Zwolennicy friction-maxxing twierdzą, że nasze dążenie do unikania dyskomfortu jest zaprzeczeniem człowieczeństwa – i, oddalając nas od istoty ludzkiego doświadczenia, czyni nas nieszczęśliwymi. Nieustannie optymalizując nasze życie, obniżamy naszą tolerancję na wysiłek, maleje nasze odporność psychiczna, ale też coraz trudniej nam czerpać radość i satysfakcję każdego dnia, bo rzeczywistość przestaje stawiać przed nami wyzwania, z których pokonywania moglibyśmy się cieszyć. Odpowiedzią na te negatywne tendencje jest friction-maxxing – trend świadomego dyskomfortu. Ma być lekiem na marazm i pustkę, które wkradły się do naszego życia za sprawą uzależnienia od współczesnych udogodnień i technologii.
Wkładanie w coś wysiłku nigdy nie było trudniejsze i bardziej irytujące niż dziś – w erze pracy na home office, zamawiania jedzenia z aplikacji i oglądania reelsów w ramach rozrywki. Uciekanie od trudu i oszczędzanie czasu na wszystkim – począwszy od gotowania, poprzez dojazdy do pracy, aż po robienie zakupów – stało się naszą obsesją. Pragniemy mieć wszystko, wszędzie, naraz i natychmiast, a gdy coś zajmuje trochę więcej czasu, wymaga więcej pracy albo dłuższego namysłu, wpadamy w rozdrażnienie – trochę jak zniecierpliwione dzieci, które muszą odrobić jeszcze jedno zadanie domowe, zanim mama pozwoli im grać na telefonie.
Na zjawisko to zwróciła uwagę Kathryn Jezer-Morton, autorka głośnego eseju dla „The Cut” zatytułowanego „In 2026, We Are Friction-Maxxing”. Analogicznie do określeń typu „look-maxxing”, Amerykanka stworzyła termin „friction-maxxing” (dosłownie „maksymalizacja tarcia”), który oznacza celowe wybieraniu mniej wygodnych opcji w życiu codziennym w celu wyrobienia tolerancji na dyskomfort, a w szerszej perspektywie – ocalenia istoty ludzkiego doświadczenia.
Friction-maxxing to gotowanie samemu, zamiast zamawiania z Uber Eats; to robienie odręcznej listy zakupów; to pójście samemu do sklepu (najlepiej na piechotę), słuchanie winyli zamiast odpalania Spotify i zanoszenie ubrań do krawca, zamiast wyrzucania ich, by zrobić w szafie miejsce na nową rzecz z sieciówki.
Jezer-Morton stawia tezę, że za współczesną alergią ludzi na dyskomfort stoją nowoczesne technologie, które zdominowały życie codzienne. Winnych widzi przede wszystkim w wielkich firmach technologicznych będących właścicielami platform sprzedażowych i social-mediowych. Żyją one z tego, że dają nam tanie źródło dopaminy i usuwają nam z drogi wszelkie fizyczne niedogodności, które dotąd musieliśmy znosić w celu zaspokajania życiowych potrzeb. Wytrenowane przez nich algorytmy doskonale wiedzą, co lubimy, a czego chcemy unikać, bo wiąże się dla nas ze zbyt dużym wysiłkiem, i celowo projektują swoje aplikacje w taki sposób, żeby nasze doświadczenie pozbawione było jakichkolwiek „tarć” i niedogodności. Krok po kroku odzwyczajają nas więc od najprostszych, codziennych zachowań mogących budzić w nas choćby cień niepokoju czy dyskomfortu. Problem w tym, że wśród nich jest mnóstwo takich, które stanowią esencję ludzkiego doświadczenia – i życia w ogóle.
– Czytanie jest nudne, rozmowy krępujące, ruch męczący, a wyjście z domu wydaje się przytłaczające – zauważa Kathryn Jezer-Morton. – Myślenie wymaga wysiłku. Kontakt z nieznajomymi budzi lęk. Ryzyko nieprzewidywalnej reakcji drugiego człowieka wydaje się niewarte zachodu. Mówienie? Przereklamowane. Wszystkie te niedogodności możemy dziś z łatwością wyeliminować – i właśnie to robimy.
Można dodać: i właśnie przez to psychicznie cierpimy, na co nie brakuje dowodów.
Jezer-Morton skupiła się w swoim eseju na filozoficznej refleksji nad konsekwencjami unikania dyskomfortu i ułatwiania sobie życia. Ale warto też przyjrzeć się perspektywie naukowej, bo istnieją badania, które potwierdzają, że wysiłek, który musimy włożyć w osiągnięcie danego celu, nadaje naszemu życiu większy sens i znaczenie.
Mowa o the effort paradox, czyli paradoksie wysiłku. Zjawisko to opisali Michael Inzlicht, Amitai Shenhav i Christopher Y. Olivola w artykule przeglądowym „The Effort Paradox: Effort Is Both Costly and Valued” opublikowanym w 2018 roku w czasopiśmie „Trends in Cognitive Sciences”. Jego autorzy zauważają, że choć z perspektywy ewolucyjnej traktujemy wysiłek jako koszt i dążymy do jego unikania, to z drugiej strony wyżej cenimy te doświadczenia, które wymagały od nas więcej pracy i zaangażowania.
Ugotowany własnoręcznie posiłek cieszy nas bardziej, niż gotowe danie przywiezione przez kuriera. Wejście na wysoką górę, choć okupione olbrzymim zmęczeniem, daje nam nieporównywalnie więcej satysfakcji i spełnienia, niż wjechanie na nią kolejką. To, co zdobyte z trudem, staje się dla nas cenniejsze niż rzeczy otrzymane bez wysiłku.
Kolejnych dowodów na to, że friction-maxxing może czynić nas szczęśliwszymi, dostarcza teoria autodeterminacji (self-determination theory) psychologów Edwarda L. Deciego i Richarda M. Ryana. Zakłada ona, że do prawidłowego rozwoju psychicznego i dobrostanu człowieka potrzebne jest zaspokojenie trzech podstawowych potrzeb: autonomii, kompetencji i relacyjności. Ta druga jest szczególnie istotna w kontekście friction-maxxing. Jest nią przekonanie, że potrafimy skutecznie radzić sobie z wyzwaniami, rozwijać umiejętności i osiągać zamierzone cele. Późniejsze badania nad teorią autodeterminacji potwierdziły, że osoby, które miały zaspokojone potrzeby wskazane przez Deciego i Ryana, deklarowały większy dobrostan psychiczny.
Jakkolwiek absurdalnie brzmi teoria, według której powinniśmy celowo się męczyć, aby czerpać większą radość z życia – w świetle badań naukowych oraz naszej wiedzy o mechanizmach wydzielania dopaminy, jest ona logiczna i zasadna. Mówiąc w dużym uproszczeniu, friction-maxxing przywraca nasz mózg do „ustawień fabrycznych”, niewelując (przynajmniej do pewnego stopnia) negatywne wzorce i odruchy utrwalane w naszym systemie nerwowym przez obcowanie z nowymi technologiami. Scrollowanie, a także płacenie za natychmiastowe zaspokajanie swoich potrzeb, zamiast osiąganie ich wysiłkiem, sprawia, że zadania wymagające cierpliwości, koncentracji czy zaangażowania wydają nam się coraz mniej atrakcyjne. Wykonywanie niektórych czynności samodzielnie, w sposób analogowy, bez pośrednictwa nowych technologii, może pomóc nam zachować motywację do wysiłku i wyregulować nasz system nagrody.
Przykłady?
- czytanie papierowych książek zamiast oglądania krótkich filmików;
- samodzielne przygotowywanie posiłków;
- używanie słowników i encyklopedii zamiast ChataGPT;
- robienie analogowych zdjęć i wywoływanie ich;
- nudzenie się i obserwowanie otoczenia (ludzi, natury) zamiast sięgania po telefon za każdym razem, gdy dłuży nam się czas;
- zagadywanie do ludzi w realu, zamiast rozmawiania z nimi tylko przez komunikatory;
- używanie budzika zamiast trzymanie telefonu przy łóżku;
- słuchanie płyt od początku do końca;
- spacerowanie bez telefonu, muzyki czy podcastów;
- naprawianie zepsutych rzeczy zamiast wyrzucania ich;
- spontaniczne przyjmowanie w domu gości zamiast wychodzenia do restauracji (nawet, jeśli wcześniej nie posprzątaliśmy);
- spotkania z przyjaciółmi bez technologii i ekranów – na przykład przy planszówkach;
- wypożyczanie książek z biblioteki zamiast kupowanie ebooków.
Te czynności wydają się mało znaczące, czasem nawet upierdliwe, ale w dzisiejszych czasach są nam bardzo potrzebne, bo pozwalają nam pozostać w kontakcie ze sobą, z innymi ludźmi i z otaczającą nas z rzeczywistością. Zniechęcają do ucieczki przed tym, co niewygodne i męczące, po to, abyśmy mogli zachować łączność z prawdziwym ludzkim doświadczeniem. Żebyśmy w tych dziwnych czasach, w których dominacja sztucznej inteligencji zaczyna wyłaniać się jako realny scenariusz – pozostali ludźmi.