Wszystko pod kontrolą – o nadopiekuńczości rodziców

Nadmierna kontrola rodzicielska staje się szkodliwa, ponieważ ogranicza samodzielność. (Fot. iStock)

Mamy prawo do wiedzy, z kim dziecko spędza czas, ale nie mamy prawa rozstrzygać, z kim może się spotykać, a z kim nie – mówi psycholożka Aleksandra Piotrowska.

 

Carl Honoré w znakomitej książce „Pod presją” zaapelował do rodziców: „Dajcie dzieciom święty spokój”. Podpisałaby się pani pod tym apelem?
Tak, choć „dajcie dzieciom święty spokój” nie oznacza: przestańcie w ogóle sprawować funkcję opiekuńczą. Ale to, co obserwujemy w wykonaniu współczesnych rodziców, którzy chcieliby sprawować kontrolę nad każdą sekundą życia dziecka, to przesada.

Rodzice tłumaczą się troską o bezpieczeństwo. Co w tym złego?
Oczywiście, że w trosce o bezpieczeństwo nie ma nic złego. Jednak dążenie do stuprocentowego bezpieczeństwa prowadzi do całkowitego ubezwłasnowolnienia dziecka, zapakowania go w styropianowe pudło i usadowienia na kanapie.

Świat wygląda teraz na bardziej niebezpieczny niż kiedyś.
Czy aby na pewno? Zmienia się rodzaj zagrożeń, a nie ich liczba. Na najpoważniejsze niebezpieczeństwo narażone jest dzisiaj dziecko siedzące w swoim pokoju przed komputerem. To Internet, choć pełni wiele wspaniałych funkcji, jest tym, co naprawdę zagraża dzisiaj dzieciom, czyli źródłem cyberprzemocy.

Tu kontrola z naszej strony jest uprawniona?
Tak, zdecydowanie. Nie zgadzajmy się na to, żeby dzieci poniżej 12. roku życia miały konta w mediach społecznościowych. A gdy już ten wiek osiągną, zadbajmy, aby ich pierwsze konta były otwarte dla nas, abyśmy byli wśród ich znajomych. Pierwsze kroki w Internecie powinny być całkowicie kontrolowane, przecież dziecko nawet niechcący może dostać się na niepowołane strony, które otwierają się po wpisaniu teoretycznie niewinnych słów. Wcześniej czy później na nie trafi, musimy więc je na to przygotować. A nie ma lepszego przygotowania niż rozmowa. Z badań wynika, że większość dziewięciolatków ma za sobą pierwsze doświadczenia z filmami porno. A istnieje jeszcze wielka sfera przemocy w Internecie. Dając dziecku do rąk smartfon, tym samym dajemy mu możliwość niekontrolowanego dostępu do Internetu. Ten dostęp ma 84 procent dzieci.

W jakim wieku wyposażać dzieci w telefony?
Gdyby telefony umożliwiały tylko zadzwonienie, wysłanie SMS-a, to i pierwszoklasistom można by je kupować. Ale aparaty są dziś tak wypasione, że w rękach dziecka stają się niebezpiecznym narzędziem. Gdybym mogła, od zaraz wprowadziłabym zakaz korzystania z komórek w szkołach. No, ale ponieważ na to muszą zgodzić się rodzice, taki pomysł nie ma szans. Potrzeba kontrolowania dziecka jest silniejsza niż zdrowy rozsądek.

Zaczyna się od montowania kamer w domu i żłobkach, żeby móc podglądać nianie.
Co pani na to?
Całkowicie się z tym nie zgadzam, to nakręcanie w rodzicach przeświadczenia, że jeśli nie patrzą na dziecko, to stanie mu się coś złego. Kompletna bzdura. Takie myślenie prowadzi do ukształtowania człowieka zniewolonego, który będzie kombinować, jak by tu się kontroli wymknąć.

Podoba się pani pomysł, żeby instalować w telefonie dziecka aplikację GPS, która pozwala sprawdzać miejsce jego pobytu? Rodzice instalują ją często bez jego wiedzy.
To fatalny pomysł. Kiedy dziecko raz i drugi przekroczyło nasze ustalenia, na przykład poszło tam, gdzie nie powinno, wtedy rozmawiamy z nim na ten temat i informujemy, że instalujemy taką aplikację. Ale nie wyobrażam sobie życia rodzinnego bez elementarnej uczciwości, czyli także bez informowania dziecka o tym, co je dotyczy.

Nadmierna kontrola to brak zaufania?
Szczególnie jeśli przekracza granice prywatności i zamienia się w szpiegowanie wszystkich aspektów życia. Prawo do tajemnic ma także dziecko, gwarantuje mu to Konwencja o prawach dziecka. To smutne, że Polska ratyfikowała ją z zastrzeżeniami do artykułów, które dają małemu człowiekowi prawo do wolności wyznania, poglądów, zgromadzeń, tajemnicy korespondencji. Oddaje to dominujące w naszym społeczeństwie przekonanie, że dziecko to nasza własność i każdy sposób kontroli jego zachowania jest uzasadniony prawnie i moralnie, ba – świadczy o tym, że jesteśmy dobrymi i troskliwymi rodzicami.

Wzmożona kontrola rodzicielska staje się szkodliwa, ponieważ ogranicza samodzielność?
Tak, a nawet może uruchamiać mechanizmy samospełniającego się proroctwa. Jeśli przez lata rodzice traktują dziecko jak kogoś, komu nie można ufać, i sądzą, że gdyby poluzowali z kontrolą, to ono zaraz zrobiłoby coś głupiego, to kiedy dziecku wydaje się, że jest niekontrolowane, właśnie to coś głupiego robi. Nadmierna kontrola może więc prowokować nieszczęścia. Nie pozwala też na przejęcie odpowiedzialności za swoje czyny i na doświadczenie sprawstwa, co może być bardzo groźne, bo prowadzi do wychowania potulnego wykonawcy naszych poleceń.

W jakim wieku pozwolić dziecku na samodzielne poruszanie się po mieście?
To zależy od temperamentu dziecka. Impulsywne powinno dostać zgodę później niż takie, które już w wieku czterech, pięciu lat wykazuje się próbami kontroli swojego zachowania. Przekonanie, że dzisiejszy świat jest tak niebezpieczny, że do końca szkoły podstawowej dziecko nie może samo poruszać się po mieście, budzi mój sprzeciw.

Jak zatem mądrze kontrolować?
Bardzo ważna jest zasada małych kroków. Już kilkulatkowi pozwalamy na pewną dozę samodzielności, wręcz go do tego mobilizujemy, sprawdzając, jak sobie z tym radzi. Na przykład zachęcamy pięciolatka, żeby zszedł z pierwszego piętra po bułki, ale pod warunkiem, że nie musi przechodzić przez ulicę. Obserwujemy z góry, czy nie zbacza z drogi, nie zaczyna rozmów z nieznajomymi. Dzieci uwielbiają być samodzielne, czują się wtedy niezależnymi decydentami i wykonawcami jednocześnie.

Gdy wkraczają w wiek dojrzewania, chcą absolutnej niezależności, na co rodzice odpowiadają zwiększoną kontrolą.
Duży błąd. Potrzeba niezależności wynika z rozwoju dziecka. Jeżeli jednak rodzice wcześniej nie byli inicjatorami dawania mu coraz większej swobody, czyli nie mieli okazji do tego, żeby nabrać zaufania do jego mądrości, to w pierwszej fazie dojrzewania zderzą się z tą jego potrzebą jak z murem.

Co wtedy?
Najgorszym rozwiązaniem – niestety, najczęściej wybieranym – jest zwiększanie nacisku na dziecko, grożenie: „Odetnę cię od telefonu, od komputera, pozbawię kieszonkowego”. Pytam: „Co tak drastyczne środki mają zapewnić?”. Bo potrzeba samodzielności, niezależności to nie patologia czy efekt naszych niepowodzeń wychowawczych, tylko ważna potrzeba rozwojowa. Siłowe rozwiązania są po pierwsze, szkodliwe, po drugie, nieskuteczne. Sprawiają tylko, że dziecko doskonali się w oszukiwaniu, może jakieś da się złamać, ale nie o to chodzi w wychowaniu, żeby udowadniać dziecku, że nie może samo decydować o własnym życiu, że ma być posłuszne i potulne.

Mądra kontrola polega między innymi na dozowaniu dziecku samodzielności. (Ilustracja: Karol Banach)

To o co chodzi w wychowaniu?
O przygotowanie do samodzielnego życia. Niezwykle trudno przekonać rodziców, że nie w kontrolowaniu droga.

Nastolatka opuszcza się w nauce, więc matka przykręca jej śrubę. Czym to się może skończyć?
Narastającym konfliktem. Co matka zyska, jakiego człowieka wychowa? Córka nie ma okazji nauczyć się na własnych błędach, a na taką naukę trzeba pozwolić.

Ma zostawić córkę samą sobie, niech się nie uczy?
Może zawrzeć z nią coś na kształt umowy, tylko nie takiej, która uwzględniałaby wszystkie rodzicielskie oczekiwania, bo to nie będzie umowa, tylko kolejna próba siłowego rozwiązania. Powinna ustalić z córką, jaki poziom wywiązania się ze szkolnych obowiązków jest przez nią do zaakceptowania, bo może oczekiwania matki zupełnie nie przystają do możliwości i zainteresowań córki. A może dzisiejsze problemy są konsekwencją tego, że od pierwszej klasy to mamusia sprawdzała, co jest zadane.

Kiedy rodzice powinni sobie odpuścić nadzorowanie odrabiania lekcji?
Powinni robić to stopniowo. Bo jeśli już doprowadziliśmy do tego, że dziecko traktuje szkołę jak wroga, że nienawidzi uczenia się, i wycofamy się z przypominania o lekcjach, to mamy sto procent pewności, że dziecko czeka repetowanie w tej samej klasie albo wyrzucenie ze szkoły. W tym miejscu pojawia się pytanie: Czy powtarzanie klasy to najgorsze, co może się przytrafić naszemu dziecku? Otóż ja myślę, że czasem może z tego wyniknąć więcej wychowawczych korzyści niż z wymuszania odrabiania lekcji każdego dnia! Lepiej pozwolić, żeby dziecko nauczyło się na błędach, dojrzało.

Inny ważny problem rodziców – śledzenie tego, z kim dziecko się zadaje. I nic dziwnego, bo rówieśnicy mają na nie ogromny wpływ, zwłaszcza w okresie dorastania.
Podobnie jak nasze dzieci mają ogromny wpływ na rówieśników.

Jak reagować, gdy naszym zdaniem kolega córki źle na nią wpływa?
Jeśli do tej pory byliśmy z nią blisko, to spokojna głowa, myśmy już w dużej mierze ukształtowali jej system wartości, więc prawdopodobieństwo, że nagle zacznie gustować w ludziach demonstrujących inne wartości, jest niewielkie. Oczywiście, mamy prawo do tego, żeby wiedzieć, z kim dziecko spędza czas. Czym innym jest jednak prawo do informacji, a czym innym uzurpowanie sobie prawa do rozstrzygania, z kim dziecko może się spotykać. Jeśli matka uważa, że ten chłopak jest niedopuszczalnym towarzystwem dla córki, to przede wszystkim namawiam ją do spojrzenia na to z dystansu.

Czyli jak?
Proponuję wziąć kartkę papieru, podzielić ją na pół i spisać w jednej części plusy, w drugiej – minusy tej znajomości. W jednej – skutki siłowego interweniowania, w drugiej – skutki powstrzymania się od wymuszania na dziecku niespotykania się z tym kolegą. Radzę zacząć od zastanowienia się, czy naprawdę mam możliwość takiego wymuszania. Bo jeśli dziecko chce mieć spokój, to może dojść do wniosku, że lepiej ukrywać co się tylko da, a jak się wyda, to kłamać. Prawda jest taka, że z każdym rokiem życia dziecka w coraz mniejszym stopniu możemy mu coś nakazywać czy czegoś zabraniać. Możemy, oczywiście, próbować, tylko to nie będzie skuteczne. Znam ojca, który po każdym zakochaniu się córki zmieniał jej szkołę. I nic to nie dało. Bo nie ma możliwości powstrzymania nastolatka. Musimy szukać porozumienia.

Celem wychowania powinna być nie nasza kontrola, ale samokontrola dziecka?
Zdecydowanie tak. Powinniśmy oddawać mu stopniowo coraz więcej decyzji, bo taki jest kierunek rozwoju człowieka. Mamy przecież doprowadzić do tego, żeby w wieku 18 lat młody człowiek był w stanie przejąć kontrolę nad własnym życiem. A czy sto procent naszych pryncypiów musi pokrywać się z jego pryncypiami? No nie, to by oznaczało zatrzymanie czasu. Utrzymanie pełnej kontroli nad życiem dorosłego dziecka to byłaby nasza wychowawcza porażka.

A co jest sukcesem?
Wychowanie dobrego i porządnego człowieka, który zachowuje się przyzwoicie niezależnie od tego, czy ktoś go kontroluje, czy nie.