Nieuchronność śmierci może wyznaczać kierunek naszych działań. W książce i w filmie „Weronika postanawia umrzeć” obserwujemy, jak bohaterka odzyskuje witalność i siłę dopiero wtedy, gdy zderza się z realnością śmierci. Początkowo chce odebrać sobie życie (w depresji i poczuciu bezsensu życia), kiedy jednak zostaje odratowana i dowiaduje się, że jej serce zostało uszkodzone i może wkrótce umrzeć, życie nabiera dla niej istotnego znaczenia. Dopiero wtedy czuje jego kruchość i realną ulotność.
W swojej bogatej twórczości Irvin Yalom, amerykański psychiatra, psychoterapeuta i pisarz, często przeciwstawia sile śmierci witalność i siłę popędu seksualnego, który również łączy się przecież z radością, spontanicznością, potrzebą bliskości i z życiem (a nawet z przekazywaniem życia).
Jedna z książek Yalom nosi tytuł „Istoty ulotne”, inspirowany „Rozmyślaniami” Marka Aureliusza, bo przecież – z perspektywy egzystencjalnej – nasze życie to mgnienie, błysk między dwiema nicościami.
Przypomina mi się film „Choć goni nas czas” z 2007 roku, z grającymi główne role Jackiem Nicholsonem i Morganem Freemanem. Dojrzali wiekiem bohaterowie słyszą w szpitalu diagnozę nieuleczalnego nowotworu i zapowiedź śmierci w krótkim czasie. Jeden z nich jest bogaty i doświadczony, drugi – skromny i spokojny; dzielą ten sam lęk przed śmiercią.
Być może w innych okolicznościach nie poświęciliby sobie nawet chwili, nie wsparli, nie wpłynęli na siebie i nie pomogli sobie wzajemnie spełniać swoich marzeń. A w tych niespodziewanych okolicznościach, gdy połączyły ich trudne wspólne doświadczenia, połączyła ich również przyjaźń.
Oryginalny tytuł filmu „The Bucket List” oznacza listę rzeczy, które chce się wykonać przed śmiercią – może coś zwiedzić, może czegoś się nauczyć, może czegoś doświadczyć, może wreszcie coś komuś powiedzieć. Ciekawe, co chcecie wpisać na swoją listę.
Czasem nie warto czekać na inny, lepszy czas. Może ten teraz jest najlepszy?
Osobiście nieraz się przekonałam, że „co się odkłada, to często przepada” – może więc warto ruszyć w podróż życia już teraz? Może to być oczywiście wyprawa w Himalaje, ale może to być podróż w głąb siebie po drodze medytacji czy podjęcie psychoterapii. Ciekawe, jaka droga was wzywa?
Myślę też sobie o gotowości do wprowadzania zmian w nasze życie – aby nie odsuwać tego, co nas przyzywa, aby unikać życia wbrew sobie, zgodnie z konwenansami i tymi wszystkimi „bo wypada”, „bo co ktoś inny sobie pomyśli”. Myślę o decyzjach o zmianie pracy, o przeprowadzce, o rozstaniu, o porzuceniu sytuacji, które przestały być rozwojowe czy wspierające.
Bo przecież jesteśmy tu na krótką chwilę. Jak więc żyć, by nie mieć poczucia, że życie przecieka nam przez palce? Oczywiście nie znam odpowiedzi na to pytanie; chyba każda i każdy z nas potrzebuje dostrzec kierunkowskazy dla siebie, by zyskać poczucie sensu.
Warto cieszyć się tymi chwilami, gdy jesteśmy zdrowi i sprawni, a rzadko kiedy okazujemy wdzięczność swojemu ciału. To już brzmi jak truizm, że najczęściej doceniamy zdrowie i sprawność dopiero wtedy, gdy je tracimy.
Dziesięć lat temu leczyłam stan zapalny w nodze – przez drobne otarcie na stopie wdarła się jakaś bakteria i spowodowała ból i obrzęk. Początkowe zaczerwienienie szybko zmieniało barwy, a ja usłyszałam od lekarza, że „będzie dobrze, jeśli zakażenie nie dojdzie do kości”.
Nie doszło. Na szczęście. Moje katastroficzne wizje już uwzględniały życie po amputacji i zaczęłam opłakiwanie miejsc, których nie zwiedzę, gór, na które nie wejdę, dróg, których nie przejadę rowerem, i okazji, na których nie zatańczę. Wszystko skończyło się pomyślnie – naprawdę czuję ogromną wdzięczność do Losu, że żyję w erze antybiotyków i szczepień.
Może ten kontrast jest niezbędny, może potrzebujemy doświadczyć ryzyka utraty, aby zacząć doceniać, niejako wstecznie, to, co ma dla nas prawdziwą wartość? Robimy tak dużo niezdrowych rzeczy – spożywamy w nadmiarze cukier, nie dosypiamy, mało się ruszamy, chociaż nasza budowa ciała sugeruje, że ewolucja zaprogramowała nas do aktywności, do chodzenia i wspinania się po drzewach, ska- łach, górach.
Niby to wiemy, ale i tak niczego nie zmieniamy, dopóki nie doświadczymy bólu, nie złapie nas choroba. Nie potrafimy chyba profilaktycznie troszczyć się o swój ogólny dobrostan. Wiem, że trochę upraszczam, bo pomijam teraz aspekt różnych traumatycznych doświadczeń, leżących często u podłoża autodestrukcyjnych zachowań, o czym piszą chociażby Gabor i Daniel Maté w książce „Mit normalności”.
Skupiam się jednak w tym miejscu tylko na tym, że ignorujemy różne fakty, dopóki nie jesteśmy zmuszeni, aby się z nimi zmierzyć. I stanąć twarzą w twarz z własnymi nawykami.
Tak, do odwagi zapraszam – do odwagi, by przyjrzeć się sobie. Zajrzeć do swojego wnętrza i porozmawiać. Zapytać siebie szczerze, czego unikamy, czego nie chcemy widzieć, albo słyszeć, co ignorujemy i przed czym uciekamy.
A co odkładamy ciągle i ciągle na nieprecyzyjną (i niepewną z definicji!) przyszłość? Może warto zacząć żyć TERAZ? Na koniec chcę przytoczyć słowa Agnieszki Osieckiej: „Przyjaciele moi i moje przyjaciółki! Nie odkładajcie na później ani piosenek, ani egzaminów, ani dentysty, a przede wszystkim nie odkładajcie na później miłości. Nie mówcie jej: »Przyjdź jutro, przyjdź pojutrze, dziś nie mam dla ciebie czasu«. Bo może się zdarzyć, że otworzysz drzwi, a tam stoi zziębnięta staruszka i mówi: »Przepraszam, musiałam pomylić adres...« I pstryk, iskierka zgaśnie”.