fbpx

Katarzyna Miller o tym, dlaczego ludzie nas wkurzają

Katarzyna Miller o tym, dlaczego ludzie nas wkurzają
To mogą być bliscy, współpracownicy, ale też sąsiedzi czy osoby publiczne. Łączy ich jedno: strasznie nas denerwują. (Fot. iStock)

To mogą być bliscy, współpracownicy, ale też sąsiedzi czy osoby publiczne. Łączy ich jedno: strasznie nas denerwują. Dlaczego? Są od nas inni czy przeciwnie – zbyt do nas podobni? Przekraczają nasze granice czy po prostu nadeptują nam na odcisk? Pytamy terapeutkę Katarzynę Miller.

Kiedy za kimś nie przepadamy, zwykle uważamy, że w pewnym sensie świadczy to o tej osobie. A może mówi to więcej o nas samych?
Opowiem wam o niezwykle zdolnej, pięknej i bogatej młodej damie, z fenomenalną karierą i świetnymi zarobkami. Jednak bez drygu do facetów. Podrywali ją interesujący panowie, których poznawała przy wielomilionowych negocjacjach. Tam była żyletą. Ale po dwóch, trzech randkach panowie się utleniali. Nie umiała się z nimi bawić, flirtować, lekko rozmawiać. Była spięta, nastroszona. Jak to zwykle się dzieje, źródłem był jej dom rodzinny. Tata – słaby alkoholik. Mama, wiecznie cierpiąca, niezadowolona, zimna – zajmowała się głównie opowiadaniem córce o tym, jak okropnym człowiekiem jest tatuś i co jej paskudnego robi w łóżku (małej dziewczynce!). Jedynie nauka była schronieniem dla naszej damy, dawała jej solidne oparcie, a poza tym dzięki dobrym ocenom dostawała głaski w rodzinie, sławę w szkole i na studiach oraz poczucie dumy. Potem też duże pieniądze. Miała talent, poświęciła mu całą siebie i wyniki były imponujące. Imponowała również mężczyznom.

Jednak w kontaktach prywatnych nie mogło się nie ujawniać jej kompletne zagubienie. W nauce i pracy jesteśmy głównie zadaniowi, prywatnie pokazujemy znacznie więcej siebie. O dziewczynach, które w obecności mężczyzn były zalotne i rozfiglowane i które miały duże powodzenie, nasza bohaterka mówiła „puste lalki”, z pogardą i złością. W procesie terapii dotarło do niej, że mówi i czuje tak przede wszystkim z ogromnej zazdrości i niechęci, bo one miały to, czego sama pragnęła, a nie umiała, nie wiedziała, co zrobić, by to dostać. Bo tego się nigdy nie uczyła. Przeciwnie, trzymała się z daleka, z samotności i lęku przed toksycznymi emocjami, od jakich kipiało w jej domu rodzinnym. Ostatecznie zrozumiała, jak ważne są prawdziwe umiejętności „pustych lalek” oraz ich urok i jak wiele można się od nich nauczyć. Ponieważ była bardzo zdolna, szybko wiele rzeczy nadrobiła. W różnych zresztą dziedzinach, nie tylko w tej.

Czyli to, czego najbardziej nie lubimy w innych, jest tym, czego najbardziej nie lubimy w sobie? Lub czego najbardziej nam brakuje?
Albo tym, czego nie lubimy w sobie, albo tym, czego nie mamy, albo tym, co do czego nam wmówili, że nie wolno nam mieć i dlatego mamy to ukryte w naszym cieniu.

Wielu zna to może z własnego życia: wchodzisz do jakiejś grupy, powiedzmy nowego zespołu w pracy, i od pierwszej chwili jedna osoba wywołuje w tobie niechęć, co chwila się spinacie. Po jakimś czasie, kiedy lepiej się poznajecie, okazuje się, że tak naprawdę macie ze sobą wiele wspólnego i zakopujecie wojenny topór.
Może i tak się stać, ale myślę, że jednak to rzadki scenariusz. Już prędzej pierwotny konflikt narośnie i wcale nie staniecie się najlepszymi przyjaciółmi…

Ja tak miałam parę razy…
To miałaś szczęście. Pewna pani żarła się całe życie ze swoim ojcem, a byli do siebie podobni jak dwie krople wody. Takich przykładów znam mnóstwo. Podobnie jak takich, że jeśli z kimś źle zaczniemy, to potem wyłapujemy dowody na to, że to nie jest fajna osoba. Chyba że jesteś bardzo świadoma i pilnujesz tego, żeby się nie uprzedzać.

To dlaczego tak się dzieje?
Wiesz, jeżeli ktoś na ciebie źle spojrzy, a tym masz w sobie jakieś głęboko ukryte urazy, to nie skupiasz się wcale na tych urazach, tylko na tym, że ktoś na ciebie źle spojrzał. I jesteś przekonana, że jest ci przykro nie z powodu jakiegoś urazu, tylko przez tę osobę.

Czyli to osoby, których nie lubimy, najwięcej nas uczą?
Tak bym nie powiedziała. Najwięcej uczą jednak osoby, które nas kochają i akceptują. One uczą nas rzeczy najważniejszych, dają nam różne prawa i praktyczne podstawy do właściwego funkcjonowania. Natomiast osoby, z którymi mamy konflikt, mogą nam służyć jako powód do pracy nad sobą. Ale nie wszyscy lubią nad sobą pracować. Wolą powiedzieć: „co za dupek” albo „wstrętna baba”.

A taki przykład: mam trudną szefową, czepiającą się wszystkiego, podważającą moje kompetencje. Czy to jest wskazówka dla mnie, by popracować nad sobą i, dajmy na to, nad relacją z matką? A jeśli to szef – nad relacją z ojcem? Czego mają nas nauczyć takie osoby?
Upierdliwy szef może się nam przydać do tego, żebyśmy sobie jakoś w tej sytuacji poradzili. Albo pozwolili sobie zostawić tę pracę, albo nauczyli się pracować pomimo takiego szefa i jego uwagi puszczali jakoś bokiem, albo mu się postawili, albo zjednoczyli całą społeczność pracowniczą przeciwko niemu… Różne mogą być ścieżki postępowania. Oczywiście możemy się też zastanowić nad naszą relacją z rodzicami, jak najbardziej, wiele jest w tym racji. Niektórzy bowiem pojawiają się w naszym życiu po to, by przypomnieć nam, że mamy nierozwiązane konflikty z przeszłości, i uosabiają tych, z którymi w tym konflikcie jesteśmy. Często te najważniejsze osoby, czyli rodziców właśnie. Taka sytuacja to także sygnał dla nas, że dajemy sobie wchodzić na głowę komuś, kto by tego może nie robił, gdybyśmy się na to nie godzili. Są ludzie, którzy atakują dopiero wtedy, gdy widzą, że druga osoba jest „miękka”, ustępuje, i korzystają z tego. Nauka płynie więc następująca: warto zacząć stawiać granice. Rozróżnijmy jednak osoby, które nam szkodzą czy chcą nas zniszczyć, od osób trudnych, z którymi nie dajemy sobie rady z powodu naszych zaszłości czy niepewności. Warto poświęcić trochę czasu, by najpierw zastanowić się: czy ten ktoś jest szkodnikiem, czy po prostu inną osobą niż ja i przez to mi się nie podoba, złości mnie, a może nawet mnie fascynuje. Może się nie przyznaję do tego, że ktoś mnie fascynuje, może boję się, że on mnie nie zechce…

Mówi się, że najbardziej pociągają nas osoby, które jednocześnie najbardziej nas denerwują…
Chyba dość często tak jest. Wiele kobiet wpada w sidła facetów, którzy potem robią im krzywdę. Dlatego trzeba się mieć na baczności.

Zgadzam się, ale ja miałam na myśli coś innego: czasem pociągają nas mężczyźni…
…niezdobyci.

To też! Myślę jednak o mężczyznach, którzy są z jednej strony pociągający, a z drugiej – mówią z pełnymi ustami, rozwalają skarpetki po mieszkaniu… Myślimy „o fuj”, a jednocześnie jest w tym zachowaniu coś niegrzecznego, coś na co byśmy sobie nie pozwoliły, a może byśmy chciały…
Bo on jest niegrzeczny, a ona jest grzeczna? Zgadza się, to działa na nas, zwłaszcza na początku. Tylko potem często kobiety żałują swoich wyborów. Mówią: „Wzięłam sobie takiego niewychowanego, liczyłam, że się zmieni”. Ale jeżeli są otwarte i chętne do tego, by pozwolić sobie na pobycie trochę niegrzeczną, to taki związek może się wręcz rozkosznie rozwijać. Będą sobie razem walać skarpetki po podłodze i będzie im przyjemnie. Ale znów: odróżnijmy takie ambiwalentne odczucia „trochę pociąga, trochę odrzuca” od sytuacji, że przy kimś czujesz się nieswojo, nie wiesz, o co chodzi, i zaczynasz się na serio zastanawiać, czy czegoś źle nie zrobiłaś… Wtedy trzeba się zatrzymać, bo może jest to osoba, która zaczyna nas używać do własnych celów i kompensować na nas swoje urazy.

Może więc osoby, które nas wyprowadzają z równowagi, mają nas nauczyć tego, jak się przed nimi bronić? Może nie zawsze musimy się doszukiwać w sobie ich cech?
Inna moja pacjentka powiedziała mi niedawno: „Zauważ, przyszła do ciebie nowa osoba”. Powiedziała tak o sobie, z radością i dumą. To zawsze jest bardzo ważna chwila dla terapeuty. Ucieszyłam się i słuchałam dalej. „Spotkałam się z moim byłym mężem, czyli moim największym gnębicielem, i pierwszy raz się go nie bałam, pierwszy raz patrzyłam ze spokojem na to, co on wyprawia. Pierwszy raz byłam w stanie odpowiedzieć: »A więc tak myślisz, no cóż, ja myślę inaczej«. Nigdy w życiu nie przypuszczałam, że może być to takie wyzwalające! Czy jesteś ze mnie dumna?”. Powiedziałam, że jestem z niej bardzo dumna, ale to głównie ona powinna być dumna z siebie. Bo to jest rewelacja!

