edukacyjnych programów rozwojowych, twórca szkoły mentalnej, członek Stowarzyszenia Profesjonalnych Mówców.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze