1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak dbają o zdrowie psychiczne terapeuci? Oto 20 sposobów

Jak dbają o zdrowie psychiczne terapeuci? Oto 20 sposobów

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Psychoterapeutka Julie Hanks, właścicielka strony WasatchFamilyTherapy.com, zapytała swoich kolegów po fachu w jaki sposób na co dzień dbają o własne zdrowie psychiczne. Oto 20 podpowiedzi specjalistów.

Psychoterapeutka Julie Hanks, założycielka strony WasatchFamilyTherapy.com, zapytała swoich kolegów po fachu, w jaki sposób dbają na co dzień o własne zdrowie psychiczne. Oto ich odpowiedzi.

1. Żyj w teraźniejszości

"Ćwiczę uważność, zadając sobie pytania: Gdzie jestem? Co słyszę? Co czuję? Jaki to smak? Jaki zapach? Co widzę?" Natalie Robinson Garfield

"Na 20 minut dziennie uciekam od świata, żeby cieszyć się ciszą i spokojem". Deborah Serani

"Regularnie medytuję." Will Courtenay

2. Otaczaj się pozytywnymi ludźmi

"Gdy doświadczam toksycznych relacji, natychmiast transformuje je podczas modlitwy". Leticia R. Reed

"Niczego nie zmieniam w relacjach, które mi służą. Wychodzę z tych, które mi szkodzą". Kim Olver

3. Radź się terapeuty

"Cały czas jestem w terapii". Will Courtenay

"Gdy potrzebuję „ześrodkowanej” rady i „uziemienia” konsultuję się z moim coachem". Xiomara A. Sosa

"Uczęszczam na warsztatu rozwoju osobistego i duchowego". Jodie Gale

4. Ruszaj się

"Mam dwa labradory, biegam z nimi przez godzinę dziennie". Regina Jasne

"Tańczę salsę z moim partnerem dwa razy w tygodniu". Amy E. Keller

"Ćwiczę pilates i jogę". Diane Petrella

5. Śmiej się

"Staram się często śmiać". Ashley Bretting

"Razem z żoną raz w tygodniu idziemy na komedię do kina". Stacey Kinney

6. Przyjaźnij się

"Co najmniej raz w tygodniu jem lunch z przyjacielem, który wspiera mnie i rozśmiesza". Nerina Garcia-Arcement

"Często rozmawiam z przyjaciółką przez telefon". Mark E. Sharp

7. Odpoczywaj

"Kocham wakacje na Kostaryce". Amy E. Keller

"Lubię oglądać zabawne filmy na YouTube". Hugh Forde

"Podróże są moim lekarstwem na stres". Karen Sherman

8. Śpij dobrze

"Ważne są dla mnie drzemki w niedzielne popołudnia. Każdej nocy śpię przynajmniej 8 godzin". Stephanie Moulton Sarkis

9. Korzystaj z kultury

"Czytam książki, słucham muzyki, szukam inspiracji w internecie". Matthew Clark

10. Pomagaj

"Jestem wolontariuszem organizacji non-profit, która gromadzi sprzęt medyczny i wysyła go do krajów trzeciego świata. To zmienia moje spojrzenie na życie". Sujatha Ramakrishna

11. Baw się każdego dnia

"Codziennie zadaję sobie pytanie: „Czy ja się dzisiaj dobrze się bawiłam?”. Jeśli nie, staram się to nadrobić zanim skończy się dzień". Natalie Robinson Garfield

"Czerpię radość z fotografowania, malarstwa i wyrobu biżuterii". Stacey Brown

12. Powiedz "nie"

"Zdaję sobie sprawę, że jeśli powiem „nie” w odniesieniu do jednej sprawy, zawsze mówię „tak” dla innej. Na przykład odmawiam przyjęcia nowego klienta i mam więcej czasu dla żony". Joseph R. Sanok

"Trzymam się ściśle tego, że rano medytuję i piszę, a dla klientów mam popołudnia. Piątki natomiast dla rodziny". Karen R. Koenig

13. Żyj w otoczeniu natury

"Uwielbiam spędzać czas na spacerach po lesie lub słuchaniu ćwierkania ptaków". Sujatha Ramakrishna

"Pracuję w biurze, ale zawsze po pracy spaceruję po parku lub po plaży". Nancy B. Irwin

14. Wyrażaj siebie twórczo

"Pielęgnuję swoje zdrowie psychiczne w moim drugim zawodzie jako autor komiksów". Stroll Jane

"Piszę do czasopism". Xiomara A. Sosa

15. Rozpieszczaj się

"Uwielbiam pedicure i kąpiele z hydromasażem". Ashley Bretting

16. Bądź jak dziecko

"Kontaktuję się z moim wewnętrznym dzieckiem poprzez kolorowanie kredkami i malowanie farbami". Ashley Bretting

"Spędzam czas ze zwierzętami i dziećmi. Bezwarunkowa, czysta miłość i uczucie tych stworzeń uspokaja moją duszę". Nancy Irwin

17. Nie myśl

"Jeżdżę do pracy na rowerze. To mi gwarantuje, że przyjeżdżam zrelaksowany i spokojny. bardzo zrelaksowany i spokojny. Po drodze bowiem wsłuchuję się w śpiew ptaków, czuję wiatr, widzę zieleń". Sally Palaian

18. Dziel się uczuciami

"Na bieżąco rozmawiam z moim ukochanym i przyjaciółmi o tym, co czuję. Unikam w ten sposób niekontrolowanych wybuchów emocji". Karen Hylen

19. Żyj rodzinnie

"Lubię spędzać czas z moją rodziną. Razem chodzimy na spacery po plaży. Dwa razy do roku razem wyjeżdżamy, a raz robię sobie wakacje tylko z mężem". Regina Jasne

"Każdego dnia mam czas dla moim bliskich. Jest to siła kotwiczenia". Anandhi Narasimhan

20. Rozmawiaj z przyjaciółmi o problemach zawodowych

"Kiedy mogą skonsultować jakiś trudny przypadek z kolegą, czuję wsparcie i brak izolacji". Mark Sharp

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Natalia Kukulska: "Nie muszę się wszystkim podobać"

W życiu cenię normalność i stabilizację, a w muzyce sięgam po marzenia i daję upust wyobraźni. Do tego jestem konsekwentna w realizacjach, czyli uparta, więc trudno mnie powstrzymać, jak już coś sobie wymyślę - mówi o sobie Natalia Kukulska. (Fot. Karolina Wilczyńska)
W życiu cenię normalność i stabilizację, a w muzyce sięgam po marzenia i daję upust wyobraźni. Do tego jestem konsekwentna w realizacjach, czyli uparta, więc trudno mnie powstrzymać, jak już coś sobie wymyślę - mówi o sobie Natalia Kukulska. (Fot. Karolina Wilczyńska)
Na scenie i w życiu lubi poddać się nastrojowi chwili, emocjom, brzmieniu... Coraz łatwiej odpuszcza kontrolę, przestała wymagać od siebie coraz więcej i więcej. – Już wiem, że jestem lepszą matką, gdy również dla siebie zrobię coś dobrego. Wtedy też wzrasta moja wydajność w pracy. To są naczynia połączone – mówi Natalia Kukulska.

Na płycie „Czułe struny”, zawierającej aranżacje utworów Fryderyka Chopina, śpiewasz: poddawaj się, wybaczaj, odpuszczaj. A nie: bądź silna, walcz...
To jest taka dobrotliwa autorefleksja. Często brakuje nam czasu na przyjrzenie się sobie, zrozumienie siebie i zaopiekowanie się sobą, na okazanie sobie czułości. To, że coś dotyka naszych czułych strun, znaczy, że wchodzi w nas jakby głębiej. Bo do pokładów czułości wcale nie jest tak łatwo się dostać. Trzeba poświęcić na to trochę czasu i uwagi, okazać sobie prawdziwe zainteresowanie. Po co to robić? Bo może właśnie wtedy, w tym momencie, dotykamy naszej istoty, czyli naszej duszy, która gdzieś tam w środku się o to upomina.

Myślę, że czułość siedzi pomiędzy emocjami i trudno ją słowami opisać. Łatwiej poczuć niż zrozumieć. A już najłatwiej spotkać ją w muzyce, bo muzyka to język emocji. Może spowodować, że nagle rozleje się w nas ciepło i poczujemy się lepiej. Jest wiele badań potwierdzających, że to właśnie muzyka klasyczna łagodzi nasze nerwy i daje poczucie ładu i harmonii.

Wydany w ubiegłym roku album 'Czułe struny' zyskał status platynowej płyty. (Fot. materiały prasowe)Wydany w ubiegłym roku album "Czułe struny" zyskał status platynowej płyty. (Fot. materiały prasowe)

Muzyka klasyczna ma określoną częstotliwość dźwięków, która pozwala organizmowi się uspokoić, skupić i osiągnąć zdolność do samoregulacji.
A do tego Chopin to romantyk, którego klasyczne rozwiązania nasycone były melancholią i rozbuchane emocjami. Pamiętam, jak usiedliśmy z Pawłem Tomaszewskim do wyboru utworów na płytę i powiedziałam: „Na pewno nie bierzemy się za polonezy, bo o czym ja bym miała śpiewać w takim patosie?”. Polonez daje nam to niezwykłe uczucie wzniosłości – kto dzisiaj robi utwory przepełnione dumą? Trochę z przekory podjęliśmy próbę i napisałam tekst o odwadze, przeznaczeniu, spełnieniu… Paweł wykonał piękną aranżację symfoniczną, zabrzmiała Sinfonia Varsovia i przyznaję, że odnalazłam w sobie tę zagubioną wzniosłość. Lubię też refleksyjny smutek, który odczuwam w wielu utworach. Jakiś rodzaj mądrości ponadczasowej, która ciągle dotyka właśnie naszych czułych strun.

Nie miałaś tremy przed spotkaniem z mistrzem?
Człowiek myśli, że musi być w galowym stroju. No bo jak to – ja i Chopin? Ale prawdziwy kontakt ze sztuką to nie jest stanie na baczność. Bo to też nie jest pomnik, jego muzyka cały czas żyje i wzbudza w nas emocje. Na płycie „Czułe struny” mężczyźni: Krzysztof Herdzin, Nikola Kołodziejczyk, Jan Smoczyński, Adam Sztaba i wspomniany Paweł Tomaszewski stworzyli niesamowite aranżacje symfoniczne. A kobiety: Kayah, Mela Koteluk, Gaba Kulka, Natalia Grosiak, Bovska i ja – opracowałyśmy warstwę liryczną albumu. Zależało mi na stworzeniu tekstów współczesnych i osobistych, które pokazują, o czym według nas jest ta muzyka. Każdy ma przecież jakieś wyobrażenie. My je nazwałyśmy. Okazało się, że tej tytułowej czułości w tekstach jest wiele. Ona po prostu ukrywa się w nutach. A niektóre tematy są niezwykle uniwersalne. Myślę, że również dlatego muzyka Chopina ciągle tak mocno działa.

Kontaktujesz się ze swoją czułą stroną właśnie poprzez muzykę?
Tak, bo uważam, że w sztuce łatwiej jest ją namierzyć, poczuć i zrozumieć. To także niesamowity pomost pomiędzy artystą a słuchaczem. Dlatego najmocniejszy odbiór jest zawsze wtedy, gdy muzykę gra się na żywo. Pandemia chwilowo odebrała mi możliwość weryfikacji tej tezy z publicznością, ale przyszły rok zacznę od koncertów „Czułe struny” w Centrum Kongresowym ICE w Krakowie i Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu, których już nie mogę się doczekać.

Czułość odnajduję jednak nie tylko w muzyce, ale też w poezji czy malarstwie. Dzisiaj żyjemy w tempie, które bardzo rzadko pozwala nam na czułość. A ona pojawia się w momencie zatrzymania. Pomiędzy punktami, dźwiękami, słowami… Nie będę zatem próbowała jej definiować w pośpiechu… Zwłaszcza że tyle niezwykłych odkryć wokół tego pojęcia dokonała Olga Tokarczuk w „Czułym Narratorze”.

'Czułość siedzi między emocjami i trudno ją opisać słowami. Łatwiej poczuć niż zrozumieć. A najłatwiej spotkać ją w muzyce, bo muzyka to język emocji. Może spowodować, że nagle rozleje się w nas ciepło'. (Fot. Karolina Wilczyńska)"Czułość siedzi między emocjami i trudno ją opisać słowami. Łatwiej poczuć niż zrozumieć. A najłatwiej spotkać ją w muzyce, bo muzyka to język emocji. Może spowodować, że nagle rozleje się w nas ciepło". (Fot. Karolina Wilczyńska)

Muzyka działa terapeutycznie również na dzieci. Z badań firmy Gerber wynika, że powinno się śpiewać kołysanki wcześniakom – to właśnie one mocniej odpowiadały na stymulację dźwiękową, dzięki temu uzyskiwano u nich lepszą saturację, uspokojenie i przyrost wagi ciała. To niesamowite!
To prawda. Temat tych kruchych istot zawsze mnie porusza. Wiem, jaki trudny to czas dla rodziców i dla maleństw, które ze swojego naturalnego środowiska, jakie najlepiej sprzyja bezpiecznemu rozwojowi, muszą przejść w inny, nowy, nie zawsze tak bezpieczny świat. Wspólnie z Joanną Kulig i Igorem Herbutem na zaproszenie marki Pampers Polska nagraliśmy nawet „Kołysankę dla wcześniaków”, która – mam nadzieję – okazuje się kojąca dla maluszków i ich rodziców. W ogóle sen jest kluczowy dla odpowiedniego rozwoju i dobrego samopoczucia każdego maleństwa, a w szczególności tego, które przedwcześnie przyszło na świat.

Muzyka może być dla nas terapią przede wszystkim dlatego, że działa na naszą podświadomość, na nasze emocje i nastrój. Ja na przykład totalnie się temu poddaję, mam taki rodzaj wewnętrznego guzika czy przełącznika, że kiedy tylko usłyszę dźwięki, które lubię, nagle po prostu odpływam, nie ma mnie. A może właśnie dopiero wtedy jestem? Znam niewielu ludzi, którzy nie lubią muzyki. Chyba każdy z nas ma jakiś rodzaj wspomnień i własnych przeżyć związanych z muzyką, które gdzieś czy kiedyś nam pomogły. Oczywiście teksty też są ważne, jednak większość muzyków, z którymi pracuję, a na pewno mój mąż, słowa stawia na dalszym planie. Bo muzyka to język… swoisty.

Dla mnie też ważniejszy jest rytm i sama muzyka, dlatego że dają mi więcej przestrzeni do wypełnienia jej swoimi emocjami.
To jesteś w absolutnej mniejszości. Większość ludzi w Polsce kupuje płyty dla tekstów. Dla nich ważne jest to, o czym opowiada dany utwór, jaki jest przekaz i interpretacja. Jako wokalistka zwracam dużą uwagę na wokal, ale wiem również, że on bardzo determinuje, to znaczy wpływa na kształt utworu i tego, jak go odbieramy. Sama słucham dużo muzyki instrumentalnej, ilustracyjnej i filmowej. Tam oddziałuje na nas głównie harmonia i brzmienie.

Mój mąż, tak jak i ty, słucha muzyki dziwnej, wykręconej brzmieniowo, z cyklu „radyjko się zepsuło”. I mnie interesują oryginalne połączenia, które przemycam w swojej muzyce, ale nie dla formy. Ta treść jest ważna… Mam w sobie ostatnio potrzebę uzyskiwania i odczuwania lepszego świata w muzyce, może stąd moja fascynacja klasykiem. Nie wiem, czy byłaś kiedyś w Disneylandzie. Wchodzisz tam i od razu słyszysz muzykę filmową. John Williams, Hanz Zimmer... i już jesteś w innym, piękniejszym świecie. Muzyka nadaje życiu kolory.

Dlatego z gitarzystą i kompozytorem jazzowym Markiem Napiórkowskim nagraliśmy płytę z kołysankami „Szukaj w snach”. Na koncerty w Teatrze Starym w Lublinie przychodziły całe rodziny – rodzice z dziećmi, bobasami, niemowlętami nawet. Wszyscy razem, siedząc na wielkich poduszkach, wybieraliśmy się do krainy łagodności. To było piękne... Widziałam, jak kilkuletnie dziewczynki w tych swoich zwiewnych sukienkach zamykały oczy i nagle zaczynały tańczyć. Odpuszczały totalnie kontrolę, dawały sobie przyzwolenie na bycie sobą. Nikt im nie mówił: „Cicho! Usiądź! Co ty wyprawiasz? Nie wolno rozrabiać!”.

Jesteś czułą matką? Czy twoje podejście do macierzyństwa zmieniało się wraz z kolejnymi dziećmi?
Ostatnio analizuję teorię psychoterapeuty Berta Hellingera, który twierdził, że matka zawsze jest wystarczająco dobra przez sam fakt, że urodziła i dała życie. W ten sposób wypełniła już swoją rolę. Choć łatwo to zrozumieć opacznie. Dla mnie ważne jest to, żeby w swoim macierzyństwie być w pełni obecną, ale też nie dać się zwariować. Być w zgodzie ze sobą. Bo dzisiaj żyjemy w czasach, kiedy cały czas mamy wrażenie, a zwłaszcza my, kobiety, że coś musimy. Tymczasem podstawą w macierzyństwie wydaje się miłość. Pozostałe zasady każdy wypracowuje sam, we własnym domu. Nie istnieje ideał rodzica ani ideał relacji z dzieckiem. Ważna jest autentyczność, bycie w prawdzie. Resztę można sobie odpuścić.

Sama wyluzowałam dopiero wtedy, gdy uświadomiłam sobie, że przed swoim dzieckiem nie trzeba, a nawet nie można ciągle udawać, że wszystko jest w porządku. Ono ma prawo doświadczyć wszystkich emocji, również złości i smutku. Nie musimy chronić swoich dzieci przed widokiem naszych łez, bo z tym i tak będą musiały się zmierzyć. Bezwarunkowa miłość powinna dać im poczucie bezpieczeństwa.

Dla mnie najtrudniejsze w macierzyństwie było to, żeby nauczyć się, jak radzić sobie ze złością, frustracją czy smutkiem dziecka. Psychologowie nazywają to „akomodacją”, czyli robieniem miejsca w sobie na trudne emocje dziecka. I teraz myślę nawet, że to jest najważniejsze zadanie matki – nauczyć dziecko rozumienia swoich emocji i poznawania siebie, tego, kim jest.
Dziecko jest genialnym obserwatorem. Poprzez to zdobywa wiedzę o świecie i o sobie. W krótkim czasie, zaledwie kilku pierwszych lat, uczy się od nas wszystkiego – począwszy od języka czy chodzenia, poprzez sprawność fizyczną czy jedzenie sztućcami. Dziecko jest niezwykle chłonne. Wystarczy, że patrzy na to, w jaki sposób się zachowujemy. Czy sami potrafimy dotykać naszych emocji, nazywać je i radzić sobie z nimi. Dziecko naturalnie to powtarza. Doświadczenie matki trojga dzieci pokazało mi, że to właśnie naturalność czy szczerość, otwartość prowadzą do zrozumienia i bliskości.

Relacja z dzieckiem zmienia się też w czasie. Najtrudniej bywa, gdy przychodzi konieczny proces odcinania pępowiny. Jak ty sobie z tym radziłaś?
Ten proces odpępowiania nigdy nie jest łatwy, dla mnie też nie był. Mój syn Jasio w czerwcu skończy dwadzieścia jeden lat. Był taki czas, że kompletnie nie potrafiłam sobie wyobrazić, że on jest już odrębną jednostką, dorosłym mężczyzną. A to się stało, po prostu, ot tak. Poczułam się oszukana, myślałam: „to nie fair, jego dzieciństwo miało trwać dłużej!”. Popłakiwałam sobie tak do środeczka, no może nie lałam łez, ale długi czas nie mogłam się z tym pogodzić. Teraz sądzę, że bardziej opłakiwałam wtedy siebie i własną stratę niż jego. Jestem już gotowa wypuścić go z gniazda, ale to musiało we mnie dojrzeć.

Często mówi się nam, kobietom, że da się połączyć wszystkie obszary: być dobrą matką, zaangażowaną partnerką i jednocześnie realizować się zawodowo, ale przecież nie można być w każdym z nich na sto procent. Zawsze coś znajdzie się na wyższej półce...
Na samej górze trzeba położyć swoje zdrowie psychiczne. Bo w jakiejkolwiek opiece: nad dzieckiem, rodziną czy nad starszymi osobami, nie można nigdy zatracić siebie.

Szczęśliwa mama to kobieta spełniona, to mogę powiedzieć na sto procent, dlatego w układaniu codzienności warto być dobrym strategiem. Inwestować w pełen uwagi, wartościowy wspólny czas, który nazywamy modnie „quality time”, a nie wzajemne obijanie się o siebie w domu. Oczywiście niektóre kobiety nie mogą sobie pozwolić na opiekunki czy pomoc w wychowaniu dziecka, i właśnie szczególnie wtedy warto pamiętać o sobie i swoim dobrostanie psychicznym. Ja już wiem, że jestem lepszą matką, gdy również dla siebie zrobię coś dobrego. Wtedy też wzrasta moja wydajność w pracy – to są naczynia połączone. Harmonia.

Nie masz wrażenia, że czułość łatwiej jest właśnie okazać dziecku niż sobie?
To zależy od tego, co rozumiemy pod określeniem „być czułą dla siebie”. Dla mnie to znaczy właśnie to, od czego zaczęłyśmy: odpuszczać, dawać sobie przyzwolenie na bycie swoją gorszą wersją, nie mieć do siebie żalu i nie stawiać sobie ciągłych wymagań. Ambicje obciążają.

'Mam w sobie naturalne dążenie do tego, żeby było normalnie i dobrze. Jestem otwarta na wszelkie metody poznawania siebie: wiarę, jogę, medytację, terapię czy białą szałwię'. (Fot. Karolina Wilczyńska)"Mam w sobie naturalne dążenie do tego, żeby było normalnie i dobrze. Jestem otwarta na wszelkie metody poznawania siebie: wiarę, jogę, medytację, terapię czy białą szałwię". (Fot. Karolina Wilczyńska)

Zawsze o tym wiedziałaś czy musiałaś to dopiero wypracować? Gdzie i jak szukałaś siebie? Terapia, grzybki halucynogenne, warsztaty rozwojowe…? Wspominałaś o Hellingerze...
Mam w sobie naturalne dążenie do tego, żeby było normalnie i dobrze. Jestem otwarta na wszelkie metody poznawania siebie. Wiarę, jogę, medytację, terapię czy białą szałwię. To nie musi być droga na całe życie, a sposób na to, żeby pobyć bliżej siebie, wyciszyć się czy ukoić. Sama, żeby stanąć mocno na własnych nogach, musiałam wykonać sporo pracy u podstaw – mam na myśli pracę nad wartościami, wiarą w siebie, wewnętrzną harmonią. Dzisiaj już wiem, że nie muszę się wszystkim podobać, a tak właśnie byłam wychowana. Stąd pewnie moje rozdmuchane ambicje, bo zawsze miałam poczucie, że muszę zrobić więcej, żeby ktoś mnie docenił i zrozumiał.

Dzisiaj uciekam od życia w takiej ciągłej niezgodzie na siebie. I bardzo nie lubię, gdy ktoś coś udaje – od razu to rozpoznaję. Może właśnie w byciu sobą pomogła czułość do siebie? Pasja daje mi skrzydła. Bo mogę być zagrzebana po łokcie w codzienności, ale wiem, że zaraz wyskoczę na scenę, zanurzę się w dźwięki i nastąpi ta nieziemska wymiana energii z drugim człowiekiem. W życiu cenię normalność i stabilizację, a w muzyce sięgam po marzenia i daję upust wyobraźni. Do tego jestem konsekwentna w realizacjach, czyli uparta, więc trudno mnie powstrzymać, jak już coś sobie wymyślę.

Natalia Kukulska, rocznik '76. Jedna z najbardziej znanych polskich wokalistek. Autorka tekstów i współautorka muzyki. Jej wydane rok temu „Czułe struny” zyskały status platynowej płyty. Prywatnie żona muzyka Michała Dąbrówki, mama Jana, Anny i Laury.

  1. Styl Życia

Hildegarda z Bingen. Czego może nauczyć nas średniowieczny coach?

Każdego dnia mamy wybór; możemy rozpoznać, co nas niszczy, i postawić na to, co wzmacnia i buduje. (Fot. iStock)
Każdego dnia mamy wybór; możemy rozpoznać, co nas niszczy, i postawić na to, co wzmacnia i buduje. (Fot. iStock)
Wcześniej nie rozumiałam, jak żywym potencjałem jest nasze duchowe IQ. To jest fenomen społeczeństwa, w którym żyjemy - idziemy w niedzielę do kościoła, słuchamy o duszy, o aniołach, o życiu po śmierci, ale nie rozumiemy, co to dla nas tak naprawdę znaczy – mówi Barbara Ravensdale, terapeutka certyfikowana z duchowości hildegardiańskiej. Przekonuje, że wizja świętej z XII wieku jest nadal aktualna.

Jesteś twórczynią Technologii Wielowymiarowej – metody opartej na duchowości świętej Hildegardy z Bingen, która żyła tysiąc lat temu. W jaki sposób jej duchowość może być dla nas inspirująca, żywa?
Hildegarda była fenomenalną kobietą. Budowała klasztory. Nauczała. Tworzyła muzykę. Znała się na medycynie. Uzdrawiała. Jako jedyna kobieta w swoich czasach miała zgodę na głoszenie kazań w klasztorach męskich, co chętnie robiła. Jako pani po siedemdziesiątce objeżdżała Europę z kazaniami. Była autorytetem moralnym, etycznym, intelektualnym. Jej rady zasięgał m.in. cesarz niemiecki Fryderyk Barbarossa. Za pontyfikatu papieża Benedykta XVI została uznana świętą i – jako czwarta kobieta w historii – została doktorem Kościoła. Papież uznał, że jej wizje są wciąż drogowskazem dla całej wspólnoty katolickiej. Dla mnie jej nauki, przekazy są nieustająco żywe. Mówiła i pisała, że naszym zadaniem tu, na ziemi, jest respektowanie praw duszy. To dusza jest naszym centrum zarządzania. Nie dając jej przewodnictwa, pozbawiamy się ogromnej części naszego potencjału: świadomości, szczęścia i zdrowia. Dusza schodzi na ziemię po lekcje, aby wzrastać, hartować się. Konfrontujemy się z różnymi ziemskimi strachami – o przetrwanie, pieniądze, prestiż – jednak istnieją wartości ducha i to one są najważniejsze. Wzrastamy duchowo, gdy poszerzamy świadomość, rozwijamy wewnętrzną siłę.

Twoja przygoda ze świętą zaczęła się od tego, że kilkanaście lat temu jako rzutka bizneswoman pojechałaś do Niemiec, w Alpy na szkolenie, organizowane przez Stowarzyszenie św. Hildegardy…
Pojechałam tam z pobudek merkantylnych. Jestem właścicielką Ośrodka „Siódmy Las”, w którym proponuję kuracjuszom diety oczyszczające. Pragnęłam poznać detoks orkiszowy świętej Hildegardy, która była (i jest) znana z ogromnej wiedzy na temat ziół, zdrowego jedzenia, diet. Mentorka, która prowadziła szkolenie z diety, okazała się specjalistką z duchowości hildegardiańskiej. Pochłaniałam tę wiedzę, robiłam notatki, próbowałam obejmować rozumem to, czego się dowiadywałam. Jestem absolwentką Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, chodziłam na pielgrzymki do Częstochowy, jednak wtedy w Alpach miałam wrażenie, że otwierają się przede mną światy dotychczas nieznane, moja świadomość się poszerzyła. Wcześniej nie rozumiałam, jak żywym potencjałem jest nasze duchowe IQ, jak realną jakością jest dusza. To właśnie fenomen społeczeństwa, w którym żyjemy – idziemy w niedzielę do kościoła, słuchamy o duszy, o aniołach, o tym, że jak ktoś umiera, to idzie do nieba, ale nie rozumiemy, co to dla nas tak naprawdę znaczy. Nie rozumiemy, że to wszystko jest żywe w nas.

Dlaczego nie rozumiemy?
Ponieważ nie poszerzamy świadomości, nie rozwijamy tego potencjału. A on jest dostępny. Tam są skarby: bezmiar zdolności, talentów, radości, szczęścia. Raj, który mamy. W sięganiu do tego potencjału nie ma nic złego. Wręcz przeciwnie.

Pierwsza przychodzi chyba świadomość, że jest dużo, dużo więcej niż to, co widzimy i czujemy na co dzień…
Ta świadomość daje niesamowitą ulgę. Czasem mówimy, że istnieje druga strona życia… Ale tak naprawdę nie ma drugiej strony, wszystko jest w nas. Śmierć jest rozdzieleniem ciała fizycznego i świetlistego, jednak ta świetlista świadomość istnieje cały czas. Kontakt z nią to największe odkrycie mojego życia.

„Mamy wszystko na planecie Ziemia do tego, aby przeżyć życie w szczęściu” – pisała Hildegarda. To bardzo nowoczesne podejście. Możemy być szczęśliwi teraz, nie w wieczności.
Mamy w taki sposób rozwijać swoją świadomość, żebyśmy mogli współpracować z pragnieniami duszy, rozpoznawać je i dawać im pierwszeństwo. W koncepcji Hildegardy jesteśmy fuzją dwóch materii – fizycznej i świetlistej, czyli ciała i duszy. W czasie ziemskiej wędrówki mamy nauczyć się, w jaki sposób współpracować z duszą, ponieważ to dusza wprowadza boskie światło do ciała fizycznego, przepełnia je energią życia. Tę boską promienistą energię Hildegarda nazywała Viriditas. Viriditas przenika cały wszechświat. Gdy przepełnia nasze ciało fizyczne, czujemy się świetnie, zregenerowani, pełni życia. To znak, że nasza dusza jest zadowolona.

Czym zadowolić duszę?
Naszym zadaniem jest odkryć swoją misję, powołanie poprzez poszerzanie świadomości. Hildegarda mówiła, że sensem życia człowieka jest rozwój, zwiększanie dostępu do światła w swojej świadomości. Jej fenomen polegał na tym, że była w stanie wizytować wyższe stany świadomości, a jednocześnie wykonywać codzienne czynności.

Jako przeorysza benedyktynek zarządzała klasztorem, ogarniała mnóstwo bieżących spraw, pisała, a w tym samym czasie rozmawiała z przewodnikami duchowymi, słyszała śpiewy anielskie. Ponieważ działała w takiej jedności, mówi się o niej „trzeźwa mistyczka”. Hildegarda była niezwykle aktywną kobietą. Oderwała zakon żeński benedyktynek od męskiego, czym naraziła się na wściekłość możnych jej czasów.

Zakonników mężczyzn.
Tak. Cała kontrowersja wobec niej polegała na tym, że była kobietą silną, stanowczą, upartą, gdy chodziło o jej wewnętrzną prawdę. Działała jak silny mężczyzna. Miała – jak powiedzielibyśmy dzisiaj – kwantową świadomość. Mówiła, że wszystko w naszym wszechświecie jest energią. To właśnie w wyższych wymiarach znajdowała odpowiedzi na pytania, siłę do działania, pewność siebie. A także wszelką wiedzę – na temat stworzenia świata, kontaktów człowieka z Bogiem, czyli teologii, antropozofii, kosmologii. Na temat ziół, medycyny, uzdrawiania. Była znaną jasnowidzką i uzdrowicielką. Wiedzę tę dyktowała swojemu sekretarzowi Wolmarowi. Jej książki były i są tłumaczone na całym świecie.

Tak mocno wierzyła w swoje wizje, przekazy z wyższych wymiarów, że nie obawiała się przeciwstawić ówczesnej władzy, instytucjom kościelnym. Na przykład udzieliła schronienia szlachcicowi podejrzanemu o morderstwo, za co została ukarana przez biskupów z Moguncji różnymi zakazami – zakazem śpiewów, bicia w dzwony itp. Była pewna, że jest niewinny. Gdy umarł, pochowała go na klasztornym cmentarzu, także wbrew władzom. Potem okazało się, że to ona miała rację; szlachcic był niewinny.

To się nazywa wierność sobie, swojej prawdzie.
To jest jakość, której życzę każdemu z nas. Wtedy właśnie wzrasta nasza wewnętrzna moc, następuje ten rozwój, po który dusza schodzi tu, na ziemię. My – tak jak Hildegarda – bardzo często jesteśmy wystawieni na naciski z zewnątrz, ze strony różnych instytucji, autorytetów, jesteśmy uwikłani finansowo, prestiżowo, towarzysko. I – jakże często – odstępujemy od naszej wewnętrznej prawdy, żeby kogoś nie zawieść, żeby nie zostać ukaranym, nie stracić stanowiska, prestiżu.

Wybory duszy różnią się od wyborów dokonywanych przez ograniczoną ludzką istotę. W jaki sposób zmieniły się twoje wybory?
Przede wszystkim przestałam oczekiwać, że świat coś mi da. Odkryłam, że to ja mam do dania coś wartościowego i wcześniej czy później zostanie to zauważone. Zaczęłam odnosić sukcesy w życiu osobistym i biznesowym, gdy przesunęłam świadomość od wymagań i żądań w kierunku doceniania i wdzięczności. Byłam osobą, która bała się śmierci. Czasami budziłam się o trzeciej nad ranem z wewnętrzną trwogą, w bezdechu. Jakby mi ktoś lał ołów w żyłę. W tej chwili inaczej postrzegam życie. Człowiek ze świadomością wielowymiarową zyskuje dystans do ziemskich strachów. Wie, że gdy coś się psuje, rujnuje, jest w tym lekcja. I jeśli wtedy nie przestraszymy się, na pewno wyjdziemy z tarapatów zwycięsko. Gdy kogoś spotykam, widzę w nim wyjątkową duszę. Cieszę się dziećmi, drzewami, ziemią, niebem, całym boskim stworzeniem. Widzę piękno tego stworzenia. Hildegarda bardzo szanowała fizyczną energię; była radosną osobą, śpiewała, dbała o ciało. Pisała, że ciało to szata duszy i że to dzięki niemu dusza realizuje się tu, na ziemi. Szanujmy radość i piękno, które nas otacza – taki jest przekaz Hildegardy. Radość regeneruje wewnętrznie; czujemy się swobodnie, bezpiecznie, mamy energię.

Na czym polega twoja autorska terapia wielowymiarowa?
Na świadomości, że jesteśmy obywatelami ogromnego uniwersum i w związku z tym możemy być w kontakcie ze wszystkim. Wszystko jest w nas. Wszelkie nasze niedomagania są spowodowane frustracjami duszy, zaciemnieniami energii. Możemy wejść do wyższych światów i z miejsca tej poszerzonej świadomości dotknąć ciemności w nas. Hildegarda pisała, że miłość jest siłą porządkującą wszechświata. Doświadczamy tego w terapii wielowymiarowej.

Z miłością, czułością i współczuciem dotykamy wszelkich bolesnych miejsc w sobie, a wtedy następuje transformacja na poziomie energetycznym; wracamy do zdrowia. Transformacja na poziomie energetycznym natychmiast przekłada się na kondycję komórek w ciele, dosłownie odżywia łańcuchy DNA.

Trzeba jednak chcieć zbliżyć się do tych ciemnych miejsc w nas.
„Odważnie realizuj swój potencjał” – pisała Hildegarda. Nie zakopuj talentów. Rozwijaj je. Nie oglądaj się na nikogo. Nie czekaj. Działaj – bez względu na to, co ludzie powiedzą; bez względu na wszystko. A jednocześnie rozpoznaj swoje lekcje, zrób porządek wewnątrz siebie, odzyskaj wolność, pogodę ducha. Zmierz się ze swoimi lękami, bo nigdy nie jesteś sam; cały wszechświat cię wspiera.

Talenty to nasze duchowe możliwości.
Oczywiście. Czujemy impuls, pragnienie, do czegoś nas ciągnie. Nie lekceważmy tego. Talenty są bezpośrednio związane z rozwojem duszy: dusza pragnie stworzyć coś na ziemi. To mogą być proste rzeczy – założenie ogrodu, pisanie, malowanie, hodowanie papużek. Pójść za pasją duszy to dać sobie ogromną porcję radości.

Duchowość Hildegardy to duchowość małych rzeczy, codziennej radości. Dbaj o swoje szczęście, zdrowie, o rozwój świadomości pisała. Każdy dzień jest ważny, każda chwila.

Jakbyśmy dziś powiedzieli: bardzo proaktywna duchowość.
Tak, każdego dnia mamy wybór; możemy rozpoznać, co nas niszczy, i postawić na to, co wzmacnia i buduje.

  1. Psychologia

Praca to nie wszystko – mężczyźni poszukują duchowości

Coraz więcej mężczyzn zdaje sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać. (Fot. iStock)
Coraz więcej mężczyzn zdaje sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać. (Fot. iStock)
W czasie cywilizacyjnego kryzysu wielu mężczyzn orientuje się, że poświęcili bezwolnie wiele lat życia sprawom, które w istocie do tego kryzysu się przyczyniły. Intensywnie poszukują więc zgodnej z ich potrzebami życiowej ścieżki. To dobry kierunek – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Przyjaciel powiedział mi, że traci firmę, musi sprzedać dom. Dodał, że pokonał go COVID-19, ale to i tak jego wina, bo powinien lepiej się zabezpieczyć. Czy mężczyźni zawsze biorą winę na siebie, gdy tracą firmę?
Tak, bo mają nieomal zapisaną w genach odpowiedzialność za materialne i finansowe bezpieczeństwo rodziny. Mają też wpisany w męski przekaz międzypokoleniowy wyścig samców, którego wynik ustawia ich w męskiej hierarchii w zależności od poziomu, na którym żyją, prestiżu, władzy i wpływu. Najgorsza pozycja, jaką mogą zająć w tym wyścigu, to „nieudacznik”; a gdy przyczyny klęski są obiektywne, to „pechowiec”. Reguły męskiego rykowiska są twarde i bezwzględne. Nieudacznicy i pechowcy nie mają szans na względy atrakcyjnej kobiety. A jeśli zdobyli ją wcześniej, to teraz czują, że zawiedli. No i tak zapewne czuje się dziś twój przyjaciel, podobnie jak tysiące innych mężczyzn w podobnej sytuacji.

Ale przecież mamy pandemię...
Pozornie sytuacja pandemiczna jest dla mężczyzn prestiżowo łatwiejsza, bo jest obiektywną przyczyną katastrofy wielu firm. Nikt też nie mógł takiej sytuacji przewidzieć ani nie jest w stanie jej dalszego rozwoju kontrolować. Trudno więc się czuć odpowiedzialnym za to, że pojawił się ten wirus i że wiele firm nie może sprzedawać tego, co do tej pory sprzedawało. Ale część mężczyzn i tak nie potrafi się z tej odpowiedzialności zwolnić, bo ich poczucie wartości, szacunku dla siebie, a nawet sens istnienia opierają się w ogromnej mierze na pracy. Od początku istnienia naszego gatunku mężczyzna – prócz płodzenia dzieci – był niezbędny do polowania, ciężkiej pracy i do walki z wrogiem. Tak więc nie ma się co dziwić, że na tym odwiecznym powołaniu nadbudowało się uniwersalne poczucie męskiej tożsamości i wartości. Patrząc z tego punktu widzenia, łatwo zrozumieć, dlaczego ostatnie 30 lat rozwoju technologii, emancypacji kobiet i przemian obyczajowych spowodowało wśród mężczyzn powszechną tożsamościową katastrofę, kompensowaną równie powszechną eksplozją patriarchalnego konserwatyzmu i szowinizmu.

Pracować mogą maszyny, a walczyć – drony czy już wkrótce roboty. Mamy też sztuczne zapłodnienie...
Właśnie. Pomijając coraz większe męskie kłopoty z płodnością, to nawet odwieczny wzorzec mężczyzny – dostarczyciela żywności, pieniędzy i innych dóbr potrzebnych do tego, aby rodzina bezpiecznie funkcjonowała, również zanika, bowiem kobiety coraz lepiej sobie radzą z zarabianiem na siebie i na dzieci. Mało tego, mężczyznom obecnie tylko się wydaje, że w ostrej rywalizacji zdobywają atrakcyjne kobiety. Dziś to raczej kobiety wybierają coraz rzadsze okazy płodnych, odpowiedzialnych i gwarantujących bezpieczeństwo mężczyzn.

Z tych wszystkich powodów mężczyzna tracący firmę, którą stworzył, w swoich własnych oczach traci wszystko. Zachowanie stałego i obfitego źródła dochodów nadal spełnia podstawowe kryteria tradycyjnego męskiego wzorca. Dziś w bardzo wielu męskich sercach i głowach kłębią się autodestrukcyjne uczucia i myśli, a szczególnie groźnymi czyni je tradycyjny scenariusz męskiej roli podpowiadający tak zwane honorowe wyjście – czyli samobójstwo. Zaznaczmy jednak, że współczesne samobójstwo niekoniecznie oznacza pozbawienie siebie życia. Może równie dobrze przybrać inną autoagresywną formę: depresję, ciężką chorobę somatyczną, wpadnięcie w nałóg, katastrofę wizerunkową lub katastrofę sumienia w postaci zejścia na drogę przestępczą.

Mój przyjaciel boi się, że żona od niego odejdzie, jeśli on sprzeda dom i nie będzie miał tyle pieniędzy, ile do tej pory…
Dotykamy tu kolejnego składnika męskiego stereotypu, zgodnie z którym mężczyzna kobietę zdobywa, porywa lub kupuje, nie zważając na jej uczucia ani wolę. W konsekwencji więc nie może liczyć z jej strony na stabilizującą związek miłość czy choćby przywiązanie, a tym samym na wierność czy lojalność. Ten stereotyp z góry zakłada, że kobieta prowadzi z partnerem wyrachowaną grę o zapewnienie sobie bezpieczeństwa i przetrwania. Może więc w każdej chwili go opuścić, gdy jakiś inny mężczyzna zaoferuje w tych sprawach więcej pewności.

Warto zauważyć, że wspomniany stereotyp do dziś znajduje potwierdzenie w faktach, bowiem tysiąclecia patriarchalnego zniewolenia i niedostateczna obecność ojców w wychowaniu dziewczynek pozostawiły w zbiorowej świadomości kobiet trwałe przekonanie, że na miłość zdobywcy nie ma co liczyć. A w konsekwencji nie wolno angażować serca w relację z nim. Z tych powodów wiele męsko-damskich związków ma nadal charakter transakcji: seks, obsługa i ewentualnie dzieci – w zamian za bezpieczeństwo i odpowiednio wysoki poziom życia. W tej sytuacji mężczyzna zdobywca słusznie boi się, że straci żonę, gdy nie będzie go stać na spłacanie rat i odsetek od ustalonej pierwotnie ceny.

Czyli pod tym zdobywcą ukrywa się chłopiec, który nie czuje się kochany. Myśli, że musi dać mamie – a teraz partnerce – kwiatek, żeby go kochała.
Przekonanie większości mężczyzn, że za uznanie i lojalność kobiety trzeba zapłacić i zasłużyć na nie ciężką pracą, bywa często uzasadnione. Kobieta, która chce mieć dzieci i rodzinę, nie wybierze na partnera faceta bez pracy, aspiracji i pomysłu na życie. Dla takiej kobiety priorytetem jest bezpieczeństwo dzieci, a wysokość uposażenia kandydata i jego zdolność do pracy w ogromnej mierze to gwarantują. Jeśli więc mężczyzna nie oferuje nadziei na materialne bezpieczeństwo, to może być dla kobiety jedynie dodatkiem, obiektem przemijającego zachwytu i ewentualnie źródłem zmysłowej przyjemności, ale nie mężem ani ojcem wspólnych dzieci.

Czyli mężczyźni muszą inwestować swoje siły w pracę, bo inaczej nie znajdą kobiety? Nie przesadzasz trochę?
Kobietę może znajdą, ale nie będzie to odpowiedzialna, długo­letnia partnerka do współwychowywania dzieci i założenia rodziny. Takie kobiety z całą pewnością pominą leniwych, pechowców i nieudaczników w swoich zasadniczych życiowych wyborach. Bezpieczeństwo dla kobiet w takich sprawach bywa najważniejsze. Często ważniejsze niż romantyczna miłość. Mówię to oczywiście na podstawie własnych obserwacji.

A dla mężczyzny? Co jest ważniejsze? Miłość czy praca?
To zależy od tego, w jaki sposób uformowało mężczyznę jego dzieciństwo. Jeśli matka w okresie do czterech lat nie dała synowi miłości bezwarunkowej, a potem nagradzała go czułością wyłącznie za osiągnięcia – a na dodatek syn widział, że ten sam schemat działa w związku rodziców – to gdy dorośnie, będzie nadmiernie, a nawet obsesyjnie poświęcał się pracy, nieświadomie rujnując zarówno siebie, jak i więź z partnerką.

Mój inny przyjaciel pracuje w korporacji, zarabia dużo, ale chciałby mieć więcej czasu na rozwój wewnętrzny. Tymczasem nie ma, bo dzieci i dom. No i ostatnio poprosił mnie o numer telefonu do jakiegoś psychiatry…
W czasie cywilizacyjnego kryzysu, w którym coraz bardziej się pogrążamy, wielu mężczyzn orientuje się, że bezwolnie poświęcili wiele lat życia, potu, łez i krwi sprawom, które w istocie do tego kryzysu się przyczyniły, a jednocześnie widzi, że systemowa rzeczywistość staje się coraz mniej przewidywalna. Z tych dwóch powodów coraz więcej mężczyzn intensywnie poszukuje teraz bardziej autonomicznej i zgodnej z ich prawdziwymi wartościami i potrzebami życiowej ścieżki. Staje się to dziś potrzebą wielu milionów mężczyzn na świecie, a także bardzo wielu kobiet. Bo nasze gatunkowe, megalomańskie przekonanie o tym, że jesteśmy w stanie podporządkować sobie przyrodę, okazuje się iluzją o katastrofalnych skutkach. A to każe nam dostrzec, że poświęcanie życia egoistycznej pogoni za bezpieczeństwem, przyjemnością i statusem, kosztem przyrody i życia innych gatunków zamieszkujących naszą planetę, jest w istocie autodestrukcją.

W związku z tym coraz więcej ludzi dochodzi do jeszcze jednego ważnego wniosku. Mianowicie zdają sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać.

Jest jakaś specjalna męska duchowość odkrywana w czasach takich jak dziś?
My, mężczyźni, często mamy zamknięte serca, więc nasza duchowość jest jednostronnie racjonalna, teoretyczna – staje się intelektualnym konstruktem, a nie żywym przeżyciem doznawanym z chwili na chwilę. Aby więc doświadczyć żywej duchowości, musimy otworzyć serca na miłość, empatię, współodczuwanie i troskę, czyli na to, co stereotypowo uznawane jest nadal za atrybuty kobiecości. To samo w sobie nie jest łatwe, a dodatkowo wymaga odwagi skonfrontowania się z wypartym, skumulowanym bólem własnego serca i sumienia, przed którymi od wieków uciekamy.

Jeśli mężczyzna odkrywa, że źle inwestuje czas i energię, pracując tam, gdzie pracuje, to jak to może wpłynąć na jego życie?
Rozwój duchowy – czy choćby podążanie za swoimi prawdziwymi potrzebami – z reguły wymaga radykalnej zmiany kierunku i stylu życia, co łączy się często z obniżeniem poziomu materialnej egzystencji. Ale kryzys temu sprzyja, bo tak zwana normalność już nie wróci. Świat, w którym zaczynamy żyć, będzie nas coraz bardziej skłaniał do minimalizmu, zmniejszania kosztów, do prostoty i ograniczenia rozpasanej, obsesyjnej konsumpcji. Bo przecież nie wymaga to nadzwyczajnej przenikliwości, by dostrzec, że także ideologia permanentnego wzrostu gospodarczego okazała się nader szkodliwą iluzją.

Mężczyźni w pandemii mogą przejść duchową przemianę?
I przechodzą. Nie tylko tę wymuszoną, spowodowaną obiektywnymi trudnościami i zablokowaniem przez pandemię perspektywy dalszej kariery i rozwoju. Coraz częściej obserwuję transformacje całkowicie dobrowolne, wynikające z pogłębionej refleksji nad sobą i swoim życiem. Bywają to przemiany naprawdę spektakularne. Na przykład: młody prawnik z własną dobrze prosperującą kancelarią i perspektywą rozwoju zdał sobie sprawę, że to, co robi, jest niezgodne z jego głębokimi potrzebami i aspiracjami. W rezultacie w ciągu dwóch lat zlikwidował biuro, zrezygnował z bardzo dobrych dochodów i cały swój potencjał zaangażował w proekologiczne akcje społeczne. Inny przykład: korporacyjny menedżer, przez lata ślepo i całkowicie oddany pracy, odkrył, że to jest niezgodne z jego prawdziwymi potrzebami i wartościami, i postanowił zająć się stolarką i ciesielstwem.

Co może zrobić mężczyzna, żeby się nie zabić, kiedy straci wszystko?
W takiej sytuacji pomaga perspektywa duchowa, czyli świadomość swojej prawdziwej tożsamości, a tym samym wartości. Innymi słowy, dostrzeżenie wartości życia jako takiego – i że nasze życie jest tylko jednym z niezliczonych jego przejawów. Z tym nieodzownie wiąże się świadomość postrzegania procesu życia jako nieustannej zmiany, a także tego, że nasze przemijanie jest naturalnym i oczywistym elementem tej wiecznej przemiany. Trzeba więc przestać marudzić i włączyć się na całego w ten proces – poddawać się zmianie i cieszyć się nią, zamiast chwytać się tego, co nieuchronnie przemija.

Ale co powiemy kobietom, które nie akceptują obniżenia standardu życia i oczekują od mężczyzn, żeby nadal zapewniali im wygodę i luksusy?
W takiej sytuacji mężczyzna powinien się zastanowić, czy naprawdę chce poświęcić swój czas, swoją przyszłość, swoje prawdziwe potrzeby, cele i aspiracje dla kobiety, która go zwyczajnie nie kocha. Z kolei kochające partnerki, które często mają tendencję do lekceważenia skali problemu, jakim dla mężczyzny jest utrata pracy i statusu, powinny pamiętać, że deficyt ich empatii w tej sprawie wynika być może stąd, iż dla części kobiet zdolnych do rodzenia dzieci macierzyństwo w naturalny i zasłużony sposób staje się wystarczającym sensem ich życia. Pozbawieni takiej możliwości mężczyźni są więc niejako skazani na poszukiwanie sensu ich życia w pracy, kreatywności, twórczości, budowaniu, dostarczaniu, a także w bronieniu i walce.
Warto chyba przypomnieć w tym miejscu to, co wiele razy już mówiłem: aby w dobie kryzysu i transformacji uratować mężczyzn, musimy wszyscy zapomnieć o społecznych stereotypach płci, bo dzięki temu będziemy mogli myśleć i zachowywać się w zgodzie z okolicznościami. Wtedy dopiero mężczyzna tracący pracę i skonfrontowany z koniecznością podjęcia zadań nadal pracującej żony nie będzie tego traktował jako wstydu i degradacji, lecz bycie w domu uzna za wyzwanie uruchamiające jego zasoby kreatywności, zaradności, siły oraz zdolności do zabawy. Wtedy nic złego mu się nie stanie, a wszyscy w rodzinie na tym zyskają.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Czas na zatrzymanie. Luksus, fanaberia czy potrzeba?

Pozostawiając za sobą na chwilę swoją codzienną rzeczywistość, rutynę, przyzwyczajenia – możemy łatwiej usłyszeć siebie. (Fot. iStock)
Pozostawiając za sobą na chwilę swoją codzienną rzeczywistość, rutynę, przyzwyczajenia – możemy łatwiej usłyszeć siebie. (Fot. iStock)
Zatrzymaj się, pomyśl, poczuj, odkryj sens, znajdź swoją misję, stwórz wizję... Jesteśmy zachęcani do zatrzymania się, zadawania sobie niewygodnych pytań i dzięki temu poznawaniu siebie. Po co przeszukiwać wnętrza naszych osobowości? Czy to moda, czy prawdziwa potrzeba?

Zatrzymaj się, pomyśl, poczuj – słyszymy, czytamy w wypowiedziach coachów, trenerów, psychoterapeutów czyli osób zajmujących się rozwojem osobistym. Jesteśmy zachęcani do wyjazdów w miejsca odosobnienia w kontakcie z naturą, podróży vision quest, medytacji, zadawania sobie często niewygodnych pytań: „kim jestem?”, „jaki jest sen moich działań?”. Po co mamy to robić? Po co mamy przeszukiwać wnętrza naszych osobowości, czyli – potocznie mówiąc: „grzebać w sobie”? Czy to moda, czy prawdziwa potrzeba?

Nie każdy tego potrzebuje i też nie na każdym etapie życia jest to niezbędne. Jeżeli zebrałeś już dość wiedzy i każda dodatkowa informacja przepełnia cię jak przysłowiowa herbata filiżankę – działaj. Ale może nie masz nawet czasu napełnić taczek, z którymi biegasz, nie wiedząc, co budujesz, komu i po co – zatrzymaj się. A może od dłuższego czasu leżysz na kanapie i nie sprawia ci to już przyjemności – zadaj sobie pytanie: co dalej?

Ale tak naprawdę, nic nie musisz zmieniać. Może twoją misją życiową jest właśnie bieganie z tą taczką. Może twoje leżenie na tej kanapie ma swój sens. Może nie potrzebujesz niczego więcej wiedzieć - wiesz, co robisz i co jest dla ciebie dobre. Ale jeżeli odczuwasz dyskomfort, to może warto się zatrzymać i sprawdzić, czy nie leżysz w objęciach wroga lub nie biegasz na jego usługi.

Jest czas na zadawanie pytań, czas na odpowiedzi, czas na działanie i czas na odpoczynek. Ale zbyt długie przebywanie tylko w jednym z tych okresów kończy się dyskomfortem, zniechęceniem, wypaleniem zawodowym lub nawet depresją - i wtedy może warto zatrzymać się i zadać sobie kilka ważnych pytań.

Kto jest wrogiem, a kto sprzymierzeńcem?

Carlos Castaneda, amerykański antropolog, wskazał czterech wrogów człowieka wiedzy: strach, jasność umysłu, moc, starość. Można na nich spojrzeć również jako na wrogów lub przyjaciół naszego rozwoju. Na podobnej zasadzie jak nasze cechy, które w niektórych sytuacjach mogą być naszymi zaletami, a w innych – wadami. Coś co w danej sytuacji jest dla nas sprzymierzeńcem, za chwilę może zmienić się we wroga. I odwrotnie. Przyjrzyjmy się więc bliżej sposobom ich działania.

Strach

Dzisiejszy świat oferuje nam ciągle nowinki. Można powiedzieć, że zmiana goni zmianę. Wychodzenie ze strefy komfortu pomału staje się codziennością. Naszą biologiczną reakcją na to, co nieznane, odziedziczoną po praprzodkach jest strach, bo kiedyś wiązało się to często z zagrożeniem życia. Odziedziczyliśmy więc w prezencie trzy reakcje: ucieczka, zastygnięcie lub walkę. To nas chroni przed nowym, innym, nieznanym, czyli tym, co narusza nasze dotychczasowe przekonania i związane z nimi poczucie bezpieczeństwa. Wolimy więc zaprzeczyć, wycofać się odmówić, ośmieszyć. Ale strach i tak jest z nami, a to są jego strategie, których celem jest – odciąć nas od wiedzy. I dlatego strach jest jednym z największych wrogów człowieka i tym samym pierwszym do pokonania na naszej ścieżce rozwoju. Sposobem na pokonanie go jest zyskanie świadomości: poszukiwanie informacji, zdobycie wiedzy na dany temat, poznanie punktów widzenia innych osób.

Jeżeli jesteś w tym miejscu, zadaj sobie pytania: Czym jest ta nowa sytuacja? Jak inni ją widzą? Na ile ta sytuacja jest zagrożeniem, a na ile szansą? Jaki mam wybór?

Gdy nieznane zostaje poznane, a nowe oswojone i zaprzyjaźnione z nami – strach znika.

Świadomość

Mamy już więc niezbędną wiedzę i własne zdanie na temat nowej sytuacji. Zyskujemy coraz większą pewność siebie, zaczynamy dzielić się naszą wiedzą z innymi. Ludzie słuchają nas z zainteresowaniem. Zaczynamy mieć poczucie omnipotencji, jesteśmy traktowani jako eksperci, coraz częściej widzą nas w roli lidera. Jeżeli jednak pozostajemy dłużej na etapie „gadającego guru”, nie tylko inni, ale też my sami wkrótce nie będziemy już chcieli siebie słuchać. Utkniemy w świecie naszych racji, poglądów, zaniedbując potrzebę sprawczości. Zaczniemy mieć wątpliwości, do głosu dojdzie krytyk podważający nasze kompetencje. Ratunkiem z tej sytuacji jest moc osobista i działanie.

Jeżeli jesteś w tym miejscu, zadaj sobie pytania: Jak chcę skorzystać z mojej wiedzy? Jakie są moje mocne strony? Jakie działania dają mi poczucie sensu? Co jest moją mocą osobistą?

Gdy mamy gotowość do działania, znika stagnacja, pojawiają się możliwości, propozycje.

Moc osobista

Mając wiedzę i kontakt z osobistą mocą, działamy, tworzymy w świecie nowe projekty. Rozwijamy się, inspirujemy innych, włączając ich do wspólnych działań. Świat nam na to odpowiada różnymi gratyfikacjami – finansami, uznaniem, awansem. Nabieramy poczucia, że nasze możliwości są nieograniczone, chcemy sięgać po kolejne wyzwania. Wiemy już jak to zrobić żeby osiągnąć sukces i osiągamy kolejny. Po pewnym czasie stajemy się cynicznym Midasem – wszystko jesteśmy w stanie przemienić w złoto. Co tracimy? Często poczucie wyższego sensu, bliskie relacje. Pojawia się poczucie pustki, którego nie jest w stanie wypełnić kolejna „zabawka”. Wyzwolenie często przychodzi w postaci zmęczenia, choroby, kryzysu albo jeszcze innej sytuacji, która zmusza nas do zatrzymania się, do konfrontacji ze swoją słabością, ze świadomością, że wszystko ma swój koniec, że nasze zasoby i nasz czas jest ograniczony. Zaczynamy nas coraz częściej myśleć o starości.

Jeżeli jesteś w tym miejscu, zadaj sobie pytania: Jaki świat chce zostawić moim dzieciom? Jakie były kiedyś moje marzenia? W co wierzę? Co chciałbym usłyszeć od bliskich na moje 80. urodziny? na własnym pogrzebie? Jaki jest w ogóle sens życia? Dokąd zmierza moje życie?

Starość

Mam na myśli starość nie tyle metrykalną co stan kontaktu ze swoją starością, a właściwie ze starszyzną w sobie. Czas, kiedy mamy za sobą już wiele osiągnięć, doświadczeń. Kiedy nie ogranicza nas strach, nie dajemy się uwieść władzy. Mamy świadomość swojej mocy i używamy jej rozważnie, w sprawach ważnych. Problemem jest zmęczenie i zniechęcenie. Szukanie odpowiedzi na wielkie pytania przytłacza nas niejednoznacznością i ambiwalencją, czujemy się wobec nich mali. Kanapa i ciepły kocyk ciągną coraz bardziej, szczególnie gdy mamy komfort finansowy. Można zasnąć, odejść, zniknąć…

Na szczęście budzi nas nasz przyjaciel strach! I tak ten cykl toczy się mniej lub bardziej dla nas świadomie.

Zadaj sobie pytania: Czy opisane tutaj sytuacje są ci znane? Ile cyklów jest już za tobą? Kto jest twoim największym wrogiem? Kto jest twoim sprzymierzeńcem? W której sytuacji bywasz najczęściej? W której jesteś teraz?

Powrót do natury

Samotność, post, modlitwa, medytacja i kontakt z naturą - to nieodłączne elementy rytuałów szamańskich ale też religijnych, które przez wieki towarzyszyły człowiekowi. Jeśli coś było dobre i potrzebne człowiekowi kiedyś, to może również teraz? Czy tak bardzo zmieniły się nasze potrzeby? A może wręcz przeciwnie, zostały te same, a my żyjemy w jeszcze trudniejszych warunkach, w odcięciu od natury i naszych biologicznych potrzeb. Spopularyzowana pod angielską nazwą metoda vision quest wywodzi się z tradycji indiańskiej, obecnie często jest elementem rozwoju osobistego (psychoterapia, coaching) w postaci różnych form warsztatów, medytacji, odosobnień w kontakcie z naturą, w celu uzyskania intuicyjnych odpowiedzi na pytania o sens, cel. Frank Grant światowej sławy praktyk w nurcie Wilderness & Adventure Therapy, zapytany o to jak głęboka jest praca metodą Vision Quest odpowiada: „Taka, na jaką jesteś gotowy”.

Pielgrzym również decyduje się na odosobnienie, nie tyle od ludzi, co od świata, jaki zna na co dzień, w którym nie ma zbyt wiele okazji i czasu na duchowe poszukiwania. Pielgrzymowanie z każdy krokiem oddala od tego, czym wypełniona jest nasza codzienność. Na drugi plan schodzi dom, rodzina, praca, obowiązki, najważniejsze staje się miejsce, do którego zmierzamy. Jest to jednocześnie intymna podróż w głąb siebie.

Pozostawiając za sobą na chwilę swoją codzienną rzeczywistość, rutynę, przyzwyczajenia – możemy łatwiej usłyszeć siebie. W naturze, której jesteśmy jednym z elementów, łatwiej jest szukać odpowiedzi na podstawowe pytania: „kim jestem?”, „jaki jest sens mojego istnienia?”.

Czas dla siebie – strata czy zysk?

Mówimy: „czas jest luksusem”, „najcenniejszą walutą jest czas”, tylko nikt nie wie, jaki jest dokładnie stan jego konta.

Może warto więc zastanowić się, na co go wydajemy, a może rozdajemy? Czy żyjesz na kredyt, rozrzutnie – na wszystko masz czas. A może oszczędzasz - odkładasz czas na ważne dla siebie sprawy na później. Może mówisz: „tracę czas na zatrzymywanie się”? A może właśnie wtedy go odzyskujesz?

Jak pisała Wisława Szymborska”: „Żyjemy dłużej ale mniej dokładnie i krótszymi zdaniami. Podróżujemy szybciej, częściej, dalej choć zamiast wspomnień przywozimy slajdy”.

Autorka jest coachem i właścicielką „Domu Pod Aniołami”, w którym z dala od zgiełku miasta towarzyszy osobom, które potrzebują się zatrzymać, spotkać ze sobą i znaleźć odpowiedzi na ważne dla siebie pytania.

  1. Psychologia

Kiedy rozstanie, kiedy praca nad sobą? – Poczekaj, zanim uciekniesz od partnera

Zamiast odchodzić, spróbuj najpierw odkryć związek na nowo i uleczyć swoje własne rany. (fot. iStock)
Zamiast odchodzić, spróbuj najpierw odkryć związek na nowo i uleczyć swoje własne rany. (fot. iStock)
Jeśli wierzyłaś, że ten związek będzie inny, ale znów wszystko zaczyna się psuć… Jeśli twój partner cię zdradził, oszukał lub zawiódł… – Nie rozstanie jest ci potrzebne, ale praca nad sobą – mówi terapeutka Eva-Maria Zurhorst, która po latach rozczarowań w związkach dała sobie szansę na szczęście.

Do mało której sprawy przywiązujemy taką wagę, jak do tego, z kim dzielimy życie. Nasz partner powinien spełniać określone kryteria, zarówno w kwestii charakteru, wyglądu, jak i zainteresowań. Kiedy w związku dzieje się źle lub kiedy z kimś się rozstajemy, tłumaczymy to tym, że widocznie nie był to ten właściwy. Tymczasem niemiecka terapeutka Eva-Maria Zurhorst stawia rewolucyjną tezę: „Kochaj siebie, a nieważne, z kim się zwiążesz” (tak brzmi także tytuł jej książki).

To hasło może budzić zdziwienie. No bo jak to „nieważne z kim się zwiążesz”? Przecież to ma być ktoś wyjątkowy! Żadnej przypadkowości, czysta magia! Zgoda, tyle że pewien rodzaj magii działa zawsze: przyciągnęliście się, bo wiele was łączy. Bo w waszym spotkaniu jest ogromny potencjał rozwoju dla obojga. Sęk w tym, że – zamiast dostrzec ten potencjał – skupiasz się na trudnościach, które po jakimś czasie wypływają (a wypływają zawsze) i stwierdzasz: „To nie działa”. Eva-Maria Zurhorst wie o tym jak nikt inny. Zawsze szukała tego jedynego. Wchodziła w relacje i szybko z nich wychodziła. „Moje serce nie znało spokoju. Bardzo chciałam zostać, oddać się bez reszty, ale coś gnało mnie dalej – od jednych uciekałam z obawy, że mnie opuszczą, od innych – że zostanę stłamszona”. A potem nastąpiły w jej życiu kolejno: niespodziewana ciąża, nieplanowany ślub i nieudane próby dopasowania się do drugiego człowieka. Po dwóch latach uznała, że jej małżeństwo jest „mieszczańskim muzeum nudy” i że „właściwie nic nas nie łączy”. Kłócili się, mijali, walczyli, nawiązywali potajemne romanse, a jednak wciąż byli razem – nie wiadomo właściwie, co ich do siebie ciągnęło. Może to uczucie głębokiej wewnętrznej więzi, które pojawia się, gdy dochodzisz do granicy wytrzymałości... Eva-Maria zaczęła podejrzewać, że może w związku chodzi o coś innego niż o tę „właściwą osobę”. Zaczynają się więc z mężem komunikować. Przyglądać się światu drugiej osoby. Jest w tym coraz mniej strachu i oporu. Coraz więcej ciekawości. Fakt, otwierają się rany, wylewają żale. Ale, jak zauważa w książce, „mówiąc o tym, jak bardzo jesteśmy od siebie oddaleni, zbliżamy się”. Wreszcie trafiła na seminarium słynnego terapeuty Chucka Spezzana. Słuchała i płakała. Bo wreszcie zrozumiała, że wszystkie problemy w związku sprowadzają się do miłości własnej. Że każdy problem w relacji to zachęta do zajęcia się własnym wnętrzem, własnym zadawnionym bólem i wypartymi emocjami. Że większość rozwodów jest zbyteczna, a rozstanie nie jest rozwiązaniem, raczej zwłoką w uzdrawianiu. Nierozwiązany problem wróci w innej konfiguracji – z kolejnym partnerem. Zmienił się jej stosunek do pracy terapeutycznej i do męża – zaczęli sprawiać wrażenie świeżo zakochanej pary.

Zajrzyj pod sukienkę

Pamiętasz Bridget Jones, przygotowującą się do pierwszej randki z Danielem Cleverem? W jednej ręce trzyma podniecające koronkowe figi, w drugiej wielkie „majtasy” w cielistym kolorze, opinające brzuch i pośladki. Co za wybór! Powiedzmy, że górę wezmą majtasy: sylwetka uzyska zgrabniejszy kształt, ale kiedy dojdzie do łóżkowej sceny, mężczyzna może się przerazić i zrazić. A zatem figi? Tyle że te nie zakryją wałków tłuszczu, a skoro będą one widoczne to – kto wie – może w ogóle nie dojdzie do zbliżenia? Stosunki intymne są bezlitosne: odkrywają nasze najbardziej wstydliwe tajemnice. Im bardziej pozwalamy się komuś zbliżyć, tym mniej pozostaje miejsca na kontrolę. Im bardziej się otwieramy, tym łatwiej nas dotknąć. Wychodzą urazy, niepewność, bezradność i wszelkie możliwe dziwactwa. Bronimy się, uciekamy. Złościmy i atakujemy. Obrażamy i zamykamy. „Druga osoba tylko zagląda pod sukienkę” – tłumaczy Eva-Maria Zurhorst. – „Wałki tłuszczu już tam są. Dla dobra naszego związku musimy zatem sami sobie uczciwie zajrzeć pod sukienkę i nauczyć się akceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy”. Autorka „Kochaj siebie...” pisze o mechanizmie projekcji i o tym, że partner jest naszym lustrem. Ujrzysz w nim swoje niespełnione potrzeby, opory i blokady, a przede wszystkim rozdarcie między tęsknotami a lękami. Jak możesz oczekiwać od niego czegoś, czego nie zamierzasz sobie dać? Wierzyć w to, że zapewni ci dobre samopoczucie, szacunek i zaufanie do siebie, których ci brakuje? „Od tego, kogo spotkasz, zawsze spotykasz tylko siebie” – twierdzi Eva-Maria Zurhorst. „I dlatego – zgodnie z moim doświadczeniem – możesz spokojnie zostać z tym partnerem, z którym jesteś, choć jeden Bóg wie, jak niemiły jest dla ciebie ten stan”. Partnerzy mają tę niezwykłą umiejętność, że szybko i precyzyjnie wdeptują w te miejsca, które bolą nas najbardziej. Dlatego czasem tak szczerze ich nie cierpimy. Odsuwamy się, odpychamy. A przecież nie są przyczyną naszych problemów, tylko wyzwalaczem. „Dzięki partnerowi możemy zidentyfikować (i pożegnać) nasze demony” – przypomina terapeutka. I zapewnia, że jeśli życie jest szkołą, to relacja partnerska elitarnym uniwersytetem. „Tutaj zdajesz najtrudniejsze egzaminy, tu możesz się nauczyć najwięcej, najbardziej urosnąć i najwięcej otrzymać” – mówi. Największa nagroda, a jednocześnie cel i sens relacji? Doprowadzić do równowagi wewnętrznej. Jak? Skupiając się na sobie. Weź głęboki oddech i zanurz się w tym, czego w sobie nie lubisz, czego się boisz, brzydzisz. Czego być może nie chcesz nawet zobaczyć. Zamiast oburzać się na kogoś, kto wydobywa to na powierzchnię, pochyl się nad tym, zbadaj. Uznaj za swoje. „Jest tylko jedna droga do prawdziwego uzdrowienia, autentycznego powodzenia w związku partnerskim” – utrzymuje terapeutka. – „Przyglądajmy się odważnie naszym własnym mrocznym stronom. Nie potrzeba do tego lat psychoterapii ani męczącej autoanalizy. Prawdziwa bliskość z partnerem i szczera wewnętrzna gotowość poznania prawdy wystarczą”.

Mój kochanek, moja tęsknota

Jak często podejmowałaś próbę zmienienia partnera? Mówiłaś: „Albo przestanie to robić (bałaganić, zapominać o ważnych rocznicach, żartować sobie z poważnych spraw), albo z nami koniec”? A zastanowiłaś się kiedyś, co tak naprawdę kryje się pod twoją złością, że znów tak się zachował? Jakie lęki to zachowanie w tobie uruchamia? Jakie tęsknoty? Dlaczego nie możesz na to patrzeć, słuchać tego? Dlaczego to takie straszne i całkiem nie do zaakceptowania? Co kiedyś odrzuciłaś, uznałaś za kłopotliwe i niepotrzebne, a on uparcie ci o tym przypomina? Może chodzi o swobodę bycia, beztroskę, lekkość (a nie o bałaganiarstwo czy brak szacunku)? Cokolwiek to jest, zrób dla tego miejsce, przyjmij z powrotem. Na tym właśnie polega dążenie do pełni. Nie na ćwiczeniu się w doskonałości! Raczej w otwartości na innych. „Bez niej” – uważa Zurhorst – „padamy ofiarami własnych ponadludzkich wymagań wobec siebie. Im mniej dążymy do doskonałości, tym bardziej łagodzimy nasze oceny i osądy innych ludzi”. I wszystkim jest łatwiej.

Zwłaszcza że związek przechodzi różne fazy, a każda przynosi określone szanse i wyzwania. Jest czas pokoju i czas kłótni. Czas namiętności i czas oziębłości. Zbliżenia i oddalenia... Rada Zurhorst na czas głębokiego kryzysu? Pamiętać o prawdziwym potencjale związku, czyli o tym, co było możliwe w fazie zakochania: „Wszystko to, krok po kroku, może pojawić się między ludźmi nawet po dziesiątkach lat, jeśli ruszą w drogę ku uzdrowieniu. U celu będzie miało jednak zupełnie inną głębię i prawdziwość niż na początku wędrówki”.

A zdrada? Co, jeśli i z nią przyjdzie nam się zmierzyć? Cóż, wiedz, że trójkąty łączy jedno: lęk przed bliskością. Jeśli zostałaś zdradzona, prawdopodobnie od początku nie byłaś „zagnieżdżona” w związku, tkwiłaś na jego obrzeżach, nie potrafiłaś zobowiązać się wobec partnera, oddać mu się w pełni. Zdaniem terapeutki zdradzany tak naprawdę zdradza sam siebie, „Nie opowiadając się zdecydowanie za niczym, kto zastyga w wielkich i teoretycznych oczekiwania wobec partnera i związku”. A jeśli to ty nawiązujesz romans, będąc w relacji? Pomyśl o kochanku jak o swojej tęsknocie, jak o niezaspokojonych częściach, fantazjach. Co to jest? Byłabyś w stanie powiedzieć o tym swojemu partnerowi? I jeszcze jedno, zobowiąż się do połączenia serca i seksualności. Może zamykasz się, nie czujesz spełnienia w seksie. „Wystarczy, jeśli odczuwasz tęsknotę za lepszą drogą” – zapewnia Eva-Maria Zurhorst. Jeśli potrafisz pokazać partnerowi swoją prawdę – złość, wrażliwość, opór, zgorzknienie, rozczarowanie... Nie rezygnuj. Podejmij decyzję o tym, że przyjmiesz bezwarunkowo partnera. A przede wszystkim siebie samą. I jak najczęściej patrzcie sobie w oczy. Mówcie o tym, co czujecie, o doznaniach fizycznych. Obserwuj siebie, pozwól oddechowi się pogłębić. Coś wreszcie odpuści, rozpuści się...

Kiedy piszę te słowa, z głośnika mojego radia wydobywają się słowa piosenki, która zapewnia uparcie (bo to refren!), że miłość rani. Nie, miłość nie rani. Miłość otwiera stare rany. I pomaga je uzdrowić.

Dwa sposoby na naprawę związku

Radykalna konwersacja – strategia Evy-Marii Zurhorst

To nic innego, jak gotowość dzielenia najgłębszych myśli i uczuć. Bez gier i uników. Przy poszanowaniu lęków i różnic. Uwierz, że prawda uzdrawia. Jak by to było, gdybyś przyjrzała się swojej relacji z otwartością i ciekawością, tak jakbyś patrzyła na nią po raz pierwszy w życiu? Zobaczysz tam wszystko: jak bardzo kochasz (albo nie kochasz) siebie. Czego się boisz. Przed czym wzbraniasz. Co jest twoją największą bolączką. Bo niewiele jest spraw ważniejszych niż twój związek. Jest on „najciekawszym poletkiem eksperymentalnym, sferą odkrywania samego siebie; możesz tam pokazać się drugiemu człowiekowi, najuczciwiej jak się da” – mówi terapeutka.

Wierz, że już to masz – strategia Chucka Spezzana

Terapeuta, zanim zrozumiał sekrety związków, często zmieniał kobiety. Zauważył, że każda kolejna ucieleśniała cechę, której brakowało mu w poprzedniej partnerce. A potem odkrywał w tej nowej inny brak i znów zaczynał poszukiwania... Wreszcie zmienił strategię: postanowił skupiać całą uwagę na tym, czego mu brakowało, wierząc, że znajdzie to w aktualnej relacji. Teraz oficjalnie zaleca to parom: daj partnerowi całą swoją miłość, uwagę i ciekawość. Przez 14 dni koncentruj się na jakości, za którą tęsknisz. Uwierz, że twój partner ją posiada… a on ją wtedy rozwinie.

Eva-Maria Zurhorst, terapeutka par. Wraz z mężem Wolframem Zurhorstem są szczęśliwym małżeństwem od ponad 20 lat, mają na koncie kilkanaście książek, w których przekonują, że partnerstwa można się nauczyć.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się