Czyli co się takiego stało?
No, proces terapeutyczny, jej autentyczna praca nad sobą przyniosła efekt. Przerobiła lęk, niepewność na poczucie spokoju i pewności siebie. Ostatnio pytała: „Czy ja idę w dobrym kierunku?”. Ja na to: „Oczywiście, że tak, ale kiedy zobaczysz, kiedy poczujesz pierwsze efekty – nie będziesz pytać, bo będziesz wiedziała!”. I proszę. Ona była zen, a to on się nakręcał. I ona teraz będzie coraz wyraźniej widziała, co on jej robi i jak się przed tym bronić.

Zgadzam się, powinniśmy odróżniać to, czy ktoś nas krzywdzi, czy jednak mówi z pełnymi ustami.
To bardzo istotna różnica! Choć tego mówienia z pełnymi ustami to bym jednak nie lubiła… To szczegół, wiem, ale niektóre szczegóły są wielką sprawą. Nie zniosłabym faceta, który by mówił „szłem”. No, może na romans, ale nie będę z nim rozmawiała przy śniadaniu.

Jak to jest jednak, że są takie osoby w naszym otoczeniu, że wystarczy ich jedno zdanie, a nam już gula rośnie – i nie mówi tu o bliskich, którzy czasem nas najbardziej wkurzają, bo spędzamy z nimi najwięcej czasu, ale o znajomych z pracy czy sąsiadach.
Bo jesteśmy pełni różnych bólów i niespełnień. Pragniemy ciepła, cierpliwości, zachwytu, a dostajemy… no cóż? U mnie w domu tak bywa: wracam z prowadzenia grupy, zmęczona, z głową pełną ludzkich historii, a mój chłop mi od progu zaczyna coś opowiadać i jeszcze mówi: „Nie słuchasz mnie”. „Nie, nie słucham” – odpowiadam, wspinając się na wyżyny cierpliwości. „A dlaczego mnie nie słuchasz?” – on na to, oburzony. „Dlatego że jestem już pełna ludzkich historii, jak zawsze po grupie, i mógłbyś o tym pamiętać”. „To kiedy ja mam z tobą porozmawiać?”. „Na pewno teraz nie”. Trzeba się bronić. Ale rozumiem go. Siedział i nie miał z kim rozmawiać. A ja tam sobie gadam z całą grupą. Mam fajniej.

Może ta złość pojawia się w nas dlatego, że niektóre osoby przekraczają nasze granice, i w ten sposób chcemy ich bronić.
To też. Ale myślę, że denerwuje nas to, że niczego się nie uczą. Mówimy, prosimy, że nie teraz, że nie życzysz sobie, a one swoje… Wkurza nas też, kiedy próbuje się zrzucać na nas winę, a wiele osób ma taką tendencję: „Ale ty tego nie powiedziałaś”, „Nie zrozumieliśmy się”, mimo że i powiedziałaś, i że to on czy ona nie zrozumieli, a nie „myśmy się nie zrozumieli”.

Czego to ma nas nauczyć? Anielskiej cierpliwości?
Powiem dosadnie, czasem uczy nas tego, żeby mieć na pewne rzeczy wywalone. Po prostu.

Niekiedy, mimo że chcielibyśmy zareagować złością, pojawia się w nas jakaś miękkość i bezradność, zamiast krzyku – leją się łzy. To o wiele trudniejsze do zniesienia. Złość daje siłę.
Ale nawet po fakcie można wiele rzeczy zrobić, żeby się ochronić czy przywołać swoje nadszarpnięte granice. Można sobie pewne rzeczy wyobrazić, na przykład to, jak się chciałbyś zachować w takiej sytuacji, napisać opowiadanie czy bajkę, która kończy się tak, jak sobie życzysz.

I jeśli uda mi się zareagować inaczej niż zwykle, to tak jak twoja pacjentka, powinnam poczuć dumę.
Tak, to pierwszy krok. Drugi to się z tym oswoić. Bo takiej siebie jeszcze nie znasz. Poza tym trzeba wiedzieć, że mogą być nawroty, czyli że znowu się poczujesz bezradna albo znowu ci gula urośnie. Wiedzieć to i dalej kroczyć ścieżką rozwoju. Ćwiczmy różne strategie zachowań. Jeśli ktoś nas zawsze wkurza, spytajmy swój mózg: A jakie mogłyby być inne reakcje? Może zdziwienie? A może śmiech? A może paradoksalnie przyznać mu rację? Albo tym razem, zamiast awantury, chłód i dystans? Może olać? A może właśnie nakrzyczeć i tupnąć? Odwrócić się na pięcie i wyjść? Miejmy różne strategie i korzystajmy z nich świadomie, nie bądźmy niewolnikami swoich reakcji.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze