1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Rodzice
  4. >
  5. Boisz się, że jednym zdaniem skrzywdzisz dziecko na całe życie? Psychiatra: „To jest po prostu nieprawda”

Boisz się, że jednym zdaniem skrzywdzisz dziecko na całe życie? Psychiatra: „To jest po prostu nieprawda”

(Fot. Feodora Chiosea/Getty Images)
(Fot. Feodora Chiosea/Getty Images)

Odsłuchaj artykuł

Agnieszka Radomska - Boisz się, że jednym zdaniem skrzywdzisz dziecko na całe życie? Psychiatra: „To jest po prostu nieprawda”

00:00 21:48
15s
0,5 x
15s
Nie na wszystko, co dzieje się w życiu dziecka, a potem dorosłej osoby, rodzice mają wpływ, a już na pewno nie za wszystko ponoszą winę. Naprawdę nie tak łatwo zniszczyć małemu człowiekowi życie jednym nieostrożnym zdaniem – przekonują specjaliści psychiatrii dr Aleksandra Lewandowska i dr hab. Sławomir Murawiec w rozmowie o wystarczająco dobrym rodzicielstwie.

Spis treści:

  1. Czy jednym zdaniem można skrzywdzić dziecko? Eksperci o lęku współczesnych rodziców
  2. Rodzic nie może „zaprogramować” dziecka. Wychowanie to nie wszystko
  3. Dobry rodzic nie musi być idealny. Nadmiar porad może zaszkodzić relacji z dzieckiem
  4. Czy za problemy w dorosłym życiu odpowiadają rodzice? Pułapka poppsychologii
  5. „Jedno zdanie nie zmienia wszystkiego”. Dziecko potrzebuje prawdy, nie idealnych rodziców

  • Czy naprawdę jedno niewłaściwe zdanie rodzica może na całe życie „zaprogramować” dziecko? Psychiatra Sławomir Murawiec nazywa takie przekonanie szkodliwym determinizmem, a psychiatra dzieci i młodzieży Aleksandra Lewandowska pokazuje, do czego prowadzi lęk przed popełnieniem rodzicielskiego błędu.
  • W pogoni za idealnym rodzicielstwem łatwo stracić z oczu to, co najważniejsze – prawdziwą relację. „W autentyczności [...] jest miejsce na popełnianie błędów” – podkreśla Aleksandra Lewandowska.
  • Eksperci rozprawiają się też z popularnym przekonaniem, że rodzice mogą niemal dowolnie „zaprogramować” dziecko. Na jego rozwój wpływają przecież nie tylko wychowanie, lecz także wrodzone cechy, środowisko, inni ludzie i jego własna aktywność.
  • A co z błędami, które rodzice rzeczywiście popełnili? „To, czego doświadczyliśmy [...] od naszych rodziców [...] nigdy nie determinuje naszej przyszłości w stu procentach” – mówi Lewandowska.

Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 06/2026.

Agnieszka Radomska: Spotkałam się nieraz z określeniem, wypowiadanym półżartem, półserio, że człowiek ma w życiu tylko dwa problemy: matkę i ojca. Mam wrażenie, że jesteśmy karmieni narracją tłumaczącą wszystko, co dzieje się w życiu dorosłej osoby, determinującym wpływem rodziców. Zgodnie z nią – nieco przejaskrawiając – wystarczy jedno zdanie wypowiedziane do dziecka, by wychować egotyka, narcyza, osobę lękową. Rozumiem, że będąc rodzicem, można zrobić dziecku krzywdę, ale chyba nie jest tak, że kilkoma nieprzemyślanymi czy nieostrożnymi komunikatami można zniszczyć człowiekowi życie?

Aleksandra Lewandowska: Oczywiście, że nie. Nadmierną ostrożność w relacji z własnym dzieckiem uważam za szkodliwą skrajność, której konsekwencje obserwuję od lat w kontakcie z rodzicami w różnym wieku i z różnych środowisk. Przypomina mi się historia z gabinetu. Mama, kobieta z wyższym wykształceniem, lekarka, zadzwoniła, by na cito umówić spotkanie dla swojej córki.

W wyjątkowych okolicznościach umawiamy wizyty w trybie pilnym, jeśli jest taka potrzeba, ale w tym wypadku kłopot wynikał z faktu, że ta mama bała się porozmawiać z 11-letnią dziewczynką o jej pierwszym wyjeździe na kolonie...

Czuła, że córka odczuwa niepokój, ma obawy, mocno przeżywa pierwsze wakacje bez rodziców, i niepokoiła się, że nie umie sama jej na to doświadczenie przygotować, że powie jedno niewłaściwe słowo i zamiast pomóc córce pokonać lęk, zrobi coś odwrotnego – zablokuje ją, zniechęci. Ze strachu przed własną niekompetencją zdecydowała się więc tę rozmowę, dotyczącą zwyczajnej przecież życiowej okoliczności, powierzyć specjalistom z poradni zdrowia psychicznego! Przytaczam tę historię, by pokazać, że opisane przez panią myślenie często prowadzi do sytuacji z pogranicza absurdu.

Sławomir Murawiec: Myślę, że konsekwencje podobnych przekazów, wmawiających nam, że jakimś jednym zdaniem można zniszczyć dziecku psychikę, dotykają nie tylko rodziców, lecz także ludzi, którzy jeszcze rodzicami nie są, a być może by chcieli.

Zaryzykowałbym nawet hipotezę, niepopartą wprawdzie badaniami naukowymi, że ten irracjonalny lęk, prócz innych czynników ekonomicznych i cywilizacyjnych, może być jedną z przyczyn spadającej dzietności, która w Polsce osiągnęła w ostatnich latach historycznie niski poziom.

Teoria, zgodnie z którą rodzic może kilkoma nieostrożnymi zdaniami przekreślić całe życie swojego dziecka, to jest de facto determinizm, który stoi w sprzeczności z obecnym stanem wiedzy. To jest, mówiąc wprost, nieprawda, i to nieprawda wysoce szkodliwa, a podawana często z absolutnym przekonaniem przez osoby występujące w roli autorytetów. Takie treści budują w ludziach kompletnie fałszywe przekonania co do tego, czym jest wychowanie dziecka, i podsycają lęk, o którym wspomina Aleksandra. Sam spotkałem się z jeszcze mocniejszą historią. Słyszałem, jak nastolatka mówi matce, że nie chce mieć dzieci, ponieważ jest przekonana, że po prostu nie sposób nie zniszczyć życia swojemu dziecku. Gdyby spojrzeć na ten problem szerzej, z perspektywy cywilizacyjnej, to można zaobserwować bardzo wyraźną zmianę: w dawnych czasach obowiązywał kult przodków, których darzyło się szacunkiem, odczuwało się wobec nich wdzięczność za sam fakt życia i za przekazane dziedzictwo.

Dzisiejsza optyka pokoleniowych krzywd wyrządzanych przez rodziców każe zaś widzieć w nich raczej wrogów – i to pokazuje, jak bardzo te pseudopsychologiczne zabiegi są destrukcyjne dla społeczeństwa.

Czy jednym zdaniem można skrzywdzić dziecko? Eksperci o lęku współczesnych rodziców

Strat w wyniku poddania się takiej narracji jest pewnie więcej. Myślę choćby o utracie autentyczności w roli rodzica. Jak miałabym czuć się autentyczna jako mama, stale się kontrolując, ważąc absolutnie każde słowo, w ciągłym strachu, że właśnie ono, jak mówi internetowa psychologia, może porysować, a nawet nieodwracalnie skrzywdzić moje dziecko?

A.L.: Ja wychowywałam się w rodzinie wielopokoleniowej i dziś, z perspektywy dorosłej osoby, widzę, jakie to było dobro. Mama uczyła się od babci, babcia od swojej mamy. Nie było poradników, książek, webinarów, podcastów adresowanych do rodziców, ale z pokolenia na pokolenie przekazywana była za to mądrość oparta na czymś dla mnie niezwykle ważnym – na intuicji mamy i na doświadczeniu życiowym.

W autentyczności, o którą pani pyta, jest miejsce na popełnianie błędów, o ile dbamy o rodzicielską odpowiedzialność i mamy mocne fundamenty związane z ukształtowaniem więzi z dzieckiem.

Moja mama czy babcia nieraz były zdenerwowane, może nawet w gniewie podniosły głos, powiedziały coś, czego żałowały, do mnie, do mojej siostry czy brata. Najważniejsze jednak było to, że za tymi emocjami i reakcjami szła refleksja. Nikt nie bał się przyznać: nie mam idealnego patentu na wychowanie dziecka, nie znam odpowiedzi na wszystkie pytania. Nikt nie bał się powiedzieć „przepraszam”. Nikt nie bał się powiedzieć „nie wiem”.

Dziś media napędzają w ludziach przekonanie, że dobry rodzic to taki, który zawsze ma dla dziecka czas, na wszystkim się zna, jest doskonały i czujny. W efekcie mamy zastępy zagubionych rodziców, którzy trafiają do mnie przepełnieni bezradnością i mówią: „Pani doktor, ja już nie wiem, co ja czuję. Nie wiem, co powinnam, a czego nie mogę. Jestem zła, zmęczona, ale temu zaprzeczam, wszystko tłumię w sobie, bo przecież muszę mieć siłę, żeby się z dzieckiem pobawić”. I taka mama dziesiąty raz stawia wieżę z klocków, bo czuje, że jeśli odmówi, to będzie odrzucenie czy zaniedbanie, i dziecko zapłaci za tę chwilę słabości jakąś gigantyczną cenę.

Rodzic nie może „zaprogramować” dziecka. Wychowanie to nie wszystko

A czy nie jest tak, że chcąc być rodzicem idealnym, wpadamy jednocześnie w pułapkę wyobrażenia o rodzicielskiej wszechmocy i zaczynamy wierzyć, że jak demiurg możemy kształtować tego małego człowieka według naszych oczekiwań, wprost go zaprogramować?

S.M.: Poppsychologia coraz częściej tworzy byty, które nie istnieją, a następnie próbuje wkładać je ludziom do głowy. I właśnie jednym z takich bytów jest twierdzenie, że dziecko będzie dokładnie takie, jak je rodzic zaprogramuje, że komunikaty i przekazy od rodzica będą w dziecku pracowały przez całe życie, działały w nim i determinowały jego kształt. To nic innego jak zwulgaryzowana psychoanaliza. Ta teoria na temat działania ludzkiego umysłu starała się pokazać, jaki jest wpływ rodziców, ale też nieświadomych fantazji na to, jak funkcjonuje człowiek. Ale jeśli ktoś zaledwie liznął tej szkoły, czegoś nie doczytał, nie zrozumiał, to zaczyna bezmyślnie i nieodpowiedzialnie popularyzować tę boleśnie uproszczoną wersję, z ogromną szkodą dla tych, którzy w nią ślepo wierzą.

W swoim rozwoju zawodowym przeszedłem szkolenie psychoanalityczne, które owszem, pozwala rozpoznać wpływ rodziców na dziecko i jego różne życiowe wybory, ale absolutnie nie rozpatruje się tego w kategoriach winy rodziców.

Rodzic nie jest i być nie może demiurgiem, choćby dlatego, że umysł dziecka także tworzy rzeczywistość, a poza tym my już rodzimy się z pewnym zestawem cech; nie jest tak, że proces wychowania to zapisywanie kompletnie czystej karty. To zresztą nie dotyczy tylko ludzi. Zajmuję się ornitologią terapeutyczną i wczoraj oglądałem film, który nakręcił mój kolega Piotr Trojanowski, ekolog behawioralny, wybitny badacz ptaków. Na młodych bocianach lecących do Afryki zamontowano kamery, by śledzić ich lot. Wcześniej wyizolowano je jednak tak, by nie mogły na starcie tej podróży korzystać ze wskazówek starszych pokoleń. Okazało się, że młode nawet bez pomocy rodziców doskonale wiedziały, dokąd lecieć. Ludzie też rodzą się z jakimś wyposażeniem, które nimi kieruje, jakimś wewnętrznym kompasem, który naprawdę nie tak łatwo popsuć.

A.L.: Mam głębokie poczucie, że wychowanie to nie tyle kształtowanie małego, a potem młodego człowieka, a już na pewno nie formatowanie go, ile odpowiedzialne towarzyszenie mu w podróży przez życie.

Dojrzały rodzic to taki, który jest przy dziecku z uważnością, obserwuje i pomaga, ale nie odbiera mu autonomii, a przypisywanie sobie jako rodzicowi nieograniczonej sprawczości tę autonomię kwestionuje.

Dziecko oprócz tego, że rodzi się, jak wspomniał Sławek, z pewnym wyposażeniem, dodatkowo funkcjonuje w środowisku, ma wokół siebie wiele innych osób prócz rodziców, których obecność także je kształtuje. Ten proces jest wieloczynnikowy i wieloaspektowy, a każda skrajna optyka jest przekłamana i szkodliwa.

Jeszcze w latach 50. i 70. XX wieku dominowała narracja, że wszystko zależy od genów. Dziś wiemy już, że tak nie jest, ale pojawia się z kolei kształtowany przez pseudonaukowe przekazy trend zrzucania całej odpowiedzialności na rodziców i wychowanie.

Efekt jest taki, że z jednej strony nasila się u młodych ludzi lęk przed rodzicielstwem, a z drugiej – co obserwuję w pracy gabinetowej z nastolatkami – pojawia się u młodych ludzi tendencja do uciekania od jakiejkolwiek odpowiedzialności.

Niepokojące jest dla mnie przede wszystkim to, że po obu stronach nie pada słowo „odpowiedzialność”, ale „wina”, co rodzi mnóstwo niebezpieczeństw. Myślę, że wciąż brakuje nam zdroworozsądkowego złotego środka.

Dobry rodzic nie musi być idealny. Nadmiar porad może zaszkodzić relacji z dzieckiem

Jakiś czas temu obserwowaliśmy burzliwą dyskusję wokół głośnego serialu „Dojrzewanie”, w którym 13-letni chłopiec z tak zwanego dobrego domu popełnia zbrodnię – i zaczyna się poszukiwanie winnego. Psycholog Paweł Droździak w ramach komentarza powiedział, że „mamy dziś coraz większy dostęp do wiedzy na temat rozwoju człowieka. I z jednej strony to dobrze, bo dowiadujemy się, jak postępować, będąc rodzicem, ale z drugiej strony im więcej mamy tej wiedzy, tym większe poczucie niepewności, czy dobrze postępujemy”. Im więcej wiemy, tym bardziej się boimy. Co zamiast?

A.L.: Naprawdę nie trzeba czytać tysiąca poradników, żeby być wystarczająco dobrym rodzicem. Jestem przekonana, że nadmiar wiedzy, zwłaszcza jeśli ma to być pseudowiedza, pełna uproszczeń, może się okazać zgubny. Zgadzam się z cytowaną przez panią wypowiedzią także dlatego, że mam okazję obserwować w pracy z ludźmi efekty takiego przeedukowania.

Trafiają do mnie czasem rodzice oczytani i osłuchani w obszarze rodzicielstwa i na tej podstawie przekonani, że wiedzą już wszystko – a więc też twardo trzymający się pewnych gdzieś wyczytanych prawd – a ja widzę, że przez takie teoretyzowanie tracą kontakt z dzieckiem.

To też jeden z powodów, dla których mamy do czynienia wręcz z plagą samotności, obserwuję ją także wśród nastolatków. Młodzi ludzie nie czują się przez rodziców rozumiani, słyszani, często właśnie dlatego, że ci rodzice są tak przeładowani pseudopsychologicznymi przekazami i tak bardzo starają się wdrażać je w życie, że w efekcie tracą prawdziwą więź z dzieckiem. Mamy więc błędne koło.

