Dlaczego nasze relacje ze światem zależą od… związku z matką?

"Na początku życia, kiedy formują się nasze komórki, lądujemy w ciele matki. Wszystko jest z nią związane. Matka otacza nas sobą, jest całym naszym światem". (fot. iStock)

Dla Ewy Renaty Cyzman-Bany obfitość, relacje ze światem zależą od naszego związku z matką. A dokładniej od tego, czy przyjmujemy ją w pełni taką, jaka jest. Bez przekłamania, idealizacji, bez retuszu.

Centrum Metamorfozy w Józefowie pod Warszawą. Ewa Renata Cyzman-Bany prowadzi tu warsztaty autorskie ustawień systemowych w oparciu o własne metody (Attitude Effect– Efekt Postawy). Wchodząc w pole czyjegoś ustawienia, doświadczamy stanu i uczuć tego, co reprezentujemy, uzyskujemy głęboki wgląd w sytuację – taką, jaką ona jest naprawdę. Jak mówi Cyzman-Bany, zanurzamy się w obszary, gdzie działają potężne siły i emocje, które nami powodują, a z których nie zdajemy sobie sprawy. Podczas warsztatów autorskich każdy uczestnik przechodzi szereg ustawień. Tym razem tytuł zajęć brzmi „Obfitość, wymiana ze światem, zasoby”.

Trzeba przeboleć

Zdaniem Ewy Cyzman-Bany istnieje prawo obfitości. Zgodnie z nim każdy ma swoją obfitość. – To nasze osobiste kropelki w ogromnym oceanie, jakim jest świat. Dla każdego ma on inną ofertę, inną pulę dóbr płynących do nas określonym strumieniem – mówi.

Na początku życia, kiedy formują się nasze komórki, lądujemy w ciele matki. Wszystko jest z nią związane. Matka otacza nas sobą, jest całym naszym światem. A potem światu niejednokrotnie obrywa się od nas za jej przewinienia… Ewa Cyzman-Bany uważa, że przenosimy na świat wszystko to, co w relacji z matką pozostaje nieuświadomione (albo niezaakceptowane). – Czasem to przełożenie jest oczywiste: trudna matka – wrogi świat. A czasem jest odwrotnie: z matką niby pełna harmonia, tyle że świat jest pełen psychopatów. Albo jeszcze inaczej: ktoś ma przekonanie, że matka nic mu nie dała, a świat czuwa nad nim, chroni go i wspiera. Kiedy świat coś nam daje, można śmiało odwrócić się i powiedzieć: „mamo, dziękuję!” – mówi terapeutka.

Pielęgnowanie przekłamanego obrazka nie zda się na wiele. Ewa Cyzman-Bany porównuje to z ikoną na pulpicie komputera, pod którą brak programu. Można na nią najechać i klikać, ale nie zadziała. W tym programie jest – prócz relacji ze światem – obfitość, bo to matka dostarcza nam w pierwszych miesiącach życia wszystko, czego nam trzeba. I jeszcze ugruntowanie, kontakt z rzeczywistością, wdzięk, zdolność odczuwania pragnień i ich spełniania… – Rodzice są jak wróżki nad kołyską – porównuje terapeutka. – Matka wyjmuje swoje dary z koszyka z napisem „macierzyńskie”, ojciec – „ojcowskie”. Każdy ma swoje kompetencje. Jesteśmy w połowie z ojca, w połowie z matki – nawet jeśli do zapłodnienia wykorzystana została sperma anonimowego dawcy. To sprawa życia i śmierci, żeby zintegrować te połówki.

Zintegrować. Zaakceptować. Ale najpierw zobaczyć rodzica takim, jaki jest naprawdę. Uznać, że jesteśmy z niego, że jest w nas obecny ten sam wzór. Tymczasem oczekiwania, jakie mamy wobec matek, bywają całkiem nierealne. – Matka ma być zawsze pełna dobrych intencji i absolutnie, bezwarunkowo kochać. A tak naprawdę jedyna bezwarunkowa miłość, jaką znam, to miłość dziecka do rodziców – twierdzi Ewa Cyzman-Bany. – Matki to kobiety z krwi i kości. Ale uwarunkowania kulturowe i religijne sprawiają, że nie pozwalamy im takimi być. Przez wieki miały pozostać niewinne – najlepiej, gdyby niepokalanie poczęły. Seks uważany był za coś brudnego, więc oczekiwano, że kobieta po porodzie wycofa swoje potrzeby i będzie się spełniać w macierzyństwie. Ten stereotyp wciąż mocno się trzyma.

To, czego nie chcemy widzieć w matkach, znajdziemy w dowcipach o teściowych (opowiadają o tym, co się dzieje, kiedy w pobliżu jest potężna kobieta). A – jak pokazuje ustawienie – kobieta, która dotarła do prawdziwego obrazu matki, nie będzie mieć problemów z teściową! Kluczowe w tej pracy to zintegrować tę część siebie, która pochodzi z trudnej matki. Przestać odgrywać się na świecie. – Ludzie, którzy mieli problematyczną relację z matką, przenoszą wrogie emocje na partnerów, dzieci, uderzają we wszystko. Trzeba odwrócić się, zobaczyć zniszczenia. Uznać to, co się stało. Nie marnować energii na podtrzymywanie starych urazów. Przeżyć tę wściekłość, tęsknotę, żal. A potem wstać, otrzepać się i cieszyć się życiem – zaleca Cyzman-Bany. Będzie bolało, owszem. Ale to dużo lepsze niż prowadzenie wojny ze światem. Obwinianie go, przeżywanie ciągłych rozczarowań. – Świat dokłada wszelkich starań, żebyśmy mogli ujrzeć matkę taką, jaka jest. Kiedy to wreszcie następuje, nie musi nam już tego pokazywać – mówi terapeutka.

Więc spotykamy się ze światem. Reprezentuje go jedna z uczestniczek, pozostali stają wokół niej. Reagujemy różnie – jest dużo gniewu, żalu, lęku… Ewa Cyzman-Bany pracuje z każdym po kolei: zachęca, by otworzyć się na najtrudniejsze emocje w relacji z matką. – Jak boli, trzeba to przeboleć. Bez przeżywania nie ma zmiany. To, co nieprzeżyte, cały czas tkwi w naszej teraźniejszości, wraca do nas z różnych stron – tłumaczy.

Ratunkiem jest wdzięczność

– Co to właściwie jest obfitość? – pyta ktoś z sali. – Równie dobrze możesz spytać, co to jest wątroba i jak z nią współpracować – śmieje się terapeutka. – Można stosować zalecenia dietetyka, ale nie zawsze to działa. – Wierzę, że każdy wyposażony jest w żywą część, odpowiedzialną za obfitość świata dla niego. Można to sobie wyobrazić jako zwierzaka, który nam służy. To zwierzę patrzy na ciebie, na świat, wyszukuje to, czego potrzebujesz, przynosi i ma radochę. Ale jeśli to odrzucasz – bo nie teraz, nie takie – zwierzę obfitości wciąga pysk, robi się nieufne.

Co szkodzi obfitości? Roszczenia. Niewdzięczność. Odrzucanie rodziców i jakości, jakimi nas obdarowali. Wreszcie szkodliwe przekonania. – Niektórzy uważają, że na wszystko trzeba zasłużyć. Więc robią coś i czekają na nagrodę – mówi Cyzman-Bany. – Ale wtedy świat często spuszcza im manto.

Bo w wymianie ze światem kluczowe jest zachowanie równowagi między dawaniem a braniem. – Jeśli popatrzymy na osobę, która dużo daje, a mało bierze, jak na preparat, zobaczymy komórkę niemogącą utrzymać ciśnienia. Środowisko staje się wobec tego człowieka agresywne, miażdży go – tłumaczy terapeutka. – Z kolei ktoś, kto dużo bierze, a mało daje, pewnego dnia obudzi się na pustyni. Stanie się przeciążony i wściekły – nawet, jeśli przebywa w kurorcie na egzotycznej plaży.

Niewłaściwa wymiana z ludźmi wywołuje dyskomfort po obydwu stronach. Kiedy dajemy zbyt dużo, stawiamy obdarowanego w niezręcznej sytuacji. – Należy dawać tyle, żeby wymiana między stronami pozostała otwarta. Czasem potrzeba dużo siły, żeby udźwignąć obdarowanie. Gdy nie możemy się zrewanżować, ratunkiem jest wdzięczność – twierdzi Cyzman-Bany.

Każdy z nas ma inną relację ze swoimi częściami odpowiedzialnymi za obfitość i wymianę ze światem. Każdy musi o to dbać. – Te części są nam całkowicie oddane. Jeśli więc któraś z nich ma się źle, oznacza to, że wydarzyło się między nami coś, co ją do tego doprowadziło – uważa Ewa Cyzman-Bany. I proponuje spotkanie z tymi częściami. Dzięki pracy w parach możemy spojrzeć w oczy swojej obfitości. Usłyszeć od osoby ją reprezentującej, jak się czuje…

fot. iStock

Siła w korzeniach

Wracamy do matki, do kobiet, z których pochodzimy. Po obfitość. Bo to przez nie jesteśmy podłączeni do czegoś, co Ewa Cyzman-Bany nazywa „żeńskim pływem”. To siła żeńskiej energii, płynąca do nas z rodu, do którego przynależymy. Dlatego tak ważne jest, by zobaczyć matkę jako ogniwo w tym długim łańcuchu pokoleniowym. Nawet jeśli nie mogliśmy bezpośrednio od niej zaczerpnąć. – Wielu dorosłych wciąż szuka czegoś, co wynagrodziłoby im ten deficyt – tłumaczy Ewa Cyzman-Bany. – Chcą, żeby świat im matkował, a świat tego nie udźwignie. Wciąż będzie ich rozczarowywał – po to, żeby wrócili do korzeni i stamtąd wzięli siłę. Coś, co uważamy czasem za złośliwość świata, jest tak naprawdę akcją ratunkową wobec nas.

Bez względu na to, jak trudną mieliśmy relację z matką, nie ma dla nas na świecie lepszej! Nie chodzi o to, żeby odsądzać ją od czci i wiary, tylko żeby zobaczyć ją prawdziwą. I taką zaakceptować. W przeciwnym razie odcinamy się od własnej mocy. – Trzeba odstąpić od tego, czego nie dostaliśmy jako dzieci – mówi Cyzman-Bany. – Skoro się nie przydarzyło, pewnie już się nie przydarzy. Musimy uwolnić siebie i nasze matki od dziecięcych marzeń, generujących roszczenia. Dopóki trwamy w mrzonkach, nasz kontakt z rzeczywistością jest uszkodzony, nie chcemy do świata. A świat jest głęboko humanitarny. Kiedy się głębiej popatrzy na nawet najtrudniejszą sytuację, widać, że wszystko poszło świetnie.

Odwracamy się w stronę ściany, stajemy twarzą do stojącego przed nią krzesła. – Zamknij oczy, zobacz przed sobą swoją matkę, taką, jaka jest – prosi Ewa Cyzman-Bany. – Przyjmij, że inna nie będzie. Że dała ci tyle, ile miała. Ile mogła. Zauważ, że stoją za nią inne kobiety – babki, prababki… Stamtąd płynie do ciebie moc. Cokolwiek było między wami, jakiekolwiek były te relacje, uznaj, że masz prawo i chcesz z tego czerpać. Poczuj tę energię w ciele, otwórz się na nią. Odwróć się. Spójrz, jak teraz wygląda świat, twoja obfitość, jaki masz kontakt z rzeczywistością. Kto czuje, że nigdy mu nie zabraknie?

Prawie wszyscy podnoszą rękę.

Ukryty potencjał

I jeszcze tytułowe zasoby. Znajdziemy je w przeszłości. O ile przeżyjemy do końca nasze traumy i sięgniemy po ukryty w nich skarb. – Przeszłość nas wspiera, tam jest ogromny potencjał. Kiedy perłopław toczy perłę, czuje ból. Jeśli zatrzymujemy się na bólu, nie doceniamy tego. Nie chcemy wziąć perły z danego doświadczenia, obrażamy się na nią – mówi Ewa Cyzman-Bany. W jej życiu też w pewnym momencie coś się rozsypało – dzięki temu jest teraz, gdzie jest. Robi to, co robi.

Po przeżyciu spraw związanych z traumą otwiera się przestrzeń życiowa. Kiedy widzimy, że coś stało się dla nas – nie przeciwko nam – jesteśmy w stanie tę perłę wyłowić. Kiedy chcemy odciąć się od przeszłości, cierpi na tym nasza przyszłość. – Wszystko, co mamy do dyspozycji, pochodzi z tego, co było. Od tych, co byli. Dlatego tak ważny jest nasz stosunek do tego, co minione. Każdy ma takie nierozpoznane perły w swoim życiorysie – mówi terapeutka.

Zaglądamy do naszej osobistej głębi, żeby wyłowić z trudnego doświadczenia perłę (reprezentowaną przez innego uczestnika). Czy jesteśmy gotowi spojrzeć na nią, sięgnąć po coś, co powstawało w bólu? Czy nie wystraszymy się tego ukrytego potencjału? Potem możemy zwrócić się ku przyszłości. Jest okazja, żeby zaobserwować, jak ta upersonifikowana przyszłość reaguje na naszą wewnętrzną postawę. Okazuje się, że dobrze robi jej brak precyzyjnych planów, nasze „nie wiem”. Że nie lubi, kiedy się o nią troszczymy, odkładamy środki na bezpieczną starość. Chce, żebyśmy kierowali się ku bieżącemu życiu – wtedy jej oferta dla nas staje się znacznie atrakcyjniejsza.

Kobieta reprezentująca przyszłość jednej z uczestniczek wskakuje na krzesło, wznosi do góry ręce, krzyczy „jestem królem świata!”. To dobry moment, żeby skończyć… – Jakby to było, gdyby krzesło, podłoga, pies, drzewa były z tobą w zmowie? Gdyby cały świat stał się magiczny, reagował żywo na każdą twoją potrzebę? – pyta terapeutka. – Tak to właśnie wygląda, kiedy przyjmie się matkę taką, jaka jest, nie żądając od niej czegoś, czego nie może dać. Wtedy jesteśmy podłączeni do życiodajnego pływu, zgadzamy się na to, co nas zasila. Świat jest nieobliczalny, jak nasze matki. I dobry dla nas właśnie taki.

Ekspert Ewa Renata Cyzman-Bany: terapeutka ustawień systemowych, uczennica Berta Hellingera, prowadzi ustawienia indywidualne i warsztaty autorskie.