fbpx

Kim dzisiaj jesteśmy? O kryzysie tożsamości rozmawiamy z Wojciechem Eichelbergerem

Kim dzisiaj jesteśmy? O kryzysie tożsamości rozmawiamy z Wojciechem Eichelbergerem
Wszyscy ludzie zamieszkujący tę planetę, niezależnie od koloru skóry, rasy i wyznania, mają taką samą tożsamość co ty, a to likwiduje ogromną liczbę antagonizmów. (fot. iStock)

Kryzys tożsamości? Wszyscy o nim piszą, obwiniając globalizację. Ale czy musimy opierać to, kim jesteśmy, na pojęciach takich, jak żona czy Polka? Może to czas wielkiej przemiany? Zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Czy bycie matką, żoną, córką nadal determinuje kobiecą tożsamość? Jeśli tak, to kim jest bezdzietna singielka? Kim jest dziś kobieta?

Nie ma jednorodnej kobiecej tożsamości. Na szczęście jest ich bardzo wiele, bo przestały obowiązywać tradycyjne definicje. Trudno spotkać, przynajmniej w Europie, kobietę, która powie o sobie: „Jestem żoną Adama”. Nie określi się w ten sposób ani przed innymi, ani przed samą sobą. Już się prawie nie zdarza, chyba że na szkolnych wywiadówkach, żeby kobieta przedstawiała się: „Jestem Anna, mama Jasia”. A mam akurat kontakt z ogromną liczbą ludzi na szkoleniach, które prowadzę, a tam zazwyczaj wszyscy się przedstawiają. I nie spotykam tradycyjnych tożsamości. Nie mówiąc już o tym, żeby któraś kobieta powiedziała: „Jestem gospodynią domową”.

Może te kobiety na szkolenia nie przychodzą? Zbierają po domu zabawki, piorą koszule, czyli się „krzątają”, jak pisze prof. Jolanta Brach-Czaina.

Dlatego mówię, że są rozmaite sposoby na definiowanie kobiecej tożsamości. Ale też z literatury wynika, że tradycyjna tożsamość znika. Kobiety identyfikują się z zawodem, z wykształceniem, z pozycją społeczną. Mówią: „Jestem fachowcem w jakiejś dziedzinie”. Na przykład, „jestem informatyczką” lub „informatykiem”. Albo: programistką, inżynierem, nauczycielką czy lekarką. To jest typowe i uzasadnione historycznie oraz psychologicznie. Do niedawna kobietom trudno się było wykształcić i dochrapać pozycji zawodowej. A więc to cenna zdobycz i dlatego jest akcentowana.

Kobieta jest więc tym, kim się stała dzięki własnemu wysiłkowi i talentom? Dyplomy i angaże nas definiują?

Najważniejszą zaobserwowaną zmianą tożsamościową jest to, że kobiet coraz częściej przedstawiają się, mówiąc o swoich przekonaniach czy wartościach. Na przykład: „Jestem Aga, feministka”. Albo: „Kasia, katoliczka”. Wszystkie kategorie pojawiają się, kiedy mówią o sobie. No i, oczywiście, bardzo się zaczynają różnić. A więc zyskiwać większą autonomię. Jedna powie: „Jestem pro-choice”, a druga: „Jestem pro-life”. Bywa to zaskakujące, bo nie ma kontekstu, w którym taka deklaracja tożsamościowa mogłaby paść, bo Kasia powiedziała: „Zajmuję się marketingiem”, a Dorota: „Jestem obrończynią życia poczętego…”.

A więc dziś kobiety tak jak mężczyźni określają siebie poprzez głos w sprawach społeczno-politycznych?

Nie tylko. Chodzi też o konkretne działanie, akcje społeczne, protesty. Kobieta to już nie tylko ta, która karmi, tworzy dom, pomaga mężczyźnie w karierze, wychowuje dzieci, dba o dziadków czy o żywość tradycji. To też liderka, działaczka, ktoś, kto ma i realizuje swoje poglądy. Dzięki temu rozszerzeniu pola, z którego może swoją tożsamość zbudować, ma się pod tym względem lepiej niż mężczyzna. Ten nie może zadeklarować ani przed sobą, ani przed światem: „Jestem ojcem” albo „mężem mojej żony”. To dla mężczyzny za mało, zbyt powierzchowna tożsamość. Na szczęście dla kobiet już też.

Czy na pewno to dobrze tak rozciągać, a więc i kruszyć poczucie tego, kim jesteśmy? Nie lepiej, bezpieczniej czuć się po prostu żoną i mamą?

To nadal ważne role, ale nie zaspokajają aspiracji życiowych kobiet. Identyfikowanie się z jakimś stanowiskiem społecznym czy wartościami jest ważniejsze dla dobrostanu niż mówienie o sobie jako o własności męża czy matce dzieciom. To ważne role, ale mąż podobnie jak dziecko to odrębne istoty i bycie żoną czy mamą nie determinuje życia kobiety. Mając poglądy i działając na zewnątrz domu, kobieta czuje się w większym stopniu autorką i bohaterką swojego życia. Taka tożsamość daje jej poczucie wpływu na swoje życie, wiarę w swoje siły. Bo tożsamość zbudowana na identyfikacji z ideologią czy wartościami jest znacznie głębsza niż ta oparta na rolach społecznych. Z punktu widzenia psychologii lepiej dla zdrowia i poczucia sensu identyfikować się z czymś, co jest głębiej w tożsamości.

Głębiej niż „matka”?

W psychologii tożsamość wyobrażamy sobie jako współcentryczne kręgi, podobne do tych, jakie widzimy na tarczy strzeleckiej. Najmniej punktów daje trafienie w kręgi zewnętrzne. Najwięcej w centrum. Podobnie z naszą tożsamością. Na zewnątrz mamy tożsamości, powierzchowne i nietrwałe, zwane dlatego także identyfikacjami. Mają wartość praktyczną i są oparte na naszych preferencjach czy sympatiach. Pytasz kogoś: „Kim jesteś”, a on ci odpowiada: „kibicem” albo „miłośnikiem kryminałów”. W kolejnym kręgu znajdziemy tożsamości oparte na przynależności terytorialnej i narodowej, czyli miejscu urodzenia i zamieszkania, np. Polki, warszawianki itp. Często te identyfikacje zamieniają się jednak w trwałe tożsamości.

My, czyli kto? Ja powiedziałabym: „Jestem Beata, Polka, Europejka” itd. Ale kiedyś mówiłam: „Jestem DDA (dorosłe dziecko alkoholików)”.

Mówienie o sobie: „Jestem DDA”, to budowanie tożsamości z kręgu zaburzeń, uzależnień, a nawet chorób. Zazwyczaj pełni funkcję terapeutyczną. Pomaga oswoić się ze swoim ograniczeniem. A DDA ma ich wiele (m.in. lęk przed bliskością). Uznać je za fakt. Mało kto jednak tak powie o swojej chorobie (np. „Jestem cukrzykiem”) czy niepełnosprawności. Budowanie tego, kim jestem, w oparciu o takie cechy pełni funkcję komunikowania, wprowadzania w sieć kontaktów społecznych informacje o tym, jak to ze mną jest. Podobnie działa powiedzenie, że jestem w żałobie lub że mam depresję. Ułatwia życie nam i innym, bo ci nie wymagają od nas rzeczy niemożliwych.

Biograficzne tożsamości są ważne?

To bardzo osobista sprawa, zależna jednak od etapu naszego życia. Ale ważniejsze i bardziej centralne są tożsamości światopoglądowe, związane z systemem wartości uznanym przez nas za ważny. Gdy mówimy o sobie: „Jestem liberałem, konserwatystą, chrześcijaninem, buddystą czy muzułmaninem”, to mówimy o czymś, co jako nasza tożsamość przetrwa mimo zmian rodzinnych czy terytorialnych, przetrwa też ewolucję naszych preferencji lub pasji. Na ogół większą trwałość mają tożsamości oparte na systemach wartości związanych ze światopoglądem religijnym, ale też z czasem mogą się zmienić.

Czy może być coś bardziej trwałego niż światopogląd i religia?

Bliżej centrum znajdują się tożsamości zbudowane na płci. Ale i w tym kręgu nie jest do końca bezpiecznie, bo strefa płci nie jest już podzielona jasną linią na część męską i kobiecą. Okazuje się, że płci jest więcej niż dwie i że niekoniecznie są one atrybutem ciała, bo bywają bardziej atrybutem psychiki. A w dodatku dzięki postępom medycyny płeć przestała być niezmienna. Na szczęście mimo tych kompilacji jest nadal dla większości ludzi stałym punktem tożsamości. Z drugiej strony ci z nas, których płeć nie mieści się w tradycyjnej, nieco już anachronicznej typologii, są w kłopocie i muszą walczyć o prawne i obyczajowe uznanie swojej specyfiki.

To jaka tożsamość nie ma charakteru tymczasowego, skoro nawet płeć i wyznanie nie są niezmienne?

Trzeba dalej zmierzać do centrum tarczy. W następnym kręgu spotkamy trwałe, ale niebezpieczne tożsamości rasowe, np. jestem białym, czarnym albo jakiegoś innego koloru człowiekiem. Albo jestem czystej rasy kimś tam, albo jestem mieszanką jakichś dwóch, trzech, albo nawet czterech ras. Niebezpieczeństwo tożsamości z tego poziomu polega na tym własnie, że są jednocześnie trwałe i rozróżniające, co jak wiemy z historii i obserwujemy współcześnie, prowadzi do krwawych konfliktów. Koniecznie więc trzeba iść jeszcze dalej, tam gdzie nasza tożsamość będzie nierozróżniająca. No, i jeśli pójdziesz głębiej, poza te identyfikacje, to jak odpowiesz na pytanie: „Kim jesteś”?

Jestem człowiekiem.

Super! Wszyscy ludzie zamieszkujący tę planetę, niezależnie od koloru skóry, rasy i wyznania, mają taką samą tożsamość co ty, a to likwiduje ogromną liczbę antagonizmów. Jestem człowiekiem – inni ludzie są więc tak samo ważni jak ty. Taka definicja siebie asymiluje cię w rodzinie ludzkiej. Ale może antagonizować z przyrodą. A mistycy wszystkich religii mówią to samo: szukajcie tej najgłębszej, ostatecznej tożsamości. Ona przemieni ziemię – zanikną konflikty, zapanuje miłość i współczucie. I ludzie szukają tej głębokiej odpowiedzi – także krusząc te tożsamości, które wydawały się trwałe, jak choćby „Polak katolik”. Trwałe, ale antagonizujące z każdym, kto nie spełnia tych kryteriów.

A co z kryzysem tożsamości?

Nawet z tego, co mówisz, widać, że coraz więcej ludzi szuka swojej prawdziwej, głębokiej tożsamości, odrzucając powierzchowne identyfikacje starego typu. Prawda jednak jest też taka, że świat się polaryzuje: jedni idą w mistycyzm, drudzy w bałwochwalstwo, czyli wybierają tożsamości związane z konsumpcją, jak ta nazywana „supermarket”. Ludzie wyrażają to, kim są, przez wolny wybór kupowania i konsumowania.

Czytelnik może powiedzieć: „supermarket”? Dobrze być korpoludkiem!

Te tożsamości, które nie trafiają w sedno, mają ukoić nasz lęk egzystencjalny, zapisując nas do jakiegoś ekskluzywnego klubu. I bycie korpoludkiem odczuwamy jako rodzaj polisy na dalszy ciąg życia, a nawet na to, co po nim. Tymczasem korpo może nas wydalić jak zbędny produkt przemiany ludzi w zysk. I co wtedy? Kim będziemy? Bez karty elektronicznej, miejsca parkingowego w Mordorze, służbowego laptopa? Lepiej nie zatrzymywać się w szukaniu odpowiedzi na tym, co wydaje się użyteczne. Bo tylko to, co niezmienne, da prawdziwy spokój.

Młodzi idą w inna stronę: wybierają z różnych, do tej pory odrębnych tożsamości. Bronią wolności, ale nie chcą opowiedzieć się po żadnej politycznej stronie. Dlatego zarzuca się im, że są leniwi, i nazywa się ich tożsamość sfragmentaryzowaną.

Podoba mi się to, co robią, bo nie robią tego z lenistwa. Świat stał się tak dynamiczną złożoną strukturą, że stare tożsamości nie są w stanie tego ująć. Młodzi, którzy obserwują i uczestniczą w tym chaosie, nie mogą zapisać się do jakiejś partii, bo się w jej pełnej ideologii nie odnajdują. Wybory płyną z ich wrażliwości, z serca i dlatego przekraczają granice manifestów i programów. Z punktu widzenia konserwatywnych, można by powiedzieć anachronicznych, tożsamości to, co robią, budując samych siebie, może wydawać się bałaganiarskie i niespójne. Ale nie jest. Dziś trzeba szukać innego poziomu spójności. Czym on może być? Podpowiedź znajduję w haśle: myśl globalnie, dzisiaj lokalnie, reaguj personalnie.

Tożsamość budowana z serca zbliża do prawdy o tym, kim jesteśmy?

Na pewno jesteśmy jej bliżej, kierując się sumieniem czy wartościami, które cenimy. Dalej – kiedy jakaś ideologia zniewala nas prostym: „Skoro powiedziałeś a, to musisz powiedzieć b”. Nie musisz. I młodzi nie chcą. Na przykład: Janek broni puszczy, bo generalnie chce bronić życia. Ale nie może się zdefiniować jako lewicowe, bo też chce bronić życia nienarodzonego. Straszna w tym sprzeczność? Nie z punktu widzenia Janka, bo on tak czuje.

Co więcej, budując tożsamość w oparciu o wrażliwość, jestem bardziej odpowiedzialny za to, co robię, niż wtedy, kiedy działam zgodnie z instrukcją. Nawet najlepszą. Moja odpowiedzialność staje się rysem mojej tożsamości. Moja tożsamość – reakcja na świat. Reaguję personalnie, czyli nie daję się złapać w żadną ideologiczną sieć, zmusić do działań niezgodnych z moim sercem i rozumem.

Brak solidnej tożsamości wzmacnia lęk i otwiera pole do uzależnień, twierdzą konserwatyści.

Te solidne tożsamości koją egzystencjalne lęki. Dają namiastkę spokoju. No, ale świat się zmienia i na zewnętrzne tożsamości trzeba uważać. Przyszłość ludzkości zależy od tego czy będziemy pytać dalej, czy będziemy zmierzać z uporem wariata do sedna tego, kim jesteśmy. Młodzi są bliżej prawdy, bo są prawdziwsi.

 

Wojciech Eichelberger – psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii

?>