1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Samotność kobiety. Po stracie dziecka, którego nikt nie widział

(Fot. Guido Mieth/ Getty Images)
(Fot. Guido Mieth/ Getty Images)
„Najbardziej poruszająca jest dla mnie samotność kobiet. Samotność w różnych momentach, w różnych wymiarach. Ta w szpitalach, kiedy rodzą swoje martwe dzieci, ale także ta w rodzinach – objawiająca się niezrozumieniem. I w końcu ta samotność pojmowana trochę szerzej – społecznie, czyli tabuizacja, której konsekwencją jest odmawianie im prawa do głosu, do opowiadania o tym, co przeżywają, a także do rytuału pożegnania, do uznania straty, a w związku z tym również do odbycia żałoby, która pozwala wrócić do pełnego życia.”, mówi dziennikarka, autorka książki „Wszystkie moje straty. O ciąży, traumie i odzyskanym życiu”, Katarzyna Kachel. 

Napisałaś niesamowicie przejmującą książkę o kobietach, które straciły ciąże. Co Ciebie w tych historiach, rozmowach z bohaterkami, poruszyło najmocniej?
Najbardziej poruszająca jest dla mnie samotność kobiet. Samotność w różnych momentach, w różnych wymiarach. Ta w szpitalach, kiedy rodzą swoje martwe dzieci, ale także ta w rodzinach – objawiająca się niezrozumieniem. I w końcu ta samotność pojmowana trochę szerzej – społecznie, czyli tabuizacja, której konsekwencją jest odmawianie im prawa do głosu, do opowiadania o tym, co przeżywają, a także do rytuału pożegnania, do uznania straty, a w związku z tym również do odbycia żałoby, która pozwala wrócić do pełnego życia.

To książka o samotności wobec tego rodzaju straty. Straty pomijanej społecznie i niestety – jak mówią psychologowie – pokoleniowo nieuznanej.

Co to właściwie dokładnie znaczy „nieuznanej”?
To odbywa się na wielu poziomach. Dzięki rozwiniętej technologii współcześnie kobiety na bardzo wczesnym etapie „poznają” swoje dzieci. Mamy możliwość monitorowania ich niemalże od pierwszych chwil. Są świetne aparaty USG, już w szóstym, siódmym tygodniu słyszymy bicie serca, nawiązuje się relacja. Nasze matki, babki nie miały dostępu do takich urządzeń, czasami dowiadywały się, że są w ciąży w czwartym, piątym miesiącu, czasami roniły nawet o tym nie wiedząc. Położna nie przystawiała im nawet słuchawki do brzucha, by usłyszały swoje dziecko, nie widziały go w obrazie 3D.

Nasze babcie nie rozumieją więc, dlaczego ta strata jest dla wielu współczesnych kobiet tak dramatyczna.

Szczególnie, że kiedyś w zasadzie nie istniał też temat niepłodności. O zajście w ciąże nie walczyło się latami…
Dokładanie tak. Dlatego bardzo często od matek, ciotek, babć kobiety słyszą, że mają się nie martwić, bo: jesteś jeszcze młoda, urodzisz następnym razem, idź do pracy, to ci się poprawi, zajmij się dziećmi, które już masz, co tak tyle płaczesz po tym, którego nawet nie widziałaś, itd.

Czyli, jeśli dziecko nie miało PESEL-u, nie miało zdjęć, oprócz tych USG, nie było przez rodzinę zobaczone, do tej rodziny wprowadzone…

To nie ma kogo żałować, po kim płakać…
Psychologowie mówią, że kobieta często ma poczucie nieadekwatności swoich uczuć. Z jednej strony cierpi jak matka, z drugiej strony otoczenie mówi jej, pokazuje, daje odczuć, że tą matką wcale nie była, bo dziecka przecież nikt nie widział. Kobiety często nie wiedzą jak mają, mogą o sobie mówić, jak myśleć. No bo tak naprawdę kto ma prawo nazywać siebie matką? Ta, która była w dziewiątym miesiącu ciąży, a może już ta w piątym, a może do porodu to była „tylko” w ciąży, ale nie z dzieckiem?

To także bardzo utrudnia odbycie żałoby i powoduje, że ta forma straty jest jedną z tych bardziej skomplikowanych.

A, jak wspomniałaś, bez żałoby nie ma mowy o pełnym powrocie do życia. Ból, prędzej czy później, do nas wróci.
Wydawałoby się, że żałoba jest czymś bardzo naturalnym, prawda? W tym przypadku jest zupełnie inaczej. „Pełnowymiarową” matką nie byłaś, więc żałoba się nie należy. Trochę tak to wygląda. Okrutnie. W takich okolicznościach o powrót do normalnego życia bardzo trudno.

Trauma odnawia się, odzywa, wraca przy bardzo różnych sytuacjach, a to na imprezach rodzinnych, gdzie są dzieci, a to w momencie, kiedy mija się plac zabaw, czy kiedy spotyka się koleżankę z wózkiem. Psychologowie mówią, że w ich gabinetach pojawiają się czasem kobiety, które mają 70, 80 lat, przychodzą, by domknąć żałobę, rozprawić się ze stratą sprzed kilkudziesięciu lat i mówią, że bardzo długo nie zdawały sobie sprawy z tego, że jakaś ich część została wtedy, w momencie straty, zamrożona, a ich życie od tamtej pory było niepełne.

Ty doskonale wiesz o czym mówisz, prawda? Sama mogłabyś być bohaterką swojej książki, dwa razy straciłaś ciążę.
Tak i jestem jedną z bohaterek. Nie ukrywam, że moje doświadczenie było atutem w tych rozmowach, łatwiej było mi pytać o wiele trudnych rzeczy, łatwiej mi było nawiązać z dziewczynami kontakt, bo je rozumiałam. Moim pierwszym pomysłem wcale nie było jednak pisanie książki. Chciałam robić warsztaty z kobietami po tego typu stracie, warsztaty oddechowe, ponieważ pracuję z oddechem terapeutycznie, jestem praktyczką i trenerką oddechu. Ta forma pracy terapeutycznej mnie osobiście pomogła, więc chciałam pomagać innym kobietom, przeprowadzać je z pomocą oddechu przez proces żałoby i powrotu do życia. Ale jednocześnie jestem dziennikarką, współautorką książek, więc kiedy poznawałam kolejne kobiety, rozmawiałam z nimi, w końcu postanowiłam, że chcę te historie opisać. Chcę dać im głos i przeciwstawić się choćby w tym niewielkim, ale osobistym wymiarze tabuizacji tego tematu. Jeżeli chociaż jednej kobiecie ta książka pomogła czy to zamknąć żałobę, czy znaleźć specjalistę, czy ją ukoiła, to mam pełną satysfakcję. I poczucie dumy.

Powiedziałaś, że kobiety często nie zdają sobie sprawy z tego, jaki wielki, zamrożony ból w sobie noszą, Ty też sobie nie zdawałaś   tego sprawy.
Odcięłam od tego wydarzenia. Od tych dwóch wydarzeń, bo pierwsza moja ciąża była pozamaciczna, kolejna roniona.

Wmówiłam sobie, że się nic nie stało, że życie toczy się dalej. I ja to życie żyłam nawet całkiem sprawnie, miałam swoje sukcesy zawodowe, swoje radości. Ale los tak chciał, że poszłam na kurs masażu, zostałam masażystką i to wtedy zdałam sobie sprawę, zauważyłam, że są w moim ciele miejsca, które są zupełnie odcięte, że już na wysokości klatki piersiowej mnie nie ma, kończę się tam, a wszystko, co poniżej jest zamrożone. Jeszcze mocniej uwydatniła to praca z oddechem transmodalnym. Dotarło do mnie, że nigdy nie przeżyłam żałoby po stracie ciąż, nie pozwoliłam sobie na nią, nie dałam sobie do niej prawa. Dziesięć lat wypierałam ten ból. Nie mówiłam nic, nikomu. Nie widzieli moi przyjaciele, moi znajomi, nie wiedziała moja rodzina. Tylko ja i mój partner.

Praca z oddechem, z ciałem pomogła mi się zmierzyć z tym tematem. I kiedy pozwoliłam sobie na zaległą żałobę, nagle zaczęłam przyciągać kobiety z podobnym doświadczeniem straty. Wtedy też zobaczyłam jak jest skala – 40 tysięcy kobiet rocznie traci ciąże.

W jaki sposób zmieniło się Twoje życie, kiedy pozwoliłaś sobie na przeżycie żałoby?
Książka „Wszystkie moje straty” jest moją pierwszą książką, w ogóle pierwszym tekstem, w którym nie chowam się za historiami swoich bohaterów. A zwykle to robiłam, co zresztą dla dziennikarza nie jest wcale trudne. Zmieniły się też moje relacje z bliskimi mi ludźmi, z przyjaciółmi, bo wcześniej była w nich tajemnica, ukrywałam ważną część prawdy o sobie, ważną część mojego życia. Dzięki temu te relację stały się głębsze.

Odzyskałam dostęp do ciała. Rozumiem je, mogę słuchać, jakie sygnały niego płyną. Pojawiły się też we mnie zupełnie nowe pokłady empatii i zrozumienia wobec kobiet po tego rodzaju stratach. Jestem dziś kimś innym, bardziej świadoma siebie i swojej historii, także mocniejsza.

Wierzysz w to, że ten bolesny dla tak wielu, bo – jak powiedziałaś – aż kilkudziesięciu tysięcy kobiet rocznie, temat ujrzy wreszcie światło dzienne? Że coś się zmieni, że te straty przestaną być tematem tabu?
Wierzę, bo spotkałam na swojej drodze wiele wspaniałych osób, które działają na rzecz tego, żeby temat poronień przestał być tematem tabu. Niepłodność jest wpisana na listę WHO jako choroba cywilizacyjna. Coraz więcej osób nie może mieć dzieci i jako społeczeństwo musimy się z tym faktem zmierzyć. Musimy znów oswoić śmierć, tak jak to robi na przykład Instytut Dobrej Śmierci. Podczas pracy nad książką poznałam znakomitą położną, Annę Stachulską. Genialna osoba, która od lat jeździ po całej Polsce i opowiada na rozmaitych konferencjach i spotkaniach, czego potrzebuje kobieta, kiedy straci dziecko. Mówi o potrzebie rytuału, o potrzebie spokojnego pożegnania, o tym, że kobiety czasami chcą mieć pamiątkę po swoich nienarodzonych dzieciach. I wierzę, że to wszystko powoli zaczynie kiełkować i wydawać owoce.  Choć łatwo nie jest. Anna opowiada w książce z jakim niezrozumieniem zdarzało jej się spotkać, także o tym, że miała dwuletnią przerwę w swojej pracy, bo nie była w stanie sama udźwignąć ciężaru jaki niesie ze sobą towarzyszenie kobiecie, która traci dziecko. Całe lata próbowała pracować zachowując dystans, ale to nie jest możliwe. Dziś ma zawsze ze sobą dwie chusteczki, jedną dla mamy, która traci dziecko, drugą dla siebie. Nie da się wejść do rzeki i się nie zamoczyć, więc i ją to porusza.

W twojej książce rzeczywiście bardzo przejmująca jest samotność kobiet, ale przerażające są realia szpitalne, opisy, co dokładnie przechodzą kobiety…
Tak, wstrząsające są te wszystkie historie związane z samym procesem ronienia, po prostu z biologią, a konkretnie z oprawą, z tym jak to wciąż dziś wygląda w wielu szpitalach.

Nieludzko.
Kobiety rodzą do zapchanych toalet, ronią na gazę. Mimo wielu zmian, które dokonały się w ciągu ostatnich 10 -15 lat, wciąż są to okoliczności bardzo drastyczne i niehumanitarne. Moją pierwszą rozmówczynią była Marysia, pojechałam do niej do domu, rozmawiałyśmy cały dzień. Opowiadała mi jak dostała plastikowy kubeczek oklejony papierem, żeby nie było widać, co jest w środku, ale nie była w stanie zebrać tego wszystkiego z gazy i włożyć do kubka, nie była w stanie sama odseparować jaja płodowego. Stała sparaliżowana, w bólu, krwi i łzach.

Nie miała szczęścia i nie trafiła na Annę Stachulską…
Nie miała. I nie ma go wiele kobiet, wiele z nas. Na co trafiamy w zamian? Na brak czasu, brak personelu, brak empatii.

Jeden wielki brak generalnie.
Badania przeprowadzone przez Fundację Czułość pokazały, że jesteśmy pospieszane, odzierane z szacunku, z godności. Kobieta leży naga na fotelu ginekologicznym a do gabinetu ciągle ktoś wchodzi, coś zabiera, przerzuca papiery. Kobiety po urodzeniu martwych dzieci trafiają do sal, w których leżą dziewczyny ze swoimi zdrowymi nowo narodzonymi dziećmi. Moja bohaterka Marta trafiła na oddział dla matek z noworodkami, musiała na nie patrzeć, słuchać jak płaczą. To skończyło się dla niej depresją i zespołem stresu pourazowego.

Moja Małgosia, kiedy trafia trzeci raz do szpitala, już z martwym dzieckiem, martwym płodem w łonie, zostaje położona w pokoju, w którym czeka łóżeczko dla dziecka. Jej siostra szybko je wynosi. Marysia dostaje pokój w takim miejscu, że aby dostać się do łazienki musi pokonać długi korytarz. Chodzi do niej zostawiając krwawe ślady za sobą. Ewa dostaje słynny kubek do ręki, pielęgniarka odbiera go od niej z obrzydzeniem. Małgosia opowiadała mi też, że kiedy poroniła do toalety, stała potem sama nad sedesem i nie wiedziała, co robić – czy spuszczać wodę czy nie. Czy spłukać swoje dziecko w toalecie czy je w niej zostawić?

Okrutne.
I niedopuszczalne. Przecież mamy prawa, tylko albo ich nie znamy, nikt nam o nich nie mówi, albo w tej dramatycznej sytuacji, w momencie tak wielkiego bólu i psychicznego, i fizycznego nie jesteśmy w stanie ich egzekwować. To nie jest czas, kiedy kobieta emocjonalnie jest zdolna do tego, żeby dochodzić swoich praw, walczyć o siebie.

To brzmi tak jak byśmy musiały walczyć. A dlaczego to ma być walka?!
Właśnie, dlaczego to ma być walka? Bo faktycznie, kiedy słuchałam opowieści moich bohaterek, brzmiały one jak opowieści z pola bitwy.

A trzeba wiedzieć, że kobiety w takim momencie są szczególnie słabe z jeszcze jednego powodu, o którym rzadko się mówi.

99 procent kobiet, które ronią ma poczucie winy, że coś zrobiły nie tak. Czują, że są wybrakowane, że są do niczego. I kogoś w takiej kondycji zmusza się do walki o swoje prawa: do szacunku, godności, intymności.

To nie brzmi optymistycznie…
Nie brzmi, ale pytasz czy wierzę, że coś się zmieni? Wierzę. To jest 40 tysięcy kobiet rocznie. Zobacz, jaka to jest siła. Moja książka miała premierę w czasie parlamentarnych wyborów. Najpierw mnie to wkurzyło, a potem pomyślałam, że właśnie świetnie się składa, bo to jest też o tym. Patrzyłam na plakaty „My już milczałyśmy” i czułam jak to bardzo pasują także do treści mojej książki.

Wkraczamy w nową erę, gdzie kobiety wreszcie zaczynają zajmować przynależne im miejsce i o tej stracie też będą mówić. Jestem tego pewna.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze