1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. 6 codziennych nawyków, które czynią szczęśliwym

6 codziennych nawyków, które czynią szczęśliwym

fot. 123rf
fot. 123rf
Często wydaje nam się, że szczęście w życiu pojawi się, gdy znikną nasze problemy. I w ten sposób koncentrujemy się na nich, nie na szczęściu. Zapominamy, że mamy nad nim kontrolę. Jak świadomie zaprosić szczęście do swojego życia.

W czasopiśmie „Emotion” opublikowano wyniki badań, z których wynika, że codzienne praktykowanie sześciu nawyków, poprawia poziom szczęścia. Oto one:

1. Koncentracja na ważnych celach życiowych. 2. Kierowanie energii do wewnątrz, czyli świadomy kontakt ze swoimi myślami i uczuciami. 3. Życzliwość. 4. Optymistyczne myślenie. 5. Wizualizacja szczęśliwej przyszłości. 6. Wyrażanie wdzięczności.

Praktykowanie wyżej wymienionych punktów podnosi zadowolenie z życia, jeśli staną się one codziennymi nawykami i jeśli będziemy o nich pamiętać przez dłuższy czas. Przynajmniej kilka tygodni. Potrzebna jest też decyzja o zmianie i podjęcie wysiłku, by zmienić okoliczności, które oddzielają nas od marzeń. Badania udowadniają, że aby podnieść poczucie szczęścia, nie ma znaczenia, co robisz i jak to robisz. Kluczowa jest motywacja, żeby stać się szczęśliwszym. Ona wpływa na to, że podejmujemy działania, które poprawiają samopoczucie na tyle, że mamy w sobie życiową energię, dzięki której realizujemy najgłębsze pragnienia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Fikcyjny męski świat - jakiego szczęścia szukają mężczyźni?

Ucieka przed szczęściem, które ma w sobie, ale jeszcze tego nie odkrył. Tworzy w swojej głowie idealną wirtualną rzeczywistość i tam żyje. (fot. iStock)
Ucieka przed szczęściem, które ma w sobie, ale jeszcze tego nie odkrył. Tworzy w swojej głowie idealną wirtualną rzeczywistość i tam żyje. (fot. iStock)
Jeśli marzenia przesłaniają radość z realnego życia, to jest sytuacja alarmująca. Toniemy w fikcji. Oddajemy władzę nad sobą. Tego my, mężczyźni, nie lubimy – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

On mówi, że najbardziej marzy o podróży dookoła świata albo o spędzeniu roku w Aśramie, albo o żeglowaniu po morzach i oceanach. Ona słucha i nie może w to uwierzyć…
Coraz więcej takich par przychodzi po pomoc. Marzyli o wspólnym życiu, często coś już razem zbudowali, mają dzieci, mieszkanie na kredyt, pracują, starają się, a tu nagle mężczyzna tęskni za rajem gdzieś indziej, nie wiadomo gdzie, w każdym razie nie tutaj, nie w tych warunkach. To jest gra w „gdyby nie wy”; gdyby nie te czasy, rodzina, praca, obowiązki, gdyby nie ten kraj, klimat, okoliczności, moje życie byłoby cudowne!

Gdyby nie ta kobieta…
Tak, wszystko jest nieodpowiednie – krajem rządzą idioci, szef i współpracownicy to banda przygłupów. Klimat niesprzyjający. A rodzina? Ci mężczyźni często mówią: „Tylko obowiązek mnie trzyma. Ale tak w ogóle to przegrałem życie”. Albo: „Gdybym wiedział, że to tak będzie wyglądało, trzy razy bym się zastanowił, zanim założyłbym rodzinę”. Mówią to w obecności swoich kobiet, partnerek. Fatalnie! Jak te kobiety mogą się czuć? „Szczęście dla niego jest gdzieś poza mną, poza naszą rodziną”. To rodzi ogromny smutek, cierpienie.

Kobiety biorą odpowiedzialność na siebie: „A więc nie jestem dla niego wystarczająco dobra, ze mną nie może być szczęśliwy”. Czy mężczyźni o tym wiedzą?
Tak, często zapewniają: „To nie ma z tobą nic wspólnego”. W gabinecie psychoterapeuty kobiety płaczą, nie wierzą w te zapewnienia.

Przed czym on ucieka?
Powiedzieć, że przed prawdziwym życiem, to byłoby zbyt trywialne. Ucieka przed szczęściem, które ma w sobie, ale jeszcze tego nie odkrył. Tworzy w swojej głowie idealną wirtualną rzeczywistość i tam, w tej fikcji, żyje. O takich właśnie zagrożeniach związanych z ucieczką w świat fikcji traktuje amerykański serial „Czarne lustro”. W pierwszym odcinku nowej serii programista tworzy zaawansowaną grę komputerową. W tej wirtualnej rzeczywistości gra główną rolę. Bardzo szybko staje się ofiarą własnej gry, ponieważ nie może z niej wyjść. Film jest dobrą metaforą, jak łatwo utknąć w wewnętrznej grze umysłu, ponieważ wydaje się taka realistyczna, prawdziwa. Ci mężczyźni, którzy tworzą fikcyjne, idealne światy, mają tendencję do zamykania się w nich, a w końcu pogrążania.

W jaki sposób?
Mężczyznę tak pochłania jego własna wirtualna rzeczywistość, że nie widzi dziecka, które przychodzi i chce na przykład wyciągnąć tatę na spacer. Mówi do dziecka: „Idź z mamą”. Albo synek pokazuje rysunek, ale ojciec jest psychicznie nieobecny, nie odwzajemnia potrzeby kontaktu dziecka, docenienia, miłości.

Słyszę, że coraz więcej młodych mężczyzn marzy o długim odosobnieniu, najlepiej w klasztorze w górach. To także forma ucieczki?
Po powrocie może się okazać, że czujemy się zagubieni, oderwani od realiów. Dlatego wielu współczesnych mistrzów zaleca raczej kilkudniowe odosobnienia i codzienną praktykę jako dużo bardziej użyteczne sposoby wzmacniania motywacji do życia. Dosyć powszechną formą ucieczki jest też funkcjonowanie od urlopu do urlopu albo od weekendu do weekendu.

Pół roku intensywnej pracy w napięciu i stresie po to, aby wyjechać na dwa tygodnie do raju?
A potem okazuje się, że raj wcale nie jest rajem – bo brak, który mamy w sobie, rzutujemy na wszystko wokół; wszystko wydaje się nie takie. Szczęście jest za horyzontem, a horyzont, gdy idziemy w jego kierunku, stale się oddala. Przez pięć dni się mordujemy, w weekend imprezujemy, potem leczymy kaca, a szczęścia i ulgi dalej nie ma.

Nie sposób odpocząć?
Wyjazdy wakacyjne na deskę czy na narty przestają być zdrową formą dbania o siebie, ładowania akumulatorów. Stają się celem samym w sobie, pogonią za czymś, co nieosiągalne. Nam, mężczyznom, brakuje odpowiedniej filozofii życia, wspierającego podejścia do tego, co się wydarza. Filozofia stoików i taoistów byłaby tu bardzo użyteczna. Taoiści mówili, że mędrzec poznaje świat, nie ruszając się z miejsca. Mędrzec to nie starzec z siwą brodą, ale ten, kto odkrył, zrozumiał bezpośrednią ścieżkę do wewnętrznej wolności i szczęścia – ten ktoś może mieć 30 lat. Umie cieszyć się życiem tak mocno jak się da. Uświadomienie sobie, że nie mamy innego życia oprócz tego, które mamy, może być bardzo otrzeźwiające. Skoro tak, bierzemy, co jest!

Szczęście jest stanem wewnętrznym, który zależy od nas. Jak miałoby to wyglądać w praktyce?
Szczęście to sposób percepcji. Wielu mężczyzn zgłasza na przykład wielkie zmęczenie kłótniami polityków, podziałami w rodzinach. Najlepsze, co możemy zrobić, to widzieć, co się dzieje – tak, kłócą się, plotą głupoty – a jednocześnie pytać siebie, czego uczę się z tych obserwacji, jak mogę się do nich odnieść, na co mam wpływ, co zależy ode mnie. Łatwo zauważyć, czego nie chcemy. Czego więc chcemy? Stoicy zwracali uwagę, abyśmy koncentrowali się na tym, co zależy od nas, i podejmowali kroki kształtujące życie w zgodzie z naszymi wartościami. Wyjściowe założenie, że nie mogę żyć tak, jak chcę, ponieważ przeszkadzają mi w tym rodzina, rząd, kraj, ustrój, warunki, jest – już na starcie – pozbawianiem siebie możliwości rozwoju, sprawczości i spełnienia. Oddajemy władzę nad sobą czemuś poza nami. Nieprzyjemne uczucie. Wzmacnia izolację, stany depresyjne, poczucie przegranej, frustrację. Jednak otwarcie na radość wcale nie jest proste. Wywraca świat do góry nogami, a kto to lubi.

W jakim sensie?
Gdy pielęgnujemy przekonanie, że tu jest syf, a gdzieś jest raj (tylko nas tam nie ma), świat wydaje się uporządkowany; wiadomo, czego się trzymać, są ustalone, niepodważalne punkty odniesienia. Teoretycznie wiemy już, że możemy otworzyć się na przeżywanie i doświadczanie radości. Nie możemy jednak tego zrobić, ponieważ jesteśmy uzależnieni od swojego nieszczęścia. Nie w sensie mentalnym – intencjonalnie przecież każdy chce być szczęśliwy. Trudno zmienić wewnętrzny stan, ponieważ utrwalił się w naszych ciałach, w neurologii, w nawykach. Jeśli zaczynamy i kończymy dzień tak samo – z tymi samymi myślami, powtarzanymi przez lata opiniami o świecie, o życiu – wtedy wytwarzamy w sobie identyczne jak dotąd stany psychiczne i emocjonalne. Te stany z kolei sprawiają, że działamy ciągle tak samo, toniemy w nawykowych zachowaniach.

Co może być skutecznym sposobem zmiany?
Tworzenie nowych, zdrowych nawyków. Choćbyśmy sobie w kółko powtarzali: „Niechby się wreszcie coś zmieniło”, nic się nie zmienia, ponieważ ciągle produkujemy tę samą chemię w mózgu i w ciele, która podtrzymuje znany nam stan. Czasem zdarza się coś wstrząsającego, nierzadko dramatycznego, co wybija z rytmu życia i wymusza zmianę. Nie warto jednak na to czekać.

W jaki sposób mężczyzna może zacząć tworzyć nowe, zdrowe nawyki?
Od zrobienia czegoś inaczej – poeksperymentowania, choćby na początku z ciekawości i dla zabawy. Na przykład zamiast porannej kawy pijemy herbatę albo sok owocowy. Zamiast przeglądania codziennej prasy idziemy na spacer, słuchamy muzyki. Dostarczamy sobie pozytywnych bodźców. Na naszą neurobiologię wspaniale działa na przykład kontakt z pięknem, ze sztuką. Wiele dzieł sztuki, obrazów, na które być może nie byłoby nas stać, możemy obejrzeć w Internecie. Chodzenie nago po mieszkaniu i wykonywanie zwykłych czynności, takich jak gotowanie czy sprzątanie, może generować zmianę w neurobiologii, ponieważ przełamuje rutynę. Po prostu od czasu do czasu zróbmy coś innego niż do tej pory. Jeśli lubimy samotność, zaprośmy do siebie znajomych. Jeśli dużo imprezujemy, pobądźmy w samotności. Przełamując stereotypowe zachowania, przebudowujemy sieci neurologiczne w mózgu. My, mężczyźni, lubimy spektakularne zmiany. Tymczasem wielką różnicę czynią małe, codzienne wybory, zmiana nawyków, wspierające interpretacje tego, co się dzieje. Jest jeszcze jeden aspekt naszego tematu: mężczyznom trudno docenić to, czym w istocie gardzą.

„Mam się cieszyć tym przegranym życiem?”.
To, oczywiście, trudne do przyjęcia. Dlatego dobrze zacząć od obserwowania uczucia pogardy – do kraju, warunków, obowiązków. Gdy zaczynamy przyglądać się, czym pogarda jest, z czego wynika, do czego prowadzi, czym owocuje, być może uznamy, że nie chcemy już tego doświadczać. Że to od nas zależy, jak przeżywamy życie. Że w naszej mocy jest odzyskać władzę nad sobą, ten męski raj.

  1. Psychologia

Wolniej znaczy lepiej

Slow life daje spokój. Przestajesz się bać, że życie upływa, bo żyjesz ze świadomością, że na każdym etapie może być fajne. (Fot. iStock)
Slow life daje spokój. Przestajesz się bać, że życie upływa, bo żyjesz ze świadomością, że na każdym etapie może być fajne. (Fot. iStock)
Jeździmy coraz szybszymi samochodami, korzystamy z coraz szybszych komunikatorów i ekspresowych usług. Wszystko po to, żeby zaoszczędzić czas. A mamy go coraz mniej. To jeden z największych paradoksów współczesności. Skoro życie w tempie fast się nie sprawdziło, może pora przestawić się na slow?

Artykuł archiwalny. 

Twój dzień na ogół wygląda tak: zanim wyjdziesz z domu, gotujesz zupę, robisz śniadanie, pakujesz do tornistra dziecka kanapki, zbierasz myśli przed ważnym zebraniem. W pracy młyn. W drodze powrotnej zakupy, zebranie w szkole, lekarz, jakiś urząd. A potem jeszcze szybciej – obiad, sprzątanie, odrabianie z dziećmi lekcji. Co chwila dzwoni telefon, ktoś prosi cię o przysługę, z kimś ty musisz porozmawiać, odbierasz mejle, zerkasz w telewizor. Masz poczucie totalnego braku czasu. Mimo że wyręcza cię pralka, zmywarka, robot kuchenny. Mimo że płacisz rachunki przez Internet, a wiele usług możesz mieć na telefon. A pomyśleć, jak żyli nasi dziadkowie. Jeździli bryczkami, pisali papierowe listy, nie używali tych wszystkich dostępnych nam sprzętów, telefonów komórkowych i komputerów. I mieli na wszystko czas. Jak to możliwe?

Więcej i szybciej

Profesor antropologii kulturowej UAM Waldemar Kuligowski zauważa, że żyjemy dzisiaj w czasach rozproszonej uwagi. Jego studenci słuchają wykładu, jednocześnie odbierając i wysyłając SMS-y, najkrótsze jak się da: „jadę”, „już”, „pozdr.”. Większość z nas żyje w stanie nieustannej gotowości, ale do przekazania mamy niewiele.

– Dzisiaj sama technologia stała się przekazem – uważa profesor Kuligowski. – Ona nas uwodzi, zniewala, zaczarowuje, a w istocie jest komunikatorem banału, zbędności. Przez to, że jesteśmy stale dostępni, znika wydzielony, osobny, świąteczny czas wolny.

Według profesora innym znakiem naszych czasów jest niecierpliwość. Wpadamy w furię, gdy siedząc przed komputerem, czekamy na otwarcie się kolejnej strony. A ile to trwa? Parę mrugnięć okiem. Takie nagłe zatrzymanie w pędzie, który uznajemy za normalny rytm, odbieramy jako defekt systemu. Nie chcemy na nic czekać, czytać długich tekstów. Żądamy natychmiastowości: w polityce, biznesie, miłości, nawet skandowaliśmy: „santo subito”, domagając się natychmiastowej beatyfikacji Jana Pawła II.

– Kłopot polega na tym, że niecierpliwość nieuchronnie pociąga za sobą powierzchowność, i to we wszystkich wymiarach życia – uważa profesor.

Marzena Chełminiak, dziennikarka radiowa, zauważa jeszcze jedną cechę współczesnego życia: nadmiarowość.

– Jak wchodziłam kiedyś do księgarni, to właściwie każda książka była warta kupienia i przeczytania. Teraz trzeba dokładnie wiedzieć, czego się szuka, bo mogą nas skusić atrakcyjnie wydane gnioty. Nadmiar przytłacza nas we wszystkich dziedzinach życia, mamy strasznie dużo możliwości, dużo podobnych produktów, a tak naprawdę potrzebujemy tylko jednego. W korporacjach dorzuca się dobrym pracownikom jeszcze więcej pracy, bo są dobrzy. Wszędzie widać kult więcej i szybciej.

Bartek Topa, aktor, stawia podobną diagnozę: – Dzisiaj wszystkiego mamy za dużo. Wmawia się nam nie tylko to, że coś musimy mieć, ale też to, że koniecznie musimy coś zobaczyć, poczuć, czegoś posłuchać, gdzieś być. Trudno się temu oprzeć, zwłaszcza młodym, którzy są zachłanni, więc łapią wiele srok za ogon. I miotają się od jednej propozycji do drugiej, z żadnej tak naprawdę w pełni nie korzystając.

 

Żyć swoim życiem codziennym

Marzena Chełminiak pędziła kiedyś tak jak wszyscy. Od zawsze pracując na najwyższych obrotach. Kilka lat temu poważnie zachorowała. Nagle musiała się zatrzymać. Po leczeniu nie wróciła do dawnego rytmu pracy. Prowadziła tylko jedną audycję w tygodniu, miała czas na książki, kino, podróże, spotkania z przyjaciółmi.

– Rezygnując z pełnego zaangażowania w radiu, zgodziłam się na to, żeby mieć mniej pieniędzy, ale w zamian dostałam czas. Wtedy on był dla mnie najcenniejszy.

Odrzucała propozycje powrotu do codziennych audycji. Nie chciała funkcjonować w kołowrotku: wstawanie o tej samej godzinie i codzienne wybieranie się tą samą drogą do tej samej redakcji. Za którymś razem zaczęła jednak ważyć zyski i straty. I wyszło jej, że dojrzała do pracy na pełnych obrotach. Teraz wstaje o wpół do piątej, żeby o szóstej być przy mikrofonie.

– Najpierw budzę siebie, potem świat – śmieje się. – Zgodziłam się na powrót, także ze względu na dwóch współprowadzących kolegów. Wiedziałam, że stworzymy zupełnie nową formułę, łączącą coś, co wydaje się nie do połączenia: moją filozofię slow life i ich energię, sarkazm, ironię. Nam jest ze sobą bardzo dobrze. Ja po prostu lubię przychodzić do pracy. Stałam się trochę egoistyczna i uważam, że powinno się robić to, co się lubi. Oczywiście przez tę decyzję straciłam możliwość swobodnego dysponowania czasem, nie mogę na przykład nagle gdzieś wyjechać. Ale z kolei taki rytm pracy szalenie mnie zdyscyplinował i już dokładnie wiem, jak spędzę wakacje.

Wróciła do pełnego zawodowego zaangażowania, ale nie do życia w pośpiechu. – Jak człowiek wycofa się z mainstreamu i przeżyje, to potem ma przekonanie, że nawet gdy dużo pracuje, jest panem czasu i decyzji. Nadal żyję w tempie slow, tylko inaczej rozłożyłam akcenty. I takie życie mnie cieszy.

Marzena uważa, że przestawienie się na filozofię slow life nie musi oznaczać życiowej rewolucji. Rzucania pracy w mieście, zrywania kontaktów ze światem, zaszycia się gdzieś w Toskanii z książką w ręku. Ludzie, słysząc o takich decyzjach, myślą: ja też bym tak chciał, ale się boję.

– I dobrze, że się boją, bo nie wyobrażam sobie, żeby wszyscy, którzy marzą o zwolnieniu tempa, wyjechali na wieś, zostawili pracę, rodziny. Slow life według mnie to nie ucieczka od życia, tylko panowanie nad nim, intensywne przeżywanie go, zadawanie sobie pytania: po co to robię? Utwierdziłam się w przekonaniu, że najfajniej jest żyć swoim życiem, takim codziennym. Nie czekać na weekend, wakacje, że wtedy sobie pożyję, tylko żyć w każdej chwili. Kiedy słyszę, jak moi koledzy z radia mówią: do weekendu zostało tyle i tyle, to się buntuję. Ukuliśmy nawet takie powiedzenie, że jesteśmy radiem, które nie odlicza do weekendu. Życie jest fajne, jak toczy się tu i teraz.

Wybieram to, co dla mnie dobre

Bartek Topa zauważa, że slow life nie zależy od miejsca zamieszkania, tylko od stanu umysłu. Taką filozofię można odnaleźć, mieszkając wszędzie, także w centrum miasta. On zaczął żyć w tempie slow dopiero, kiedy przeprowadził się ze wsi do Warszawy. Wcześniej mieszkał 25 kilometrów od stolicy, w otoczeniu lasów, pól i łąk, w domu wybudowanym na kredyt.

– Za oknem śpiewały ptaki i szumiały drzewa, a moje myśli zaprzątała spłata kredytu. Większość czasu zajmowały mi dojazdy do pracy i powrót do domu. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że nie mam przyjemności z takiego życia. Więc sprzedałem dom. Teraz mieszkam w mieście, ale przy parku, mam czas dla przyjaciół, na codzienne bieganie, kino. Takie rozwiązanie jest dla mnie dobre dzisiaj. Co nie znaczy, że nie myślę o tym, żeby kiedyś wrócić na wieś i uprawiać grządki. Wszystko zależy od wyboru tego, co w danym momencie jest dla mnie dobre.

Marzena twierdzi, że w przestawieniu się na slow life pomogła jej choroba. Uważa, że ludzie chorzy, dotknięci tragediami, mają łatwiej. Nie muszą uczyć się slow life, to przychodzi automatycznie. Ona nie potrafi teraz emocjonować się sprawami, którymi kiedyś się emocjonowała. Już nie są dla niej istotne. Ten naturalny dystans do problemów dostała niejako w prezencie.

– Slow life to bardziej droga niż cel. Czasem musimy przebiec ileś ścieżek, żeby to zrozumieć. Swojej córce, która ma tendencję do wybiegania w przyszłość, powtarzam: nie rozmawiamy o wakacjach, bo teraz są ferie. Ludzie mówią: „chciałabym się cieszyć życiem tak jak ty”. Odpowiadam: co stoi na przeszkodzie? Tylko ty o tym decydujesz.

Jeden z mitów wokół slow life mówi, że powolnie żyć mogą tylko ludzie w pewnym wieku, którzy mają dużo czasu.

Marzena Chełminiak absolutnie się z tym nie zgadza: – Slow life to nie emerytura, tylko intensyfikowanie życia. Najmniej czasu mają ci, co nic nie robią, a najwięcej ludzie zapracowani, ale zorganizowani. Jeśli ktoś mówi, że nie ma czasu, to ja myślę: nie masz, bo nie chcesz. W ogóle wyrzuciłam ze swojego słownika to sformułowanie. Moja zmiana po chorobie polega też na tym, że sobie teraz mówię: mam czas. Dla przyjaciół, rodziny, na książki, kino, sen. Mam na to, na co chcę mieć. Z wielu rzeczy świadomie zrezygnowałam. Zanim pójdę do kina, poczytam o filmie. Jak chcę leżeć pod kocem, to leżę. Wszystkie decyzje podejmuję świadomie. Każdy ma tyle samo czasu, pytanie tylko, na co go przeznaczy. Jesteśmy wolnymi ludźmi, możemy wybierać.

Mniej, choć tak naprawdę więcej

Profesor Kuligowski zauważa, że życie w pędzie sprawia, że człowiek nie potrafi rozsmakować się w zapachu, smaku, spokojnej rozmowie, niespiesznej lekturze, upajającym widoku, wspólnym byciu. Większość czynności jest przez nas traktowana instrumentalnie: zwiedzamy pewne miejsca, bo wypada, idziemy na golfa wyłącznie ze względów towarzyskich, czytamy modne książki, by podnieść swój prestiż, działamy w organizacji charytatywnej, by wpisać ten fakt do CV. Profesor pyta: – Gdzie spacer dla samego spacerowania, lektura dla radości czytania?

Z drugiej jednak strony coraz więcej ludzi na świecie wycofuje się z życia w biegu. Jak grzyby po deszczu wyrastają organizacje, ruchy, szkoły propagujące slow life. Ba, w Europie powstają nawet slow cities, w których dba się o ekologię, rozwijanie infrastruktury przyjaznej mieszkańcom, takiej jak ścieżki rowerowe, deptaki, parki. Największy ruch Slow Food skupia się wokół jedzenia. Ludzie spod znaku ślimaka (to ich herb) powtarzają: jesteś tym, co jesz. Propagują małe ekologiczne gospodarstwa, proste nieprzetworzone produkty, nieśpieszne smakowanie.

Bartek Topa jest zagorzałym slowfoodowcem. Wraz z grupą przyjaciół dzielą się jajkami od zielononóżek, serami i warzywami z małych gospodarstw.

– Złapałem się na tym, że w ogóle nie wyrzucam jedzenia, idę do mojego ulubionego biosklepu, jak nic nie mam w lodówce. Slow life to przede wszystkim jakość życia, skupienie się na tym, co jemy, co robimy. Dla mnie to także osobisty, świadomy wysiłek w ważnej sprawie. W czerwcu startuję w triatlonie: pływanie (2 km), jazda na rowerze (90 km) i bieg (20 km). W ten sposób wspieram fundację Synapsis. To dla mnie duże wyzwanie, fizyczne i psychiczne. Na początku męczyłem się już po kilku kilometrach biegu. Po trzech miesiącach treningu mogę bez trudu przebiec 10 km. Co mi daje życie w takim rytmie? Rozszerza możliwości poznawania siebie i świata. Teraz więcej widzę, słyszę, czuję, smakuję. Myślę nawet o zorganizowaniu warsztatów rozszerzających zmysły, dla aktorów i osób opiniotwórczych. W tej filozofii widzę szansę dla świata.

Marzena Chełminiak zalety slow life wylicza jednym tchem: – Dostaję produkty z najwyższej półki, najlepszej jakości. Nie zadowalam się już śmieciami, wyrobami czekoladopodobnymi. Wszystkiego mam mniej, ale tak naprawdę więcej. Mniej przyjaźni w ogóle, ale więcej prawdziwych przyjaciół, mniej obejrzanych filmów, ale więcej dobrych, mniej kupionych książek, ale więcej znakomitych. Slow life to mój świadomy wybór. Teraz ja decyduję o swoim życiu. Nie towarzyszy mi napięcie, bo nic nie muszę. Nie ścigam się. Chcę być dobra w tym, co robię, ale nie mam parcia, żeby więcej zarabiać, być obecna we wszystkich mediach. Już wiem, że to nie uczyniłoby mnie szczęśliwszą. Cieszę się z tego, co mam. Przestałam się martwić i widzę, że problemy gdzieś same się rozwiązują. Slow life dał mi spokój. Już nie boję się, że życie upływa. Wiem, że na każdym etapie może być fajne.

  1. Psychologia

Co wpływa na poziom szczęścia?

Na to, w jakim stopniu odczuwamy szczęście, wpływa kilka elementów. (fot. iStock)
Na to, w jakim stopniu odczuwamy szczęście, wpływa kilka elementów. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Każdy człowiek chce być szczęśliwy. Życzymy sobie szczęścia składając życzenia przy różnych okazjach. Marzymy o życiu pełnym sensu, spełnienia i pozytywnych emocji. Jak pokazują badania, na szczęście wpływają trzy czynniki.

Pierwszym czynnikiem są geny, czyli to co dostajemy w spadku po naszych przodkach (wrażliwość układu nerwowego, biologiczne dyspozycje organizmu, a także temperament). Badania dowodzą na przykład, że ekstrawertycy są bardziej skłonni do częstego i silnego przeżywania pozytywnych emocji. Neurotycy natomiast dostrzegają więcej negatywnych aspektów, lepiej je pamiętają, co w konsekwencji wzmacnia ich nastroje negatywne.

Kolejnym czynnikiem są okoliczności, w których żyjemy. Wielu z nas wydaje się, że jeśli wygramy w lotto, to już będziemy szczęśliwi do końca życia. Badania jednak tego nie potwierdzają. Owszem, niezaspokojenie podstawowych potrzeb materialnych jest źródłem dyskomfortu a nawet nieszczęścia. Jednak po ich zaspokojeniu dalszy przyrost dochodu tylko nieznacznie wpływa na poziom odczuwanego szczęścia. Okoliczności, które nas spotykają tylko na chwilę zmieniają poziom naszego szczęścia.

Ostatni element, który wpływa na szczęście to aktywność własna. Mowa tu o celowych działaniach i intencjonalnym zachowaniu człowieka. W przeciwieństwie do okoliczności, które się „przydarzają” i w większości przypadków mamy na nie niewielki wpływ, nasze zachowanie zależy w całości od nas. To człowiek decyduje jak się zachowa i jak zareaguje na to, co go spotyka. Tu kryje się wielka odpowiedzialność, ale i wielka moc. Aktywność własna to nasze wybory, sposób patrzenia na rzeczywistość i podejście do życia. Tutaj właśnie leży klucz do szczęśliwego życia. Jeśli nauczymy się zachowywać tak, aby wzmacniać nasze szczęście, będziemy mieli go w życiu więcej. To jest wybór każdego człowieka, bo każdy z nas może wpływać na swoje zachowanie.

Badania amerykańskich psychologów pokazują jakie czynniki odpowiadają za poziom szczęśliwości u człowieka:

  • geny są odpowiedzialne w 50%,
  • okoliczności, które nas spotykają - w 10%,
  • aktywność własna - w 40%.
Można więc przyjąć założenie, że zmieniając nasze nawyki, zachowanie, sposób działania i myślenia, możemy sprawić, że więcej szczęścia pojawi się w naszym życiu. Gra jest warta świeczki, bo bycie szczęśliwym niesie ze sobą wiele korzyści. Konsekwencją dobrostanu są duże osiągnięcia życiowe, lepsze zdrowie, dłuższe życie, a także głębokie i satysfakcjonujące relacje społeczne.

Zatem, co można zrobić, żeby być w życiu bardziej szczęśliwym? Poniżej proponuję dwa ćwiczenia, które wpływają na poczucie dobrostanu. Badania pokazują, że ludzie którzy chociaż przez tydzień je wykonują mają podwyższony nastrój i czują się bardziej szczęśliwi niż przed ich wykonaniem.

Ćwiczenie 1: Prowadzenie dziennika wdzięczności

Codziennie wieczorem zastanów się przez chwilę za co jesteś wdzięczny, co doceniasz w swoim życiu. Może jest to praca, która pozwala Ci się realizować, może obecność ważnej dla Ciebie osoby. Zapisz trzy rzeczy w swoim notesie.

Badania pokazują, że wyrażanie wdzięczności podnosi poczucie własnej wartości, hamuje gniew i poczucie krzywdy. Co więcej, zbliża nas do innych ludzi i pomaga uzyskać wsparcie w trudnych sytuacjach.

Ćwiczenie 2: Co dobrego się dziś wydarzyło?

Zastanów się co dobrego spotkało Cię danego dnia. Być może dobrze poradziłeś sobie z jakimś zadaniem, być może znalazłeś wyjście w trudnej sytuacji, być może zachowałeś spokój w stresującej sytuacji, może ktoś dał Ci kwiaty albo był dla Ciebie miły. Pomyśl przez chwilę co dobrego przyniósł dany dzień. Zapisz trzy rzeczy w swoim notesie. A następnie przy każdym zdarzeniu zapisz dlaczego tak się stało, np. „koleżanka pomogła mi przygotować prezentację, ponieważ jestem osobą, którą wspierają inni ludzie”.

Każde z tych ćwiczeń to zachęta do zmiany podejścia do życia. Zamiast skupiać się na tym co nam nie pasuje, czego mamy za mało, można zacząć dostrzegać rzeczy dobre, wartościowe, które są obecne w naszym życiu. Bo szczęście to nie tylko to co życie nam daje, ale także to czego nie zabiera.

Karolina Wicenciak: coach szczęścia, trener, psycholog, praktyk i mistrz NLP. Autorka licznych artykułów na temat szczęścia i jakości życia.

  1. Psychologia

Jak zadbać o swoje szczęście? 9 przydatnych ćwiczeń

Jeśli w dzieciństwie byłaś grzeczną dziewczynką, to znaczy, że musiałaś wyprzeć zupełnie inny aspekt siebie: dziewczynkę dziką, spontaniczną i radosną. Nigdy nie jest za późno na to, aby ponownie się z nią skontaktować. (Fot. iStock)
Jeśli w dzieciństwie byłaś grzeczną dziewczynką, to znaczy, że musiałaś wyprzeć zupełnie inny aspekt siebie: dziewczynkę dziką, spontaniczną i radosną. Nigdy nie jest za późno na to, aby ponownie się z nią skontaktować. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jeśli spełniasz pragnienia bliskich zamiast swoje, masz tendencję do długiego i zawiłego tłumaczenia się oraz do wiecznego poczucia winy - pokażemy ci, jak krok po kroku to zmienić!

1. Zawsze pomocna.
Dużo dajesz i nie oczekujesz nic w zamian? To bardzo chwalebne, jednak na dłuższą metę taka sytuacja wprowadza nierównowagę energetyczną do relacji. Zastanów się, o co możesz poprosić osobę, której najczęściej pomagasz. Sprawdź, jak zareaguje, kiedy to zrobisz. Jeśli skrytykuje cię, to znaczy, że uzależniła się od twojej pomocy. A może zwyczajnie się ucieszy, że może się czymś z tobą podzielić?

2. Odmawianie z mocą.
Jeśli chcesz, aby twój rozmówca naprawdę odczuł twoje „nie”: Patrz mu prosto w oczy, bez nachalności, ale stanowczo. Mów pewnym, osadzonym w podbrzuszu głosem. Nie tłumacz się zbyt długo, bo to tylko pogarsza sprawę. Nie miej wyrzutów sumienia, ponieważ zawsze masz prawo odmówić.

3. Aktywuj swoją siłę.
Zanim przeprowadzisz ważną rozmowę, skontaktuj się ze swoją wewnętrzną mocą: Stań prosto i rozluźnij ramiona, ciężar równomiernie rozłóż na nogach. Zrób kilka głębokich wdechów i długich wydechów. Przenieś uwagę do podbrzusza (na Dalekim Wschodzie uważa się, że tu znajduje się hara – energetyczne centrum mocy człowieka). Oddychaj do hara, wraz z wdechem podbrzusze zwiększa objętość, na wydechu zmniejsza. Wyobraź sobie kulę ognia w podbrzuszu – symbol twojej wewnętrznej mocy, utrzymuj ten obraz i oddychaj świadomie jeszcze przez trzy minuty.

4. Bezpośrednia w relacji.
Zauważ, jaką rolę obrałaś w swoim związku. Czy to ty zazwyczaj łagodzisz konflikty, czy pierwsza przepraszasz i idziesz na kompromis? Grzeczna dziewczynka patrzy przez różowe okulary, dorosła i świadoma siebie kobieta kieruje się zarówno instynktem, jak i intuicją. To one niczym barometr wskazują, kiedy należy postawić granicę, odmówić, a czasami zakończyć znajomość. Powiedz więc do tej mądrej kobiety w sobie: „czas aktywować mój kobiecy instynkt oraz intuicję po to, bym kierowała się swoim najwyższym dobrem”.

5. Wyznacz granice.
Zastanów się, czy jest w twoim życiu osoba, która notorycznie przekracza twoje granice (np. dzwoni do ciebie w nocy i opowiada o swoich problemach, pożycza pieniądze i nie oddaje). Zapytaj siebie: „Jakie korzyści emocjonalne otrzymuje ona, a jakie ja? Czy jest równowaga w tej relacji?”. Jeśli nie, umów się sama ze sobą, że od tej pory będziesz stawiała jej granice. Powiedz tej osobie, jak się czujesz, kiedy ona wciąż o coś cię prosi, a nierzadko robi to w nieodpowiednich momentach. Jeśli nauczysz się wyznaczać granice jednej osobie, automatycznie będzie ci łatwiej zrobić to z kolejną. Po jakimś czasie po prostu przestaniesz przyciągać ludzi, którzy wkraczają do twojego życia niepytani.

6. Radość z sukcesów.
Weź kartkę i zapisz wszystkie swoje życiowe sukcesy, te małe i większe. Wybierz jeden z nich i przypomnij sobie go ze wszystkimi szczegółami. Czego dotyczył? Ile miałaś lat i czy ktoś ci towarzyszył? Jak się wtedy czułaś? Czy świętowałaś ten sukces? Jeśli nie, zawsze możesz to zrobić teraz. Podziękuj sobie. To ty jesteś jego bohaterką. Pozwól, by emocje, które towarzyszyły ci kiedyś, teraz wypełniły całe twoje ciało. Poczuj wdzięczność do siebie.

7. Zgoda na komplementy.
Wzorzec grzecznej dziewczynki może sabotować cieszenie się z komplementów, bo przecież: „dziękowanie jest oznaką egocentryzmu”. Tymczasem dziękowanie oznacza, że szanujesz zarówno osobę, która mówi ci dobre słowo, jak i siebie. Kiedy następnym razem ktoś powie ci coś miłego, sprawdź, czy przypadkiem nawykowo nie zatrzymujesz oddechu i nie próbujesz zaprzeczać usłyszanym słowom. Zamiast tego po prostu je przyjmij. To tak jakbyś odżywiała swoje ciało, serce i umysł zdrowym i pożywnym jedzeniem.

8. Rozmach w marzeniach.
Weź duży karton i wypisz na nim wszystkie marzenia i pragnienia, jakie zaczną się pojawiać w twojej głowie. Nie oceniaj ich – to zapewne robili inni w przeszłości. Po prostu pozwól im zaistnieć. Używaj kolorowych flamastrów i rysuj, jeśli chcesz, symbole swoich marzeń. Poczuj się znów jak dziecko. Koniec z ograniczaniem, czas na ekspansję! To nic złego, że masz wiele marzeń, bo im więcej ich masz, tym więcej aktywujesz energii do ich realizacji. Inny sposób na pracę z marzeniami to przyklejanie wyciętych z kolorowych gazet symboli z nimi związanych. To ćwiczenie uruchamia naturalną kreatywność „niegrzecznej” dziewczynki.

9. Dzika dziewczynka.
Jeśli w dzieciństwie byłaś grzeczną dziewczynką, to znaczy, że musiałaś wyprzeć zupełnie inny aspekt siebie: dziewczynkę dziką, spontaniczną i radosną. Nigdy nie jest za późno na to, aby ponownie się z nią skontaktować. Zatem: wybierz jakiś dzień na spotkanie z nią, najlepiej na łonie natury. Powiedz do siebie: „Teraz nawiązuję kontakt z tą częścią siebie, która jest zapomniana i zepchnięta do podświadomości. Teraz daję jej przestrzeń”. Następnie wyobraź sobie, że ta dziewczynka pojawia się w miejscu, w którym właśnie jesteś, np. w lesie. Zobacz, jak wygląda, w co jest ubrana. Zapytaj ją, czego od ciebie chce w tej chwili. Może pragnie, abyś wzięła ją za rękę i poszła z nią na spacer, a może przebiegła się z nią? Pielęgnuj kontakt z tą częścią siebie i obserwuj zmiany.

  1. Styl Życia

10 sposobów, aby wyrazić miłość

Walentynki można celebrować na co dzień. (Fot. iStock)
Walentynki można celebrować na co dzień. (Fot. iStock)
Jak wyrazić miłość? Oto 10 sposobów, dzięki którym najbliższe ci osoby poczują się kochane. Walentynki można celebrować na co dzień.

1. Okaż wdzięczność.
Powiedz wprost, jak bardzo doceniasz obecność tej osoby w swoim życiu.

2. Zaoferuj pomoc.
Zapytaj: „Co mogę dla ciebie zrobić, żeby uczynić twoje życie lepszym, radośniejszym, mniej stresującym?”

3. Zamień się w słuch.
Znajdź czas i kilka chwil spokoju, aby wysłuchać drugiej osoby całą sobą. Nie komentuj, nie doradzaj. Słuchaj.

4. Bądź wielkoduszna.
Wszyscy mamy swoje dziwactwa, nikt z nas nie jest idealny. Doceniaj pozytywne cechy, nie skupiaj się na tym, co niedoskonałe - w ten sposób pokażesz, że naprawdę kochasz.

5. Znajdź czas na chwile beztroski.
Kolacja z ukochanym, zabawa z dzieckiem, wypad na zakupy z przyjaciółką... a może po prostu ulubiony serial pod kocem na kanapie? Życie składa się z drobnych przyjemności. Jeśli będziemy stwarzać sobie ku nim okazję, będziemy mieli więcej powodów do wspólnej radości.

6. Podaruj coś bez okazji.
To może być drobiazg, ale zrobiony albo kupiony z myślą o tej osobie. Coś, co sprawi że poczuje, że o nim myślisz i jest dla ciebie ważna.

7. Upiecz ciasto lub ugotuj coś pysznego.
Przez żołądek do serca - nakarm ukochaną osobę czymś, co lubi najbardziej.

8. Ofiaruj kwiaty bez powodu.
Kwiaty to jeden z piękniejszych sposobów na podziękowanie za czyjąś obecność - dzięki nim „Dziękuję za to, że jesteś” brzmi piękniej.

9. Napisz krótki liścik.
Mała karteczka zostawiona w kuchni przy ulubionym kubku z ciepłą kawą, liścik miłosny pod poduszką, kartka z pozdrowieniami z wakacji... małe, codzienne wyznanie miłości.

10. Nie bój się słowa "kocham"
- słowa mają moc, a to chyba szczególną. Jednak nie wtedy, gdy wypowiadamy je od niechcenia. Wyznanie miłości potrzebuje dotyku, spojrzenia w oczy, intymnej chwili.