1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak mądrze bać się o dziecko? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Jak mądrze bać się o dziecko? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Odpowiedzialność rodziców polega na tym, żeby radzić sobie ze swoim lękiem, zachęcać dziecko do coraz większej autonomii: idź, nie bój się, ucz się żyć śmiało w realnym świecie – uważa psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Przekonanie, że świat jest dzisiaj szczególnie niebezpieczny, jest powszechne, także wśród rodziców, którzy bezwiednie zaszczepiają dzieciom lęk przed otoczeniem. Ale przecież niebezpieczeństwa rzeczywiście istnieją, więc trzeba uczyć dzieci je rozpoznawać i się przed nimi bronić.
Warto zastanowić się nad źródłami powszechnego przekonania, że świat jest coraz bardziej niebezpieczny. Otóż jednym z nich jest marketing firm, które straszą nas różnymi niebezpieczeństwami, a potem oferują towary i usługi, które nas przed nimi ochronią.
Zaszczepianie w dziecku lęku jest o tyle niebezpieczne, że stoi w sprzeczności z jego naturalną potrzebą rozwoju, eksploracji świata.
Badanie i eksploracja świata to potrzeby zakorzenione w instynkcie autonomii, której realizacją jest stanięcie nogami na Ziemi i zdanie sobie sprawy z tego, że ta planeta jest naszym prawdziwym domem, a nie magazynem surowców i zasobów. Rozwojowym zadaniem zarówno rodziców, jak i ich dzieci, jest poczuć się na Ziemi jak w domu, a nie zachowywać się jak kosmici, którzy wylądowali na obcej, wrogiej planecie i teraz w panice szukają schronienia.

Rozumiem, że pierwsze, co jako rodzice musimy zrobić, to skonfrontować się ze swoim lękiem. Bo strach jest potrzebny, ale lęk jest destrukcyjny.
Zastanówmy się, dlaczego widzimy tyle zagrożeń i czy wszystkie są prawdziwe. Pomóc w tym może pięć kryteriów do weryfikowania szkodliwych przekonań. Trzeba odpowiedzieć sobie na następujące pytania:

„Czy to przekonanie jest oparte na faktach? Czy pomaga mi chronić życie i zdrowie? Osiągać bliższe i dalsze cele? Unikać najbardziej niepożądanych konfliktów z otoczeniem ludzkim i przyrodniczym lub je rozwiązywać? Czuć się, tak jak chcę się czuć?”.

Jeśli po przepuszczeniu swoich ulubionych przekonań przez te pięć kryteriów, dostajemy wynik trzy razy „Nie” (lub więcej), to znaczy, że dane przekonanie jest dla nas szkodliwe i należy je przeformułować lub wyrzucić na śmietnik. W przeciwnym razie zrujnuje nam życie. Nie tylko nam, dorosłym, lecz także naszym dzieciom.

Znana niemiecka psycholożka Stefanie Stahl w książce „Wychowanie bez wychowania” dzieli rodziców na dostosowanych, czyli takich, którzy dostosowują się do dziecka, są nadopiekuńczy, mają skłonności do postaw lękowych, i na rodziców autonomicznych, bardziej wymagających, traktujących dziecko jako starsze, niż jest. Chodzi o to, żeby nie przesadzać w żadną stronę?
Przede wszystkim zapytajmy siebie, czy podszyte lękiem uczucia, które mamy do naszych dzieci, i nadmiar troski, który im towarzyszy, to prawdziwa miłość. Czy może jest nią postawa bliższa drugiego bieguna, czyli dobrze skalibrowane wymagania idące w stronę szybkiego usamodzielniania dziecka, przekazywania mu zaufania do życia, do losu, do niego samego. Czyż taka postawa nie wyraża szacunku i wiary w możliwości dziecka? Miłość bez szacunku i wiary w to, że ktoś może sobie poradzić z wyzwaniami, które niesie życie, jest w istocie miłością kaleką, ograniczającą wolnościowy, autonomiczny potencjał człowieka zasiekami lęku. To zjawisko jest jednym z głównych powodów, dla których na terapię trafia tak wiele zdziecinniałych, niedojrzałych emocjonalnie dorosłych.

