Katarzyna Miller kładzie balsam na duszę kobiety porzuconej

Po rozstaniu kobiety radzą sobie lepiej, bo umieją przeżywać uczucia. (Fot. iStock)

Bywa, że miłość się kończy i godzimy się z tym w spokoju. Co jednak, kiedy ty nadal kochasz, a on mówi: „do widzenia”? Płacz, złość się, krzycz, ale nigdy nie porzucaj siebie – radzi psycholog Katarzyna Miller.

Kasiu, czy byłaś kiedyś porzucona?
Oczywiście, że byłam. Również porzucałam. I myślę, że aby człowiek życia zaznał, potrzebne są oba te doświadczenia. W ogóle warto mieć dużo różnych doświadczeń. I nie należy się wstydzić takich rzeczy, bo porzucenie nie świadczy wcale źle o osobie porzuconej. Kiedy byłam młoda, myślałam, że świadczy, i brałam to bardzo do siebie, uznając, że widocznie nie jestem wystarczająco dobra, fajna, ładna czy interesująca…

Jakie uczucia wtedy u ciebie dominowały?
Ogromny smutek, rozczarowanie, zawód, żal.

Poczucie winy?
Nie, winna się nie czułam. Ale była też złość, dużo złości. I ogromna bezradność. No bo co możesz z tym zrobić? Nic. Trzeba to przepłakać, poużalać się nad sobą. Ale muszę przyznać, że w moim życiu nigdy nie było takiej sytuacji, że jestem z kimś na poważnie kilka lat, mieszkając wspólnie, żyjąc u jego boku, i nagle on mówi: „do widzenia”. Żaden z moich stałych partnerów tego nie zrobił. Ale miałam ze dwie czy trzy miłostki, w których to ja byłam bardziej zaangażowana. Czyli raczej nie zostałam przyjęta na zawsze niż porzucona. A ty byłaś kiedyś porzucona?

Porzucona nie, raczej tak jak mówisz: niewzięta pod uwagę. Czasem przegrana w rywalizacji o czyjeś względy z inną kobietą, choć rywalizacji nie cierpię. Czytałaś może „Dziewczynę z pociągu”?
Nie znoszę tej książki. Napisałam w felietonie, że nie powinno się jej dopuścić do druku. Potwornie banalna, nudna, ukazująca trzy kretynki, dla których sensem życia jest mężczyzna, i to w dodatku ten sam. Ja wiem, że jest dużo takich dziewczyn, dlatego książka jest taka popularna. Najbardziej wkurza mnie to, że autorka nie skupia się na tym, co pozytywnego można zrobić ze swoim życiem, kiedy układa nam się nie tak, jak chcemy, tylko ukazuje miotanie się po nim. Główna bohaterka jeździ w kółko pociągiem i przygląda się światu zza szyby, a zwłaszcza jednej parze, wyobrażając sobie, jak bardzo się kochają.

Ja też nie mogłam znieść tej postaci. Porzucona przez męża i niemogąca pogodzić się z tym, że on ma nową rodzinę. Popycha swoje życie na skraj przepaści, marząc, by było tak jak dawniej.
Oj, jak się cieszę, że to mówisz. Ta bohaterka to typowa „dziumdzia”, mnóstwo takich chodzi po świecie. Nic nie rozumieją, nic nie czują, to znaczy czują – czują SIEBIE jako taki bezbrzeżny ocean marzenia o miłości. Są przekonane, że mają głębokie życie wewnętrzne, ale tak naprawdę nad niczym się nie zastanawiają, one tylko cierpią.

A ja myślałam, że fakt, że ona mnie denerwuje, świadczy o tym, że mam w sobie jakiś problem.
To, kochana, świadczy tylko o twoim zdrowiu psychicznym.

Miałam ochotę potrząsnąć bohaterką i powiedzieć: „Rzucił cię, ale to nie jest koniec świata”. Jesteś młoda, zdrowa, masz znajomych. Rusz do przodu.
Jest taki typ kobiet, które z faktu, że zostały porzucone czy niewzięte pod uwagę, czynią treść swojego życia. One myślą: „Zostałam skrzywdzona”, ale co to za krzywda, przecież każdy może być, z kim chce. Może być ci przykro, smutno, że po iluś randkach czy miesiącach spotykania się on powiedział „do widzenia”, ale nie powinnaś się czuć pokrzywdzona, bo wierności do grobowej deski ci nie obiecywał. Nasza szybkość sięgania po poczucie krzywdy jest niesamowita.

Ale co w sytuacjach, gdy on jednak obiecywał, że będzie do końca życia, często nawet przed ołtarzem? Wtedy kobieta ma chyba prawo czuć się skrzywdzona, oszukana.
Ma, jak najbardziej, ale z drugiej strony można też coś obiecać, a potem się z tego wycofać. Przecież nie podpisujemy ze sobą cyrografów. Po to biliśmy się o rozwody, żeby można było też sobie nawzajem powiedzieć: „Nie udało się, jednak siebie krzywdzimy, nie kochamy tak, jak kochaliśmy”. On może już nie chcieć z nami być, ale my też możemy zmienić zdanie. Poza tym mężczyźni odchodzą z różnych przyczyn, czasem z powodu kompleksów, poczucia niższości, czasem dlatego, że wolą porzucić, by nie zostać porzuconymi.

Czy bycie porzuconą to powód do wstydu?
Tak myślą osoby, które jedno zdarzenie przekładają na całe życie. Człowiek w miarę przytomny, który żyje dniem dzisiejszym, wie, że jednego dnia możesz zgubić portmonetkę, a innego dnia ją znaleźć. A fakt, że raz zgubiłaś, nie znaczy, że już zawsze będziesz gubić. Obwinianie się i taki skrajny pesymizm w dużej mierze bierze się z naszego wychowania. Takie osoby w dzieciństwie zwykle ani nie były specjalnie pokrzywdzone, ani specjalnie rozpieszczane. Dlatego są w pewnym sensie puste w środku. Im dłużej pracuję, tym częściej mam wrażenie, że prawdziwym problemem nie są wielkie traumy – które oczywiście potrafią człowieka poszarpać i sponiewierać, ale dają przynajmniej jakąś mądrość, głębokie przeżycia i cenne wnioski – a brak emocji. Najgorszy rodzaj domów to takie, w których nic się nie dzieje. Rodzice nie czytają, nie myślą, nie rozmawiają. Nawet nie do końca się znają nawzajem i nie mają pomysłu na to, co zrobić z życiem. W takich domach niespecjalnie przyjmuje się gości i rzadko podróżuje, prawie w ogóle nie chodzi na wystawy, do kina czy teatru – nie ma wymiany myśli.

Ale w tej emocjonalnej pustce nie ma winy dziecka.
Winy nie ma, specjalnej krzywdy też nie. Jest za to głód przeżyć i nieumiejętność radzenia sobie z niepowodzeniami. Kiedy taką osobę ktoś porzuci, to ona wyciąga z tego taki wniosek, że w jej życiu zawsze wszystko było nie tak i zawsze już będzie.

A nie ma w niej złości?
Nawet jeśli pojawi się złość, to i tak nie będzie ona z rodzaju tych, które pozwoliłyby facetowi pożałować, że ją stracił. Ona raczej będzie się mścić na zasadzie zabraniania mu kontaktów z dzieckiem, oczerniania wśród przyjaciół czy kolegów z pracy.

Takie kobiety często mieszkają blisko byłego partnera, widują go z nową kobietą, obracają się w tym samym środowisku, nawet razem pracują…
I mają „dolewkę” do swojego cierpienia. Ja taką postawę nazywam „heroina romansu polskiego” – ona ma zawsze coś do przeżywania, bo jest zawsze nieszczęśliwa. I nawet jak jakiś facet się nią zainteresuje, to ona i tak mu da popalić, jak Barbara Niechcic z „Nocy i dni”. Ale są też na szczęście takie kobiety, które mówią: „No dobra, on już mnie nie chce” albo: „Wiesz co, dupku, jak żeś mnie nie chciał, twoja strata”. I to już jest bardzo ożywcze. Napisałam kiedyś taki wiersz: „Kochałam dupka, cóż, miłość to miłość, tylko potem zdziwienie, że ból też ból”. I on świetnie wiedział, że to o nim. Na pewno nie jest dobrym pomysłem od razu lecieć do innego faceta, co wiele dziewczyn robi i wikła się w coś takiego, co ma pokazać im samym i innym, że jednak są coś warte, a nie biedne i niechciane. Tylko że potem zostają z facetem, którego wzięły sobie jako plaster, a nie dlatego, że im się spodobał.

Czyli droga odgrywania się nie jest zbyt wskazana?
Bo na dłuższą metę działa na twoją zgubę. To jest taka droga udawanej obojętności na zasadzie „Nic mnie to nie obeszło”. Nie wolno zaprzeczać temu, że coś nas zabolało, w ten sposób same się porzucamy.

Dla wielu z nas wyzwalająca jest rola mścicielki. Takiej, co przebije mu oponę w samochodzie albo chluśnie w twarz kieliszkiem wina.
O, to jest zupełnie inny rodzaj mścicielki. Tamta myślała: „Nie pokażę mu, że mnie zabolało i zwiążę się od razu z innym”. A ta mówi: „A właśnie, że pokażę ci, że mnie to obeszło, i tak ci obrzydzę życie, żebyś długo mnie popamiętał”. Taką bohaterkę lubimy bardziej.

A co powiesz na taką postawę: „On robi największy błąd w swoim życiu. Będę walczyć o ten związek”?
Na pewno, jeśli wasz związek jest dla ciebie ważny, niech on o tym wie. Nie wstydź się, tylko powiedz wprost: „Robisz błąd. Jestem świetną partnerką, kocham cię i uważam, że mamy wspaniały związek”. Ale bądź przygotowana na to, że on i tak może odejść. Bardzo ważne jest, że umiałaś się za sobą ująć, że siebie nie przekreśliłaś, że znasz swoją wartość. Ale to jest bardzo mało popularny sposób postępowania. Zwłaszcza w Polsce. U nas prędzej taka kobieta powie: „Jeszcze mnie popamiętasz, nie uwolnisz się ode mnie”. Co będzie miało odwrotny skutek.

Niektóre kobiety po utracie miłości nie są w stanie ponownie się z kimś związać.
Co w dużej mierze wynika z tego, że jak raz zainwestowały w uczucie, to drugi raz nie są już w stanie. Jak wdowy, które już nigdy się z nikim nie wiążą.

Tylko nie zawsze ten mąż umiera, czasem choruje i wyzdrowieje, po czym zostawi, czasem dorobi się przy niej majątku i wykształcenia, i porzuci.
To jest już zwykła wredność. Choć mały kamyczek wrzućmy też do ogródka tych porzuconych kobiet. Bo one zwykle mówią wtedy: „Dałam mu wszystko, a on porzucił”. Tylko, widzisz, nie można dawać wszystkiego.

Co pomoże kobiecie, która została porzucona?
Mnie zawsze pomagały przyjaciółki i postawa pod tytułem: „Kochana, wszystko jest dla ludzi. Nieraz już sobie w życiu poradziłaś, to i teraz dasz radę”. Wiem, że mam w sobie bardzo dużo zasobów, które mnie wzmocnią, i wiem, że muszę to przeżyć, przepłakać, przecierpieć, przeleżeć w łóżku, pożalić się koleżankom. Pomaga też, jak kolega powie: „Ale to kretyn był, że ciebie zostawił” (śmiech). Te pierwsze dni są oczywiście paskudne, kolejne też są niefajne, ale jeszcze kolejne są już w miarę znośne. Jeśli traktujesz siebie z miłością, z uwagą, jeśli podejmujesz inne działania niż zwykle, żeby się nie nadwerężyć uczuciowo, to dasz radę. Troska o siebie jest bardzo ważna, bo po porzuceniu jesteś rekonwalescentką. Przecież zostałaś ugodzona w samo serce, a czasem i w cipkę…

Podobno kobietom najbardziej pomaga czas i przyjaciółki. Mężczyznom – nowa kobieta.
Moim zdaniem po rozstaniu kobiety radzą sobie o wiele lepiej od mężczyzn, bo my umiemy przeżywać swoje uczucia. Czasem je niepotrzebnie wyolbrzymiamy i za długo w nich gmeramy, ale generalnie nie uciekamy od nich. Mężczyźni z kolei są wobec uczuć bezradni, nie wiedzą, co z nimi zrobić, po rozstaniu zalewają ich tak, że wydaje im się, że utoną. Dlatego muszą sobie od razu znaleźć nową partnerkę, by jedną mamusię zamienić na drugą. Zresztą tak są wychowywani. W ogólnym postrzeganiu taki chłop sobie radzi, a kobieta, która mówi, że cierpi, sobie nie radzi. A ona radzi sobie świetnie, tylko w swoim czasie.

Mnie zawsze pomaga kontakt z naturą.
Natura jest ogromną nauczycielką życia. Jak on cię porzuca, to myślisz, że nic cię już nigdy nie ucieszy. Ale taka jest prawda tego momentu. Natura mówi: „Była zima, przyjdzie wiosna i będziesz się jeszcze cieszyć”. Chyba że jesteś patologicznie związana ze swoim nieszczęściem, czego nikomu nie życzymy.

Trzeba mieć nadzieję.
Nadzieję popartą doświadczeniem. Zdecydowanie za rzadko korzystamy z rad swojego Dorosłego. On wie, że niejedno już w życiu przeżył i podniósł się po tym. Dorosły pamięta i przypomina: „Czułaś się ohydnie, kiedy zawaliłaś egzamin, ale ta chwila minęła, więc to też przejdzie. W tej chwili masz się sobą zająć. Chcesz płakać, chcesz się pożalić ludziom, spytaj, kto ma siłę słuchać, i gadaj, nie chcesz być sama, idź do ludzi i posiedź z nimi, chcesz, by ktoś cię potrzymał za rękę, to poproś. To jest bolesne, bo ma być bolesne. Jak nie przepuścisz tego przez siebie, to niczego się nie nauczysz”. I najważniejsze – to, że jesteś teraz sama, nie świadczy o tym, że nie jesteś fajna czy śliczna, jedynie o tym, że z tym panem przeszliście kawałek życia, i że wasz wspólny czas się teraz kończy. Podziękujmy więc sobie, popłaczmy czy odżałujmy, zróbmy przerwę i znów uwierzmy w swoją dobrą gwiazdę.