Na klawiaturze piszemy szybciej, łatwiej poprawiamy błędy, możemy skasować całe akapity i zacząć od nowa. A jednak kiedy bierzemy do ręki długopis czy pióro, dzieje się coś magicznego. Dlaczego warto od czasu do czasu odłożyć telefon i wrócić do kartki, wyjaśnia neurobiolożka dr Asia Wojsiat.
- Pisanie ręczne angażuje więcej obszarów mózgu niż pisanie na klawiaturze. Może dzięki temu sprzyjać lepszemu zapamiętywaniu i przetwarzaniu informacji.
- „Klawiatura pozwala nam zapisywać myśli szybko i niemal bezwysiłkowo” – mówi neurobiolożka dr Asia Wojsiat. Pisanie ręczne wymaga natomiast większego skupienia i uważności.
- Kartka i długopis mogą pomóc nie tylko w nauce, ale także w porządkowaniu emocji. Ekspertka wyjaśnia, dlaczego warto wrócić do pisania listów, prowadzenia dziennika czy robienia odręcznych notatek.
- „Nie można więc powiedzieć, że pisanie ręczne chroni mózg, a cyfrowe mu szkodzi” – podkreśla neurobiolożka. Najważniejsze jest zachowanie odpowiednich proporcji.
Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 11/2026.
Izabela Nowakowska-Teofilak: Pisanie ręczne jest dziś niemal czynnością retro. Dla naszego mózgu ma znaczenie, czy zapisujemy coś długopisem, czy wystukujemy dokładnie te same słowa na klawiaturze?
Asia Wojsiat: Ma ogromne znaczenie. Badania EEG pokazują, że podczas pisania ręcznego aktywność mózgu jest bardziej rozległa i zintegrowana niż podczas pisania na klawiaturze. Angażujemy nie tylko system językowy, ale także wzrokowy, czuciowy i motoryczny. Robienie notatek odręcznych jest mniej komfortowe i mniej automatyczne niż pisanie na klawiaturze. Wystarczy zresztą zauważyć, co dzieje się z naszym pismem, kiedy przez dłuższy czas nie używamy długopisu. Litery powstają nieco opornie, ręka nie jest już tak sprawna. Czujemy, że wyszliśmy z pewnego nawyku.
Z jednej strony jest więc w ręcznym pisaniu coś wymagającego – pewne wyjście ze strefy komfortu. Z drugiej właśnie ten dyskomfort jest jego wartością. Klawiatura pozwala nam zapisywać myśli szybko i niemal bezwysiłkowo. Kiedy natomiast przelewamy je na papier, musimy zwolnić, staranniej dobrać słowa, zatrzymać myśli, nadać im strukturę i kształt konkretnych liter. Pojawia się większe zaangażowanie. Sam ruch ręki sprawia, że jesteśmy bardziej uważni.
Co ciekawe, nawet pisanie rysikiem na tablecie nie jest tym samym, co pisanie długopisem na papierze. W badaniach obserwuje się różnice w aktywności i komunikacji między obszarami mózgu odpowiedzialnymi za przetwarzanie wzrokowe i ruch. W przypadku pisania na papierze ta współpraca jest bardziej rozbudowana. Poza tym kontakt z papierem pozwala nam choć na chwilę odłączyć się od cyfrowej atmosfery, w której jesteśmy zanurzeni przez większą część dnia.
Dziś komputer, tablet czy telefon przejęły właściwie wszystkie funkcje, które kiedyś pełniły papierowe notesy. Smartfon jest naszym kalendarzem, notatnikiem, miejscem, w którym zapisujemy pomysły czy przemyślenia. Ręka pisze wolniej i wymaga od nas więcej wysiłku, ale właśnie dzięki temu mózg może pracować intensywniej.
Kiedy czytałam o eksperymencie, podczas którego sprawdzano, ile zapamiętali studenci notujący wykłady na laptopie, a ile ci, którzy robili notatki odręcznie, zaskoczyło mnie to, że choć ci drudzy zapisywali mniej i niedosłownie, to jednak w testach dotyczących rozumienia i pytań konceptualnych wypadali lepiej.
Kiedy piszemy ręcznie, nie jesteśmy w stanie zanotować wszystkiego. Musimy dokonać selekcji: wybrać najważniejszą informację, skrócić ją, czasem sparafrazować. Można więc powiedzieć, że pisanie ręczne jest pewnego rodzaju treningiem głębszego przetwarzania informacji.
Poza tym, gdy stawiamy literę po literze, angażujemy jednocześnie wzrok, ruch i czucie, a także uwagę i przetwarzanie znaczenia. To przykład tak zwanego ucieleśnionego poznania – ciało nie jest tylko wykonawcą poleceń mózgu, ale uczestniczy w procesie poznawczym. Dzięki temu informacja może zostać zakodowana na więcej niż jeden sposób.
Nie oznacza to oczywiście, że samo pisanie ręczne automatycznie gwarantuje lepszą pamięć, ale daje mózgowi więcej możliwości stworzenia punktów zaczepienia dla treści, którą chcemy przyswoić.
Jest jeszcze jeden istotny aspekt: kiedy piszemy ręcznie, siłą rzeczy dłużej pozostajemy z własną myślą. Każda osoba, która teraz weźmie do ręki pióro czy długopis, może to łatwo sprawdzić. Spróbuj zapisać zdanie: „Adenozynotrifosforan jest energetyczną cząsteczką”. Ile razy powtórzysz je w myślach, zanim zakończysz pisanie? Akt pisania spowalnia przetwarzanie, a myśl przechodzi przez nasz mózg dłużej, zanim trafi na papier. Oczywiście możemy również zwolnić podczas pisania na klawiaturze. Mój partner na przykład propaguje pisanie na maszynie i faktycznie jest w tym coś niezwykłego: dźwięk naciskanych klawiszy, opór palca, charakterystyczny rytm. To wciąż bardziej „namacalna” forma pisania niż komputer. Ale jednak nie jest tym samym, co pióro, stalówka czy długopis przesuwający się po papierze i zostawiający na nim fizyczny ślad.
Lubię myśleć o ręcznym pisaniu jak o parzeniu mocnej kawy, kiedy woda niespiesznie przepływa przez ziarna, by wydobyć z nich prawdziwą esencję. Podobnie dzieje się z naszymi myślami, kiedy przelewamy je na papier, pisząc ręcznie.
A do tego dochodzi osobisty charakter naszych notatek. Każdy ma własny, unikalny sposób ich robienia – kto kiedykolwiek próbował na studiach odpisać od kolegi czy koleżanki zapiski z wykładów, wie, jak trudno czasem domyślić się, o co w tym wszystkim chodzi. Podkreślenia, rysunki, strzałki, odnośniki czy dopiski na marginesach tworzą dodatkową sieć skojarzeń. Kiedy widzimy własne pismo, skreślenia, poprawki, pośpiech albo staranność, możemy niemal odtworzyć stan, w jakim byliśmy, gdy to zapisywaliśmy. I właśnie te dodatkowe warstwy sprawiają, że informacja może zostać w nas inaczej zakorzeniona.
Czyli niedoskonałość notatek może być ich zaletą?
Właśnie. To jest piękny paradoks. Na ekranie wszystko wygląda tak samo. Nie można tego tekstu dotknąć, fizycznie przełożyć w inne miejsce, nadać mu osobistego charakteru. Gdy przygotowuję wystąpienie, zapisuję najważniejsze myśli na kartkach, rozkładam je, przekładam, łączę. Myśl dostaje fizyczną przestrzeń, a wtedy uruchamia się również pamięć wzrokowa.
Powiedziałaś mi ostatnio, że masz zwyczaj pisania w książkach. Co ci to daje?
Zaznaczam niejako w ten sposób własne terytorium. Nawet tak prosta, pozornie mechaniczna czynność jak podkreślenie zdania ołówkiem daje mózgowi dodatkowy punkt odniesienia. Informacja zostaje wyróżniona, ale jednocześnie wiąże się z konkretnym ruchem ręki i miejscem na stronie. Podobnie działają notatki na marginesach, karteczki czy małe memo. Zresztą właśnie na tej zasadzie powstały popularne techniki uczenia się słówek z wykorzystaniem fiszek.
Zapisujemy coś własną ręką, przyklejamy, przekładamy, wracamy do tego. Powstaje ślad, który łączy informację z tym, co widzimy i czego dotykamy. To połączenie jest bardzo ważne, bo nasz mózg nie przetwarza informacji wyłącznie na poziomie treści.
A jak już powiedziałam, im więcej systemów współpracuje ze sobą podczas wykonywania danej czynności, tym bogatsza staje się reprezentacja tej informacji w mózgu. Dlatego ręczne zaznaczenie czegoś w książce, zapisanie na kartce czy przyklejenie własnoręcznie zrobionej notatki nie jest tylko mechanicznym dodatkiem. To kolejny sposób, w jaki mózg może się z daną informacją połączyć. Zostawiamy ślad na papierze, ale jednocześnie tworzymy go w naszym systemie pamięci.
Pisząc ręcznie, zostawiamy też ślad po sobie. Kiedy czytam listy mojej babci, której już z nami nie ma, mam wrażenie, że jednak jakaś bardzo namacalna jej część została.
To prawda, słowo pisane od wieków jest czymś więcej niż tylko sposobem komunikacji – jest dla ludzi pewną formą pozostawienia własnej pieczęci, czymś, co w ogromnym stopniu definiuje nasze funkcjonowanie jako Homo sapiens. Pismo przechowuje nie tylko słowa, ale też czas, emocje, ruch ręki – i to właśnie jest w nim piękne. Kiedy otwieram swój notatnik, widzę, jak bardzo moje pismo potrafi się zmieniać. Raz litery są wyraźne i uporządkowane, innym razem chaotyczne i niemal nieczytelne.
Widząc swoje pismo, skreślenia, podkreślenia, charakterystyczny sposób stawiania liter, mogę natychmiast przypomnieć sobie, gdzie byłam, kiedy to pisałam, co wtedy czułam, co było dla mnie ważne. To aktywuje pamięć zupełnie inaczej niż plik zapisany w Wordzie.
Powrót do dawnych notatek uruchamia również emocje.
Pismo odręczne jest silnie połączone z emocjami. Na przykład listy, które jeszcze nie tak dawno ludzie do siebie pisali, nie były tylko przekazywaniem informacji, ale w dużej mierze opisem emocji: tęsknoty, zachwytu, miłości, bólu, radości… Teraz to, co dawniej robiliśmy naturalnie i spontanicznie, staje się elementem terapii, jak pisanie listów do młodszej siebie czy wewnętrznego krytyka. Ale też expressive writing, czyli pisanie ekspresyjne wywodzące się z badania Jamesa Pennebakera, który badał, co dzieje się z człowiekiem, kiedy przez określony czas zapisuje swoje trudne doświadczenia i emocje. Z kolei Julia Cameron w książce „Droga artysty” spopularyzowała ideę tak zwanych „porannych stron” – codziennego, nieskrępowanego przelewania myśli na papier. Trzy strony strumienia świadomości, bez planu, bez poprawiania, bez zastanawiania się, czy to, co piszemy, ma sens. Nie chodzi oczywiście o to, że samo zapisanie emocji automatycznie rozwiązuje problem.
Badania nad pisaniem ekspresyjnym pokazują raczej, że u części osób może ono pomagać w zmniejszaniu napięcia i poprawie samopoczucia. To nie jest uniwersalna metoda dla każdego, ale dla niektórych może być sposobem na nadanie formy temu, co wcześniej było trudne do uchwycenia.
Bo kiedy coś zapisujemy, poniekąd wyjmujemy tę myśl z głowy i kładziemy ją przed sobą na papierze. Możemy się jej przyjrzeć. Zamiast doświadczać jedynie nieokreślonego napięcia, możemy napisać: „jestem zła”, „boję się”, „jest mi smutno”, „czuję się bezradna”. Nadanie emocji nazwy sprawia, że staje się ona bardziej uchwytna. Nie znika, ale przestaje być czymś całkowicie amorficznym. Pisanie nie musi więc służyć wyłącznie temu, żeby coś zachować. Może też pomóc coś zrozumieć.
A skoro mowa o emocjach, jak to możliwe, że ludzie, którzy w dzieciństwie nie cierpieli rysowania szlaczków, po czterdziestce zapisują się na coraz popularniejsze obecnie warsztaty klasycznej kaligrafii i brush letteringu?
Znam to z autopsji. Kiedyś w szkole uczyłyśmy się pisma technicznego – wtedy wydawało mi się to okropnie nudne: siedzieć i stawiać równo literki. Dziś myślę o tym zupełnie inaczej. To była właściwie świetna praktyka skupienia. Człowiek nie może jednocześnie myśleć o stu rzeczach. Musi być dokładnie tam, gdzie jest jego ręka. I może dlatego dorośli, którzy jako dzieci nie cierpieli rysowania szlaczków, po latach, żyjąc w nieustannym przebodźcowaniu, nagle odkrywają przyjemność w kaligrafii. Zmienia się nie tylko nasz stosunek do samej czynności, ale też jej znaczenie. To, co kiedyś było obowiązkiem, może stać się świadomą praktyką wyciszenia.
Jak wiesz, fascynuje mnie Japonia, buddyzm zen, a japońskie shodō oznacza przecież „drogę pisma”. Kiedy próbowałam uczyć się tego języka, japońskie znaki były dla mnie czymś niezwykle trudnym, ale jednocześnie odkryłam, że ich zapisywanie to coś więcej niż nauka. To połączenie sztuki, ruchu i uważności.
Kiedy człowiek kreśli znak, musi być naprawdę obecny w tym, co robi. W kaligrafii bardzo ważny jest też oddech. Trudno wykonywać precyzyjne, spokojne ruchy, kiedy jesteśmy rozedrgani. Istnieją badania, przeprowadzane między innymi wśród starszych Japończyków, dotyczące ich praktyk kaligraficznych i wskazują na możliwy związek tej praktyki z dobrostanem i funkcjonowaniem psychofizycznym.
Oczywiście nie możemy przypisywać wszystkich tych efektów samej kaligrafii, bo jest ona częścią szerszego stylu życia, ale sam mechanizm zatrzymania, skupienia i połączenia sztuki z ruchem jest bardzo interesujący. Przypomina mi to doświadczenie flow, o którym jakiś czas temu rozmawiałyśmy na łamach „Zwierciadła”.
Ręczne pisanie i nauka kaligrafii to też trening dla dłoni, a wiemy już, że sprawność manualna i funkcje poznawcze są ze sobą powiązane. Dłoń nie jest tylko narzędziem wykonującym polecenia mózgu. Praca ręki jest informacją zwrotną dla mózgu. Nie chodzi o to, że samo pisanie chroni nas przed neurodegeneracją, ale w badaniach nad zdrowym starzeniem się zwraca się uwagę na znaczenie siły chwytu i sprawności ruchowej jako wskaźników ogólnego stanu funkcjonalnego. A pisanie jest właśnie taką bardzo podstawową czynnością motoryczną.
Z pozoru tylko stawiamy litery na papierze, a w rzeczywistości angażujemy cały układ ruchu i wiele procesów poznawczych.
I może właśnie dlatego warto spojrzeć na pisanie nie jak na relikt przeszłości, ale jak na prostą, dostępną praktykę, która łączy ciało, uwagę i mózg. Nie potrzebujemy do niej żadnej aplikacji ani specjalnego sprzętu. Wystarczy kartka i długopis.
Tylko na co dzień tak niewiele mamy okazji, by coś zapisać.
Wcale nie trzeba szukać na to specjalnej przestrzeni. Możemy zacząć od bardzo prostych, codziennych czynności, jak ręcznie spisana lista zakupów, plan zadań na następny dzień, kilka zdań w dzienniku, notatka po przeczytanej książce, plan wyjazdu. Choć dziś wydaje się to niemal ekstrawaganckie, z kolejnego wyjazdu, zamiast tony zdjęć przesyłanych za pomocą komunikatorów, możemy wysłać list albo pocztówkę. Usiąść przy pustej kartce, wziąć do ręki pióro, wybrać ładną papeterię i zobaczyć, jak nagle starannie dobieramy słowa. Pisanie listów przypomina trochę fotografię analogową. Kiedy mamy ograniczoną liczbę klatek, bardziej zastanawiamy się, co jest warte uwiecznienia.
Ręczne pisanie świetnie sprawdza się też w pracy koncepcyjnej. Kiedy montowaliśmy z moim partnerem film dokumentalny, na osobnych kartkach zapisywaliśmy imiona bohaterów i najważniejsze elementy ich wypowiedzi, a potem przekładaliśmy te „klocki”, szukając najlepszej konstrukcji. Możliwości jest naprawdę wiele. A jeśli komuś trudno znaleźć motywację do zapisania choćby kilku zdań każdego dnia, może pomóc świadomość, że w ten sposób robimy coś dobrego dla mózgu. I to całkiem za darmo.
Czy możemy powiedzieć, że skoro coraz mniej piszemy ręcznie, nasze mózgi zaczynają na tym tracić?
Nie natknęłam się na badania, które pozwalałyby stwierdzić, że wraz z zanikiem pisania ręcznego dochodzi do jakichś konkretnych zmian strukturalnych w mózgu, na przykład w korze przedczołowej. Nie można więc powiedzieć, że pisanie ręczne chroni mózg, a cyfrowe mu szkodzi. To trochę jak z ruchem.
Choć wiemy, że aktywność fizyczna jest bardzo korzystna dla naszego organizmu, nie jest tak, że jeśli ktoś przestanie chodzić na spacery, to następnego dnia dostanie zawału. Komputer i telefon są świetnymi narzędziami, istotne jest jednak zachowanie odpowiednich proporcji w ich użytkowaniu.
Zanim dziecko zacznie intensywnie korzystać z klawiatury, dobrze, żeby miało doświadczenie pracy ręki, rysowania, pisania i łączenia tego, co widzi, z tym, co czuje i wykonuje. A niezależnie od tego, w jakim wieku jesteśmy, kiedy tylko jest to możliwe, warto rezygnować ze wspomagania się technologią i wykonywać pewne czynności manualnie. Warto pamiętać o pewnym paradoksie naszej epoki: żyjemy w świecie zaawansowanych technologii, ale nasz umysł wciąż jest produktem znacznie wcześniejszych etapów ewolucji. To, co dla nas nowe, nie zmieniło jego podstawowych potrzeb, nie możemy więc eliminować ze swojego życia doświadczeń, które naturalnie angażują i pobudzają ludzki mózg, takich jak ruch, kontakt z drugim człowiekiem, praca rąk, tworzenie, czytanie czy właśnie pisanie. Te pierwotne aktywności nadal są nam bardzo potrzebne.
dr Asia Wojsiat, biolożka molekularna, neurobiolożka (neurochemiczka) PAN. Edukatorka, popularyzatorka nauki, wykładowczyni akademicka. Autorka podcastu „Wojsiat ogólnie” w Newonce oraz solo projektu „Umyślnie”. Ma na koncie dwie książki: „Tak działa mózg. Jak mądrze dbać o jego funkcjonowanie” oraz najnowszą „Na zdrowy umysł. Jak dbać o mózg w świecie nadmiaru”.
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 11/2026. Rozmawiała Iza Nowakowska-Teofilak.