Ilustracja: Katarzyna Bogucka Ilustracja: Katarzyna Bogucka

Powiedziałeś o potrzebie uczenia dzieci odwagi i zaufania do życia. To piękne, ale rodzice jak świat światem bali się o swoje dzieci, i to jest chyba zrozumiałe.
Zacząć trzeba od siebie. Jeśli czujesz, że boisz się życia, że twoje lęki są nadmiarowe, neurotyczne, to nie zarażaj nimi dziecka, bo zrobisz mu wielką krzywdę. I zastanów się, czy przypadkiem nie jesteś rodzicem helikopterowym, który krąży nad dzieckiem, nie daje mu się potknąć i nauczyć na błędach. Ten termin ukuł psycholog dziecięcy Haim Ginott w książce „Między rodzicami a dziećmi”.

Efekt może być taki, jak w tym dowcipie terapeutycznym: nadopiekuńcza mama idzie z dorastającym Jasiem na trening piłkarski. Chłopak ofiarnie ćwiczy, ale po jakimś czasie matka woła go do siebie. Zasapany i spocony Jaś staje na baczność przed matką i pyta: „Mamo, czy jest mi za gorąco, czy chce mi się siku?”. Jaś jest zupełnie zdezorientowany w sprawie swoich potrzeb, bo nadopiekuńczość mamy zaprogramowała go na zewnętrzsterowność. Jako dorosły nieświadomie może związać się z kobietą podobną do mamy, która będzie mu mówić, kiedy jest mu gorąco, kiedy chce mu się jeść albo pić. To nie ma nic wspólnego z miłością, bo tam, gdzie jest lęk, nie ma miejsca na miłość. Lęk stopniowo niszczy miłość i zastępuje ją uwikłaniem, a nawet uzależnieniem.

Załóżmy, że jestem mamą nastolatki, córka chce sama wracać wieczorem do domu, a ja zwyczajnie się o nią boję. Mam to ukrywać?
Jeśli boję się, że mój dorastający syn spotka opryszków, którzy będą chcieli go pobić, to nie mówię mu: „Nie wychodź z domu”, tylko zachęcam go do trenowania sztuk walki, by się wzmocnił i nauczył trzymać swoje mocne centrum, co sprawi, że nie będzie łatwo wyprowadzić go z równowagi ani przestraszyć. Pamiętam, jak mój ośmioletni synek podszedł do mnie w trakcie pikniku dla dorosłych, wskazał na ogromny dąb i zapytał: „Tato, czy mogę wejść na to drzewo?”. Spojrzałem na drzewo i w pierwszym odruchu odpowiedziałem: „Zwariowałeś? Nie wchodź tam, nie dasz rady, to niebezpieczne”. Wtedy zobaczyłem w oczach syna wielkie rozczarowanie i smutek. Zdałem sobie sprawę, że zareagowałem tak z lenistwa. Na pikniku czułem się zrelaksowany i rozbawiony. Było fajnie, więc nie chciało mi się zawracać sobie głowy wchodzeniem z synkiem na drzewo. Na szczęście po kilku sekundach coś we mnie kliknęło i szybko unieważniłem poprzednie zdanie: „OK, zaraz ci pokażę, jak można bezpiecznie wejść na takie drzewo”. Poświęciłem pewnie około 15 minut, żeby mu pokazać, jak wybierać i sprawdzać gałęzie służące za uchwyty i stopnie, jak planować drogę powrotu…

Jako dziecko musiałem szybko się nauczyć wielu rzeczy i za siebie odpowiadać. Moja matka nie miała ani czasu, ani ochoty, żeby mnie nadmiernie kontrolować. Zapewne dzięki temu w tamtej sytuacji inercja i lenistwo nie zdecydowały o moim postępowaniu. Niestety, na ogół nam, rodzicom, znacznie łatwiej czegoś dzieciom zabronić niż nauczyć, jak bezpiecznie to coś robić. Gdy niedawno profesjonalną piłą ukośnicą ciąłem jakieś drewniane elementy, podszedł do mnie mój wnuczek i zapytał, czy też by mógłby ciąć. Moja pierwsza odruchowa myśl: „Lepiej nie, to zbyt niebezpieczne”. Ale na szczęście jej nie wypowiedziałem, tylko zaproponowałem, że go nauczę, jak to bezpiecznie robić. Gdybym mu tego wtedy zabronił, być może zostałby na wiele lat z przekonaniem, że się do takich niebezpiecznych narzędzi nie nadaje.

Wracam do mojego przykładu matki bojącej się o córkę, która bawi się w klubie, gdzie zagrożenia są realne. Jak ma poradzić sobie z lękiem?
Oczywiście nie ma jednej reguły na wszystkie sytuacje. Jeśli jednak matce wydaje się, że córka wymaga stałej opieki, bo jest nieustannie zagrożona jakimś atakiem seksualnym, to takie lęki są bardzo szkodliwe zarówno dla niej, jak i dla córki. Bo córka z czasem nabierze przekonania, że nie jest w stanie poradzić sobie w sytuacji rówieśniczych zabaw, że mężczyźni zainteresowani są wyłącznie seksem itd. Trudno będzie jej się żyło z kompletem takich przekonań. Więc lepiej by było, gdyby rodzice za każdym razem dokonywali rzetelnej kalkulacji ryzyka, którego się obawiają. I zrobili rozeznanie, na przykład, czy w klubie będzie też ktoś dorosły. Porozmawiali z dzieckiem o działaniu alkoholu czy innych używek i o tym, jak bezpiecznie się bawić. Umówili się na kontakt telefoniczny, na godzinę powrotu i ewentualną pomoc w dotarciu do domu. Czyli by dali córce szansę nabywania doświadczenia i zaufania do siebie, a sobie szansę na zaufanie córce. Na tym polega rola rodziców nastolatków. Z pewnością nie na zarażaniu dzieci lękiem i przekonaniem, że bez rodzicielskiej opieki nie dadzą sobie rady. Oczywiście są wyjątkowe sytuacje, gdy dziecko ma jakieś szalone pomysły, na przykład chce skoczyć z trzech metrów na twardą nawierzchnię lub odurzyć się jakąś substancją. Wtedy obowiązkiem rodziców jest postawienie wyraźnej granicy.

Wielu rodziców uważa zakazy za jedynie słuszne metody. Ale jak dziecko w końcu zostanie spuszczone z „łańcucha”, może te braki odbić sobie z nawiązką.
Wtedy, niestety, rodzicielskie lęki i obawy stają się samosprawdzającą się przepowiednią. Jeśli ojciec powtarza całe życie: „Bój się psów”, bo sam ma traumę związaną z psami, to jego dziecko będzie podchodzić do psa ze zdwojonym lękiem, pies poczuje adrenalinę, którą zinterpretuje z automatu jako zagrożenie atakiem, i zareaguje agresją. No i wtedy nieświadomy tego mechanizmu ojciec na domiar złego wykrzyknie: „A nie mówiłem!” – i w oczach dziecka wylansuje się na nieomylnego proroka. Zarażanie dziecka lękiem prawie zawsze ma charakter i dynamikę samosprawdzającej się przepowiedni. Jeśli pod wpływem własnej traumy nadmiarowo straszymy dziecko, ostrzegając je wielokrotnie, aby unikało czegoś jak ognia, to ono nigdy się nie przygotuje do takiej sytuacji i w rezultacie doświadczy takiej samej lub podobnej traumy, jaka była naszym udziałem. Więc lepiej opowiedzieć dziecku, co się nam przydarzyło, i podjąć jakieś kroki, by nauczyć je tego, jak lepiej sobie poradzić w takiej sytuacji.

Chcesz powiedzieć, że nie jesteśmy w stanie ochronić dziecka przed wszystkim, co niebezpieczne?
Oczywiście, że nie jesteśmy! Więc obsesyjne dążenie do tego nie ma sensu i może poważnie zaszkodzić dziecku. Jest bowiem pewne, że jeśli będziemy dziecko chronić przed wszystkimi zagrożeniami, to uczynimy je zupełnie bezradnym i skażemy na dożywocie w inkubatorze, w oderwaniu od rzeczywistego świata, czyli wychowamy człowieka, który nie będzie w stanie zmierzyć się z życiem i zmarnuje swój wspaniały potencjał.

Trudność polega na tym, by uczyć dziecko ufności do świata, a jednocześnie oceny realnych zagrożeń i radzenia sobie z nimi.
Dobrze rozumianą odpowiedzialnością rodziców jest urealnić swoje lęki – być pewnym, że mamy w sobie właściwą miarę zagrożenia, czyli ani go nie przeszacowujemy, ani nie lekceważymy – i nauczyć się sposobów minimalizowania realnego ryzyka, a potem nauczyć tego samego dzieci. Na tym polega „mądre banie się o dziecko”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze