1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Relacje
  4. >
  5. Chcesz dać komuś radę? Najpierw zadaj jedno proste pytanie

Chcesz dać komuś radę? Najpierw zadaj jedno proste pytanie

Z nieproszonych rad ludzie nie lubią korzystać, nawet gdy te są całkiem dobre. Zanim zamienisz się w samozwańczą życiową mentorkę, zadaj tylko jedno pytanie (Fot. Archive Holdings Inc./Getty Images)
Z nieproszonych rad ludzie nie lubią korzystać, nawet gdy te są całkiem dobre. Zanim zamienisz się w samozwańczą życiową mentorkę, zadaj tylko jedno pytanie (Fot. Archive Holdings Inc./Getty Images)
Kochamy doradzać innym. Często robimy to niemal automatycznie, dość bezrefleksyjnie, z przekonaniem, że naprawdę wiemy, co ktoś powinien zrobić, jaką podjąć decyzję w danej sytuacji. Sytuacji, która... zwykle nas nie dotyczy, o której często wiemy tak naprawdę niewiele. Z drugiej strony wręcz nie znosimy nieproszonych rad. Pojawia się więc pytanie: jak dawać rady mądrze i kiedy jednak ugryźć się w język?

Niekwestionowane pierwsze miejsce na podium w wysłuchiwaniu „dobrych rad” wszelkiej maści zajmują młode matki. „Włóż mu czapeczkę, wieje przecież”, „zdejmij czapeczkę, bo się ugotuje”, „ja bym już wprowadziła słoiczki”, „za wcześnie na te zupki, na to jeszcze będzie czas”, „rączki jej umyj, bakterii się naje”, „nie myj jej tych rączek w kółko, niech się uodparnia na zarazki”. I tak dalej, i tak dalej... Tak, można od tego oszaleć, zwłaszcza jeśli tego rodzaju rad ktoś kompletnie sobie nie życzy!

W innych sferach życia samozwańczych doradców też mamy wokół siebie mnóstwo. Owszem, zdarza się, że kieruje nimi szczera chęć pomocy, podzielenia się wiedzą, co potwierdzają badania ‒ faktycznie udzielając rad, często kierujemy się własnymi doświadczeniami. Dzielimy się pomysłami, które wydają się nam pomocne, bazując na swoich przeżyciach i sytuacjach z przeszłości, przy czym rzadko bierzemy pod uwagę fakt, że to, co nam wydaje się rozwiązaniem idealnym, dla drugiego człowieka może nie być aż tak istotne, choćby dlatego, że kieruje się w życiu innymi priorytetami. Chęć niesienia pomocy i podanie pomocnej dłoni komuś, kto znalazł się w tarapatach czy na życiowym zakręcie, ale także w zupełnie prozaicznych sytuacjach, choć brzmi szlachetnie, nie jest jednak jedyną motywacją doradzaczy (choć z pewnością dając rady, właśnie to deklarują). Mają w tym również inne cele, których nie zawsze są świadomi.

Dla twojego dobra

Prawda jest taka, że często doradzamy innym... dla siebie. Robimy to dla własnych korzyści, choć w życiu byśmy tego nie przyznali ‒ także dlatego, że zwyczajnie nie zdajemy sobie z tego sprawy. Po prostu chcemy pomóc! Sęk w tym, że nie do końca, a przynajmniej nie zawsze, właśnie to nas napędza. Zestaw badań opublikowanych w „Personality and Social Psychology Bulletin” w 2018 r. pokazuje, że udzielanie rad innym może zwiększać poczucie posiadania władzy. Naukowcy sugerują, że kiedy komuś doradzamy, daje nam to nadzieję, że ta osoba skorzysta z naszej rady. Wiara, że mamy wpływ na czyjeś zachowanie, sprawia, że automatycznie czujemy się silniejsi, sprawczy, a kto nie lubi tego poczucia? Co ciekawe, nawet osoby, które wcale nie dążą do władzy na co dzień, odczuwają ten przyjemny efekt udzielania rad, ale zdecydowanie najwięcej zyskują ci, którzy o posiadaniu władzy marzą i prą w tym kierunku. Takie osoby aktywnie poszukują wszelkich okazji, by udzielać rad innym, bo właśnie tak wzmacniają swoje ego.

Władza to bliska krewna kontroli. Lubią iść ze sobą w parze. Kolejnym powodem, dla którego tak lubimy doradzać, bywa właśnie kontrolujące zachowanie. Gdy ludzie robią to, co im rekomendujemy, mamy poczucie, że mamy oko na wszystko wokół, że panujemy nad sytuacją. Pod taką potrzebą bardzo często kryje się lęk. Nadmierna potrzeba kontrolowania wszystkiego i wszystkich przynosi rodzaj ulgi komuś, kto panicznie boi się niepewności, nawet jeśli poczucie panowania nad sytuacją jest iluzoryczne. Wyobrażenie, że sprawy potoczą się tak, jak doradca sobie życzy, daje mu satysfakcję i to niezależnie od tego, czy finalnie adresat rady z niej skorzysta. Już samo wskazanie komuś „właściwej drogi” wystarczy, by poczuć się czujnym, trzymającym rękę na pulsie.

Czytaj także: Całkowite panowanie nad wszystkim a zdrowe poczucie kontroli – jak znaleźć równowagę?

Paradoksalnie, doradzacze często wcale nie są pewni ani siebie, ani swoich rad ‒ i właśnie dlatego doradzają, by tę pewność wzmocnić. Sprawianie wrażenia kompetentnych i niemających wątpliwości często bywa tylko fasada, za którą kryją się kompleksy. Doradzanie innym ma pomóc się ich pozbyć, i czasem faktycznie pomaga. Jest i taki aspekt, że zajmowanie się cudzym życiem odwraca uwagę od własnych problemów. Pochylamy się z troską (być może nawet szczerą) nad kłopotami innych i próbujemy pomóc je rozwiązać, a dzięki temu oddalamy się od swoich własnych bolączek i niepozałatwianych spraw. Skupiając się na innych, odwracamy uwagę od siebie i często jesteśmy w stanie bardzo racjonalnie to sobie wytłumaczyć: co tam mój niezdany egzamin, zawalony projekt, finansowe tarapaty ‒ teraz on czy ona mają o wiele gorzej, tym trzeba się zająć!

Zająć się kimś innym można chcieć także... z nudów. Doradzanie ożywia tych, w życiu których dzieje się niewiele. Cudze dramaty i trudne sprawy są wówczas jak powiew świeżości, zaangażowanie się w nie, nawet bez wyraźnej prośby, daje wrażenie pełni życia, pozwala uciec od rutyny. W końcu coś się wydarza!

Czytaj także: 4 zachowania, przez które ludzie postrzegają cię jako osobę uległą i niepewną siebie. Jak zyskać szacunek innych?

Naukowcy z Booth School of Business na Uniwersytecie w Chicago sprawdzali też inną ciekawą przyczynę, dla której oferujemy innym rady, a której bardzo rzadko jesteśmy świadomi. To motywacja. Okazuje się, że osoby mające problemy z motywacją odnoszą dużo większe korzyści z udzielania rad niż z ich otrzymywania, chociaż przewidują, że będzie odwrotnie. Ci, którzy mają trudności z osiąganiem celów, błędnie zakładają, że to, czego im trzeba, by się zmotywować, to eksperckie wskazówki. Badania dowiodły jednak, że większe korzyści odnoszą wtedy, gdy sami sytuują się w roli ekspertów niż wówczas, gdy korzystają z ich podpowiedzi. Autorzy badania tłumaczyli, że dzieje się tak, bo udzielając porad, doradcy muszą formułować konkretne rekomendacje i opracowywać plan działania, co zwiększa motywację i skuteczność, ale także wzmacnia wspomnianą już pewność siebie ‒ zwłaszcza wtedy, gdy ktoś o udzielenie rady poprosi. W jednym z eksperymentów z udziałem uczniów szkół podstawowych badacze poprosili jedną grupę uczniów o udzielenie młodszym kolegom i koleżankom rad dotyczących utrzymania motywacji w szkole. Druga grupa uczniów otrzymywała takie rady od nauczyciela. Sesje doradcze odbywały się raz w tygodniu przez trzy tygodnie. W tym czasie uczniowie logowali się do programu do nauki słownictwa online. Okazało się, że uczniowie, którzy dawali rady, przyswoili o 38% słów więcej niż ci, którzy otrzymywali je od nauczyciela. Dawanie rad może więc przynieść wymierne korzyści ich autorom, by jednak zyskali także ci, do których rady kierujemy, musi być spełniony jeden żelazny warunek: ludzie muszą sobie tego życzyć.

Kto pytał?

Najważniejsze pytanie, jakie warto zawsze zadać, zanim zalejemy drugą osobę nawet najlepszymi naszym zdaniem rozwiązaniami jej problemów, powinno brzmieć: Czy potrzebujesz mojej rady? Zadanie go wcale nie jest łatwe, bo gdy ktoś zwierza się nam z problemu, naszym naturalnym odruchem jest chęć natychmiastowej interwencji i przedstawienie sugestii, jak można go rozwiązać. Ta skłonność jest tym silniejsza, im bardziej jesteśmy przekonani, że dokładnie wiemy, co najlepiej zrobić, z jakiej strony ugryźć problem, jak działać ‒ choćby dlatego, że sami mieliśmy podobną sytuację w przeszłości i jesteśmy stuprocentowo pewni, że znamy rozwiązanie doskonałe. Dokładnie w tym miejscu warto wznieść się na wyżyny samodyscypliny i powiedzieć sobie: stop.

Bardzo często ludzie, którzy zwierzają się nam z kłopotów, wcale nie oczekują rad, a chcą się po prostu wygadać. Sam proces mówienia o problemie pomaga im uporządkować myśli, złapać nową perspektywę, trochę się zdystansować albo ‒ zwyczajnie wyrzucić coś z siebie. Czasami to wystarczy, a nasza rada byłaby tylko wisienką na torcie, której nikt nie ma ochoty zjeść.

Jeszcze gorszy scenariusz jest taki, w którym ktoś nawet nam się nie zwierza, a my na podstawie własnych obserwacji albo co gorsza plotek dochodzimy do wniosku, że ma problem, więc ruszamy z pomocą! Istnieją dowody na to, że nieproszone rady mogą niszczyć relacje. Udzielanie ich rzadko jest odbierane jako troska, często za to jako działanie inwazyjne, naruszające cudze granice, bo celem jest zwykle skłonienie drugiej osoby do zmiany postępowania, a nie próba zrozumienia, dlaczego podejmuje takie, a nie inne decyzje. Nachalna rada może być zinterpretowana jako bezpośrednie ignorowanie czyjejś sprawczości i próba przejmowania kontroli, co jest zresztą słusznym wnioskiem. Trudniej jest wtedy, gdy jesteśmy pewni, że ta osoba postępując w określony sposób, robi krzywdę sobie lub innym. Wówczas łatwo ulec wrażeniu, że niejako mamy obowiązek skierować ją na właściwie tory, dla dobra wszystkich. To chwila, w której trzeba zaakceptować swoją bezradność wobec wyborów innych, bo tylko wtedy będziemy mogli troszczyć się o siebie, porzucając złudną nadzieję na możliwość kontrolowania innych. Nikt nie ma takiej władzy, a podejmowanie prób ulepszania świata za wszelką cenę to potężny wydatek energetyczny. Robiąc to, łatwo błyskawicznie się wypalić.

Czytaj także: Syndrom ratownika – gdy próbujesz zbawić cały świat

Warto zapytać, czy ktoś życzy sobie naszych rad także dlatego, że, zdaniem psychologów, gdy ludzie proszą o radę, otrzymawszy ją ‒ bardziej ją cenią. Wobec tej, którą słyszą, choć o nią nie prosili, natychmiast ustawiają się w pozycji dokładnie przeciwstawnej. Większość osób, gdy słyszy „moim zdaniem powinnaś zrobić x” już nawet nie słucha, co ów „x” miałby oznaczać ‒ po prostu wie dokładnie, że zrobi akurat odwrotnie. Zupełnie inną reakcję wywołałoby zdanie: „Mam jeden pomysł, który może się u ciebie sprawdzić, ale równie dobrze może nie zadziałać. Chcesz go poznać?”. To zupełnie inny komunikat! Po pierwsze, daje przestrzeń do podjęcia samodzielnej decyzji. Po drugie, zmniejsza opór tej osoby przed przyjmowaniem tego, co jej się narzuca. Dzięki temu nie musi już przechodzić do defensywy, a może po prostu posłuchać pomysłu i być może (ale niekoniecznie) z niego skorzystać.

Gdy coś komuś doradzamy, adresat najczęściej odruchowo zastanawia się nad naszą motywacją. Faktycznie chce mi pomóc, czy tylko: pompuje sobie ego, wymądrza się, próbuje mnie kontrolować itd.? W badaniach opublikowanych na łamach Journal of Applied Psychology w 2022 r. naukowcy przyglądali się temu, jak ludzie reagują na porady w miejscu pracy ‒ te, o które proszą, i te nieproszone. W serii eksperymentów dowiedli, że osobom udzielającym nieproszonych porad odbiorcy przypisują motywy egoistyczne, a tym, które doradzają na wyraźną prośbę ‒ motywy prospołeczne i to niezależnie od tego, czy doradza współpracownik, czy nawet bliski przyjaciel. Nietrudno się domyślić, z których rad chętniej skorzystają, prawda? Może więc następnym razem, zanim komuś, kto twoim zdaniem ma problem, zaproponujesz spontanicznie szereg doskonałych rozwiązań, zatrzymaj się i pomyśl: kto pytał? Bo jeśli nikt, twoje rady na niewiele się zdadzą, a mogą tylko zaszkodzić relacji.

Wykorzystane źródła: https://www.psychologytoday.com/us/blog/ulterior-motives/201805/giving-advice-creates-sense-power; https://www.learning-mind.com/people-give-others-advice/; https://news.uchicago.edu/story/unmotivated-people-benefit-more-giving-advice-receiving-it; https://www.nytimes.com/es/2025/08/09/espanol/como-dar-consejos.html; https://psycnet.apa.org/fulltext/2021-54183-001.html

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE