Edyta Zbąska - „Wildflowering” zamiast deklaracji po trzech randkach. Nowy trend mówi: pozwól relacji rosnąć
00:00
06:24
Obsesja porządkowania i kontrolowania każdego procesu w naszym życiu już wlała się nam do serca. Od razu na samym początku randkowania, po ledwie kilku spotkaniach, mamy palącą potrzebę doprecyzowania „kim my właściwie jesteśmy”? I dokąd „to” zmierza? Odtrutką na to myślenie może być wildflowering - czyli traktowanie siebie nawzajem jak dzikie kwiaty rosnące we własnym tempie. Jak to jednak praktykować, by nie mieć później poczucia, że mimo wszystko straciliśmy czas?
Wildflowering to nowy trend w randkowaniu, którego nazwa nawiązuje do wzrastania polnych kwiatów. Takie rośliny to samosiejki, które rosną we własnym tempie i bez ingerencji z zewnątrz. Podobnie w relacji, jest to sposób myślenia o wspólnej przyszłości tak, jak myślimy o wzrastającej łące - bez presji i oczekiwań, oceniając efekt dopiero po czasie.
Nazwa nawiązuje do dzikich kwiatów, które nie potrzebują precyzyjnie wyznaczonego harmonogramu, żeby zakwitnąć. Nie sadzi się ich w równych rzędach, nie przycina według instrukcji i nie sprawdza codziennie, czy już wyglądają tak jak na opakowaniu. Po prostu daje się im przestrzeń, światło i czas.
Podobnie ma być z relacją. Zamiast od początku zastanawiać się, czy osoba, z którą się spotykamy, jest „materiałem na związek”, dajemy sobie czas na sprawdzenie, co właściwie między nami jest. Pytanie „czym my dla siebie jesteśmy?” wildflowering sugeruje zamienić na pytanie „jak się ze sobą czujemy i co dzieje się między nami?”.
Nie oznacza to jednak unikania zaangażowania czy zgody na krzywdzące zachowania. Wildflowering nie polega na tym, żeby nie rozmawiać o swoich potrzebach. Chodzi raczej o to, żeby nie wymuszać deklaracji i nie naciskać na decyzję tylko dlatego, że według wyobrażonego randkowego harmonogramu to już „najwyższy czas”.
Czytaj także: Poszła na randkę, bo przyjaciółka zrobiła o niej prezentację w PowerPoincie. Ten trend właśnie wchodzi do Polski
Chęć szybkiego zdefiniowania relacji nie jest naszą wadą, ale raczej znakiem czasu. To zupełnie zrozumiała potrzeba - znoszenie kolejnych niepewności w ciągle niestabilnym świecie jest już wystarczająco trudne i po co dokładać sobie kolejnych? Coraz bardziej też cenimy nasz czas, więc chcemy jak najszybciej wiedzieć, czy osoba, którą poznajemy, jest go warta. Panicznie boimy się, że ktoś nas wykorzysta, zacznie szukać kogoś nowego za naszymi plecami i znów zostaniemy „w tyle”.
Dlatego właśnie naciskamy, by jak najszybciej poznać czyjeś zamiary wobec nas - jednak próba uzyskania jakiejś pewności na bardzo wczesnym etapie może paradoksalnie wszystko popsuć. Zwiększanie napięcia może sprawić, że ktoś ucieknie lub obieca nam coś, z czego później się wycofa i nas zrani.
Wildflowering zachęca, by zamiast walczyć z tą trudną niepewnością, warto ją wytrzymać - i po prostu zobaczyć, co kryje się dalej.
Człowiek to nie maszyna ani proces ekonomiczny, nie tabelka w Excelu ani też nie projekt do zarządzenia. Poznając osobę, musimy być gotowi na zetknięcie się z osobnym światem, jaki stworzyła. Naciskając na decyzje o związku czy zbyt szybko prosząc o kategoryczne deklaracje zaburzamy swobodny proces poznawania się.
Miłość, przyjaźń, a nawet gotowość do odejścia - to wszystko, niczym roślina, potrzebuje czasu, by zapuścić korzenie czy rozkwitać. Wiedzą o tym wszyscy, którzy pielęgnują ogrody; że najważniejszą umiejętnością przy pracy z roślinami, jest cierpliwość i wiara w to, że odpowiedni cel objawi nam się w odpowiednim czasie.
Wildflowering w relacjach wymaga więc zmiany optyki - patrzenia na drugą osobę z poziomu ciekawości zamiast kontroli. Możemy powiedzieć sobie: podoba mi się ta osoba, dobrze się razem bawimy i chcę zobaczyć, co z tego wyniknie. Nie musimy jeszcze wiedzieć, czy za trzy miesiące będziemy w związku.
Czytaj także: Kiedy bardziej niż on kręci cię jego pozycja społeczna. Sprawdź, czy to prawdziwe uczucie, a może jednak throning
Chociaż wildflowering brzmi przewrotnie i co uważniejszym może wydawać się po prostu „kolejną nazwą na brak nazwy”, jest w tym głębszy sens. Znane już „unikanie etykietek” często oznacza unikanie też wszystkiego dotyczącego relacji - także oczekiwań, potrzeb czy odpowiedzialności.
W wildfloweringu chodzi o coś innego - o wytrwanie w kontakcie wystarczająco długo, by poznać drugiego człowieka z wielu stron, nim podejmie się decyzję o wejściu w relację. W czasach szybkich randek z aplikacji to wyjątkowo trudne zadanie - jak to, mam kilka razy spotkać się z człowiekiem, i nic z tym nie zrobić?
Właśnie nie nic - po prostu by nie wymuszać odpowiedzi, zanim nie nabędziecie wystarczająco dużo wspólnych doświadczeń, żeby jej udzielić. Bo po trzech randkach można wiedzieć, że ktoś bardzo nam się podoba, że chcemy zobaczyć się ponownie i czuć na tę myśl motyle w brzuchu. Ale to ledwie pierwsze przebijające przez glebę listki i dopiero wspólny czas pokaże, kim ten człowiek jest naprawdę.
Warto też pamiętać, że wildflowering nie jest zachętą do biernego czekania, aż druga osoba łaskawie zdecyduje, czego od nas chce. Nie oznacza również romantyzowania emocjonalnej niedostępności czy wielomiesięcznego tkwienia w relacji bez żadnych ustaleń. Znajomość może rozwijać się naturalnie, ale nadal potrzebuje wzajemności.
Możemy więc jednocześnie nie wymuszać deklaracji i czujnie obserwować zachowanie drugiej osoby. Czy inicjuje kontakt? Czy chce się spotykać? Czy jest ciekawa naszego życia? Czy pamięta rzeczy, które jej opowiadamy? Czy możemy przy niej być sobą? A to stanowi dużo solidniejszą bazę pod związek niż jakiekolwiek etykiety.