fbpx

Jest coraz jaśniej

Jest coraz jaśniej
Michał Korta / Reżyserka Magdalena Łazarewicz

Kiedy się upada, nie można wstawać z pustymi rękoma – mówi za chińskim przysłowiem. Ponad dwa lata temu niespodziewanie zawalił się jej świat, przeżyła osobistą tragedię. Reżyserka Magdalena Łazarkiewicz mówi o sile, jaką teraz czuje, i okolicznościach powstania nowego filmu, który pomógł jej znaleźć drogę

– Za chwilę premiera twojego nowego filmu „Maraton tańca”. Wiem, że długo chodziłaś wokół tego tematu. Dlaczego tak bardzo cię pociągał?

– Chciałam opowiedzieć historię realistyczną, łącząc ją z elementami magii. Ważne było pokazanie, że za tym, co się nam przydarza, kryje się głębszy, metafizyczny sens i że to, co się dzieje, dobre lub złe, na końcu jest w stanie wygenerować dobro. To może naiwna wiara, ale z niej powstał ten film, którego akcja dzieje się w niewielkim miasteczku, gdzie pewna grupa oszustów trzymających władzę organizuje maraton tańca dla miejscowej ludności.

– Z Maciejem Kowalewskim, współautorem scenariusza, zesłaliście tam dwa dosyć dziwne anioły.

– Na tym właśnie polega przewrotność tego pomysłu: rzeczywiście zjawia się tam para szemranych aniołków, mocno podejrzanych typków. Świat, w którym się pojawiają, nie jest przypadkowy. Kręciliśmy w Dobromierzu na Dolnym Śląsku, bo dla mnie to kraina magiczna, biograficznie łącząca się z miejscem pochodzenia mojego męża Piotra, ale też z jego wtajemniczeniem mnie w ten świat. Już sam krajobraz uruchamia magiczne myślenie. Chciałam złożyć Piotrowi hołd. Nie wyobrażałam sobie tej historii w innej przestrzeni. Kiedy odszedł, byłam pewna, że chcę kręcić właśnie tam.

– Bo się tam wychował?

– Piotr zawsze był naznaczony tym krajobrazem, mimo że był zwierzęciem miejskim, potrzebował rytmu miasta, jego tłoku. A wychował się w środku lasu, w prewentorium dla dzieci z chorobami dróg oddechowych prowadzonym najpierw przez jego ojca, a po jego śmierci – przez matkę. Z tego dzieciństwa w głuszy wyrywał się ku światu, dużo czytał, śledził wszystkie ważne wydarzenia kulturalne. Siedział w swoim pokoju z nosem w książce, przyroda go nie obchodziła. Ale kiedy już zakosztował wielkomiejskiego życia, pojawiły się tęsknoty… Miały one mieć swój finał, który się nie dokonał. Zdecydowaliśmy się kupić dom pod Warszawą. Piotr cieszył się, że będzie kosił trawę,
że stworzy miejsce przypominające dom jego dziadków. Dziadek był organistą, babcia gospodynią domową. Ich dom był ciepły, rodzinny, z ogrodem i własnym warzywnikiem. Piotr chciał wrócić do tych klimatów. Tyle że zamiast warzywnika chciał tam zrobić prawdziwą salę kinową.

– Kiedy realizowałaś film, wróciłaś do jego miejsc?

– Przejechałam tamtędy, wrażenie było przygnębiające. Wypieszczony, pachnący ciastem dom, którym opiekowali się rodzice Piotra, zamienił się w ruinę. Prewentorium strawił pożar, w stanie wojennym zostało przejęte przez wojsko czy też służby leśne, wielkie połacie lasu wyginęły z powodu wirusa, otoczenie zrobiło się łyse i brzydkie.

 

– Zdążyłaś porozmawiać z Piotrem o „Maratonie…”?

– Był świadkiem powstawania scenariusza. Przyłapywał nas z Maćkiem na pisaniu, czasem się włączał, czasami przeszkadzał, bo zabierał Maćka na balkon na papierosa. Bardzo wierzył w ten projekt. Przez całe wspólne życie była między nami wymiana energii, myśli. Najbardziej brakuje mi tej komunikacji z nim. Oczywiście, to było też potwornie absorbujące, ta jego potrzeba ciągłego przegadywania różnych spraw. We mnie było może więcej ciszy, potrzeby odsuwania się, przeżywania w sobie. Może to zabrzmi podejrzanie, ale teraz, w samotności, która przyszła tak nagle, często czuję się dość luksusowo. W większym stopniu mogę skupić się na życiu duchowym. Mam możliwość odpuszczenia sobie, ucieczki od intensywnego życia rodzinno-towarzyskiego, które się w naszym domu toczyło. Kochałam ten ruch, ale czasami dla mnie jako dość wymagającej od siebie gospodyni bywało to dość męczące. Nagle ze śmiercią Piotra wszystko się zawaliło. Dom stał się głuchy. Odejście Piotra w ogóle było dosyć symboliczne. Akurat sprzedaliśmy mieszkanie, spakowaliśmy się, Piotr też spakował swoje rzeczy i odjechał. Bo mam poczucie, że gdzieś odjechał. Do tej pory nie jestem w stanie zrozumieć, że go nie ma. Stałam się właściwie bezdomna, użyczyli mi swojego mieszkania przyjaciele. Dom, który kupiliśmy, wymagał remontu, nie mogłam go sprzedać w takim stanie, więc musiałam spakować swoje rzeczy, wrzucić do magazynu i zostałam prawie bez niczego. Tragedia, jaką przeżyłam, przywróciła mojemu życiu prawdziwe proporcje, oprócz wszystkich negatywnych emocji poczułam również siłę i lekkość, uświadomiłam sobie, że w życiu stosujemy za dużo podpórek – opieramy się na rodzinie, na sferze posiadania, za mało skupiamy się na sobie. Poczułam się jak wędrowiec, który niczego nie ma i dzięki temu zrzuca z siebie pęta, jest tylko tym, kim jest w danym momencie. Jednocześnie – wraz z bolesnym poczuciem osamotnienia – uświadomiłam sobie, że nasza wspólna droga miała wielki sens.

– Jak to rozumiesz?

– Jestem przekonana, że po naszym związku, po obecności Piotra został wyrazisty ślad we mnie, w przyjaciołach, w ludziach, z którymi miał bliskie kontakty. Mam poczucie, że jego energia i optymizm do mnie wracają. To daje mi siłę. Dzięki temu nigdy nie poczułam się tak naprawdę opuszczona. Czasem samotna, ale nie opuszczona.

– Twój nowy film był ci potrzebny, prawda?

– „Maraton tańca” to chyba jeszcze nie jest mój najważniejszy film. Najważniejsze filmy mam przed sobą. Absolutnie to czuję. Ale był mi potrzebny. Był dla mnie bramą, przez którą przeszłam po śmierci Piotra. Znalazłam się znów na planie, z wieloma naszymi wspólnymi przyjaciółmi, którzy dali mi oparcie i poczucie wspólnoty. To mnie zbudowało wewnętrznie, chociaż było trudne, bo mieliśmy mały budżet, za mało dni zdjęciowych. A zamierzyliśmy sobie to, co najtrudniejsze – akcja filmu toczyła się w ciągu 24 godzin w plenerze. Zbiorowy bohater plus miejscowi nieobyci z filmem statyści, zmieniająca się aura, trudne elementy inscenizacyjne. Ta praca była wyczerpująca, a mimo to dała radość. Gdybym nie zrobiła tego filmu, pewnie bym zwariowała. Najbardziej się cieszę, że udało nam się – wbrew okolicznościom – zrobić film pogodny, po obejrzeniu którego – takie mam sygnały od pierwszych widzów – człowiek wychodzi z kina naładowany dobrą energią. W ten film jest zaplątana jeszcze jedna dusza: w trakcie przygotowań umarła też producentka Ania Iwaszkiewicz, bliska mi osoba, dzielny i mądry człowiek. Dusze Ani i Piotra ciągle się unoszą.

– Miałaś siedem lat, kiedy odszedł twój ojciec Henryk Holland. Najpierw mówiono, że został wypchnięty przez okno przez bezpiekę, później okazało się, że popełnił samobójstwo. Jak to na ciebie wpłynęło?

(…)

Więcej w Zwierciadle 02/2011