Bycie potrzebnym jest ważne w każdym wieku. Także na starość.
Felieton pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 09/2026.
Świat wraz z pozbyciem się ekstra szacunku do starszych pozbył się wielu ważnych rzeczy. Mądrości, mentoringu, cennych rad. Kiedyś było jasne, że starsi ludzie czy starcy – tak nazywało się 40-latków – mieli coś do przekazania. Coś, czyli doświadczenie – zarówno w relacjach prywatnych, zawodowych, jak i społecznych. Kobiety przekazywały rady dotyczące prowadzenia domu, wychowania dzieci, panowie kierowania firmą, bo to były czasy, kiedy taki podział funkcjonował. Starsi siedzieli na szczycie stołu, cała rodzina ich słuchała. To oni decydowali w wielu sprawach, nie zawsze oczywiście dobrze i z życzliwością, bo bywało, że mieli paskudny charakter, teraz też czasem tak bywa.
Podkreślam zawsze znaczenie wszystkich etapów w życiu, bo każdy z nich coś wnosi, coś w nas kształtuje. Ostatni etap jest czasem zbiorów, owocowania, jak w przyrodzie.
Jeżeli mamy dobre życie, które rozwija się mniej więcej w pełni, bo nie że idealnie (nie ma idealnego życia), tylko według potrzeb i mechanizmów rozwoju, to jego koniec jest spełnieniem, czyli zbieraniem. Niektórzy są dumni na przykład z tego, że wychowali dzieci, że spędzili wiele lat z kimś kochanym, że zrobili tyle dobrych rzeczy w pracy. I mają być z tego dumni! Oczywiście przyjemnie byłoby dostać dobrą emeryturę i mieć z czego żyć, ale z tym jest problem. Kiepska emerytura to brak uznania.
Ludzie mówią: „Tyle lat pracowałam, a teraz mam grosze”. Bo emerytura to wyraz szacunku społeczeństwa, państwa dla starszego pokolenia. Dużo ludzi ma w tym aspekcie poczucie zawodu, rozczarowania, frustracji.
Niektórzy obiecywali sobie: „Na emeryturze zrobię coś, czego nie robiłam”, a nie mają na to środków. Nie powinno tak być.
Starsi chcą być dalej potrzebni, na przykład wnukom, młodym albo społeczności wokół. Im bardziej żyliśmy kiedyś wspólnotowo, tym ważniejsze były babcie i dziadkowie, to się wiedziało, korzystało z ich pomocy. Teraz często są odstawieni na boczny tor, także przez swoje dzieci. A i sami frustrują się, że nie są już tak sprawni, docenieni. Niepotrzebnie. Warto popatrzeć na swoje życie jak na owocowanie: mogę mieć teraz spokój, ciszę, kontakt z przyrodą, z bliskimi. Bo na czym polega to owocowanie? Na tym, że zbieram owoce tego, co robiłam, jak żyłam. I je spożywam. W związku z tym mogę zobaczyć: to mi wyszło kwaśne, ale to słodziutkie, to się udało, to nie bardzo. Tego potrzebowałam, a teraz już nie potrzebuję.
Ja na przykład lubiłam zbierać różne rzeczy, a teraz już nie muszę. Mam wszystko, mogę nawet część oddać. Bo wiem, co jest mi już niepotrzebne. Ta metafora zawarta jest w określeniu „mądrość życia”: tyle nazbierałam, że część mogę oddać. Mogę oddać na przykład komuś zrozumienie. Strasznie ważne jest oddać drugiej osobie zrozumienie.
Nadal można być potrzebnym, ale inaczej. Mam przyjaciółkę, która kiedyś gotowała dla całej rodziny. Teraz nie ma już na to siły, gotuje tylko czasami. Zaprasza wtedy rodzinę, wszyscy są zachwyceni, choć nikt tego od niej nie oczekuje, ale dostają to jako wyraz miłości. Ona też dostaje uznanie.
Dziadkowie i babcie są bardzo potrzebni. Mojego męża, co podkreślał, uratował dziadek, traktował go serio, rozmawiał z nim na ważne tematy, uczył go różnych umiejętności. Wspomnienie dziadka wywoływało uśmiech na twarzy mojego męża, tęsknotę, wdzięczność, że był. Ja miałam taką chrzestną i przyjaciółkę mamy, które dawały wsparcie, czas poświęcony tylko mnie, czyli komuś młodszemu, kto potrzebuje się wypłakać, wyżalić, zamarudzić. Starsi są potrzebni! Mogą dzielić się anegdotami, wnosić spokój, być mostem łączącym stare czasy z nowymi.
Katarzyna Miller, terapeutka. Pisze książki, wiersze, śpiewa.