Czy każdy nadaje się do związku? Ewa Woydyłło przekonuje, że tworzenie relacji mamy wpisane w naturę, ale nie każda cecha charakteru pomaga nam budować bliskość. Psycholożka mówi o egoizmie, poczuciu własnej wartości i pryncypialności, która potrafi zatruć nawet dobrze zapowiadającą się relację.
Tekst jest fragmentem książki „Miłość. I co wtedy?” autorstwa dr Ewy Woydyłło i Joanny Olekszyk (Wydawnictwo Zwierciadło). Tytuł, lead i wszelkie skróty pochodzą od redakcji.
Joanna Olekszyk: Często zadajemy sobie to pytanie, będąc już w relacji, bo za nami kolejna kłótnia, kolejny raz partner czy partnerka nas czymś irytuje albo kolejny raz ten związek o coś się rozwala. „A może ja się do tego nie nadaję?”. Nie mówiąc już o tym, że najłatwiej dojść do takiego wniosku po nieudanej randce czy nawet dłuższym ciągu – jak to się mówi – niepowodzeń w miłości. Bo czy można nie nadawać się do związku?
Ewa Woydyłło: Nawet jeżeli każdy od czasu do czasu sobie takie pytanie zadaje, to myślę, że każdy też odpowiada sobie od razu, że tak, „oczywiście, że się nadaję”. To jest kwestia czystej biologii.
Związek jest wpisany w naturę człowieka. Od pierwszych momentów naszej bytności na świecie tworzymy związki. Nawet jeśli szukamy tego szczególnego, to i tak jakiś już mamy na koncie, bo przecież relacja z mamą jest związkiem.
Podobnie z nianią, z tatą, z panią w przedszkolu, z panią w szkole, z dziewczynką, z którą siedziałam w pierwszej klasie, z chłopcem, z którym grywałam często w piłkę. To wszystko są związki. Natomiast gdybym się zastanawiała, czy ja byłabym dobrą partnerką dla Roberta De Niro…
I tak oto Robert znów wraca do naszej rozmowy…
Faktycznie, ale wtedy mogę rzeczywiście zwątpić w siebie, ponieważ im bardziej kogoś idealizuję, czyli wyolbrzymiam zalety tej osoby – a często samo zainteresowanie kimś wynika z podziwu albo oczarowania – to tym trudniej uwierzyć, że ktoś tak idealny mnie zechce…
Co innego, jeśli ktoś, z kim jesteśmy w związku, nas irytuje albo dochodzi między nami do jakiejś niezgody, wtedy raczej nie zadajemy sobie pytania: „czy ja się nadaję?”, tylko wiemy, że to na pewno nie ze mną, tylko z nim jest coś nie tak.
No dobrze, masz rację… Co więcej, bywa, i to wcale nierzadko, że ktoś zaczyna być bardzo niezadowolony ze swego związku i całą przyczynę niezadowolenia przypisuje drugiej osobie. Często osoba ta poddaje się i bierze na siebie odpowiedzialność za całe zło, zwłaszcza gdy przyzwyczaiła się do potakiwania i zgadzania się we wszystkim. Takie manipulatorskie, narcystyczne, dominujące i przemocowe podejście to brzydka rzecz. I nie jest wcale regułą, że to zawsze kobieta będzie tą podporządkowaną stroną. Czasami to właśnie mężczyzna, który długo był kochanym, ale stuprocentowo podporządkowanym i nieposiadającym własnego zdania syneczkiem mamusi czy też obojga rodziców, zostaje wykorzystany do tego, żeby obciążać go winą za rozmaite problemy we wspólnym życiu.
Niedobrane związki są częste i warto o nich rozmawiać, bo cudowne są ideały, tyle że one nie istnieją. Natomiast prawdziwe życie dostarcza wielu przykładów zakłóceń, wypaczeń, problemów lub zwykłych trudności.
Mnie ciekawi, czy jakieś cechy charakteru bardziej kogoś predestynują do tego, żeby się spełniać w relacji z drugim człowiekiem, czy ważniejsze jest odpowiednie dopasowanie między konkretnymi partnerami?
Wiem o jednej cesze, która najbardziej przeszkadza, bo co do tej, która pomaga, to powiedziałabym, że to raczej cała gama, wachlarz, bukiet cech. Natomiast czymś, co uniemożliwia nam utrzymanie dobrego związku, jest egoizm, czyli sobkostwo, granie wyłącznie na siebie.
Tak, mówiłaś o tym poprzednio.
Egoizm może cechować osoby wcześniej narażone na deprywację, na przykład takie, które stale były spychane do drugiego rzędu lub wręcz do ostatniego.
Czyli zawsze ten największy placek ziemniaczany dostawali inni, a im zostawała jakaś reszteczka. Kiedy takie osoby wyczuwają z czyjejś strony zainteresowanie, sympatię lub głębsze uczucie, to mogą pomyśleć: „nareszcie, teraz moja szansa, moja kolej” i całkowicie uniewrażliwić się na potrzeby innych.
Oczywiście osoba taka nie planuje, jak się odegrać za dotychczasowe pomijanie w kolejce, ona zapragnie po prostu już nie być pomijana. Bo ten głód, tę czarną dziurę w sobie może zechcieć jakoś zapełnić. Zapełnić tym, co można dostać od świata – od osoby partnerskiej, od rodziny, od pracy. Może wtedy dojść do odwrotnego zachwiania równowagi, gdyż teraz wszystko ma być dla mnie!
A nie jest tak, że taka osoba w którymś momencie się po prostu nasyci?
Musiałaby trafić na kogoś, kto jej w tym pomoże. Nasycenie się jest niemożliwe, ponieważ – to już jest zupełnie inny aspekt, też ciekawy, a mnie zawodowo bardzo bliski – do tego przecież można się przyzwyczaić. Jedzenie może się stać nałogiem, a jeżeli jeszcze przynosi pożytek, bo wszystko jest smaczne i takie, jak ja chcę – to tyle, ile mogę i tak długo, jak mogę, będę z tego korzystać. Już mocą nawyku.
Pozwolisz, że tu się zatrzymamy. Gdy się ostatnio widziałyśmy, mówiłaś, że wypisałaś sobie te cechy charakteru, które najlepiej rokują dla trwałości związku.
O lojalności już wspomniałam, druga to poczucie humoru. To oczywiście moja osobista lista i każdy może sobie ułożyć swoją. Ja na pewno bym wybrała właśnie poczucie humoru w przeciwieństwie do pryncypialności, czyli przywiązywania wagi do sztywnych reguł lub rygorystycznych wymagań – dwie minuty spóźnienia i już kogoś dyskwalifikuję i nie czekam.
Moim zdaniem im człowiek jest bardziej elastyczny, czyli rezylientny – co oznacza odporny na frustrację – tym łatwiej i mniej konfliktowo się z nim żyje. Bo w końcu każdemu zdarza się gorszy dzień.
Jeżeli nie będę odporna na zły dzień kogoś, z kim jestem w związku, czy to będzie moje dziecko, moja mama, mój mąż czy mój narzeczony – to nasz związek będzie narażony na więcej turbulencji. A jeżeli obydwie strony są nieodporne? Jeśli ja twój zły humor potraktuję pryncypialnie i będę potem ciebie rozliczać i traktować karnie albo próbować robić to samo co ty, czyli: „wczoraj nie miałeś ochoty mnie słuchać, to dzisiaj ja nie będę słuchać ciebie” – to obróci się to przeciwko nam obojgu.
Teraz właśnie zdałam sobie sprawę, że najbardziej mi przeszkadza w relacjach właśnie pryncypialność i upieranie się przy swoich racjach. Czyli ktoś ma zasady i uważa, że jego zasady są najlepsze. Jeśli ty ich nie podzielasz, to znaczy, że postępujesz źle. A przecież ty możesz mieć swoje zasady…
Jest jeszcze jedna bardzo piękna i pomocna w związku cecha, jaką jest poczucie własnej wartości. Dlaczego jest pomocna? Ponieważ wtedy człowiek nie nosi w sobie takich rzeczy jak kompleksy, wstyd czy strach przed tym, żeby coś powiedzieć, bo co sobie ktoś o nim pomyśli.
Osoba z wysokim poczuciem własnej wartości rozumuje na przykład tak: „Wprawdzie mam jedną krótszą nogę, ale za to świetnie tańczę tango”. To jest tarcza, która chroni i pozwala na bycie sobą i niemaskowanie się.
Bez niej człowiek żyje w lęku, że ktoś odkryje prawdę o nim. Na przykład w Polsce kobiety są przewrażliwione na punkcie swojego wieku. Spróbuj spytać którąś o to, ile ma lat. „A w życiu!” – usłyszysz w odpowiedzi, jeszcze będzie to powiedziane z takim oburzeniem, w domyśle: „Jak ona może?! Boże, jaka źle wychowana”.
Ja się czasem muszę zastanowić, ile mam lat. Wiem, że jestem po 40, ale ile lat dokładnie…
Bo to w sumie nie ma większego znaczenia, co innego, gdy chodzi o to, czy na przykład kwalifikuję do tego, żeby zapisać się do jakiejś wyczynowej grupy, na przykład trenującej przed wyprawą na Kilimandżaro. Zresztą wtedy ważniejsze bywają badania lekarskie, a nie sam PESEL, ponieważ chodzi o wydolność serca czy gęstość kości. Ale u nas jest to temat tabu, zresztą nie tylko u nas. Zsa Zsa Gabor, amerykańska aktorka w pewnym momencie twierdziła, że ma mniej lat niż… jej własna córka.
A właściwie dlaczego pytanie o wiek u niektórych powoduje panikę?
Może ktoś ich kiedyś ostrzegł, żeby nie mówić prawdy? Na przykład ja miałam taką przygodę. Pamiętam dobrze, to były moje 12. urodziny, naszykowane były smakołyki, byli zaproszeni goście, wśród których był również pewien doktor, przyjaciel domu.
Kiedy witaliśmy się, spytał: „A ileż to lat kończysz?” – nie zdążyłam odpowiedzieć, bo ktoś z dorosłych szybko mnie wyprzedził, mówiąc „Jedenaście i pół!”. Kiedy zaprotestowałam i dumnie ogłosiłam, że dwanaście, to wszyscy wybuchnęli śmiechem, a ja prawdę mówiąc, nie wyczułam komizmu sytuacji. No ale z czasem zrozumiałam.
To jest oczywiście żartobliwy przykład, natomiast my nosimy w sobie różne dramatyczne przeżycia, które mogą świadczyć o nas niekorzystnie, i wtedy naprawdę możemy się bać, że prawda wyjdzie na jaw. Ale bliski związek oparty na sekretach jest związkiem ryzykownym. Wspólne życie, ciągłe przebywanie razem sprawia, że prawie niemożliwe jest, by w takiej bliskości mieć jakąś zarezerwowaną tylko dla siebie sprawę. Nawet nie chodzi tylko o przeszłość, o to, ilu ktoś miał kochanków, bo tu rozum podpowiada: stop, to do tej relacji nie należy. Natomiast sprawy pochodzenia, historii rodziny, wykształcenia albo że przeszłam jakieś choroby lub że byłam na odwyku. Już samo słowo „uzależnienie” albo „alkoholizm”…
Znam takie przypadki, że wspaniale się wszystko zapowiadało, aż nagle partner rzucił: „Wiesz, tego ci jeszcze nie powiedziałem. Ja kiedyś sporo piłem” albo „Paliłem marihuanę”, albo „Byłem w Monarze”. Dla przyszłej żony może niekoniecznie będzie to jakiś szok, ale teściowie, nie mając pojęcia o sprawie, mogą źle to zrozumieć, więc gdy usłyszą coś takiego, wystraszą się i mogą nawet zniweczyć plany matrymonialne.
Uważasz, że dobrze to jak najwcześniej powiedzieć? Wyłożyć wszystkie karty na stół?
Nie, czasami w ogóle nie warto tego mówić. Zwłaszcza gdy trafisz na ludzi ograniczonych, którzy nie chcą zrozumieć lub zaakceptować niektórych różnic. Na przykład tego, że ktoś nie chodzi do kościoła albo nie jada mięsa czy ma dwa koty.
No dobrze, może nie jest dobrym pomysłem deklarować takie rzeczy na dzień dobry…
Ani na dzień dobry, ani nawet na do widzenia. Po prostu można pójść z nimi do tego kościoła. Skoro nie wierzę, to wszystko mi jedno, dokąd chodzę. Czy do biblioteki, czy na basen, czy do kościoła, jak chcecie. Znam małżeństwa, w których jedno jest niewierzące, a drugie wierzące. I ten mąż nawet ślub wziął kościelny. Taka wspaniała kobieta – nie dlatego wspaniała, że wierzy, tylko dlatego, że jest cudownym człowiekiem. Pięknie! Gdzie tu problem?
Natomiast jak ktoś pryncypialnie podchodzi do sposobu życia, czyichś przekonań lub upodobań, a zwłaszcza jeżeli pryncypialność prowadzi do potępienia lub nawet wykluczenia, może to zaważyć na przyszłym wspólnym życiu. W takich sytuacjach trzeba myśleć praktycznie.
Najważniejsza jest otwartość między partnerami czy przyszłymi małżonkami. Dalsza rodzina, jeżeli jest taktowna i kulturalna, nie będzie dyktować swoich recept na życie. I właśnie na to młodzi powinni zwracać uwagę.