Często spotykam się również z poczuciem wstydu u rodziców, którzy są mocno zaangażowani w swoją rolę, starają się, a gdy mimo to w życiu dziecka pojawiają się trudności, natychmiast całą winę biorą na siebie. To poczucie winy w dużej mierze wynika właśnie z faktu, że są przekonani o wyłącznej odpowiedzialności rodziców czy opiekunów za każdy wybór, jakiego dziecko dokona. Czasem w tym poczuciu winy obawiają się nawet przyjść po pomoc, bo boją się oceny, że są złymi rodzicami. Przestrzegam przed takim myśleniem.

Być może zabrzmi to banalnie, ale powtórzę: zamiast podążać za nie do końca sprawdzonymi mentorami i w nieskończoność się edukować, lepiej słuchać intuicji, która w połączeniu z poczuciem odpowiedzialności, uważnością, refleksją, umiejętnością przyznania się do błędu czy niewiedzy jest najlepszym doradcą.

Czy za problemy w dorosłym życiu odpowiadają rodzice? Pułapka poppsychologii

Mam wrażenie, że problem pojawia się często wtedy, gdy zaczynamy poddawać analizie własne życie, swoje cechy, skłonności, wybory. Jeśli robimy to sami, w ramach autoanalizy, za drogowskaz mając właśnie pseudonaukowe internetowe mądrości, a nie w ramach profesjonalnej terapii, to mogą nam wyjść rozmaite „kwiatki” typu: jestem lękowa, bo matka mi pół życia powtarzała, że mam się nie wychylać, albo ojciec od dziecka mi mówił, że właśnie mnie stać na więcej. Jeśli za wszystkie trudności w dorosłym życiu obwinimy rodziców, łatwo o konkluzję: ja swoim dzieciom tego nie zrobię, więc najlepiej w ogóle nie będę ich mieć.

S.M.: I to jest właśnie doskonały przykład tego, jak może zadziałać zastosowanie uproszczonej i zwulgaryzowanej psychoanalizy, o czym już wspomniałem. Kształt życia człowieka to nie jest równanie z jedną niewiadomą, a kierowanie się takimi banalnymi, jednowątkowymi schematami może przynieść wyłącznie szkody, choćby w postaci lęku przed rodzicielstwem, o którym rozmawiamy.

To, o czym mówię, doskonale oddał Tomasz Stawiszyński we fragmencie książki „Potyczki z Freudem”, pisząc: „Ten freudowski schemat – tak silnie zakorzeniony we współczesnej psychologii i kulturze – to w istocie konstrukcja przypominająca budową cep. A cep – jak to cep – budowę ma więcej niż prostą. Cep mówi: jesteś wypadkową tego, co spotkało cię w dzieciństwie. Jesteś wypadkową okoliczności, których nic już nigdy nie będzie w stanie zmienić, bo nic już nigdy nie będzie w stanie zmienić przeszłości. Cep mówi: jesteś efektem. Efektem matki neurotyczki. Efektem ojca alkoholika. Efektem dziadka tyrana. (...) Efektem tego, że rodzice nadmiernie cię kochali. Efektem tego, że kochali cię niewystarczająco. (...) Cep mówi: nie jesteś indywidualnością. Nie jesteś zdolna, nie jesteś zdolny do podejmowania wyborów, bo za wszystkimi twoimi decyzjami stoją apodyktyczne widma rodziców (albo przodków), które poruszają twoją wolą i świadomością niczym władcy marionetek”. Z całą stanowczością podkreślam, że to, co tak plastycznie udało się opisać Stawiszyńskiemu, to nie jest terapia! W terapii możemy zyskać zrozumienie wpływu, a nie odkryć zero-jedynkową zależność.

A.L.: Podobne uproszczenia są niebezpieczne także dlatego, że – tak jak wspomniałam – pozwalają obarczyć rodziców całą odpowiedzialnością za nasze życie, a z nas ją zdejmują. Nierzadko zdarzało mi się pracować z nastolatkami z problemami w zachowaniu, którzy przyjmowali postawę: rodzice sami sobie na to zasłużyli, jestem taki/ taka, jak mnie wychowali, więc „mają za swoje”.

„Jedno zdanie nie zmienia wszystkiego”. Dziecko potrzebuje prawdy, nie idealnych rodziców

Wątek sprawczości i podejmowania decyzji wydaje mi się wyjątkowo ważny. Przecież dojrzały człowiek może zadecydować świadomie, co z rodzicielskiego przekazu zachowa, a co odrzuci. Umysł człowieka jest plastyczny, to nie jest betonowa konstrukcja.

A.L.: Oczywiście, że nie. Dzięki badaniom nad kształtowaniem się ośrodkowego układu nerwowego wiemy już z całą pewnością, że nowe połączenia mogą się tworzyć do późnej starości.

To, czego doświadczyliśmy w kontekście wychowania od naszych rodziców, nawet jeśli mówimy o krzywdzie i cierpieniu, nigdy nie determinuje naszej przyszłości w stu procentach.

Z mojej perspektywy ważne jest i to, że przyjmując wyłącznie negatywną perspektywę, nie jesteśmy w stanie zobaczyć całości, widzimy tylko ciemne punkty, a to bardzo ogranicza. Dopiero kiedy zobaczymy całość swojego doświadczenia i poddamy je refleksji, będziemy mogli zdecydować, co zostawiamy dla siebie jako cenne, umożliwiające dalszy rozwój, a co odrzucamy, bo nam nie służy. Ten proces filtrowania jest bardzo ważny dla samostanowienia o sobie.

To jest istotne także z perspektywy rodzica, który ma w sobie lęk przed tak determinującym wpływem na własne dziecko. Naprawdę nie jest tak, że to jedno zdanie wszystko zmienia. Gdybyśmy chcieli chronić dziecko przed każdą przykrością, ono w ogóle nie mogłoby się rozwijać.

Nie jesteśmy w stanie przed wszystkim dziecka ochronić. Przed sobą też dziecka nie ochronimy, bo popełniamy błędy. Poza tym często powtarzam, że dziecko nie oczekuje od nas, że mamy być idealni. Ono oczekuje od nas prawdy.

S.M.: Umysł człowieka to nie jest betonowa konstrukcja, bo – przywołując raz jeszcze Stawiszyńskiego – to nie jest konstrukcja cepa. Nie jesteśmy tylko efektem działań, słów, postaw rodziców. Mówimy tu o bardzo złożonej dynamice pomiędzy wpływem rodziców, kultury, genów i samym umysłem dziecka, który też jest aktywny, bo proces filtrowania i podejmowania decyzji, o którym mówi Aleksandra, nie zaczyna się w dorosłości.

Nawet małe dziecko ma swój rozum, reaguje na rodzica, wybiera, za czym podąży, ma swoje predyspozycje. Wpływ rodzica nie jest prosty, co widać choćby, gdy obserwuje się rodzeństwa. Jedno dziecko wychowywane przez tych samych rodziców może się przeciwko nim buntować, a drugie przeciwnie, być w pełni podporządkowane.

Dobry rodzic to nie ten, który nie popełnia błędów, i nie ten, który obroni pięć doktoratów z rodzicielstwa. Donald Winnicott, brytyjski pediatra i psychoanalityk, powiedział, że dziecku potrzebna jest wystarczająco dobra matka; taka, która nie popełnia może błędów dużego kalibru, ale jednak nie jest idealna. Bo każda jej drobna niezręczność czy potknięcie naraża dziecko na pewną dozę frustracji, a ta jest niezbędna do rozwoju, budowania odporności i bezpiecznego radzenia sobie ze światem.

Aleksandra Lewandowska, dr nauk medycznych, konsultant krajowa w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży. Autorka i współautorka kilkudziesięciu publikacji. Pracuje z pacjentami w lecznictwie zamkniętym, ambulatoryjnym i w opiece środowiskowej

Sławomir Murawiec, dr hab. nauk medycznych, specjalista psychiatra, psychoterapeuta, autor i współautor książek, w tym nowatorskiej „Ornitologii terapeutycznej”. Aktualnie rzecznik prasowy Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE