Czy nieustannymi pretensjami można zniszczyć sobie związek?

Czy nieustannymi pretensjami można zniszczyć sobie związek?
Nieustanne pretensje w związku mogą prowadzić nawet do jego rozpadu. (Fot. iStock)

„W ogóle się o mnie nie starasz. Zapominasz o moich urodzinach. Obiecujesz, że zadzwonisz, a ja czekam jak ta głupia. Ty już chyba mnie nie kochasz…”. Joanna Olekszyk pyta psychoterapeutkę Katarzynę Miller, czy nieustannymi pretensjami można zniszczyć sobie związek.

Mówi się, że ryba psuje się od głowy, związek też?
Ciężko stwierdzić, kto jest tą głową w związku, jedni mówią, że facet, inni, że kobieta, jeszcze inni, że ma być partnerstwo, więc wtedy może w ogóle jest bez głowy? A może głową ma być miłość, rozsadek, tolerancja?

Chodziło mi raczej o to, że to w naszych głowach pojawiają się pierwsze sygnały: „Ej, chyba nie do końca jest miedzy nami tak dobrze”.
O, trafiłaś w sedno! Głowa rzadko jest naszym sprzymierzeńcem, chyba że ją tego nauczymy. Bo inaczej będzie się czepiała, ciągle międliła i przetwarzała jakieś informacje, które niekoniecznie muszą mieć wiele wspólnego z tym, co dzieje się w realnym życiu. Ludzki umysł jest uzależniony od przetwarzania danych i jeśli na dodatek jest oderwany od uczuć, intuicji, ciała i ducha, to prawie zawsze prowadzi nas na manowce.

Zaczyna szukać dziur w całkiem dobrych związkach…
Dobre związki chyba jednak zostają dobre, może mają swoje momenty kryzysowe czy też fazy… Moim zdaniem są rożne „dobrości” związków. Są związki dobre na trochę, czyli spotykam kogoś na akurat ten fragment mojej życiowej drogi, a potem sobie dziękujemy i idziemy dalej z kimś innym lub ku komuś innemu, czy też ku sobie. Są też związki dobre na całe życie, ale to jest wtedy dobranie jakieś niezwykłe i wszechstronne. Bo w byciu razem bierze udział cała masa rożnych aspektów, i to jednocześnie. Podobanie się – na początku tak niesłychanie ważne – jest istotne i później, ale schodzi na drugi plan, bo oswoić się można ze wszystkim, nawet z czyjąś cudowną urodą. Choć trzeba zaznaczyć, że są osoby tak piękne, że za każdym razem na ich widok dech w piersi zatyka.

Wiesz co, myślę, że o wiele łatwiej być z kimś niesamowicie pięknym.
Zgadza się, bo wtedy codziennie dostajesz nagrodę. To jak obcowanie z dziełem sztuki, tego nie można mieć dosyć. Oczywiście nie chodzi tylko o urodę czy harmonię rysów, to musi być piękno, które jest osadzone we wnętrzu. Mój tata kiedyś mi wyznał: „Wiesz, ja już dawno powinienem wiedzieć, że twoja mama jest nie dla mnie, bo miała takie cechy charakteru, ale ona była taka ładna”. To można porównać do poczucia, jakbyś miała na własność coś niesamowicie cennego. Ludzie atrakcyjni zwykle mają w życiu łatwiej, ale nie zawsze, bo od pięknych inni o wiele więcej chcą i często się do nich przyklejają. Sama napisałam kiedyś, że lepiej być ładną niż piękną, bo do ładnego się każdy uśmiechnie, a przed pięknym się każdy zestresuje.

To umówmy się, że jesteśmy ładne, nie piękne, do tego w miarę młode, witalne i inteligentne i mamy w miarę dobrze zapowiadający się związek. Z ładnym, witalnym, inteligentnym mężczyzną. Co najgorszego możemy zrobić, żeby to nie wyszło?
Wystarczy, że mamy w sobie niezapełnioną dziurę miłości z dzieciństwa – przepraszam, że zawsze wracamy do tego samego, ale prawie wszystko w związkach do tego się sprowadza. Owszem, jeśli mamy w sobie dużą otwartość i umiejętności rozwojowe, to jak się poczujemy kochane przez kogoś, to tę dziurę jakoś sobie przysypiemy. Ale są kobiety, które tej dziury nie potrafią zapełnić i one wtedy udowodnią temu ładnemu, witalnemu i inteligentnemu facetowi, że on ich jednak nie kocha. Na początku taka dziewczyna jest zakochana i oszalała ze szczęścia, ale z czasem okazuje się, że on już nie patrzy na nią tak jak kiedyś, że powiedział, że wróci wcześnie, a pojawił się nad ranem, że nie odezwał się słodkim tonem tylko jakimś opryskliwym, że pierwszy raz okazał zniecierpliwienie, że zapomniał o czymś, co jej obiecał, albo powiedział, że już nie będzie chodził do jej mamusi, bo kiedyś to się zmuszał, ale już nie chce… I wtedy ona mówi: „Ty już mnie nie kochasz, już ci nie zależy”. Jak on to usłyszy raz, drugi, pięćdziesiąty, to za którymś pomyśli: „A może ona ma racje? Chyba rzeczywiście jej nie kocham”. Tymczasem jego zachowanie jest po prostu normalne. Ona chciałaby non stop dostawać dowody miłości, a przecież tym koronnym dowodem jest już samo to, że są razem. Dla niej to za mało, ona wciąż dopomina się o więcej.

Ba, gdyby ona jeszcze się wprost dopominała, mówiła: „Może zabrałbyś mnie gdzieś na romantyczną kolację albo kupił mi kwiaty?”. Ona prędzej rzuci: „Już ci nie zależy”.
Dlatego warto mówić o swoich potrzebach, nie wstydzić się ich. Prosto z mostu, ale przyjaźnie: „Kochanie, myślę, że przyszedł już czas, żebym dostała kwiatki”.

Sądzisz, że ktoś uczy tego polskie dziewczyny?
No to niech się nauczą same. Przecież nie prosisz go o diamentową kolię, tylko o kwiatki. „I będę ci bardzo wdzięczna” – można jeszcze dodać. Chociaż przypominam też moje nieśmiertelne zdanie: „Chcesz dostać kwiaty, to je sobie sama kup”.

Racja. Odłóżmy zatem kwiaty, kupione czy nie. Chodzi o takie drobnostki, które robimy dla kogoś bliskiego i o których czasem zapominamy. Komplement, czuły gest…
Równie dobrze on może za nimi zatęsknić, poskarżyć się: „Dawno mnie po pleckach nie drapałaś”. Przecież to nic innego, jak powiedzieć drugiej osobie: „Tęsknie za twoim dotykiem”. Mówmy sobie takie rzeczy. To urocze i nie jest to żadna pretensja.

A czym jest pretensja?
„No i znowu zapomniałeś. A obiecałeś, że zadzwonisz, więc siedziałam jak ta głupia pół nocy i czekałam na twój telefon”. „To po coś czekała?”. „O, i jeszcze uważasz, że jestem głupia!”. A to przecież ona z tą głupią zaczęła.

Bo z jej perspektywy wygląda to tak: nie dotrzymał słowa, ona jest wściekła, smutna i rozgoryczona, a on nie widzi problemu. W ogóle jej nie rozumie.
Bo ona nie myśli o nim, tylko o sobie. Zresztą on też. Żadne z nich nie próbuje się wczuć w drugą osobę i wyobrazić sobie, co też ona może teraz czuć. Czasami nawet nie przypuszczają, że ona może czuć coś innego niż im się wydaje, do tego stopnia są emocjonalnie prymitywni.

Masz na myśli mężczyzn…?
Nie tylko. Weźmy taką scenkę. Ona się żali: „Dlaczego ty mi nigdy nie opowiadasz, co u ciebie w pracy?”. „A co ja mam ci opowiadać, jak ja chcę wyjść, wrócić do domu i jak najszybciej o tym zapomnieć. Ja tego nie lubię i nie chcę o tym opowiadać”. „Bo ty mi nie ufasz”. Gdzie Rzym, gdzie Krym?!

Bo co tak naprawdę kryje się pod pretensją? Co my w ten sposób chcemy załatwić? Dać upust emocjom? Ukarać partnera? Usłyszeć „przepraszam”? Wymóc zmianę zachowania?
Jeżeli wiemy, czego chcemy, to jest już bardzo dobrze. Zawsze trzeba zacząć od początku. Jeżeli na przykład dawno nie usłyszałyśmy od ukochanego czegoś miłego, to warto to powiedzieć – prosto, jasno i miło: „Tęsknię do twoich ciepłych słów”. Ale jak nie wiemy, czego chcemy, a łapiemy pretekst, bo się źle poczułyśmy, to mu dowalamy. To jest ta tajemnica: nie jesteś zła przez niego, tylko przez siebie. Przez swoje dziury, swoje sitko, które masz w środku, niepozapełniane. Nie lubisz siebie, nie lubisz ze sobą być, owszem zakochałaś się w nim i związałaś, ale głównie po to, żeby on ułożył ci twoje życie. Ale on nie jest w stanie tego zrobić, bo jeśli nawet by próbował i się domyślał, to nie wpadnie na to, czego naprawdę chcesz i potrzebujesz, bo sama tego nie wiesz. Ile razy słyszałam od mężów taką opowieść, kocha facet zagłówki i mówi żonie: „Kochanie, ja cię zabiorę na łódkę, będzie noc, wino, cykady, piękna pogoda”. „Ja się boję wody” – słyszy na to. „To się przestaniesz bać, będziesz ze mną, ja się tobą będę opiekował”. „Nie, boje się wody”. Koniec. Wspólnego wyjazdu, a w konsekwencji za parę lat może i związku. Bo jeśli ona rzeczywiście boi się wody, to co powinna zrobić? Najpierw sama siebie zaprowadzić do terapeuty i ustalić, co z tą wodą, o co tu chodzi, skąd ten lęk. Potem zaprowadzić się razem z mężem na jezioro, wziąć parę lekcji oswajania się z żywiołem, popływać po bardzo bezpiecznym akwenie. Po prostu spróbować. W końcu w związku chodzi też o spędzanie wspólnego czasu z ukochanym, który ma jakąś pasję.

Przeprowadzono liczne doświadczenia, które potwierdzają, że związki cementują własnie wspólne przeżycia, i to im bardziej emocjonalne, tym lepiej.
I to jak cementują! Jak ich na przykład na wakacjach złapie burza i tak zmokną, że będą pędzić ile sił w nogach do domku na plaży, to przecież jakby goniło ich stado lwów i oni by się ledwo uratowali. Ciekawe są też sytuacje, gdy on ją czegoś nowego uczy – oboje zapamiętają je do końca życia. Choć są faceci, którzy nie potrafią uczyć, wtedy lepiej wziąć lekcje.

Ale przyznaj, czasem żona mówi, że nie chce jechać pod żagle, a naprawdę chodzi jej o to, żeby ją zabrał do SPA, a lęk przed wodą to tylko wymówka.
I to buduje miedzy nimi mur. On widzi, że chodzi o coś innego niż lęk, ale skoro ona nie mówi prawdy, to on odpuszcza. Choć ja to zawsze marzyłam o takim żeglarzu, co to by mnie na morze zabrał na kilka tygodni.

Niewygody i kołysanie by ci nie przeszkadzały?
Nie.

A co by ci przeszkadzało?
Są rzeczy, które mnie w moim Edku denerwują. On zapala światło, ja gaszę, ja puszczam muzykę, on wyłącza, ja zamykam okno, on otwiera… Mamy bardzo dużo takich „problemików”.

To jak to możliwe, że nadal jesteście razem? Wiele związków nie przechodzi próby drobnych upierdliwości.
My się po prostu bardzo często kłócimy, zresztą ja przy nim nauczyłam się kłócić. Kiedyś tego nie potrafiłam, obrażałam się i cierpiałam w ciszy. Bardzo wyśmiewał się wtedy ze mnie mój tata, czym mnie doprowadzał do jeszcze większego obrażenia i jeszcze większego cierpienia. Oczywiście taką reakcje wzięłam od mamy, ale z czasem zauważyłam, że w związku mi się to nie opłaca. No więc kłócimy się i pewne rzeczy sobie wypominamy, pod pewnymi względami jesteśmy niedobrani, a pod innymi jak najbardziej. Ale ponad wszystko ja po prostu wiem, że to jest mój człowiek. Zawsze są rzeczy, które cię w drugiej osobie wkurzają, ale powinno być ich mniej niż tych, co nie wkurzają.

A czy tobie zdarzało się mieć pretensje w związkach?
No ba, pewnie.

Sądzisz, że to polska czy ogólnoludzka specjalność?
Niestety, bardzo polska, ale też bardzo ludzka.

A bardziej kobieca czy męska?
I to, i to. Na pewno baby mają pretensję o co innego niż faceci. O ciągły niedosyt okazywanych uczuć.

Kwiaty, komplementy?
Słowa, głównie słowa. Kwiaty oczywiście też, ale dopiero jako przedłużenie słów. Bo kobiety uwodzi się i zatrzymuje przy sobie słowami, ci, którzy to wiedzą, opływają w wygody. Czyli słowa i trochę czynów. Z kolei mężczyźni stawiają na atmosferę. Oni lubią, żeby się nimi zachwycać, ale w troszeczkę inny sposób, to znaczy doceniać ich, szanować ich męskość, rolę i wykonane zadania, ale też ich chcieć. Mówiąc w dużym skrócie, kobieta dla mężczyzny to odpoczynek wojownika. Nawet jeśli on nie jest wojownikiem, to się tak czuje, bo świat od niego wymaga dokonań na miarę wojownika. Kobiety potrzebują miłości i zachwytów, a mężczyźni podziwu i wsparcia.

Pretensje zaczynają się wtedy, kiedy tego brakuje?
Kiedy brakuje naprawdę lub kiedy wydaje się nam, że zaczyna brakować. Albo takie „Sama nie wiem, na co dzisiaj mam smak”. I wtedy czepiam się dla samego czepiania. Bo mam swój dom, a mamusia mówiła: „Jak będziesz miała swój dom, to będziesz się rządziła”, to się teraz rządzę, bo jest we mnie tyle zaciekłości z poprzednich lat. I na kim mam to odreagować? Na mężu!

Istotą pretensji jest to, że nie mówimy wprost?
Też. Istotą pretensji jest po prostu to, żeby mieć pretensję. Żeby nie znajdywać rozwiązania, żeby nadal mieć prawo, pretekst i powód, żeby swoją złość, która nie została w żaden sposób nazwana, zrozumiana ani wyrażona, dalej międlic. Żeby wszyscy inni byli winni tego, że ja się źle czuję.

Czy można nie mieć pretensji?
Można.

Ale jak to osiągnąć?
Na przykład iść na psychoterapię. Albo uczciwie zabrać się do rozrachunku ze sobą, co może być jednak trudne. Dlatego najlepiej zacząć od samoobserwacji. Kiedy jesteś zła, a nie wiesz, z jakiego powodu, przepuść złość przez siebie. Ale przede wszystkim powiedz sobie: „JA jestem zła”. A nie: „Co tu się dzieje?! Czy wy powariowaliście? Wrzeszczycie, biegacie, a ty siedzisz jak głąb”. No i mamy najczęstszy mechanizm obronny – przeniesienie.

Oprócz złości często nie znamy też pochodzenia własnego smutku. On coś powiedział i nagle zrobiło mi się strasznie smutno.
I nie zapytam samej siebie, dlaczego, bo będę musiała sobie odpowiedzieć na przykład: „Tęsknie za ciepłem, za przytuleniem, a on mnie nie dotyka”. A następne pytanie, jakie będzie musiało paść: „A czy ja go przytulam?”. Łatwiej jest zwalić winę na niego. Może zamiast mówić: „A bo ty już się o mnie nie troszczysz!”, po prostu jak dziecko przytulić się do niego? Nawet jak on jest zajęty, można przytulić się mimo to, na przykład do ramienia.

Tak robią nasze psy i koty.
Jak pan pracuje za długo, to kot położy mu się na komputerze z takim cudnym spojrzeniem pod tytułem: „A ja?”. I popatrz, ile kobiet potrafi tak się zachować? Niektóre potrafią i mają bardzo fajnie w życiu.

Czyli pretensje zastąpmy… czym?
Przede wszystkim róbmy to, co chcemy. Jeśli chcesz coś dostać, a nie możesz tego sama sobie dać, to poproś, tylko pamiętaj, że prośba dopuszcza też odmowę. Możesz też zażądać, bo masz do tego prawo jako żona czy partnerka, ale jednocześnie to samo prawo powinnaś przyznać jemu. Możesz też zrobić interes: „Ja dam ci to, a ty mi dasz coś innego”. Wszystko będzie lepsze od pretensji, które są takim powtarzającym się nękaniem: „Znowu wychodzisz z domu”, „A o której wrócisz?” – zupełnie jak mamuśka. Bardzo wiele kobiet zdaje sobie sprawę z tego, że zachowuje się jak swoja mama, ale nic z tym nie robi. A przecież można powiedzieć: „Koniec kropka, biorę odpowiedzialność za swoje postępowanie” i na przykład ćwiczyć liczenie do 100, zanim powie się taką głupotę. A potem bardzo siebie za to pochwalić – kupić sobie kwiaty lub nową torebkę. I po jakimś czasie spytać męża: „Kochanie, czy zauważyłeś, że od jakiegoś czasu mniej marudzę? To zauważ, bo robię to z miłości do ciebie i naszego związku”. Poza tym raz na jakiś czas dobrze jest podziękować partnerowi, że tyle ze mną wytrzymuje.

 

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze