Izabela Nowakowska-Teofilak - Wy się pogodzicie, rodzice mogą długo pamiętać. Terapeuta par wyjaśnia, dlaczego lepiej nie opowiadać im o każdej kłótni
00:00
15:44
Przejście od „ja” do „my” to proces, w którym zderzają się dwa światy, trzy rodziny i różne systemy wartości, a między nimi – nasze potrzeby, granice i oczekiwania. Jak to wszystko pogodzić?
- Kiedy jesteśmy naprawdę gotowi stworzyć własną rodzinę? Psycholog i terapeuta par Piotr Mosak przekonuje, że nie istnieje jeden właściwy moment.
- Stworzenie własnego „my” wymaga oddzielenia się od rodziny pochodzenia. Ekspert podpowiada, po czym poznać, że rodzice nadal zbyt mocno wpływają na nasze decyzje i gdzie przebiega granica między ich troską a ingerencją.
- Czy warto opowiadać rodzicom o kłótniach z partnerem? Piotr Mosak zwraca uwagę na pewną pułapkę: para może szybko się pogodzić, ale rodzice zostają z usłyszaną historią i mogą długo patrzeć na zięcia czy synową przez jej pryzmat.
- A co, jeśli to rodzice krytykują naszego partnera? Terapeuta par mówi o lojalności, stawianiu jasnych granic i poczuciu winy, które często temu towarzyszy.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 06/2026.
Izabela Nowakowska-Teofilak: Po czym poznać, że jesteśmy gotowi stworzyć własną rodzinę?
Nie ma jednego, obiektywnego momentu ani zestawu kryteriów, które jasno wskazywałyby: to już teraz.
Gotowość do założenia rodziny nie jest czymś, co można łatwo zmierzyć czy ocenić z zewnątrz. To raczej wewnętrzne poczucie, które dojrzewa w nas stopniowo.
Można powiedzieć, że pojawia się wtedy, gdy zaczynamy rozumieć, czym naprawdę jest rodzina – nie jako wyobrażenie oparte wyłącznie na bliskości, miłości i wspólnych planach, ale jako realna przestrzeń życia, w której będą zarówno radości, jak i trudności. To świadomość, że bycie z kimś oznacza codzienność: obowiązki, zmęczenie, kompromisy, a czasem frustrację. Że pojawią się dzieci, a wraz z nimi nieprzespane noce, pieluchy, choroby, logistyka dnia codziennego. Gotowość polega więc na tym, że widzimy pełny obraz – nie tylko jego jasne strony – i mimo to chcemy w to wejść, jesteśmy gotowi podjąć pewne ryzyko, bo przecież nigdy nie mamy gwarancji, że wszystko się uda.
Chciałbym jednak podkreślić, że nie jest to etap uniwersalny dla wszystkich. Po 30 latach pracy z ludźmi widzę wyraźnie, że nie każdy odczuwa potrzebę wejścia w „my” albo osiąga do tego gotowość – i to również jest w porządku. Nie wszyscy musimy być w związku.
Kluczowe jest, by umieć obronić się przed presją społeczną i rozpoznać własne potrzeby, zamiast automatycznie podążać za oczekiwaniami innych.
Jakie sygnały świadczą o tym, że zakładając własną rodzinę, nie domknęliśmy relacji z rodziną pochodzenia?
Kluczowe jest to, jak postrzegamy partnera lub partnerkę: czy jako równorzędną osobę, z którą wspólnie idziemy przez życie, czy raczej jako kogoś, kto ma „dopasować się” do naszego świata. Jeśli drugi człowiek ma być jedynie wsparciem dla „naszego życia”, kimś, kto ma przyjąć nasze zasady, wartości i sposób funkcjonowania, bo „są sprawdzone” i „lepsze”, trudno mówić o relacji partnerskiej. To często znak, że nadal jesteśmy silnie osadzeni w schematach wyniesionych z domu i nie stworzyliśmy jeszcze autonomicznego „my”.
Innym ważnym sygnałem jest sposób podejmowania decyzji, szczególnie w obszarach, takich jak: święta, ważne wydarzenia czy czas wolny. Jeśli argumentem staje się to, czyja rodzina jest „ważniejsza, bliższa, bardziej zaangażowana, obecna” – zamiast tego, jak dana osoba chce przeżywać ten czas, to pojawia się poważny problem ignorowania czyichś potrzeb tylko dlatego, że nie wpisują się w nasz dotychczasowy schemat. Sedno nie leży w tym, czy ktoś ma rodziców blisko, daleko, czy w ogóle – tylko w tym, jaki ma sposób przeżywania ważnych momentów.
Jedna osoba może chcieć spędzać wolny czas aktywnie, wyjeżdżając czy odpoczywając po swojemu, druga – w tradycyjnym, rodzinnym gronie. Jeśli któraś z tych perspektyw jest automatycznie uznawana za „mniej ważną”, to znak, że nie ma równowagi.
Dojrzała relacja zaczyna się tam, gdzie przestajemy patrzeć przez pryzmat „moje versus twoje pochodzenie”, a zaczynamy rozmawiać o tym, czego naprawdę chcemy jako dwie osoby – tak by „my” mogło istnieć na równych zasadach, a nie w cieniu tego, co było wcześniej.
Rodzice często pozostają ważnym punktem odniesienia, nawet gdy jesteśmy dorośli. Problem zaczyna się wtedy, gdy ich obecność przestaje być wsparciem, a zaczyna wpływać na decyzje naszej nowej rodziny. Jak odróżnić troskę od ingerencji?
O ingerencji można mówić wtedy, gdy nie ma zgody na naszą autonomię i niezależność, na to, że ostatecznie możemy zdecydować po swojemu. Doradzanie jest czymś naturalnym, ale przekracza granicę w momencie, gdy czyjaś opinia zaczyna być przedstawiana jako jedyna słuszna, a inne wybory spotykają się z presją, zdziwieniem, obrażaniem się czy wycofaniem emocjonalnym. To już nie jest wsparcie, tylko próba narzucenia własnej wizji rzeczywistości. Wyraźnie widać to w reakcjach, na przykład kiedy po podjęciu własnej decyzji słyszymy: „To po co mnie pytaliście, skoro i tak robicie, co chcecie?” albo „Skoro jesteście tacy mądrzy, nie zawracajcie mi więcej głowy”.
Dlatego ważne jest, by jasno komunikować intencję już na etapie pytania o radę. Można powiedzieć wprost: „Chcemy poznać różne opinie, żeby podjąć własną decyzję”. To stawia granicę, pokazuje, że zbieramy informacje, a nie oddajemy decyzyjność.
Oczywiście, trzeba mieć świadomość, że nie wszyscy to uszanują, są osoby odporne na takie komunikaty, które i tak będą przekonane o swojej racji, i nic tego nie zmieni.
Niektórzy zwierzają się rodzicom z problemów w związku. Jak to wpływa na relacje w ich rodzinie i między rodzinami?
Zacznijmy od tego, że takie zachowanie często jest sygnałem pewnej niedojrzałości emocjonalnej, trudności w samodzielnym radzeniu sobie z napięciem, konfliktem czy własnymi emocjami. Zamiast mierzyć się z tym w relacji, następuje powrót do znanego, bezpiecznego schematu: „idę do rodziców, oni mnie wesprą”. Tyle że to wsparcie bywa kosztowne dla związku.
Oczywiście, każdy z nas może potrzebować się wygadać czy uporządkować emocje, ale dobrze, żeby słuchaczami tych zwierzeń byli zaufani przyjaciele, terapeuta czy inna neutralna osoba – ktoś, kto nie jest bezpośrednio zaangażowany i potrafi zachować dystans. Taka osoba może pomóc zobaczyć sytuację szerzej, ale nie wchodzi w rolę „sędziego”.
Problem z rodzicami polega na tym, że trudno jest im pozostać neutralnymi. Z natury rzeczy stają po stronie swojego dziecka, nawet jeśli starają się być obiektywni. Stają się poniekąd „trzecią stroną” w konflikcie dwojga ludzi, która – świadomie lub nie – wpływa na ocenę sytuacji, wzmacnia jedną perspektywę i utrudnia rozwiązanie problemu między partnerami. Poza tym, opowiadając coś w emocjach, często zupełnie nieświadomie podkoloryzowujemy sytuację. Chcemy zostać zrozumiani, przytuleni, zaopiekowani, więc akcentujemy to, co było dla nas bolesne. W efekcie słuchacz – w tym przypadku rodzice – zapamiętuje historię w znacznie ostrzejszej wersji.
Potem rodzice, rozmawiając o tym między sobą, wzmacniają ten obraz. Z czasem buduje się w nich przekonanie, że partner nas krzywdzi, nawet jeśli rzeczywistość była dużo mniej dramatyczna. Często kilka godzin po kłótni para się godzi i zapomina o sprawie, a rodzice zostają z tą historią, nie „odzapominają” tego, co usłyszeli.
Kiedy więc dochodzi do kolejnego spotkania, mogą reagować chłodno, oceniająco, a czasem wręcz wrogo wobec naszego partnera lub partnerki. I choć ich intencja jest ochronna, dla związku bywa to destrukcyjne. Dlatego znacznie zdrowsza jest postawa, w której rodzice potrafią postawić granicę, mówiąc na przykład: „to wasza sprawa”. Mogą wesprzeć, wskazać specjalistę, zaproponować pomoc z zewnątrz, ale nie wchodzić w rolę sędziego ani strony konfliktu. I choć może to być trudne, paradoksalnie właśnie takie podejście najlepiej wspiera dojrzewanie relacji, bo odpowiedzialność za nią zostaje tam, gdzie powinna: między dwojgiem ludzi.
Co zrobić, gdy rodzice krytykują naszego partnera lub partnerkę, nawet nie wprost, ale „między wierszami”?
To trudna sytuacja, bo łatwo tu wpaść w napięcie między lojalnością wobec rodziny a lojalnością wobec partnera. Kluczowa jest jednak szybka i czytelna reakcja, natychmiastowy sprzeciw, ponieważ jeśli dopuścimy do tego, by takie uwagi się powtarzały, druga strona może uznać, że ma na to przyzwolenie, a to zwykle prowadzi do eskalacji. Dlatego już przy pierwszych sygnałach warto jasno postawić granicę.
Czasem dobrze nawet lekko „przerysować” reakcję i zrobić klasyczną „scenę”, by dosadnie pokazać, po czyjej stronie stoimy. Dla partnera to sygnał bezpieczeństwa i wsparcia, a dla rodziny jasna informacja, gdzie przebiega granica.
Jeśli bliscy od początku widzą, że nie ma przestrzeni na podważanie naszego wyboru, dużo rzadziej próbują to robić w przyszłości. Dlatego komunikat musi być jednoznaczny: oczekuję szacunku dla mojego partnera i dla moich decyzji.
Brak stanowczej reakcji w takich sytuacjach często jest odbierany przez drugą osobę jako forma zdrady. Czy słusznie?
Oczywiście! Związek opiera się na założeniu, że jesteśmy dla siebie wsparciem i że razem mierzymy się ze światem. Kiedy ktoś jest chory, zmęczony, zraniony przez pracę czy życie – naturalnie stajemy po jego stronie, wspieramy się, chronimy. Dokładnie to samo powinno obowiązywać w sytuacji, gdy ktoś – nawet z rodziny – uderza w naszego partnera czy partnerkę. Wtedy lojalność nie polega na „niewtrącaniu się”, tylko właśnie na zajęciu jasnego stanowiska. Bo jeśli nie reagujemy, wysyłamy komunikat: „to jest w porządku” albo „nie chcę się angażować”.
A przecież relacja „my” zakłada pewną hierarchię – to związek staje się najważniejszą przestrzenią, którą budujemy i za którą bierzemy odpowiedzialność. Jeśli ktoś w nią uderza, naszym zadaniem jest ją chronić, nawet jeśli oznacza to konfrontację z własną rodziną.
Jednak wiele dorosłych osób przyznaje, że doświadcza silnego poczucia winy, gdy stawia granice rodzinie, broniąc swojego partnera czy partnerki.
To poczucie często jest efektem wzorców wyniesionych z domu. Jeśli dorastaliśmy w środowisku, w którym byliśmy „dobrym dzieckiem”, wtedy gdy spełnialiśmy oczekiwania rodziców, uczyliśmy się, że nasza wartość zależy od ich zadowolenia. Zaspokajanie cudzych potrzeb było nagradzane, a stawianie własnych granic odbierane jako coś niewłaściwego. W dorosłości taki mechanizm nadal działa: kiedy mówimy „nie”, pojawiają się wewnętrzny konflikt i poczucie winy. To często oznacza brak wykształconej asertywności wobec rodziców oraz poczucia własnej wartości opartego na sobie, a nie na aprobacie innych. Dlatego takie sytuacje nie są „problemem związku”, tylko raczej sygnałem, że jest coś do przepracowania w relacji z rodziną pochodzenia – i w relacji z samym sobą. Warto potraktować to jako punkt do rozmowy i refleksji. Zrozumieć, skąd bierze się to napięcie, i jeśli trzeba, poszukać pomocy, na przykład w pracy indywidualnej z psychologiem nad budowaniem własnej autonomii.
Kluczowa zmiana polega na przejściu z pozycji „muszę zasłużyć na akceptację” do „mam prawo do własnych wyborów”.
Niezależnie od wieku to moment uznania: jestem dorosły czy dorosła i nie muszę nikomu niczego udowadniać, żeby czuć się w porządku ze sobą. Wtedy łatwiej stanąć za swoimi decyzjami, bez względu na to, czy chodzi o wybór partnera, styl życia, czy sposób spędzania czasu. A od bliskich, jeśli faktycznie życzą nam dobrze, można oczekiwać nie tyle zgody na wszystko, ile szacunku dla tych wyborów. Jeśli go nie ma, warto się zatrzymać i zobaczyć, w jakim zależnościowym układzie tak naprawdę tkwimy, bo zdrowa relacja – także z rodzicami – opiera się na wzajemności: prawach i obowiązkach po obu stronach, a nie tylko na jednostronnym dostosowywaniu się.
Co się dzieje z psychiką osoby, która przez lata próbuje zadowolić wszystkich? Jakie są koszty niezajmowania stanowiska i pozostawania pomiędzy rodzinami?
Mam wrażenie, że osoby, które przez lata próbują zadowolić wszystkich, często są głęboko nieszczęśliwe, żyją w ciągłym napięciu, bo szybko odkrywają, że to zadanie jest niewykonalne – nie da się jednocześnie spełnić sprzecznych oczekiwań różnych ludzi.
Taka osoba wkłada ogrom wysiłku: dopasowuje się, staje na rzęsach, próbuje pogodzić ogień z wodą, a mimo to wciąż widzi niezadowolenie wokół siebie. To prowadzi do przemęczenia, frustracji i poczucia bezsilności.
Co gorsza, w tym wszystkim często nie zostaje już miejsca na siebie, na własne potrzeby, emocje, pragnienia. Zdarza się, że dopiero po wielu latach taka osoba odkrywa, że przez większość życia nie tylko nie realizowała swoich potrzeb, ale często nawet nie ma pojęcia, jakie one są.
Jeśli poczucie wartości buduje się na zadowalaniu innych, satysfakcja jest chwilowa, a potem pojawiają się kolejne oczekiwania. Zamiast trwałego poczucia spełnienia dostajemy więc krótkie momenty ulgi, po których wraca napięcie. Kosztem takiego życia są więc brak stabilnego poczucia szczęścia, chroniczne zmęczenie emocjonalne i utrata kontaktu ze sobą. W skrajnych przypadkach taka osoba może czuć się zagubiona, bezradna, a nawet wykorzystana. To trudne doświadczenie, bo w pewnym sensie oznacza życie obok siebie. Nie z własnymi wyborami, tylko w ciągłym reagowaniu na potrzeby innych. I często dopiero jakiś bolesny zwrot wydarzeń pozwala się zatrzymać, daje szansę na nauczenie się stawiania granic, rozpoznawania własnych potrzeb i budowania poczucia wartości od środka, a nie z zewnątrz.
Piotr Mosak, psycholog, terapeuta par, trener biznesu z prawie 30-letnim doświadczeniem, wykładowca w Wyższej Szkole Biznesu w Nowym Sączu. Specjalizuje się w komunikacji w relacjach, uczy równowagi w życiu prywatnym. Popularyzuje swoją wiedzę i doświadczenie w mediach. Rozpoczął doktorat w Akademii Górnośląskiej z obszaru zarządzania jakością