1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Między młotem a kowadłem. Konflikty wewnętrzne - jak je rozwiązywać?

Między młotem a kowadłem. Konflikty wewnętrzne - jak je rozwiązywać?

Konflikty wewnętrzne dotykają bolesnych rzeczy z przeszłości, pojawiają się emocje, wzajemnie się ranimy. (Fot. iStock)
Konflikty wewnętrzne dotykają bolesnych rzeczy z przeszłości, pojawiają się emocje, wzajemnie się ranimy. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Raz jesteś silną, pewną siebie kobietą, innym razem delikatną kobietką, a jeszcze innym przestraszonym dzieckiem. To normalne – na naszą osobowość składają się wewnętrzne postaci, które często mają sprzeczne pomysły na życie. Dobrze, żeby potrafiły ze sobą negocjować.

Konflikty wewnętrzne często biorą się stąd, że stoimy po stronie, którą wspiera nasza kultura, nasi rodzice, nasze doświadczenia życiowe. Mogę na przykład nie chcieć mieć drugiego dziecka, ale jak widzę, że moja matka i babka nie miały jedynaków, skłaniam się jednak do takiej decyzji, bo po prostu w mojej rodzinie zawsze tak było. Jak rozpoznać, którą z tych stron posłuchać?

Agnieszka Wróblewska, psychoterapeutka, Akademia Psychologii Zorientowanej na Proces:
Takich przekonań mamy bardzo wiele, nie zawsze są one świadome, po prostu: u nas w rodzinie dzieci są zawsze najważniejsze, albo kobieta powinna zawsze liczyć na siebie, albo to mężczyzna powinien utrzymywać całą rodzinę. Dobrze jest zbadać swój system przekonań wokół konfliktowej sprawy, poznać jego pochodzenie i zobaczyć jak się to ma do mnie, mojego aktualnego życia, mojej sytuacji. Może się zdarzyć, że hołdujemy pewnym przekonaniom, które niewiele mają wspólnego ze mną, np. moja matka być może nie mogła na nikogo liczyć, ale ja mam wokół siebie bliskich ludzi, którzy już wielokrotnie dali dowód tego, że w trudnej sytuacji nie jestem sama. Inny przykład: boję się zmiany zawodowej, kurczowo trzymam się swojej posady, chociaż jej nie lubię, nie dostrzegając, że zawsze dobrze radziłam sobie w każdej nowej pracy, ale jestem wierna rodzinnej mądrości, że jak się coś ma, to trzeba się tym cieszyć i nie sięgać po więcej.

Jak to zobaczymy, to się dowiemy czego tak naprawdę chcemy?
Tak i troszkę się rozluźnimy. Zmieni się perspektywa. Bo skoro uświadomię sobie, że mój strach przed zmianą pracy to nic innego, jak efekt atmosfery w moim rodzinnym domu, to może łatwiej dam miejsce tej mnie, która ma odwagę do nowego i wcale nie ma zamiaru rezygnować ze swoich aspiracji i sięgania po więcej.

W jaki sposób konflikty wewnętrzne przekładają się na zewnętrzne?
Zazwyczaj automatycznie. Jeśli ciągle kłócimy się o jakąś sprawę ze swoim partnerem, jest to sygnał, że podobny konflikt jest w nas. Bo jeśli mam absolutne przekonanie, że coś jest dla mnie ważne i ja tak chcę, to wtedy to, że on ma inne zdanie, nie stanowi dla mnie problemu. Wtedy albo uznaję, że to jest sprawa nie do dyskusji, albo rozmawiamy o tym, ale nie ma wokół tego emocjonalnego zamieszania. Może być na przykład smutek, że mamy inne zdania na dany temat, ale nie ma ciągłego napięcia.

Zatem źródeł naszych konfliktów z ludźmi należy szukać w sobie?
Na pewnym poziomie tak, ale to jest tylko połowa prawdy. Często po prostu trzeba skonfrontować się z drugą osobą, mocno stanąć za sobą. Buddyjska maksyma „Zacznij od siebie” nie zawsze zdaje egzamin. Czasem trzeba powiedzieć mężowi czy koleżance, że to czy tamto mi się nie podoba. Dobrze jest mieć, oczywiście, świadomość jak to się ma do moich aspektów wewnętrznych, ale to nie zmienia faktu, że trzeba również coś zrobić w rzeczywistości zewnętrznej.

Nasze konflikty wewnętrzne wpływają silnie na związki. Lepiej starać się je rozwiązywać zanim przerodzą się w zewnętrzne?
Trzeba jednak liczyć się z tym, że jak już rozwiążę swój konflikt wewnętrzny, mogę mieć kolejny konflikt zewnętrzny, który będzie reakcją na nową mnie. Bo jeśli na przykład partner podważa moje poczucie wartości i ja stanę mocno za tym moim kawałkiem, który mówi mi, że dam sobie z czymś radę i to zrobię, to zmienia się cała konstelacja między nami. Partner nagle staje przed czymś nowym i nie wiadomo, jak to wpłynie na cały układ.

Może lepiej znać konflikty wewnętrzne partnera czy partnerki. To chyba ułatwia porozumienie w związku?
Czasem tak, a czasem to nie wystarcza. Mam za sobą doświadczenia terapeutyczne z parami, którym wystarczyło kilka spotkań, podczas których ujawnienie takich wewnętrznych konfliktów bardzo dużo zmieniło, ale są takie sytuacje, że znamy swoje konflikty doskonale, ale pojawia się potrzeba zrobienia czegoś więcej.

Czyli?
Samouświadomienie sobie to za mało. Są konflikty, które realnie mogą rozbić związek. Jeżeli stanę po jednej stronie, to ten związek może dalej istnieć, jeśli stanę po drugiej stronie - nie da się już go poskładać. To, co można zrobić, to obojętnie w którą stronę, ale odważyć się na dwa kroki dalej. Jeśli mam poczucie, że nie chcę z tym mężczyzną być, to przenieść się przynajmniej do drugiego pokoju. Jeżeli czuję, że chcę jednak ratować związek, to powiedzieć mu o swoich uczuciach, wyjechać razem na weekend. Czasami jednak takie wahanie trwa długo. To czas potrzebny do wewnętrznej zmiany, dojrzewanie decyzji. Szykujemy się bądź do zerwania, bądź do świadomej zgody na związek taki, jaki jest, a w każdym z tych przypadków przy okazji powstaje również moje nowe „ja”.

Dlaczego nasze konflikty wewnętrzne bywają takie trudne?
Dlatego, że często dotykają bolesnych rzeczy z przeszłości, pojawiają się emocje, wzajemnie się ranimy. Do konfliktu wystawiamy naszą mocną część, nie dostrzegamy że jest w nas przestraszone, poranione dziecko. Podobnie nasz partner, partnerka w konflikcie. Często boimy się kolejnych zranień, trudno okazać emocje, które są pod spodem, takie jak strach, odrzucenie. Ale poprzez konflikty intensywnie się rozwijamy. Jeśli ktoś z zewnątrz atakuje jakiś nasz aspekt, zmusza nas do zrobienia jakiegoś kroku, do sięgnięcia po dodatkowe zasoby. To wzbogaca naszą osobowość.

Są ludzie, którzy w ogóle nie mają konfliktów wewnętrznych? Trudno mi sobie kogoś takiego wyobrazić. Oświecony Budda?

Ćwiczenia, które pomagają rozwiązać konflikty wewnętrzne

Ćwiczenie pierwsze
  • Pomyśl o różnych konfliktach, w których chciałbyś/chciałabyś aktywnie uczestniczyć lub już uczestniczysz i nie możesz sobie poradzić.
  • Wybierz jedną, najbardziej energetyczną sytuację i opowiedz o niej partnerowi/ partnerce.
  • Jakie próby rozwiązania konfliktu podejmowałaś/eś do tej pory?
  • Jakiej tożsamości bronisz, podejmując te próby? Jaki obraz siebie próbujesz w ten sposób zachować?
  • Zbadaj dokładnie system przekonań, który stoi za takim obrazem siebie. Kto powiedział, że taka/taki masz być?
  • Spróbuj dopuścić myśl, że aby „rozwiązać” ten konflikt, należałoby być kimś zupełnie innym.
  • Teraz skup się na największej trudności w tym konflikcie. Wzmocnij ją, odkryj jej esencję, stań się nią.
  • Potraktuj ją jako zwiastun, który ma stworzyć twoją nową tożsamość. Pokaż partnerowi/partnerce tę nową osobę tak dokładnie, jak to jest tylko możliwe.
  • Kim byłabyś/byłbyś, gdybyś zamiast walczyć z tą trudnością, pozwolił/a, aby zmieniła ona Ciebie i twoje życie?
  • Pomyśl jak możesz wprowadzić tą nową osobę do twojego życia i relacji.
Ćwiczenie drugie
  • Pomyśl o ważnym konflikcie wewnętrznym (konflikt decyzyjny, konflikt postaw, konflikt wartości itp.)
  • Określ strony konfliktu, znajdź osoby (postaci), które najlepiej reprezentują każdą ze stron w konflikcie.
  • Określ, której strony konfliktu jesteś bliżej w tym momencie. Wyznacz w przestrzeni fizycznej miejsce, które początkowo tej postawie odpowiada, stań w tym miejscu i obstaw mocno ten punkt widzenia, wypowiedz/ wyraź wszystko, co przynależy do tego stanowiska (przekonania, emocje, obawy, nadzieje).
  • Wyznacz w przestrzeni miejsce, które odpowiada drugiej stronie Twojego konfliktu. Stań w tym miejscu i obstaw mocno ten punkt widzenia, teraz wyraź wszystko, co przynależy do tego stanowiska.
  • Zmieniaj i rozwijaj role tak, jak będą one naturalnie przechodziły jedna w drugą.
  • Zwróć uwagę na moment, w którym przyjmujesz postawę neutralną (postawa, która nie jest zainteresowana przekonaniem do jednej bądź drugiej racji, ale rozwiązaniem istniejącego konfliktu).
  • Użyj tej postawy jako mediatora w konflikcie oraz w znalezieniu rozwiązania, które satysfakcjonuje obie strony konfliktu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Jak pomóc Syrii? Rozmowa z lekarką, bohaterką filmu "The Cave. Szpital w ogniu"

Dr Amani Ballour w swoim domu w Gaziantepie, mieście w południowej Turcji, w pobliżu granicy z Syrią. (Fot. Forum)
Dr Amani Ballour w swoim domu w Gaziantepie, mieście w południowej Turcji, w pobliżu granicy z Syrią. (Fot. Forum)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wiedza na temat tego, co dzieje się w Syrii, jest bardzo ograniczona. „Wojna” to złe słowo. Według mnie na wojnie jest co najmniej dwóch w miarę równych sobie przeciwników. W naszym wypadku było inaczej – mówi Amani Ballour, lekarka, bohaterka „The Cave. Szpital w ogniu”, nominowanego do Oscara dokumentu, który opowiada o pracy podziemnego syryjskiego szpitala.

Jest pani lekarką, uciekinierką z Syrii. A w lutym była pani na uroczystości wręczenia Oscarów, później na festiwalu w Berlinie. Czym się pani teraz zajmuje? Zimą jeździłam po świecie z „The Cave”. Promocję filmu wykorzystujemy do zbierania pomocy dla Syrii. Tam teraz jest gorzej niż kiedykolwiek przedtem. W północno-zachodniej części kraju ponad milion uchodźców wewnętrznych desperacko potrzebuje wsparcia. W wielu miejscach cywile są bombardowani przez rosyjskie samoloty, ostrzeliwani przez wojska rządowe, w klinczu między siłami Al-Asada a zwalczającymi go ugrupowaniami. Sytuację dodatkowo utrudnia pandemia. Ze względu na koronawirusa musiałam też przerwać kampanię zbierania funduszy. Jeżdżenie po świecie i opowiadanie o sytuacji w mojej ojczyźnie stało się chwilowo niemożliwe, ale to nie znaczy, że Syryjczycy przestali potrzebować wsparcia.

Jak widzowie reagują na film? Często są zszokowani. Wiedza na temat tego, co dzieje się w Syrii, jest bardzo ograniczona. Wiadomo, że toczy się tam wojna i tyle. Mało kto zna szczegóły. To, co widać na filmie, że ofiarami bombardowań i ostrzałów są cywile, jest dla wielu wstrząsające. Uchodźcy wewnętrzni nie mają zapewnionych podstawowych warunków do życia. Brakuje schronienia, jedzenia, lekarstw. Wielu widzów przed projekcją nie zdawało sobie sprawy, jak bardzo ten konflikt dotyka ludność. Myśleli, że to starcie pomiędzy terrorystami a Al-Asadem, tymczasem oglądając „The Cave”, zobaczyli, że główną ofiarą wojny są bezbronni mieszkańcy. Wyjaśniam im, jak to wszystko wygląda w rzeczywistości. Wiedząc to, ludzie są bardziej skłonni pomagać.

Minęły już blisko dwa lata, odkąd wyjechała pani z Syrii. Próbowałam zostać, wcale nie chciałam wyjeżdżać. Ale byliśmy do tego zmuszeni. Teraz moje najważniejsze zadanie to zdobyć jak najwięcej pomocy dla tych, którzy tam zostali.

Co dzieje się we Wschodniej Ghucie, na przedmieściach Damaszku, gdzie był pani szpital? Z ludźmi, którzy tam żyją? Kiedy wyjeżdżałam, część ludzi, także pracowników szpitala, postanowiła zostać. Między innymi dwaj lekarze. Kiedy Ghuta została zajęta przez siły rządowe, obaj zostali aresztowani. Jeden zginął w więzieniu, drugi nadal siedzi za kratami. Podobny los spotkał wielu mieszkańców. Mężczyzn wcielono do armii rządowej. W rezultacie w Ghucie zostali prawie sami starcy, kobiety i dzieci. Wszyscy żyją w strachu. Mają utrudniony kontakt z rodzinami, z których część trafiła na północ Syrii, na przykład do Idlibu.

Chciałam porozmawiać trochę o pani życiu sprzed wojny. Szczególnie o tym, dlaczego została pani lekarką. W szkole nie marzyłam o zawodzie lekarza. Chciałam być inżynierem. Niestety, w moim środowisku pokutował określony stereotyp kobiety: powinna jak najszybciej wyjść za mąż, urodzić dzieci i zajmować się domem. Mój tata w ogóle był przeciwny, żebyśmy ja i moje siostry szły na studia. A już mój wymarzony zawód wydawał się zupełnie nie do przyjęcia dla mojego otoczenia. Nieraz słyszałam, że dziewczynki nie nadają się na inżynierów. Ale byłam wzorową uczennicą i mogłam studiować medycynę. Lekarze są w Syrii bardzo szanowani, dlatego moi bliscy się na to zgodzili. Po kilku latach na medycynie i ja się do niej przekonałam. Postanowiłam zrobić specjalizację z pediatrii. Lubię dzieci. To niesamowite uczucie, kiedy możesz pomóc jakiemuś dziecku.

Kiedy zaczęła pani pracować, trwała już wojna? „Wojna” to złe słowo. Według mnie na wojnie jest co najmniej dwóch w miarę równych sobie przeciwników. W naszym wypadku było inaczej. Wiosną 2011 roku ludzie zaczęli demonstrować, armia zaczęła do nich strzelać, a później ich bombardować. Zostaliśmy okrążeni, utrudniano nam dostęp do podstawowych dóbr. Jak można coś takiego nazywać wojną? Ludzie wojny nie chcieli. Zostałam z nimi, żeby im pomagać jak tylko umiałam. Zaczęły ginąć kobiety, dzieci. Każdy mógł stracić życie. Ofiar przybywało w zawrotnym tempie.

Już wtedy pracowała pani z tym samym zespołem lekarzy, który poznajemy na filmie „The Cave”? Tak. Zaczęły się bombardowania szpitali, więc znaleźliśmy miejsce w podziemiach budynków i tam urządziliśmy szpital. Od początku pracowałam z doktorem Salimem i kilkoma innymi lekarzami. Było z nami też wielu ochotników. Szpital stopniowo się rozrastał.

Przychodziliście tam tylko do pracy czy mieszkaliście na stałe? Teoretycznie wracaliśmy po pracy do domów. Ale jak był ostrzał, to zostawaliśmy. Także wtedy, kiedy mieliśmy więcej pacjentów. W czasie silnych bombardowań czy ataków gazem nie było mowy o opuszczaniu szpitala, pracowało się dzień i noc. W rezultacie chyba więcej czasu spędzaliśmy w szpitalu niż we własnych domach.

Był taki dzień, moment, który najbardziej pani zapamiętała? 21 sierpnia 2013 roku. To był dzień, kiedy reżim po raz pierwszy użył w Ghucie broni chemicznej przeciwko cywilom. Widziałam setki krztuszących się, umierających na moich oczach ludzi, większość to były dzieci. Było nas za mało, by wszystkim pomóc. Brakowało masek tlenowych i innego sprzętu. Musieliśmy wybierać, kogo będziemy ratować, bo wszystkich się nie dało. To, że musiałam wybierać, komu z setek duszących się wokół mnie osób będę mogła pomóc, było najgorsze. Tej nocy ponad tysiąc osób straciło życie.

Kadr z „The Cave. Szpital w ogniu”, reż. Feras Fayyad(Fot. materiały prasowe) Kadr z „The Cave. Szpital w ogniu”, reż. Feras Fayyad(Fot. materiały prasowe)

Jak pani dokonywała tego wyboru? Pamiętam, że ciągle szukałam leków. Kiedy wracałam, siadałam na ziemi i zaczynałam od tych dzieci, które były najbliżej mnie. Ludzie wiedzieli, że jestem pediatrką, gromadzili się wokół mnie, wciąż przynosząc kolejne poszkodowane dzieci. Wiele z nich umarło, nie doczekawszy pomocy.

Skąd brała pani siłę? Pomagała mi nadzieja, że to się kiedyś skończy. Choć muszę przyznać, że po tym pierwszym ataku długo nie mogłam się pozbierać. Byliśmy przekonani, że wszyscy umrzemy. Właśnie dlatego zgodziłam się na kręcenie filmu. Ekipa spędziła z nami blisko dwa lata, aż do momentu, kiedy zmuszeni byliśmy wyjechać. To był jedyny sposób, żeby świat się dowiedział, co w ogóle działo się na tej wojnie, żeby zostało jakieś świadectwo.

Na filmie widzimy atak chemiczny, ale to nie był ten, o którym właśnie mi pani opowiedziała. Nie, to był już kolejny, jeden z wielu. Mieszkańcy Ghuty przeżyli ich znacznie więcej. Tego pierwszego nikt nie nakręcił. Początkowo nawet nie wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z bronią chemiczną. Sarin, czyli gaz, którego użyto do przeprowadzenia tego ataku, jest bezwonny. Atak, który widziała pani na filmie, był przeprowadzony za pomocą chloru. On ma mocny, charakterystyczny zapach.

Część pacjentów i współpracowników szpitala miała za złe, że główny lekarz, doktor Salim, akurat panią mianował menedżerką szpitala. Ten sprzeciw był trudny dla pani? Pracowałam w szpitalu cztery lata, zanim zostałam menedżerką. Jako szeregowa lekarka byłam przez wszystkich akceptowana. Ludzie są przyzwyczajeni do pediatrek, ginekolożek, nikogo nie dziwi, że kobieta wykonuje taki zawód. Problemy zaczęły się, kiedy objęłam kierownicze stanowisko. Jedyną przyczyną niezadowolenia była moja płeć. Ten sprzeciw był dla mnie frustrujący. Wynikał z uwarunkowań kulturowych. Ale to tylko zwiększyło mój upór. Postanowiłam, że się nie poddam i będę starała się zmienić tę kulturę. Przecież pomiędzy mężczyznami a kobietami nie ma takich różnic, które by sprawiały, że miałybyśmy być gorszymi menedżerkami niż mężczyźni.

Czy Ghuta jest jakoś szczególnie konserwatywna na tle reszty Syrii? Niespecjalnie. Generalnie młodzi ludzie są bardziej liberalni, starsi – bardziej konserwatywni. W dużych miastach, jak Damaszek, do kobiet na kierowniczych stanowiskach ludzie już dawno przywykli. Ale na przedmieściach, takich jak Ghuta, a w szczególności na wsiach, to jest wciąż trudne do zaakceptowania.

Wojna ma jakiś wpływ na obyczajowość ludzi? Ten konserwatyzm, charakterystyczny dla części społeczeństwa, jeszcze się zaostrzył czy wręcz przeciwnie, osłabł? Wojna nie ma na to wpływu. Poczucie, że kobiety nie nadają się do pełnienia pewnych ról, jest głęboko zakorzenione w naszej kulturze. Dziwiło mnie, że w czasie wojny, kiedy ludzie szczególnie nas potrzebowali, te patriarchalne stereotypy liczyły się bardziej niż pragmatyczna potrzeba pomocy. Dla niektórych to był prawdziwy problem.

W tym koszmarnym czasie zdarzały się też szczęśliwe chwile? A może przynajmniej wesołe? Staraliśmy się je wytworzyć. Chcieliśmy przeżyć, mimo wszystko, potrzebowaliśmy siły, by pomagać innym. Śmiech był nam do tego niezbędny. Żyliśmy w szpitalu jak wielka rodzina. Jedną z takich szczęśliwych chwil były moje urodziny. Wzruszyłam się, że moje koleżanki i moi koledzy pamiętali o tym dniu i zrobili wszystko, żebym poczuła się dobrze. To było takie miłe.

W „The Cave” widzimy,  jak opuszczacie szpital, w którym już nie da się pracować. Wsiadacie do autobusu i odjeżdżacie. Na tym kończy się film. Co działo się później? Przez trzy miesiące mieszkałam w Idlibie, na północy Syrii, potem przejechałam do Turcji. Niedługo później wyszłam za mąż. Mój mąż też jest Syryjczykiem, poznaliśmy się w Turcji.

Na ile pani życie zmieniło się po premierze filmu? Poczułam ogromną odpowiedzialność. Zrozumiałam, że muszę za wszelką cenę wykorzystać to, że stałam się rozpoznawalna. Ludzie poznają prawdę dzięki mojej historii. To mnie zobowiązuje, żeby przysłużyć się sprawie Syrii, namawiać do pomagania.

Już nie pracuje pani jako lekarka? Nie, od kiedy wyjechałam z Ghuty, nie pracowałam w zawodzie.

Nie brakuje pani tej pracy? Zdecydowałam, że nie będę już pediatrką. Praca w szpitalu mnie straumatyzowała. W Idlibie próbowałam znów pracować, ale nie byłam w stanie. Każde chore, cierpiące dziecko przypominało mi dzieci ze szpitala w Ghucie. To było zbyt trudne, nie byłam w stanie tego znieść. Przed oczami stawały mi ciała zmarłych dzieci, których nie zdołałam uratować. Teraz pracuję dla belgijskiej fundacji [King Baudouin Foundation – przyp. aut.] niosącej pomoc humanitarną. Utworzyliśmy fundusz pomocy kobietom i dzieciom z obszarów objętych konfliktem. Wiele młodych dziewcząt z Syrii, a także z innych krajów, nie może się uczyć. Część z powodu wojny, a część także ze względu na patriarchalną kulturę. Trzeba to zmienić i ja próbuję to zrobić.

Kiedy teraz myśli pani o Syrii, co pani widzi? Kraj sprzed wojny czy ruiny, które widziała pani, wyjeżdżając z Ghuty? Syria jest teraz bardzo zniszczona. Sytuacja jest gorsza niż kiedykolwiek w czasie tej trwającej już dziewięć lat wojny. Reżim rozpoczął nową batalię przeciwko cywilom na tak zwanych ziemiach wyzwolonych. Przez kilka ostatnich miesięcy domy straciło milion ludzi. Nie mają gdzie uciec. Obozy dla uchodźców na północy kraju, przy granicy tureckiej, są przepełnione. Kiedyś marzyliśmy, że w Syrii zapanuje wolność, że odzyskamy godność, że będziemy się cieszyć pełnią praw. Teraz już tylko chcę pomóc tym ludziom, żeby nie umarli. Dać im dach nad głową, choćby namiot, i coś do jedzenia.

Kadr z „The Cave. Szpital w ogniu”, reż. Feras Fayyad(Fot. materiały prasowe) Kadr z „The Cave. Szpital w ogniu”, reż. Feras Fayyad(Fot. materiały prasowe)

Co jest dla pani najtrudniejsze w życiu na wygnaniu? Nie czuję, że osiadłam. Nigdy nie wyobrażałam sobie, że zostanę uchodźczynią, a tak się stało. Wciąż nie czuję się bezpieczna. Niepokój jest głęboko we mnie, prześladuje mnie wszędzie, gdzie jestem. Myślę, że zmieni się to dopiero, kiedy będę mogła wrócić do Syrii. Żyję wśród Syryjczyków, wszyscy mamy podobne wspomnienia i nachodzą  nas podobne myśli. Przedtem mieszkałam w Turcji, ale pandemia zastała mnie w Niemczech, gdzie byłam w związku z berlińskim festiwalem filmowym. Zastanawiam się, czy tu nie zostać. Nie sądzę, żeby w ciągu najbliższego czasu coś się zmieniło, ale wierzę, że nadejdzie chwila, gdy powrót do ojczyzny będzie możliwy.

Jak pomóc Syrii? Co może zrobić zwykły mieszkaniec Zachodu, który żyje bezpiecznie gdzieś w Europie czy USA? Każdy może pomóc. Możecie na przykład starać się wpływać na waszych polityków. Domagać się od nich, żeby oni wywierali presję na Rosję i na reżim Al-Asada. Tylko tak można powstrzymać bombardowania cywilów – szkół, szpitali, domów mieszkalnych – i skończyć tę wojnę. Presja jest potrzebna również po to, żeby do Syrii została wpuszczona pomoc humanitarna. No i każdy może też wpłacić datek, nawet najmniejsza suma ma znaczenie.

  1. Psychologia

Odporni na manipulacje. Jak nie dać się wykorzystywać?

Osoby podatne na „łapanie” emocji często są zbyt otwarte na innych. W takim przypadku warto podjąć działania, które ograniczą możliwość wpływania na nas na poziomie niewerbalnym (ochrona własnej przestrzeni) i werbalnym (nieuleganie manipulacji). (Fot. Getty Images)
Osoby podatne na „łapanie” emocji często są zbyt otwarte na innych. W takim przypadku warto podjąć działania, które ograniczą możliwość wpływania na nas na poziomie niewerbalnym (ochrona własnej przestrzeni) i werbalnym (nieuleganie manipulacji). (Fot. Getty Images)
Jak nie dać się uwikłać i wykorzystywać? Czyli jak uodpornić się na komunikaty i sytuacje prowadzące do manipulacji?

Janina, która próbuje od dłuższego czasu poukładać relacje w rodzinie, jest przekonana, że jeżeli tylko uda się im przetrwać „bunt nastolatki” (córka skończyła właśnie 14 lat), to wszystko się dobrze ułoży. Mąż z pewnością się uspokoi i wreszcie doceni jej wysiłki, by zadowolić każdą ze stron. Starania o to, by w domu było miło i spokojnie. Ach, gdyby tylko Ada chciała się uczyć, zamiast słuchać tych piosenek z dziwnymi tekstami i ciągle prowokować ojca do kłótni swoim zachowaniem… Janinie chwilami ręce opadają, kiedy córka pokazuje rogi, a mąż zimnym głosem stwierdza po raz kolejny: „No, możesz być dumna z tego, jak ją wychowałaś”.

Między złością a bezradnością

Kiedy sytuacja staje się tak trudna, że stale miotamy się między bezradnością a złością, pierwszym krokiem do wyjścia z tego zaklętego kręgu jest zatrzymanie się na chwilę i obserwacja sytuacji z dystansu. To nas może uchronić przed całkowitym zatraceniem równowagi i obiektywizmu. Wszak już dawno zwrócono uwagę na fakt, że szaleństwo to działanie ciągle w ten sam sposób i oczekiwanie innych niż dotąd rezultatów. Może więc warto zacząć od przyjrzenia się chłodnym okiem własnemu działaniu i jego efektom. Na początek trzeba ustalić swoją pozycję w relacjach (z partnerem, dzieckiem, szefem, rodzicem, itp.), żeby jasno określić miejsce, w którym się właśnie znajdujemy, co z kolei pomoże wyznaczyć kierunek, w jakim chcielibyśmy podążać. Papierkiem lakmusowym może być sposób, w jaki się w danej relacji komunikujemy.

Maczuga czy drzewo?

Ludzie w sytuacji napięcia wywołanego strachem, wstydem lub poczuciem winy mają skłonność, by reagować agresją lub ucieczką. To scheda po czasach, w których ocalenie życia zależało od dobrze podjętej decyzji, co bardziej się opłaca: chwytać maczugę i atakować czy może raczej uciekać na drzewo?

Zwolennicy maczugi w słownych wojnach atakują: oskarżają, osądzają, wywołują w partnerach wstyd, strach lub poczucie winy, by skłonić ich do uległości i przeforsować swoje zdanie. Uważają, że źródłem problemów są inni i to inni powinni się zmienić, żeby sytuacja uległa poprawie. Zwolennicy ucieczki na drzewo raczej osądzają i oskarżają samych siebie – o to, że nie są wystarczająco dobrzy i że znów im się nie udało, chociaż tak się starali. Są skłonni przyznać, że to oni są źródłem problemów w relacji, chcieliby się zmienić, żeby sprawy uległy poprawie. Tylko nie bardzo wiedzą, co jeszcze mogliby robić lepiej, by wreszcie zadowolić swoich rozmówców.

Delikatnie czy po trupach?

Jeśli na miejscu Janiny odpowiedziałabyś na słowa męża kontratakiem typu: „Sam się zastanów, jaki z ciebie ojciec, tylko czepiać się potrafisz, a żeby dziecku matematykę wytłumaczyć, to już nie jesteś taki mocny w słowach!” – to znak, że raczej jesteś skłonna do chwytania maczugi i stawania do otwartej walki, w której tylko jedna osoba może zwyciężyć. Jeżeli natomiast zrobisz wszystko, by tylko uniknąć konfliktu i dla zachowania spokoju wolisz zrezygnować z dochodzenia swoich racji, prawdopodobnie wybierzesz tłumaczenie i usprawiedliwianie się w stylu: „Ja się staram, ale to taki głupi wiek. To przecież jeszcze dziecko, przejdzie jej z czasem to buntowanie się. Nie denerwuj się tak bardzo. Trzeba będzie dać jej korepetycje z matematyki, nawet już rozmawiałam z sąsiadką, ona zna kogoś dobrego”. Taki styl komunikowania się świadczy o skłonności do unikania konfrontacji i rozwiązywania konfliktów na drodze zadowalania innych.

Tacy sami?

Osoby, które skłonne są ulegać presji innych, by utrzymać poczucie bezpieczeństwa, często popełniają błąd, którego skutki mogą być odczuwalne długo i dotkliwie. Psychologowie Carl Rogers i Nina Brown zwracali uwagę na mechanizm, który powoduje, że możemy uwikłać się w relacje korzystne tylko dla jednej ze stron, w których – niestety –  nie jesteśmy stroną czerpiącą korzyści. Otóż okazuje się, że wiele osób ma skłonność do postrzegania innych przez swój pryzmat. Ma to miejsce zwłaszcza wtedy, gdy mamy do czynienia z ludźmi, których uważamy za podobnych w jakimś stopniu do nas samych. Tworzymy wobec nich – często błędne – założenie, że skoro mają podobne do naszych cechy charakteru, to z pewnością nas rozumieją i są do nas podobni pod każdym względem. Skoro ja jestem miła i jednocześnie uważam siebie za osobę liczącą się z innymi i wrażliwą na czyjeś uczucia, to zakładam, że każdy, kto jest miły, zachowa się w określonych sytuacjach tak jak ja – w sposób delikatny i liczący się z uczuciami innych.

Takie utożsamianie się z osobami pozornie podobnymi do nas powoduje, że nie jesteśmy w stanie zauważyć, że nasz rozmówca bywa miły jedynie wtedy, gdy chce coś osiągnąć i gdy sprawy idą po jego myśli. Jeśli nawet doświadczamy sytuacji, które dobitnie pokazują, że ktoś, w związek z kim zainwestowaliśmy emocjonalnie, jest obojętny na nasze uczucia i nie liczy się z naszymi potrzebami (niedotrzymane umowy, wieczne stawianie na swoim, obojętność na nasze zmartwienia i niezauważanie sytuacji, gdy potrzebujemy wsparcia), nawet gdy fakty są oczywiste, to coś sprawia, że pozostajemy na nie ślepi. Trudność obiektywnej oceny sytuacji wynika z pewnego mechanizmu, którego ciężko się wyzbyć: z naszej podatności na poszukiwanie wzmocnień podnoszących nastrój. Wszyscy lubimy przeżywać pewne uczucia i ciągnie nas do ludzi, którzy powodują, że czujemy się podniesieni na duchu. Bardzo często wiąże się to jednak z przystaniem na fakt bycia wykorzystywanym przez osoby poprawiające nam nastrój. Gdy głębiej zastanowimy się nad charakterem takiej relacji, okazuje się, że za miłe chwile trzeba zapłacić wysoką cenę.

Kiedy ktoś mówi, że jesteś niesamowita pod jakimś względem, a potem ty na fali euforii podejmujesz się zrobić coś, co niekoniecznie leży w twoim interesie, to prawdopodobnie działasz w ramach mechanizmu poszukiwania pozytywnych wzmocnień podnoszących nastrój (gdzieś w głębi duszy być może dźwięczą ci wtedy słowa z dzieciństwa: „Mamusia będzie cię kochała, jeśli będziesz grzeczna”).

Niekomfortowe sytuacje

Innym sposobem, który powoduje, że zaczynamy działać stymulowani wzbudzonymi w nas uczuciami, jest stosowanie przez rozmówców komunikatów, które wywołują w nas strach, wstyd lub poczucie winy – są to z kolei uczucia, których nie chcemy doznawać, więc jesteśmy skłonni zrobić coś, co nie leży w naszym interesie, byle tylko przestać wstydzić się, bać lub czuć winnym. I tak  jak ciągnie nas do wzmocnień pozytywnych, tak samo staramy się unikać zdarzeń, gdy – jako dzieci –baliśmy się sytuacji zawstydzenia lub obarczenia odpowiedzialnością za czyjeś postępowanie („Jeśli tego nie zrobisz – pożałujesz”, „To wstyd tak się zachowywać”, „To przez ciebie mam zszargane nerwy”).

W przytoczonej historii mąż Janiny prawdopodobnie nieświadomie usiłuje wzbudzić w niej poczucie winy za zaistniałą sytuację. Sam czuje się niekomfortowo, próbuje więc „zarazić” swoimi uczuciami żonę, by ta pod wpływem poczucia winy „coś zrobiła z sytuacją”, czyli żeby załatwiła jego problem za niego. Janina może zareagować buntem i próbować siłą „zwrócić problem” jego właścicielowi, działając pod wpływem złości (gdy wybiera maczugę) lub „przyjąć problem” na siebie i starać się go rozwiązać (gdy wybiera ucieczkę na drzewo), co jest z góry skazane na klęskę. Nie jesteśmy w stanie rozwiązać problemów innych ludzi za nich, nic dziwnego, że uczucie, które nas ogarnia w czasie takich prób, to bezsilność. W obydwu przypadkach sytuacja przypomina przerzucanie się gorącym kartoflem i nie przynosi żadnych dobrych rozwiązań.

Złapać pion

Skoro miotanie się pomiędzy złością i bezradnością nie prowadzi do poprawy relacji i rozwiązania konfliktu, co innego można zrobić, by nie dać się uwikłać i wykorzystywać? Przede wszystkim trzeba podnieść swoją odporność emocjonalną, by przestać „kupować” nie swoje uczucia i działać pod ich wpływem, niekoniecznie w swoim interesie.

Jako że osoby podatne na „łapanie” emocji są często zbyt otwarte na innych, dobrze jest zacząć od podjęcia działań, które ograniczą możliwość wpływania na nas na poziomie niewerbalnym (ochrona własnej przestrzeni) i werbalnym (nieuleganie manipulacyjnym komunikatom). Jeżeli wszystkie lub niektóre z poniższych stwierdzeń dotyczą ciebie, możesz skorzystać z proponowanych środków zaradczych:

  • Poczucie uwikłania lub obezwładnienia ogarnia mnie szybko i niespodziewanie (często „wybieram maczugę”, by radzić sobie w takiej sytuacji).
  • Uświadamiam sobie swoje uwikłanie lub obezwładnienie stopniowo (w takiej relacji korzystam często z maczugi, nie gardzę również ratowaniem się ucieczką).
  • Dopiero kiedy mam dowody zdrady, naruszenia granic lub innych krzywdzących mnie działań, przyjmuję do wiadomości, że jestem uwikłana lub obezwładniona przez czyjeś emocje (moja podstawowa strategia obrony to ucieczka na drzewo i tłumaczenie się, proszenie o zrozumienie).
  • Zdarza mi się, że inni ostrzegają mnie, że pozwalam komuś manipulować sobą, a ja niczego takiego nie dostrzegam.
  • Zdarza mi się obudzić rano z dojmującym poczuciem uwikłania i obezwładnienia.
  • Chętnie pozwalam, żeby ludzie wypłakiwali mi się w rękaw.
  • Towarzyszy mi pewność, że wiem, jak pomóc drugiej osobie.
  • Tak bardzo chcę dostrzegać dobro w innych, że ignoruję lub nie zauważam zachowań, które temu przeczą.

Zdrowy dystans

Wyobraź sobie następującą sytuację. Masz przyjaciółkę (kuzyna, partnera, matkę), która opowiada ci wyczerpująco i ze szczegółami o swoich nieszczęściach, a ty zaczynasz czuć, że stają się one po trosze twoimi nieszczęściami – przygnębiają cię i chcesz coś zrobić, by to się wreszcie skończyło. Lubisz tę osobę, ale nie chcesz przejmować jej złego nastroju. Przypomnij sobie, jak wygląda twoja postawa fizyczna, gdy dochodzi do „zarażenia się emocjami”. Czy nie jest tak, że stoisz lub siedzisz blisko tej osoby, zwrócona do niej przodem, podtrzymujesz kontakt wzrokowy, a twoja twarz wyraża współczucie lub odzwierciedla emocje rozmówcy? Żeby przestać zarażać się emocjami, warto zacząć od zmiany fizycznej postawy. W zależności od tego, jak bardzo inwazyjna jest dana relacja, można stosować wszystkie lub niektóre zachowania, by stworzyć barierę ochronną przed niechcianymi wpływami. Kiedy więc czujesz, że zaczynasz się poddawać temu, co mówi twój rozmówca, zarządź samej sobie, co następuje:
  • Nie interesuję się drugą osobą.
  • Nie podtrzymuję kontaktu wzrokowego; patrzę na nos albo czoło rozmówcy.
  • Odsuwam się powoli, zwiększając dystans.
  • Ograniczam uśmiechanie się albo odzwierciedlanie wyrazu twarzy rozmówcy.
  • Zakładam nogę na nogę.
  • Rozglądam się po pomieszczeniu.
  • Wizualizuję sobie inne miejsce, na przykład jakieś zacisze.
  • Nie poprawiam stroju, nie wygładzam fałdek na ubraniu, nie bawię się biżuterią ani włosami.
Nie poświęcaj rozmówcy całej swojej uwagi ani nie zachowuj się tak, jakby interesowało cię wyłącznie to, co on ma do powiedzenia, z pominięciem wszystkich wokół. Takie przeniesienie własnej uwagi – wycofanie się ze świata drugiej osoby i większe skupienie się na sobie – pozwoli ochronić się przed niechcianymi i nieuświadamianymi wpływami z zewnątrz i ułatwi zarządzanie własnymi decyzjami i działaniami z pozycji osoby bardziej „spionizowanej”.

  1. Psychologia

Rozumienie zamiast zrozumienia

Rozumienie polega na tym, żebyśmy umieścili w naszym systemie pojęć, emocji, pragnień, dążeń itd. to, co prezentuje druga osoba. (Fot. Getty Images)
Rozumienie polega na tym, żebyśmy umieścili w naszym systemie pojęć, emocji, pragnień, dążeń itd. to, co prezentuje druga osoba. (Fot. Getty Images)
Porozumienie jest raczej cudem niż realnością. Dlatego proponuję inny cel: rozumienie. Jeśli ono zakiełkuje, pojawia się szansa na poprawę relacji – mówi filozof, profesor Leszek Koczanowicz z Uniwersytetu SWPS.   

Różnimy się, ale żyjemy razem, więc powinniśmy się jakoś dogadać. Dlaczego nie potrafimy?
Chcę powiedzieć jasno, że nie za bardzo wierzę w pełne porozumienie. Ono jest raczej cudem niż realnością. Normalnym stanem, co potwierdza literatura, psychologia, socjologia, wydaje się raczej konflikt, ścieranie się interesów. Porozumienie jest niemożliwe z jednego powodu – dlatego że i tak wszystko odnosimy do siebie, że nie jesteśmy w stanie z siebie zrezygnować. Już Jezus w słynnym kazaniu na górze Synaj powiedział: kochaj bliźniego jak siebie samego, a nie: kochaj siebie samego jak bliźniego swego. Zakładał zatem, że każdy z nas jest w naturalny sposób egocentryczny.

Ale od czego mamy rozum?
Politolodzy zauważają zgodnie, że przekonania polityczne nie są racjonalne. Ludzie mogą, oczywiście, przedstawiać takie czy inne argumenty, ale one tak naprawdę mało kogo przekonują. To znaczy: te argumenty są potwierdzeniem albo też radykalnym zaprzeczeniem tego, co ludzie już i tak z góry wiedzą, do czego są przekonani. Podobnie jest w życiu małżeńskim, co potwierdzają psychoterapeuci zajmujący się terapią par. Otóż okazuje się, że ludzie kierują się bardzo mocno schematami życiowymi, w psychologii nazywa się je skryptami albo utrwalonymi postawami. I w zasadzie bardzo trudno jest je przełamać, być może nawet to niemożliwe.

To brzmi strasznie pesymistycznie.
Raczej realistycznie. Zaproponowałem politykom, ale ta propozycja może odnosić się do ludzi w ogóle, żeby przyjęli inny cel: rozumienie, a nie porozumienie. Moim zdaniem najważniejsze jest to, żeby spróbować zrozumieć drugą stronę mimo dzielących nas różnic, czasem bardzo głębokich.

Na czym to rozumienie ma polegać?
Na tym, żebyśmy umieścili w naszym systemie pojęć, emocji, pragnień, dążeń itd. to, co prezentuje druga osoba. My się nie musimy z tym zgadzać, powinniśmy jednak dopuścić to do siebie. Do takiej koncepcji zainspirowały mnie rozmowy z ludźmi, między innymi z moją żoną, która opowiedziała mi o tym, jak była zszokowana, kiedy jako młoda dziewczyna usłyszała od koleżanki:  „Rozumiem cię, ale tego nie akceptuję”. Mojej żonie wydawało się, że jak się kogoś rozumie, to znaczy, że trzeba to zaakceptować. Ale nie na tym polega rozumienie. Ważne jest, po pierwsze, samo otwarcie się, chęć wejścia w dialog, słuchanie drugiej osoby. To już jest wyraźne przełamanie, bo oznacza wyjście poza samego siebie, próbę umieszczenia w sobie kogoś innego. Po drugie, to nigdy nie jest proces bez konsekwencji. Przyjmując argumenty kogoś innego, otwierając się na inne racje, trochę także zmieniamy siebie. Ale na ogół nie jest to radykalna zmiana, choć, oczywiście, i takie się zdarzają, gdy na przykład ludzie nagle się na coś nawracają, co psychologowie nazywają konwersją. Generalnie jednak takie otwarcie się na drugą osobę, jeżeli ten proces jest niezakłócony, ma charakter spirali, to znaczy raz mówi interlokutor, a my słuchamy, a potem odwrotnie. No i jeżeli obydwie strony zaakceptują ten proces, to można go ciągnąć właściwie w nieskończoność.

Załóżmy nawet, że wzajemnie się rozumiemy, nikt jednak nie ma zamiaru ustąpić. Co dalej?
Z punktu widzenia mojej koncepcji jedno rozwiązanie jest takie, że ktoś po prostu narzuci swoje zdanie, a inni się mu podporządkują. Jedni chętnie, inni niechętnie. W większości przypadków jest to wygodne. Drugie wyjście, bardziej optymistyczne, polega na tym, że wszyscy nawzajem zaczynają rozumieć swoje postawy, że się zastanawiają: „Dla niego to niesłychanie ważne, a czy dla mnie również?”. Mechanizm takiego rozumienia, które nazywam za rosyjskim filozofem Michaiłem Bachtinem refleksyjnym, wydaje mi się kluczowy w relacjach międzyludzkich.

Bać się różnorodności?
Zdecydowanie nie, to cecha demokracji. Jedność natomiast jest cechą systemów totalitarnych. Demokracja to ciężki system do życia, bo nic nie jest z góry określone. Dlatego po jakimś czasie dochodzi do głosu mechanizm zmęczenia różnorodnością, tęsknota za porządkiem, twardą ręką. Jak wynika z badań socjologicznych, postawy niedemokratyczne wielu Polaków wynikają właśnie ze zmęczenia różnorodnością. Jedna z moich doktorantek trafnie określiła demokrację jako system neurotyczny, bo wymaga od nas akceptacji punktów widzenia absolutnie nam obcych. W systemie totalitarnym wszyscy mówią tym samym głosem, co najwyżej narzekają po kątach. No, ale wiemy, że systemy totalitarne się nie sprawdzają.

Także te domowe.
Oczywiście. Do czego bowiem doprowadza narzucona jedność? Do unieszczęśliwienia rodziny albo do jej rozpadu. Poszanowanie różnorodności jest po prostu zdrowsze. I wzbogaca obie strony. Jeżeli kobieta ustępuje mężowi z miłości, bo na przykład rozumie, że on tak został wychowany, to on to doceni, a potem też będzie starał się ją zrozumieć, a wtedy z kolei ona to doceni. Tu nie chodzi o wymianę, ale o samo rozumienie drugiej strony. Jeśli ono zakiełkuje, to życie małżeńskie, społeczne, polityczne ma szansę rozkwitnąć.

Leszek Koczanowicz profesor doktor habilitowany, filozof z Wydziału Zamiejscowego Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu. Zajmuje się filozofią współczesną, teorią polityczną, filozofią polityczną, a także metodologią nauk społecznych. Wykładał na Uniwersytecie w Buffalo i na Columbia University w Nowym Jorku. Autor m.in. książki „Wspólnota i emancypacje: spór o społeczeństwo postkonwencjonalne”. Laureat konkursu „Mistrz” Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

 

  1. Psychologia

Zrozumieć siebie. Czy wiesz, czego chcesz?

Znajomość własnych wartości to, inaczej mówiąc, samoświadomość, umiejętność bycia autentycznym, bez względu na to, jak jest to odbierane przez otoczenie. (Ilustracja Getty Images)
Znajomość własnych wartości to, inaczej mówiąc, samoświadomość, umiejętność bycia autentycznym, bez względu na to, jak jest to odbierane przez otoczenie. (Ilustracja Getty Images)
Powiedz mi, co dla ciebie ważne, a powiem ci, kim jesteś. Znajomość własnego systemu wartości to klucz do szczęścia!

Kiedy po podjęciu ważnej decyzji odczuwasz satysfakcję i wewnętrzny spokój, oznacza to, że zrobiłaś to w zgodzie ze sobą. Jeśli bliżej ci do frustracji – zignorowałaś rzeczy dla siebie istotne. Pytanie: czy wiesz, co jest dla ciebie ważne? Czy może kierujesz się cudzym systemem wartości? Robisz coś, bo tak trzeba, bo tak wypada? Większość z nas nie myśli na co dzień o rzeczach naprawdę głębokich. Koncentrujemy się raczej na sprawach bieżących. Stąd zwykle podejmujemy decyzje, z których nie do końca jesteśmy zadowoleni, godzimy się na rzeczy, których potem żałujemy. Rada? Dotrzeć do własnego systemu wartości. I kierować się nim w życiu.

Poznaj swoje wartości

– Powodów, dla których dobrze znać swoje wartości, jest cały szereg – mówi coach Łukasz Wieczorek. – Po pierwsze, pomagają dokonywać wyborów. Na przykład kiedy chcesz zrobić krok do przodu w karierze, a obecna praca nie spełnia żadnego z punktów na liście twoich wartości, to mało prawdopodobne, abyś się w niej spełniała. Wybór okazuje się prosty – jeżeli chcesz się realizować, musisz zmienić miejsce zatrudnienia. Druga kwestia to umiejętność filtrowania. Jeśli nie jesteś pewna, jak zareagować na osobę, problem czy możliwość – po prostu zdajesz się na swoje wartości. Po trzecie i najważniejsze, znając swoje priorytety, zwiększasz poczucie szczęścia.

Gdy dostosujesz codzienne działania, decyzje i zachowania do swoich wartości, poczujesz, że wszystko przychodzi ci bez wysiłku, że jesteś w stanie „swobodnego przepływu”, tzw. flow. To stan, w którym zapominasz o świecie zewnętrznym, o upływającym czasie, nie wybiegasz myślami do przodu, nie analizujesz wciąż na nowo przeszłości – przeżywasz życie dokładnie w tym momencie, kiedy się ono wydarza. – W dużym skrócie, wartości umożliwiają pozbycie się z życia tego, co do niego nie pasuje, oraz włączenie do życia tego, co pasuje – mówi Łukasz Wieczorek.

Odwaga i autentyczność

Znajomość własnych wartości to, inaczej mówiąc, samoświadomość, umiejętność bycia autentycznym, bez względu na to, jak jest to odbierane przez otoczenie. Życie zgodnie ze swoją hierarchią wcale nie musi oznaczać stanu niekończącej się radości. Czasami wręcz przeciwnie. Dlatego bycie autentycznym wymaga odwagi i determinacji.

Każdy człowiek jest inny i prawdopodobnie każdy ma swój unikalny zestaw priorytetów. Całkiem możliwe też, że co innego dla każdego znaczą. Dla jednej osoby największą wartością jest na przykład wolność i rozumie to jako niezależność finansową, dla innej to też jest wolność, ale postrzega ją bardziej jako niechęć do stałych związków. Dlatego tak ważna jest głębsza analiza – co dana wartość oznacza dla ciebie.

Bywa również, że jedna z wartości jest w opozycji do systemu wartości bliskiej osoby. I jeśli dana relacja jest istotna, potrafimy zaprzeczać własnym priorytetom lub nawet je wypierać. Niektórzy są w stanie w ten sposób żyć latami. Ale czy czują się spełnieni? Zbyt długie czy zbyt częste trwanie w stanie nieautentyczności prędzej czy później doprowadza do napięć, do poczucia braku wewnętrznej równowagi, harmonii.

– Konflikt z ideałami powoduje stres i kosztuje dużo wysiłku – mówi Łukasz Wieczorek. – Energia, którą pochłania oddalanie się od własnych zasad, wyczerpuje, czyniąc życie walką.

Lista wartości

Ustalenie kompletnej listy wartości może na początku wydawać się trudne. Pomoże ci w tym poniższe ćwiczenie. Wymaga skupienia i wykonania go bez pośpiechu. Możesz skorzystać z gotowej listy wartości wskazanych przez psychologów, np.:  miłość, akceptacja, wolność, bezpieczeństwo. Wybierz z niej to, co wydaje się dla ciebie ważne, i na tej podstawie stwórz swoją listę. Owszem, jest szansa, że należysz do grona szczęściarzy, którzy nie mają problemu z określeniem, co jest dla nich ważne, jednak większość z nas ma. Działamy w wypracowanym schemacie, iluzorycznej strefie komfortu, realizujemy marzenia, nie wiedząc nawet, czy są naprawdę nasze, czy może zapożyczoną wizją z najnowszej reklamy.

Symptomem, że podążasz za niewłaściwymi celami, jest to, że czujesz się nie do końca szczęśliwa, chociaż teoretycznie nie masz ku temu powodów. Kiedy myślisz o własnym życiu, wszystko wydaje się w porządku, jednak ty wciąż odczuwasz wewnętrzne napięcie, frustrację, niewyjaśnioną tęsknotę. Być może początek roku to najlepszy czas, żeby przeanalizować, czego pragniesz? W którym kierunku zmierzasz?

Oczywiście, nie należy popadać w skrajność. To zrozumiałe, że niekiedy sami rezygnujemy z czegoś, co jest dla nas ważne, na rzecz kogoś bliskiego. Jest jednak różnica w tym, czy robimy to świadomie, czy też błądząc po omacku w życiowych meandrach. Poza tym ustalanie wartości nie jest jednorazowym zadaniem. Z biegiem lat hierarchia będzie się zmieniać. To, co było ważne dla dziecka (miłość, poczucie bezpieczeństwa), zmienia się, kiedy stajemy się nastolatkami (wolność, niezależność) i będzie się zmieniać z upływem czasu. Stąd warto do tego tematu powracać, aby „być ze sobą na bieżąco”.

  1. Zwierciadło poleca

Polityka dzieli, ale czy musi? Rozmowa z prof. Krystyną Skarżyńską

Profesor Krystyna Skarżyńska poszukuje
Profesor Krystyna Skarżyńska poszukuje "okoliczności łagodzących" dla politycznych sporów. (Fot. Forum)
Co może sprawić, że zamiast się kłócić albo unikać rozmowy, zdołamy się zrozumieć? Zaufanie? Szacunek? Podmiotowość? Profesor Krystyna Skarżyńska poszukuje "okoliczności łagodzących" dla politycznych sporów.

Polityka i sposób jej uprawiania na pewno wpływają na codzienne relacje międzyludzkie. Jak?
Nie mam prostej odpowiedzi na to pytanie. Związki między polityką a emocjami i zachowaniem się obywateli mogą być bardzo różne. Czy jest coś takiego, co widzą wszyscy (choć może inaczej interpretują, zależnie od sympatii i wiedzy o świecie)? Czymś dość powszechnie odbieranym jest ogólny klimat uprawiania polityki – jego dwie „wersje”: względny spokój, kompromis i włączanie do rozwiązywania problemów ludzi z różnych opcji politycznych albo walka z przeciwnikami politycznymi plus protesty różnych grup społecznych. Im bardziej przeciwnik staje się wrogiem i im bardziej rozszerza się krąg osób uznawanych za wrogów, tym wpływ polityki na relacje międzyludzkie, na funkcjonowanie instytucji publicznych, samorządów lokalnych, mediów staje się wyraźniejszy.

I ludzie zaczynają od polityki stronić?
Nie do końca. Polityka zaczyna wtedy dotykać wszystkich obywateli, także tych, którzy nie interesują się nią albo celowo chcą od niej uciec, bo wydaje im się brudna, niemoralna, zakłamana. Można próbować ograniczyć „pole rażenia” polityki, udając się na „emigrację wewnętrzną”, rezygnując z kariery zawodowej, uciekając w Bieszczady (wiele osób tak robiło w trudnych latach PRL), wyjeżdżając z kraju; ale niepokój czy poczucie straconych szans rozwoju, zmarnowanego talentu lub rozbicia rodziny – pozostają.

Wszyscy – chcąc nie chcąc – stajemy się „stronami konfliktu”.
Tak. Dodatkowo gdy jawna agresja słowna, groźby, fałszywe oskarżenia, odbieranie głosu stają się chlebem codziennym – następuje w społeczeństwie wzrost gotowości do posługiwania się agresją w codziennym życiu. „Ryba psuje się od głowy”: skoro władza nie kontroluje swoich wrogich emocji, a media bez oporu je multiplikują, to i ja, zwykły człowiek, też nie muszę uważać na to, co mówię i czy kogoś to boli.

Czy ten proces przekłada się także na relacje z najbliższymi? Polityka w agresywnym wydaniu może dotknąć rodzin?
Może. Ostry konflikt polityczny (zwłaszcza polaryzacja polityczna – podziały w wielu różnych sferach życia) może prowadzić albo do próby wyraźnej separacji od polityki przy rodzinnym stole i w małżeńskim łóżku, albo do gwałtownych kłótni, psujących relacje z bliskimi lub tylko świąteczny nastrój, a czasem powodujących zerwanie kontaktów na długie miesiące.

Bo taka wojenna dyskusja nie jest próbą przekonania do swoich poglądów, ale walką o udowodnienie racji.
Rzadko się zdarza – ale jednak jest to możliwe – spokojna rozmowa z żoną, ojcem czy teściową o tym, dlaczego bliska mi osoba ma tak różne od moich poglądy czy oceny danej partii. To nie jest prawda, że emocje zawsze blokują myślenie. Nowe badania przekonują, że gdy o sprawach wzbudzających emocje zaczynamy myśleć, odwołując się do własnych wartości i kryteriów moralnych, nasze myślenie jest logiczne i może doprowadzić do porozumienia. Moje „obserwacje uczestniczące” pozwalają dodać jeszcze jeden czynnik, od którego zależy, czy rozmowa osób o rozmaitych poglądach politycznych poprowadzi do rodzinnej kłótni,  czy do rozwoju: im w rodzinie więcej wzajemnego szacunku i uznawania podmiotowości każdego jej członka, tym mniejsze jest ryzyko podejmowania rozmów o polityce. Myślę, że tak jest nie tylko w rodzinie…

Także wśród przyjaciół i partnerów w pracy.
Od przyjaciół oczekujemy podobieństwa poglądów w ważnych dla nas  sprawach. Co więcej, im jakaś kwestia jest dla nas bardziej istotna, tym nawet niewielka odmienność poglądu przyjaciela staje się denerwująca, budzi niepokój. Często podejmujemy próbę przekonania przyjaciela do naszego stanowiska, wyolbrzymiając różnice, nawet sprowadzając je do absurdu. Przyjaciela to złości, rozstajemy się w gniewie, trudno potem o poważną rozmowę. To nie jest dobra strategia dla osiągnięcia konsensusu. Zwłaszcza wśród osób, dla których polityka i kwestie ideologiczne są bardzo ważne, stanowią część ich tożsamości.

A w pracy?
Tutaj też bywa różnie. Gdy konflikt polityczny między różnymi grupami społeczeństwa jest rozlany i wszechogarniający, pojawiają się tendencje faworyzowania „swoich” (przy okresowych ocenach, zleceniach ważnych i wysoko płatnych zadań, ustalaniu terminów urlopów itp.). Nie zawsze są to decyzje świadome, choć bywają i takie. Z drugiej strony – wiadomo, że środowiska wewnętrznie zróżnicowane (także pod względem orientacji politycznej) są bardziej twórcze niż środowiska jednorodne. Spojrzenie na rozwiązywany problem z różnych perspektyw światopoglądowych czy politycznych (np. lewicowej i prawicowej, liberalnej i konserwatywnej) często przynosi dobre efekty. Jednak wiele zależy od osobowości i kultury bycia współpracowników – czyli tak jak w rodzinie. Gdy w zespole jest osoba, która codziennie mówi o swojej orientacji politycznej czy preferencji partyjnej i podkreśla jej „wyższość moralną” – trudno o dobrą współpracę.

Dzisiaj jest już tak, że polityka staje się kwestią nie tyle poglądów, ile systemu wyznawanych wartości. Zgadza się pani z taką konstatacją?
W wielu kwestiach poglądy są wyrazem uznawanych przez daną osobę kryteriów oceny dobra i zła (czyli zasad moralnych). Ale czasem wypowiadamy poglądy, które nie są ich pochodną.  Są raczej wynikiem tego, że były często powtarzane w mediach lub przez ważną dla nas osobę, albo wyrażają nasze emocje.

Słowo „dialog” ma dziś jakąś wartość w rzeczywistości politycznej?
Wypracowywanie wspólnych stanowisk wobec konkretnych spraw jest możliwe przy spełnieniu pewnych warunków. Jednym z nich jest uważne słuchanie „drugiej strony”, brak pośpiechu, równe traktowanie wszystkich uczestników sporu (np. dawanie wszystkim tego samego czasu na prezentowanie stanowiska), korzystanie z wiedzy ekspertów. Badania psychologów z Uniwersytetu Humanistycznospołecznego SWPS, prowadzone kilka lat temu, pokazały, że nawet w tak spornych sprawach, jak sposób prowadzenia edukacji seksualnej w szkołach czy miejsce budowania osiedlowej spalarni śmieci, można dojść do porozumienia między ludźmi o skrajnie różnych poglądach na te tematy. Co więcej, nawet w tych grupach, w których nie doszło do uzgodnienia wspólnego stanowiska, uczestnicy debat nabrali przekonania, że warto dyskutować.

Żeby móc z kimś dyskutować sensownie, prowadzić dialog,  potrzebne jest zaufanie – trzeba ufać, że ktoś  nas nie oszuka.
Rola zaufania w życiu społecznym i w polityce to temat rzeka. Ale to nie jest kategoria polityczna, tylko psychologiczna, która dla polityki ma znaczenie i jest w polityce wykorzystywana.

Zaufanie w polityce to coś innego niż w zwykłym życiu?
Jest co najmniej kilka rodzajów zaufania: do bliskich (rodziny, przyjaciół, bliskich znajomych), zaufanie zgeneralizowane (czyli wyjściowa postawa wobec osób, których nie znamy osobiście lub mało znamy, wyrażająca się przekonaniem, że „ludzie w ogóle” zwykle są w porządku, nie mają intencji, by nas oszukać czy w inny sposób skrzywdzić – można więc im ufać), oraz zaufanie do instytucji publicznych (służby zdrowia, szkoły publicznej, administracji, sądów, policji, mediów, partii politycznych). Setki badań prowadzonych w różnych krajach świata wskazują, że zgeneralizowane zaufanie oraz zaufanie do takich instytucji publicznych, jak parlament, partie polityczne, wolne wybory, wiąże się z akceptacją zasad liberalnej demokracji przedstawicielskiej.

Czasami zaufanie zastępuje zrozumienie.
Tak, zaufanie i nieufność – ponieważ są często używanymi, a więc łatwo dostępnymi kategoriami myślowymi – często wpływają na postawy wobec takich ogólnych działań politycznych, co do których ludzie nie mają dużej wiedzy. Polityka prowadząca do wzrostu nieufności i polegająca na straszeniu społeczeństwa przynosi poważne skutki negatywne zarówno dla relacji międzyludzkich, jak i międzygrupowych i międzynarodowych. Daniel Bar-Tal wprowadził do psychologii termin „mentalność oblężonej twierdzy”. Pokazuje, jak emocja strachu, często pojawiająca się w publicznym dyskursie, wywołuje szeroko podzielane przekonania, które są destruktywne dla całego społeczeństwa.

Strach paraliżuje społeczeństwo i uskrzydla polityków...
Oczywiście! Utrwalone poczucie zagrożenia zawęża społeczną perspektywę. Prowadzi do oczekiwania przyszłych zagrożeń na podstawie zapamiętanych ( a czasem błędnie zinterpretowanych) doświadczeń, obniża trafność analizy teraźniejszości, koncentruje uwagę na zagrożeniach, dostrzega je na każdy kroku. Wzmaga to nieufność do potencjalnych przeciwników i w końcu prowadzi do przemocy wobec tych, których za zagrożenie uważa (choć realnych jego oznak nie ma). Politycy nie mogą społecznych zagrożeń lekceważyć, ale nie powinni ich eskalować. Budowanie nadziei społecznych nie polega na myśleniu życzeniowym i nierealistycznym optymizmie polityków; raczej wymaga przedstawiania atrakcyjnych i realistycznych programów osiągania ważnych dla społeczeństwa celów. Niestety, politycy często mają tendencję uważać, że ich osobiste marzenia i cele są powszechnie podzielane. Im dłużej są przy władzy, tym silniej są o tym przekonani.

Krystyna Skarżyńska, prof. dr hab., psycholożka, pracuje w SWPS, zajmuje się postawami wobec agresji w życiu publicznym, rozumieniem wolności i rolą zasad moralnych w polityce. W listopadzie ukaże się jej książka „My. Portret psychologiczno-społeczny Polaków z polityką w tle” (Scholar).