fbpx

Ja, despotyczna zołza

Ja, despotyczna zołza
Corbis

Łucja, 35-letnia menedżerka w dużej firmie. Perfekcjonistka nie do zniesienia. Mówi o sobie: byłam dziewczynką zakutą w dyby.

Nigdy nie zapomnę słów terapeutki: „Jak spełnisz swoje potrzeby i będziesz żyć w zgodzie ze sobą, to twoje relacje z innymi automatycznie staną się lepsze. Doceń sama siebie. Nikt inny nie musi. Nie jesteś doskonała, tak jak i inni, a jednocześnie jesteś wyjątkowa, tak jak każdy”. Dziś jestem dla siebie najważniejsza. Ale żeby znaleźć się w miejscu, w którym jestem, wykonałam nad sobą bardzo dużo pracy.

Byłam osobą niezwykle despotyczną, musiałam kontrolować wszystko i wszystkich wokół – najbliższych, znajomych, współpracowników, musiałam mieć nad nimi władzę. A gdy mi się to nie udawało, wybuchałam agresją, złością, krzyczałam – wszędzie: w domu, w pracy, w towarzystwie, w sklepie… To były prawdziwe eksplozje – nieoczekiwane i przeze mnie… niekontrolowane.

W pracy wszyscy się mnie bali. Jak ktoś nowy powiedział: „jaka ta Łucja jest fajna” – inny zaraz kontrował: „Ty chyba jesteś nienormalny! Jezu, człowieku, przejdź obok jej pokoju i zobacz, jakim wzrokiem się na ciebie spojrzy…”. Moje uwagi były takie, że każdemu szły w pięty – ostre jak żylety i wypowiadane z jadem na ustach. A najgorsze, że ja się z tym genialnie czułam. Wprawdzie często widziałam u innych smutek i łzy, ale myślałam sobie: „ja nie miałam łatwego życia, to niby dlaczego inni mają takie mieć”.

Wprost spod igły

Moje koleżanki śmiały się: „Łucja to rano odkleja się od łóżka i od razu wygląda genialnie, jakby ją ktoś wyjął z żurnala”. Wszystko, co robiłam, musiało być doskonałe i tego samego wymagałam od innych. Nie stosowałam żadnej taryfy ulgowej ani w stosunku do siebie, ani do innych. Mówiłam: „jeśli ktoś chce ze mną pracować, musi być przynajmniej tak dobry jak ja”. Tak naprawdę siedział we mnie wielki krytyk, któremu wciąż coś przeszkadzało. 

Nie było dla mnie rzeczy niemożliwych. Jak ktoś mówił, że czegoś nie da się zrobić, to pytałam: „a próbowałeś!”. Taki był też mój tata – perfekcyjny aż do bólu, twardy, wymagający. Inżynier, człowiek niezwykle inteligentny, zdolny, potrafił zrobić wszystko. Bardzo go za te umiejętności ceniłam. I kochałam go, choć często skakaliśmy sobie do oczu. Mówił: „Córeczko, pięć mniej, to dobra ocena, ale ciebie stać na więcej, postaraj się to jeszcze poprawić”.

Trafiło mnie jak meteoryt

Kiedy miałam 12 lat, zmarła moja mama. Powaliło nas – tatę, moją 5 lat starszą siostrę i mnie – gdy okazało się, że lekarze nie dali rady jej uratować. Wtedy pomyślałam sobie: „Przecież tata nie ma zielonego pojęcia o wychowaniu dzieci ani o tym, jak zaopiekować się dwiema dziewczynami, nie wspominając o prowadzeniu domu.

Nie potrafią pomóc mi w ukojeniu bólu po stracie mamy. No to ja im pomogę”. I na własne życzenie przejęłam rolę matki, żony… Wydawało mi się, że powinnam zająć się wszystkim: robieniem zakupów, gotowaniem, prasowaniem, sprzątaniem… Nikt mi nie kazał, nikt ode mnie tego nie wymagał ani nie oczekiwał. To była wyłącznie moja inicjatywa.
Pomiędzy naszą trójkę skrupulatnie podzieliłam domowe obowiązki i wymagałam ich wykonania z konsekwencją godną filmowego ojca chrzestnego. Oni to przyjęli, bo ktoś organizował im życie, choć łatwo ze mną nie mieli.

Struny pękły

Pewnego dnia, ni stąd, ni zowąd, obudziłam się z niedowładem prawej strony ciała. Diagnoza: stwardnienie rozsiane, choroba z obszaru autoagresji. Miałam wtedy 25 lat i byłam rok po ślubie. Wylądowałam w szpitalu i tam zaczęłam także wprowadzać swoje porządki. Roznosiłam niemal klinikę, chciałam ustawiać badania, leki, opiekę – wszystko miało chodzić jak w zegarku. Domagałam się profesjonalizmu, codziennie pouczałam personel… I patrząc na sparaliżowanych ludzi wokół, mówiłam sobie: „O nie, ja taka nie będę. Siedzieć na wózku i zamieniać się w roślinę? Nigdy!”.

Podczas rekonwalescencji to mąż po raz pierwszy nade mną dominował, a we mnie aż się gotowało. Przecież nie dlatego wiedziałam wszystko najlepiej, by on mi teraz mówił, co mam robić. Postanowiłam, że przezwyciężę chorobę. Udało się – dwukrotnie odradzałam się niczym feniks z popiołów, bo 10 miesięcy później sparaliżowało mi inną część ciała.

Ale śmierci taty, który zmarł kilka miesięcy później, już nie udźwignęłam. Na 8 miesięcy zapadłam się w niebyt. Byłam niczym robot, bez duszy, bo ta uleciała razem z ojcem do nieba. Tylko ciało chodziło do pracy i robiło to, co robić musiało. Stałam się jeszcze bardziej bezwzględna w stosunku do współpracowników, atakowałam ich jak lwica i bezlitośnie rozliczałam z obowiązków. A po pracy leżałam i płakałam. Totalna apatia. „Gdzie ja jestem?” – pytałam siebie i szybko sobie odpowiadałam: „Jestem w czarnej dupie. Wszystkie wysiłki poszły na marne. Cały mój cholerny perfekcjonizm nie uchronił przed śmiercią ani mamy, ani taty. Co z tego, że mam dobrą pracę i męża, skoro straciłam dwie najważniejsze w życiu osoby”.

Kilka miesięcy później nie miałam już i męża – stwierdził, że dłużej ze mną nie wytrzyma, bo albo mnie nie ma, albo jestem i kąsam jak wściekły pies. Sięgnęłam dna. Moje emocjonalne struny pękły.

 

To nie była moja wina

Przyjaciółka namówiła mnie na rodzinne ustawienia Berta Hellingera. To był prezent na moje 30. urodziny. Spodobały mi się, bo nie trzeba było kopać zbyt mocno i głęboko w przeszłości, dokonywać psychoanalizy – wystarczyło powiedzieć o bieżącym problemie. Poszłam, by ustawić najpierw to, co nie tylko zaczęłam w sobie zauważać, ale co przeszkadzało mi funkcjonować – agresję.

Na warsztatach poznałam przyczyny mojej złości. Okazało się, że po śmierci mamy tak naprawdę nie przeżyłam żałoby. Zbyt szybko zebrałam się w sobie i poszłam dalej. No bo przecież musiałam zaopiekować się rodziną. W ten sposób emocje latami kumulowały się we mnie i kiedyś musiały wybuchnąć. Przy czym eksplodowałam poniekąd na raty, od okazji do okazji „przywalenia” komuś. 

Ale prawdziwe źródło mojego gniewu leżało gdzie indziej. Na ustawieniach, osoba, która mnie odgrywała, w jednej scenie zawisła nad leżącą na ziemi osobą, która grała moją mamę, i w geście rozpaczy zawołała: „jak mogłaś umrzeć!?”. Na kogo więc tak naprawdę byłam wściekła? Na mamę! Za to, że umarła. I na siebie! Za to, że nie dałam rady jej uratować. Przecież mogłam wszystko…

Przez cały czas jej choroby spałam przy niej, ale ostatniej nocy na prośbę taty położyłam się w swoim pokoju… „Opuściłam ją, dlatego odeszła. Przecież gdybym leżała przy niej, to na pewno by nie umarła” – myślałam. Wszystko, co działo się ze mną przez następne lata, było konsekwencją tych myśli.

Zrozumienie tego przyjęłam jak uwolnienie. Nareszcie mogłam sobie głośno powiedzieć: „To nie była twoja wina”. Ale akceptacja nie nastąpiła od razu – dobroczynne skutki ustawienia dały się odczuć dopiero po upływie jakiegoś czasu. Przez miesiące obserwowałam siebie, pracowałam nad sobą, starając się kontrolować emocje. Stawałam się spokojniejsza, coraz mniej było we mnie agresji, a coraz więcej wyrozumiałości dla innych i… dla siebie. Nadal jestem perfekcyjna, ale już w mniejszej skali. Częściej wrzucam na luz, daję sobie przyzwolenie na bycie bardziej elastyczną. Także innym.

Teraz mogę wszystko

Po rozstaniu z mężem schudłam 12 kilogramów i poczułam się superlaską: „No, teraz, z takim wyglądem, z taką figurą to ty możesz wszystko” – mówiłam do siebie. Zaczęłam inaczej się ubierać, odkrywałam swoją kobiecość, nosiłam głębokie dekolty, minispódniczki, wysokie obcasy… Z jednej strony prowokowałam mężczyzn, z drugiej nie dopuszczałam ich do siebie i szybko mówiłam „stop”.

Co innego, gdy byłam żoną – związek był błogosławiony, seks dozwolony, a teraz? Teraz jestem rozwódką i… nie wypada, nie wolno, nie należy. Coś mnie blokowało przed seksem, czegoś się bałam, ale nie wiedziałam czego.
Kiedy byłam mężatką, często zastanawiałam się, gdzie leży granica, poza którą seks staje się wyuzdany, niedozwolony, nieprzyzwoity, po prostu „be”. Nasz nie był zbyt porywający i namiętny. Czułam, że seks może dawać większą satysfakcję. Z drugiej strony ojciec zawsze mi powtarzał, że kobiecie pewnych rzeczy nie wypada, nie wolno, nie przystoi… Kiedy dojrzewałam słyszałam: „uważaj na mężczyzn, bo oni chcą tylko jednego”.
Mam naturę racjonalizatorską. Pomyślałam więc, że skoro zdołałam naprawić siebie w tylu obszarach, to w sferze seksu też warto spróbować. I tak rozpoczęłam 2–letnią terapię indywidualną.

Pracująca w nurcie ericksonowskim terapeutka zdobyła moje zaufanie. Była ciepłą, przesympatyczną kobietą. Bardzo ją polubiłam i powierzyłam jej swoje najbardziej osobiste sprawy. Na dzień dobry powiedziałam: „Chcę naprawić moje życie intymne”.

Ale zanim doszłyśmy do rozmowy o seksie, przez wiele sesji rozpracowywałyśmy, analizowałyśmy, słowem: sprzątałyśmy mnóstwo spraw z przeszłości, które się z nim wiązały. Wielokrotnie wracałyśmy do choroby i śmierci mamy, taty, do relacji z byłym mężem, współpracownikami, znajomymi.Terapeutka z sesji na sesję, powoli sklejała mnie w całość, układała jak obrazek z puzzli. Pokazała mi, że żyłam skrępowana zasadami, blokadami, oporami, z czego dotąd nie zdawałam sobie sprawy. Byłam młodą dziewczyną zakutą w dyby, ujętą w sztywne ramy. Ona pomogła mi z nich wyjść.

Otworzyłam się na seks

W czasie trwania terapii zakochałam się. On był rozwiedziony i miał dziecko. Też mnie pokochał. Dochodziło między nami do zbliżeń, ale moje blokady wciąż działały, chociaż coraz słabiej. Terapeutka pokazywała mi, że seks to nie jest nic zdrożnego, nieobyczajnego, złego. Że to normalna funkcja. Coś, co można mieć, kiedy się chce i nie trzeba na to specjalnie zasłużyć. Wystarczy zaufać swojemu ciału, odpuścić kontrolę i otworzyć się na to, co się pojawi. Czuć, doświadczać i cieszyć się tym.

W takim stopniu, w jakim ma się na to ochotę. Dzięki terapii poznałam własne ciało, zaczęłam wsłuchiwać się w to, co do mnie mówi. Bardziej poczułam siebie. Nauczyłam się odpowiadać na swoje potrzeby. Terapia mnie wyluzowała, odblokowała, otworzyła na seks. Więcej daję partnerowi, ale też więcej od niego biorę. Nie miałam pojęcia, że może być tak przyjemnie.

Teraz już wiem, czego chcę, a czego nie. Wiem też, że jeśli mam ochotę, sama mogę inicjować seks, co wcześniej było dla mnie totalną abstrakcją – no bo przecież kobieta nie powinna się tak poniżać. Tylko mężczyzna może wziąć kobietę wtedy, kiedy ma na nią ochotę, nigdy odwrotnie. Nie wstydzę się już powiedzieć, że chcę się kochać, nie krępuję się podejść do ukochanego i zacząć rozpinać mu koszulę… Seks przestał być dla mnie zły, brudny, niesmaczny. Zbliżenia z obecnym partnerem mają o wiele wyższą temperaturę i czerpię z nich o wiele więcej radości.

Czy można powiedzieć, że nasze pożycie jest idealne? Nie wiem, bo nie znam maksimum przyjemności, które można osiągnąć… Czyżby znowu ten perfekcjonizm?