Doceń siebie! Skąd się biorą nasze problemy z poczuciem własnej wartości?

Każdy z nas jest jednostką absolutnie wyjątkową, fot. iStock

Po prostu niektóre nasze cechy nie spodobały się rodzicom. A że byli więksi i od nich wszystko zależało – to my musieliśmy się na to zgodzić. Ale jako dorośli możemy i powinniśmy wreszcie uznać siebie za wyjątkową jednostkę. Zasługującą na szacunek i miłość – pisze psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Opowiem wam o pewnej kobiecie, mojej pacjentce, która sama jest terapeutką. Śliczna, zgrabna, zawsze ze smakiem ubrana, dowcipna, pełna wdzięku. Ogromnie ją lubię i uważam za osobę z wielkimi walorami. A jednak przy ukochanym zmienia się w kogoś zupełnie innego. Kogoś, kto takim cichutkim, malutkim głosem pyta: „A czemu nie zadzwoniłeś? Miałeś się umówić ze mną na niedzielę, czekałam i nic. I co ja mam teraz z tą niedzielą robić?”. Są już długo razem, ale on od czasu do czasu wyjeżdża lub ma plany, które jej nie obejmują, przy czym powtarza: „Ja wcale się z tobą nie rozstaję, ja cię wcale nie chcę rzucać”. Zwyczajnie potrzebuje odpocząć od tej ciągłej podaży, bo ona cały czas się o niego stara. Każdy facet musi trochę powalczyć, pozdobywać, poczekać. Mówię jej, że w tej relacji zachowuje się nie jak partnerka, nie jak kochanka, ale jak dziecko. I ona tak słucha tego i słucha, taką ma minę smutną i w końcu mówi: „No tak, rzeczywiście było tak kiedyś, że przez parę dni mu mówiłam, że jestem zajęta i on miał gdzieś wyjechać, a normalnie jak wyjeżdża, to nie odzywa się przez kilka dni, a tym razem dzwonił codziennie i to nawet kilka razy. Aż zaczęło mnie to denerwować”.

„O, słyszysz? Ciebie zaczęło denerwować, że on dzwonił parę razy. A czy myślisz, że jego nie denerwuje, jak ty pytasz: i co z tą niedzielą?”. „Ja wiem, i jeszcze w dodatku robię to takim cichutkim, malutkim głosem jak mówisz”. „No i coś do ciebie dociera?”. „Bardzo powoli” – ona na to. Wszystkie dziewczyny to robią, no, prawie wszystkie, że gdy się pojawia w ich życiu facet, to one zaczynają się tylko nim zajmować. „A czy ja dobrze zrobiłam, że mu tak powiedziałam? Ale on zrobił to, a nie zrobił tamtego… Czy on mnie nie będzie chciał zostawić?”. Przestają się zajmować sobą, tylko zajmują się tym, jakie robią na NIM wrażenie. I jeżeli on jest zadowolony i mówi, że kocha – to wszystko jest w porządku, a jak tego nie mówi i nie jest zadowolony – to znaczy, że ona nie jest w porządku. Mówię więc tej mojej pacjentce: „Kochana, sama jesteś terapeutką i powinnaś wiedzieć, że to nie nim masz się zająć, tylko rodzicami”. W tym momencie spojrzała na mnie i zaczęła od razu opowiadać o tym, co ją spotykało od mamusi. No i, jak to się mówi, jesteśmy w domu. Natychmiast. I dotyczy to wszystkich dziewczyn, które są śliczne, wykształcone, mądre i jednocześnie kompletnie niepewne swojej wartości. Bo w dzieciństwie były mniej ważne – albo dlatego że miały brata, albo dlatego że nie miały i musiały to rodzicom wynagradzać. Albo dlatego że mama też była w domu mniej ważna lub co prawda mama była bardzo ważna, a wręcz była tyranem, ale swojej córki nie lubiła. Dlatego na pytanie, od czego zacząć pracę nad wzmacnianiem poczucia własnej wartości, odpowiadam: najpierw trzeba zdać sobie sprawę z tego, jak nam było i jest w domu rodzinnym.

Autentyczność to wartość!

Wiele dziewczyn orientuje się w jakimś momencie, że siebie nie lubią, są z siebie wiecznie niezadowolone i mają mocno zachwiane poczucie własnej wartości – niby osiągają sukcesy i zbierają pochwały, ale jednocześnie mają przekonanie, że niewiele są warte. Mówią nawet: „Mam zerowe poczucie wartości”, ale tak naprawdę powinny powiedzieć: „Mam obawę, że niewiele jestem warta”, bo wartość mają, jak każdy człowiek, tylko one na ten temat mają kompletnie pokręcone w głowie. Źle o sobie myślą, w związku z tym zabierają sobie poczucie własnej wartości, bo kiedyś już zostało im zabrane. Wtedy, kiedy powinno być gruntowane i wzmacniane. Bo małe dziecko co prawda nie wie, kim jest i jakie jest, ale ma poczucie autentyczności. Dlatego bez ogródek mówi: „A ta pani jest gruba!’’ albo: „Ja nie będę całował wujka, bo śmierdzi papierosami”. Dziecko po prostu nazywa rzeczy po imieniu, ale jeśli zaczyna się je przycinać, temperować, deptać, układać, wyciskać jak mokry ręcznik: „nie skacz, nie śmiej się, nie dogaduj, przestań się wygłupiać”, to ono zaczyna się gubić w tym, co wie, a czego nie wie – o świecie i o sobie. Co chwila słyszę od pacjentów, jakie straszne rzeczy potrafili im mówić rodzice. To zostaje w dziecku na lata.

Bo skąd się biorą te wszystkie problemy z poczuciem własnej wartości? Po prostu nasze cechy nie spodobały się rodzicom. A że byli więksi i od nich wszystko zależało – to my musieliśmy się na to zgodzić. Najgorsza sytuacja jest wtedy, kiedy dziecko czuje, że matka go nie kocha, a ojca nie ma. Bo na przykład moja matka nie potrafiła mnie kochać, ale ojciec kochał, wprawdzie tego nie mówił, ale ja to czułam. No i jeszcze miałam oddaną nianię. Miałam skąd czerpać. Jeśli dziewczyna miała pusto w swoim koszyczku, bo matka najpierw nie dała, a potem – ze strachu przed matką – nie dał też ojciec, to ona musi sama ten koszyczek zapełnić. Jak? Jest na to kilka sposobów:

Po pierwsze, trzeba się uchwycić pierwszego dorosłego, który powie ci, że jesteś wartościowa i fajna. Który pokaże, że taka, jaka jesteś, jesteś OK. Uchwycić się i zachować sobie to jak największy skarb na dnie serca. Trzeba do tego śmiałości, a może po prostu silnego instynktu samozachowawczego. Pewna pacjentka opowiedziała mi, że ją uratowała pani od polskiego. Usłyszała od niej: „Widzę, jaką masz trudną sytuację w domu, i ja ci w tym nie mogę pomóc, bo nie zmuszę twoich rodziców, by przestali pić, ale widzę też, że się przykładasz do nauki, choć nie zawsze to widać w twoich stopniach. Dlatego pamiętaj, że u mnie będziesz miała zawsze co najmniej czwórkę. Bo jesteś zdolna, pracowita i mądra, tylko nie masz warunków, by na razie z tego skorzystać”. Wtedy po raz pierwszy i jedyny usłyszała od kogoś dorosłego, że ją nie tylko zauważa, ale że jest dla niego ważna i wartościowa, i uwierzyła w to. Wzięła do siebie, nie przeleciało jej to niczym przez dziurę w koszyczku. I wyszła na ludzi, a mogła nie wyjść, wychowana w alkoholowym domu, z bijatykami i wyzwiskami. Żeby mieć trudno, wystarczy też dom zimny i pusty. Dom, który daje nakazy i zakazy, a przede wszystkim dużo lęku. I my potem tym lękiem – niczym busolą – kierujemy się w życiu i tylko potwierdzamy w ten sposób to, czego najbardziej się boimy – że nic nie jesteśmy warci.

Po drugie, trzeba wiedzieć i uwierzyć, że jeśli ktoś się chce z nami umówić, jeśli ktoś chce się z nami przyjaźnić – to nie dlatego że się chce poświęcić, tylko dlatego, że ma na to ochotę, bo mu się podobamy i nas lubi. Zbierajmy sobie, kolekcjonujmy dobre słowa innych, staną się naszym skarbczykiem, do którego będziemy mogli zajrzeć, kiedy dopadnie nas dół lub ktoś ważny znów powie coś, co nas zepchnie kilka pięter w dół. Nie nośmy koszyczka z dziurawym dnem, bo wtedy niezależnie od tego, ile osób nas pochwali, doceni, pokocha – w kółko będziemy powtarzać: „za mało, za mało”. Wierzmy w dobre słowa na nasz temat i je zapamiętujmy. Nie bójmy się, że to nas od nich uzależni, bo to właśnie ci, którzy ciągle noszą dziurę w koszyczku, są zależni od oceny innych. Kiedy człowiek się nasyci dobrem, nawet zbieranym po kawałku, nie będzie wiecznie głodny.

Po trzecie, ćwiczmy wizualizacje i afirmacje. Dlaczego są takie ważne? Bo „przeuczają” nasze myślenie. My mamy po rodzicach głowy najeżone czarnymi przekazami, typu „jesteś do dupy”, „do niczego w życiu nie dojdziesz”, „jak ty wyglądasz?!”. Kiedy jednak te zdania z siebie wywalimy i zastąpimy je jasnymi, pozytywnymi – od razu poczujemy zmianę. Pamiętajmy, afirmację zawsze mówimy w czasie teraźniejszym, w trybie dokonanym i nie używając zaprzeczeń. Czyli: „jestem dobra”, „jestem piękna”, nie „najlepsza”, nie „najpiękniejsza”, ale: „w porządku”, „OK”. Albo: „wszystko, co robię, jest całkowicie w porządku, cokolwiek i ktokolwiek o tym myśli”, „rozwijam się i zmierzam w dobrym kierunku”, „staję się coraz bardziej zadowolona z życia”, „mam prawo być dumna z siebie”. (W Internecie można znaleźć opis stosowania afirmacji).

Po czwarte, trzeba wziąć sobie prawa i dać sobie jeden podstawowy obowiązek. Mamy prawo do szacunku, prawo do popełniania błędów, do bycia zadowolonym z siebie, do pragnień, do spełniania swoich potrzeb i przede wszystkim prawo do szczęścia, dobrostanu oraz prawo do życia. A wśród tych wszystkich praw mamy też obowiązek – dbania o siebie. Najtrudniej jest dziewczynom, które swoją krzywdę zamieniają w roszczenia, na zasadzie: „ponieważ byłam tak skrzywdzona, to mi się należy”. Tylko kto miałby im to wynagradzać, skoro tyle osób jest skrzywdzonych? Każdy z nas musi sam ogarnąć się z własną krzywdą. Powiedzieć sobie: „zostałam skrzywdzona/ zostałem skrzywdzony”, czyli przyznać, że to nie moja wina, że to nie ja chciałam sobie zepsuć życie, tylko tak się ułożyło, ale teraz już to widzę i biorę za siebie pełną odpowiedzialność.

Po piąte, oddychać. Oddech – właściwy, głęboki, z przepony, a nie z piersi – jest podstawą naszego dobrostanu. Jeśli ktoś ma bardzo nikły kontakt ze sobą, to powinien zacząć od afirmacji i od oddechu. Bo oddech jest lekarzem, przyjacielem, opiekunem, energią. Jeżeli jest mi kiepsko, to oddycham bardzo płytko, słaniam się, poleguję. Kiedy zaczynam oddychać z brzucha – zyskuję mnóstwo przestrzeni i spokoju oraz świadomości swojego ciała, tego, co się we mnie dzieje. Można zacząć ćwiczyć, leżąc: położyć sobie rękę na brzuchu i starać się oddychać tak, by się unosiła przy wdechu. Za każdym razem, kiedy krzywdząca myśl powoduje, że się w sobie spinamy, połóżmy rękę na brzuchu i spróbujmy od środka się uspokoić. Bo jeżeli zaczynamy czuć siebie od środka, to organizm dostaje sygnał, że ma prawo żyć. W związku z tym zaczyna przysyłać to wszystko, co było poukrywane. I jeśli w dzieciństwie kochałaś tańczyć, to będziesz teraz tańczyła. Jeśli malowałeś, to będziesz malować. Co nie znaczy, że twoje obrazy będą wisiały w galeriach i będą cię oklaskiwać na wielkich scenach (choć może i tak się zdarzyć), chodzi po prostu o to, żeby tworzyć i czuć siebie w tym, co jest dla nas prawdziwe.

Po szóste, szukajmy ludzi, z którymi czujemy się dobrze. Bardzo ważna zasada, bo zwykle osoby, które czują się mniej wartościowe, podłączają się pod kogoś ich zdaniem bardziej wartościowego i ważnego – i zaczynają mu służyć. To niezdrowe, relacje potrzebują wymiany. Trzeba mieć w sobie tę mądrość, by być z tymi, którzy cię chcą, a nie z tymi, których ty wprawdzie chcesz, ale którym jesteś obojętna. Osoby o obniżonym poczuciu własnej wartości żyją według tego słynnego zdania Groucho Marxa: „Nie chcę należeć do klubu, który mnie przyjął na członka”. Bo skoro ktoś mnie chce, a ja jestem kiepska, to on też nie może być fajny, prawda? Ano, nieprawda!

Po siódme, pora zrozumieć, że wygląd ma znaczenie, ale nie absolutnie. I zwykle ma znaczenie tylko na początku. Wiele dziewczyn, niezadowolonych ze swojego wyglądu, tak się na nim skupia, że przekładają to niezadowolenie na siebie jako człowieka. Dlatego trzeba zdjąć uwagę z własnego wyglądu i przenieść ją na działanie. Warto być w stowarzyszeniach, wolontariatach, oazach, klubach, chodzić na gimnastykę, zapisać się do harcerstwa, na kurs językowy – robić różne rzeczy z różnymi ludźmi, po to, żeby poznali cię głębiej, nie tylko od tej zewnętrznej strony. By zobaczyli, że jesteś na przykład uczynna, dokładna, zwinna, zabawna, koleżeńska, oczytana… Z tego się biorą przyjaźnie, sympatie i miłości, bo wtedy sobie nie wyobrażamy człowieka, tylko go sprawdzamy. Inna sprawa, że świat wymaga od nas koncentracji na wyglądzie, po nim się nas głównie ocenia. A jakby dziewczyny wkładały tyle w rozwój, ile wkładają w swój wygląd, to, kochani, ale by było cudownie!

Po ósme, łapmy kontakt z innymi, którzy są w podobnej sytuacji. Kółka wsparcia, kręgi, grupy terapeutyczne to bardzo cenne miejsca, w których często rozwija się czyjaś wyjątkowość i dostaje się wsparcie. Ale bardzo ważne jest, by choćby na początku takie koła czy kręgi miały profesjonalnego prowadzącego, który wniesie określone normy – żeby się nie pokłócić, niechcący nie nadużyć i nie przekroczyć pewnych zasad. Jeśli nie ma na to szansy, to można choćby poczytać o takich zasadach w Internecie. Jedną z najważniejszych jest, by nie przerywać i nie oceniać. Wspierać się, a nie krytykować.

Po dziewiąte, unikajmy miejsc i społeczności, które nas osłabiają. Jeśli osłabia cię twój rodzinny dom, który jest bardzo toksyczny, to oddal się od niego. I nie miej wyrzutów sumienia. A jeśli je masz, to je sobie pogłaszcz, powiedz: „No trudno, jest mi smutno z tego powodu, ale nie opłaca mi się tam być”. Czasem nie da się inaczej. Nawet gdy jedzie się do rodziny z nadzieją, że może teraz coś się zmieni, że może zaakceptują mnie taką, jaką jestem, to i tak dostaje się w łeb. Zatem jeśli już musisz i bardzo chcesz, to jedź na krótko albo jedź przygotowana na to, co cię spotka. I dzielnie znoś konsekwencje takiego wyboru. Powiedz na przykład: „A, dziękuję wam za te życzenia, żebym schudła, miała dziecko czy wreszcie normalnego narzeczonego. Dziękuję, tego właśnie się spodziewałam”. A w duszy wiedz swoje i trzymaj się tego.

Praca domowa

Nic tak nie podnosi na duchu, nie inspiruje i nie daje przykładów na to, że warto nad sobą pracować, jak książki. Niejedną osobę wartościowe, mądre lektury uratowały od trudnej rzeczywistości i wyprowadziły „na ludzi”. Dlatego czytaj, czytaj i jeszcze raz czytaj. Czytaj w bibliotekach, pożyczaj od znajomych albo wymieniaj się z przyjaciółmi. Czytaj powieści, wiersze, reportaże, poradniki. A jeśli jesteś dziewczyną lub kobietą na początku drogi budowania swojej wartości, przeczytaj koniecznie: „Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne idą tam, gdzie chcą” Ute Ehrhardt, „Toksyczni rodzice” Susan Forward i Craiga Bucka, „Matki, które nie potrafią kochać” Susan Forward, „Nigdy dość dobra” Karyl McBride, „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy” Sherry Argov i „Chcę być kochana tak jak chcę”, którą napisałam wspólnie z Ewą Konarowską.

Pomogą ci nie tylko ustalić, czemu czujesz się tak jak czujesz, ale też nauczą cię, jak masz postępować – czyli nie być miła, tylko cenna. Bo jesteś cenna.