Córka bez matki: Jak radzić sobie w dorosłym życiu?

fot. iStock

Jako dziewczynki uczymy się, że niektóre uczucia są bardzo niedobre, na przykład gniew, nienawiść; że nie wolno ich wyrażać. Tymi niewyrażonymi uczuciami trzeba się koniecznie zająć w dorosłym życiu. Trzeba pozwolić im wybrzmieć. To jest proces dążenia do prawdy o sobie, o swoim życiu – mówi psychoterapeutka Maria Zembrzuska-Peche.

Utrata córki przez matkę i matki przez córkę jest podstawową kobiecą tragedią
– pisze filozofka Adrienne Rich. Nie każda z nas straciła mamę w tym sensie, że mama umarła. Jednak większość z nas – jak się zdaje – przeżywa żałobę po tym, że nie miałyśmy i nie mamy kochającej, czułej i silnej matki. Mamy matki chore, emocjonalnie nieobecne, obojętne, a nawet
wrogie.

Taka żałoba trwa wiele lat, czasem nawet całe życie. Wiąże się z cierpieniem, z brakiem, z nadzieją, że relacja z mamą kiedyś się poprawi.

I z tęsknotą. Za czym?

Za tym, czego nie dostałyśmy; za radością, szczęściem, błyskiem w oku mamy, rozpoznaniem, że jesteśmy dla niej skarbem, za czułym dotykiem. Córka potrzebuje tego wszystkiego, żeby swobodnie żyć. Dlatego tak tęskni, czeka.

Czy to może się wydarzyć?

Dopóki żyjemy, wszystko, oczywiście, może się zdarzyć. Życie przynosi nieoczekiwane rozwiązania. Żadna z nas nie jest w stanie przewidzieć, co się stanie. Mama ma swój los, swoje cierpienie, którego nie znamy. Dała i daje tyle, ile może; to jest jej ograniczenie, z którym nic nie możemy zrobić. Żałoba dotyczy nas samych. To my mamy sobie dać to wszystko, czego nie dostałyśmy od mamy.

Żałoba sprawia, że nie możemy ruszyć z miejsca, utknęłyśmy, czujemy się odrętwiałe, bez energii.

Ruszymy dopiero wtedy, gdy uświadomimy sobie, co tak naprawdę się z nami dzieje, co czujemy. Trwamy w miejscu, dopóki tego nie odkryjemy. To cała tajemnica. Nie aktywność, nie pytanie siebie, co tu zrobić, jak rozwiązać problem. „Robienie” jest wtórne. Najważniejsze jest pełne uświadomienie sobie, czego doświadczam teraz.

To właśnie może być najtrudniejsze.

Matka jest dla córki – w ogóle dla dziecka, ale mówimy tu o córkach – całym światem. Jeśli odchodzi, nie kocha, jest ze mnie niezadowolona, wtedy, żeby jej nie utracić, biorę jej cierpienie na siebie. To ja jestem zła. „Ja jestem zła” – często słyszę to od kobiet. To są mocne i dramatyczne wyznania. Szczególnie, gdy dotyczą – a często tak się dzieje – kobiet „światowych”, odnoszących sukcesy, samodzielnych. W gabinecie te kobiety uświadamiają sobie, że często przeżywają siebie tak jak opuszczone, przerażone, małe dziewczynki.

A mama? „Przecież się starała”. „Kochała na swój sposób”. „Też miała ciężko”. „Chciała dobrze”. „Wszystko poświęciła dla rodziny”.

O tak, tłumaczymy, usprawiedliwiamy, idealizujemy nasze mamy. Niekochająca matka to jest w naszej kulturze tabu. Bo matka musi kochać; jest matką, więc kocha. To nie jest prawda. Nie każdy umie kochać. Jeśli matka deklaruje, że kocha, to wcale nie musi znaczyć, że tak jest. Miłość przejawia się we właściwym postępowaniu. Polecam świetną książkę Susan Forward na ten temat „Matki, które nie potrafią kochać…”.

Mamy tyle wyrozumiałości i współczucia dla naszych mam, trudniej ze współczuciem dla siebie.

Bo wtedy musiałybyśmy otworzyć w sobie miejsca pełne rozpaczy, opuszczenia, smutku, strachu. Bronimy się przed bólem, którego nie chcemy czuć. Podstawowym przeżyciem córek, które mają trudne relacje z matkami, jest strach; one czują się opuszczone w „tym wielkim świecie”. To właśnie matka jest dla dziewczynki „tym wielkim światem”. Matka kochająca koi strach. Gdy córka ma wątpliwości co do miłości matki, wtedy doświadcza potwornego strachu. To naprawdę przerażające doświadczenie. Kobieta przenosi je potem na dorosłe życie. Jest przerażona w nieoczekiwanych sytuacjach. Świetnie sobie radzi, a tu nagle doznaje ataku paniki. Skąd to się bierze? Nie wie. Boi się. W procesie psychoterapii w bezpiecznych warunkach może pozwolić sobie na przeżywanie wszystkiego, może panicznie się bać, trząść się, płakać, wyć, czyli czuć to wszystko, co – jako dziewczynka – musiała w sobie zamknąć, stłumić. Teraz ma możliwość przeżyć to wszystko świadomie, w obecności kogoś, kto mówi: „Tak, jestem przy tobie, jesteś w porządku”.

Tego właśnie zabrakło w naszym dzieciństwie.

Jako dziewczynki uczymy się, że niektóre uczucia są bardzo niedobre, na przykład gniew, nienawiść; że nie wolno ich wyrażać. Oczywiście, pogrążanie się w gniewie i nienawiści w dorosłym życiu nikomu nie służy. Jednak niewyrażonymi uczuciami trzeba się koniecznie zająć, pozwolić im wybrzmieć. To jest proces dążenia do prawdy o sobie, o swoim życiu.

Te bolesne uczucia, niestety, nie odchodzą na zawsze. Odzywają się w nas w przełomowych momentach życia – gdy rodzimy własne dzieci, zmieniamy pracę, przeprowadzamy się, rozwodzimy, awansujemy, gdy dzieci wychodzą z domu, gdy ktoś bliski umiera.

Pamiętam, jedna z moich córek miała może 12, 13 lat, a ja… przestraszyłam się jej. Uświadomiłam sobie, że boję się własnego dziecka. Już jakiś czas temu zakończyłam własną psychoterapię, jednak ten strach sprawił, że wróciłam. Wtedy zrozumiałam, że to jest proces, droga. Jesteśmy razem, kochamy się, mamy dobrą relację, a jednak to nie jest skończone dzieło.

Co więc uwalnia?

Pogodzenie się, że relacja z mamą jest taka, jaka jest. Że w taki sposób borykam się z trudnościami, z pustką, ze strachem. Że to boli. Że ten ból może wracać. Proces żałoby wiąże się z uznaniem, że jesteśmy takie, jakie jesteśmy, miałyśmy doświadczenia, które sprawiły, że właśnie w ten sposób sobie radzimy. Mamy świadomość tego, co czujemy. Jeśli czuję, że się boję, zauważam to i nazywam: „Tak, boję się”. Wraz ze świadomością i pogodzeniem przychodzi taki czas, gdy to wszystko, co dotyczy relacji z mamą, nie jest już osią życia, pierwszoplanowym doświadczeniem. Czasem się boję, ale przecież żyję i moje życie jest dobre.

Wszyscy mamy zdrowy rdzeń, który nie może być „uszkodzony”, to nasza prawdziwa natura.

Jesteśmy dobrzy. Tak mówią wszystkie tradycje duchowe.

Możemy się na tym oprzeć.

Tak, mamy wiele punktów oparcia. Często szukamy w świecie tego, czego nie dostałyśmy od mamy. Szukamy na przykład relacji ze starszymi, ciepłymi kobietami. Świat jest wielki; możemy znaleźć ludzi, których pokochamy i którzy nas pokochają. Jednak proces zdrowienia zawsze zaczyna się od nas samych. Dorosłość to jest umiejętność oparcia się na sobie, na tym, co czuję, co przeżywam, na tym, że nie wiem. Ja, gdy „nie wiem”, nic nie robię, nie podejmuję działań, obserwuję, co się ze mną dzieje, rozmawiam z bliskimi. Także w żałobie możemy całkowicie oprzeć się na sobie.

Na bólu, lęku, przerażeniu?

Kobiety mnie pytają: „Boję się! Na tym mam się oprzeć?”. Tak, boisz się. Oprzyj się na tym. Na tym, co czujesz i przeżywasz teraz. Na tym, że jesteś zmęczona, pusta, zamknięta. Możemy być pewni tylko tego, co teraz. Jestem pewna, że teraz tu jestem, czuję to, co czuję – to jest to oparcie. Wszystko poza „teraz” jest niewiadomą. Oparcie się na sobie oznacza też własne rozumienie swojej żałoby. „Zakończyłam żałobę”, „nie zakończyłam żałoby” – odwołujemy się do stwierdzeń, które być może wcale nie są nasze. Co to jest żałoba? Ważne jest odszukanie osobistego sensu, czym jest dla mnie, co dzieje się we mnie, pal licho, czy to się nazywa żałoba, czy inaczej. Oparcie się na sobie to zaufanie – tak, to, co czuję i przeżywam, jest dobre. Może być trudne, bolesne, ale jest dobre. Możemy oprzeć się także na trudnej relacji z mamą. Ta relacja dzisiaj, teraz, tak właśnie wygląda. Prawda uczuć daje nam oparcie. Za tym idzie otwieranie się na życie, na to, co się wydarza i ufanie temu.