1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Miłość i seks u osób niepełnosprawnych

Miłość i seks u osób niepełnosprawnych

fot.123rf
fot.123rf
Wydaje nam się, że ludzie z zespołem Downa mają ogromny pociąg seksualny. Nie, jest on taki sam jak każdego innego człowieka, tylko oni okazują go bez skrępowania – mówi coach Magdalena Jarosz.

Jak kochają osoby niepełnosprawne intelektualnie?

Dokładnie tak samo jak zdrowe, ale ich sposób okazywania uczuć jest bardziej otwarty, spontaniczny, entuzjastyczny. Mam wrażenie, że my, tzw. zdrowi, chcielibyśmy zachowywać się tak samo, ale nie każdy potrafi przyznać, że mu na kimś zależy, gdy nie ma pewności, że druga strona czuje to samo. Jesteśmy mniej szczerzy, co wynika z konwenansów, norm społecznych i zasad wpojonych nam w procesie socjalizacji. Niedawno na spotkaniu z przyjaciółmi w restauracji zauważyłam, że dużo osób siedzących przy innych stolikach szuka kontaktu wzrokowego, ale mało kto podejdzie i powie: „Podobasz mi się, chcę cię poznać”. A osoby z niepełnosprawnością są bezpośrednie. One to zrobią, nie mają takich barier.

A jak jest z seksualnością? Czy odczucia ciała też mamy te same?

W swojej książce „Dojrzewanie. Miłość. Seks. Poradnik dla rodziców osób z niepełnosprawnością intelektualną” doktor Izabela Fornalik, która na co dzień pracuje z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie, pisze, że ich pociąg seksualny jest podobny do naszego, mamy też podobne spektrum odczuć. Wśród osób upośledzonych umysłowo jest na przykład podobny procent osób homoseksualnych co wśród zdrowych. Wydaje nam się, że ludzie z zespołem Downa mają ogromny pociąg seksualny. Nie, jest on taki sam jak mój czy twój, tylko oni okazują go bez skrępowania. Proszę zauważyć, ile razy my się hamujemy w swoim życiu. Chcielibyśmy kogoś objąć, przytulić, pocałować, ale nie robimy tego, bo nie wypada.

Jak to wygląda u ludzi z innymi schorzeniami? Na przykład autystycy raczej stronią od dotyku.

Ludzi z zespołem Downa o wiele łatwiej jest zaszeregować. 80–90 proc. z nich to osoby przyjazne, nastawione na odczucia. Wśród autystyków jest wiele stopni choroby, więc ciężko tu uogólniać. Są osoby, które praktycznie w żaden sposób się nie komunikują, a czasem przy pewnym zaakceptowaniu inności można je uznać za zupełnie zdrowe, bo przecież osoby bez niepełnosprawności intelektualnej też albo są bardzo towarzyskie, albo stronią od ludzi, wolą samotność.

Jak poznać po naszym dorosłym niepełnosprawnym intelektualnie dziecku, które niezbyt klarownie się komunikuje, że to jest ten moment, by porozmawiać z nim o seksie?

Podobnie jak ze zdrowymi dziećmi: najlepiej edukację zaczynać od małego. Gdy dziecko dorasta, zacząć od poprawnego nazywania części ciała. To jest penis, pochwa, srom. Uczyć, że seksualność jest naturalna. Gdy dziecko dojrzeje, ma np. 15 lat i nie zadbano o jego rozwój seksualny, pierwszym objawem może być jego częstsza niż dotychczas chęć przytulania się. Ale trzeba się temu dokładnie przyjrzeć, bo to może być ochota na seks, a może tylko chęć zaspokojenia potrzeby społecznej bycia z ludźmi. Tu trzeba wziąć pod uwagę wiele aspektów, np. głębokość upośledzenia, czy dziecko się komunikuje, normalnie rozmawia, czy też nie mówi i tylko dotykiem jest w stanie coś przekazać. Wśród naszych klientów miałam taką sytuację: dwudziestokilkuletnia dziewczyna któryś już raz z rzędu oskarżyła chłopaka o molestowanie. Zamknęła się z nim w toalecie, pieścili się, ona nie wołała o pomoc, a po wyjściu stwierdziła, że została do tego zmuszona. Z naszych doświadczeń – terapeutów, psychologów – wynika, że ona miała ochotę na seks, ale jej rodzice nie zauważyli tej potrzeby. Zaprzeczyli jej i zaczęli szukać winnych. Dziewczyna, wiedząc, że rodzice nie pochwalają tego, co robi, po fakcie obarczyła odpowiedzialnością chłopaka. On się złości, kiedy ona go oskarża. Podobnie jak ta dziewczyna ma lekką niepełnosprawność intelektualną, więc oboje są w stanie wyczuć konsekwencje swoich poczynań, wiedzą, co to jest seks, z czym się wiąże. A przecież można by było nauczyć ich zasad antykoncepcji i pozwolić na ten związek. Ale tu najpierw trzeba pracować z rodzicami, żeby zrozumieli, że syn, córka, nawet niepełnosprawni, mogą uprawiać seks.

Rodzice nie chcą dopuścić do siebie myśli, że ich dorosłe dzieci mają ochotę na seks, bo w wielu polskich domach nie rozmawia się o tym nawet z w pełni zdrowymi dziećmi.

Wielu rodziców osób niepełnosprawnych korzysta z pomocy Kościoła, to są np. wyjazdy na wakacje, zajęcia dodatkowe. I to należy docenić i pochwalić, ale za tym idzie też instruowanie: seks tylko po ślubie. A nasi klienci w większości przypadków nie mają szans na ślub.

Bo podczas zawierania małżeństwa nowożeńcy słyszą formułę: „świadomy praw i obowiązków”… Kto ocenia, czy ta konkretna osoba jest świadoma, czy nie?

Urzędnik stanu cywilnego. Jeśli ktoś jest intelektualnie niepełnosprawny w stopniu lekkim, to nie ma problemu. Z kolei jeśli niepełnosprawność jest widoczna, trzeba udowodnić, że klient jest w stanie zrozumieć, czym jest małżeństwo, i zadbać o własne potrzeby. Urzędnik spyta: „Gdzie będziecie mieszkać? Co będziecie robić? Czy wiecie, na czym polega pomoc drugiej osobie?”. Jeśli odpowiedzą zgodnie z przyjętymi normami, uzyskają prawo do ślubu. Jedna z moich podopiecznych, która ma wieloletniego partnera, w zeszłym roku znalazła pracę. Gdy rodzice zobaczyli, że młodzi radzą sobie finansowo, zgodzili się na ślub, pomogą im kupić mieszkanie. Przy niewielkiej pomocy rodziny i terapeutów najprawdopodobniej ta para poradzi sobie w życiu. Znam rodziców, którzy biorą partnera, partnerkę niepełnosprawnego dziecka na wakacje, młodzi dostają tam osobny pokój. Mamy też przypadki osób na tyle chorych, że nie mogą samodzielnie mieszkać, ale rodzice pozwalają im się spotykać i uprawiać seks.

Jak wielu tak świadomych rodziców spotyka pani na swojej drodze?

Niestety, zbyt mało.

A co z antykoncepcją?

No właśnie, to największa obawa rodziców i terapeutów: co, jeśli współżycie zakończy się ciążą? Według badań możliwość zajścia w ciążę u kobiety czy zapłodnienia u mężczyzny z zespołem Downa jest trochę mniejsza niż normalnie, ale są udokumentowane przypadki, że ci ludzie mają dzieci. W dodatku takie dziecko może się urodzić zarówno chore, jak i zdrowe. Nigdy tego nie wiemy. Z kolei to, czy jest możliwość zdrowego przejścia ciąży przez te kobiety, zależy od chorób towarzyszących, bo zespół Downa wiąże się np. z zespołem metabolicznym czy chorobami tarczycy, a to są schorzenia wpływające na ciążę. Jest jeszcze inne pytanie: czy osobom, które nie są zdolne do samodzielnej egzystencji, można pozwolić na to, by miały dzieci? Tu zawsze patrzyłabym na indywidualne przypadki. W ośrodku, gdzie pracuję, spotykam osoby, które bardzo dobrze radzą sobie z codziennym życiem. Istnieje coś takiego jak mieszkalnictwo wspomagane. Ludzie dostają swoje lokum, przychodzi tam terapeuta, pomaga zapłacić za czynsz, uporać się z innymi trudnościami. I wtedy chorzy przy niewielkiej pomocy mogą mieć dziecko. Wśród swoich klientów mam parę, Adama i Kasię. On niedowidzi, ona ma niepełnosprawność intelektualną, ale potrafi ugotować, zadbać o dom, jest samodzielna, przygotowana do życia przez mamę. Przy wsparciu są w stanie normalnie żyć.

W Polsce antykoncepcja nie jest powszechna i często jest powiązana ze światopoglądem. Co zrobić, gdy upośledzone dziecko nie jest w stanie samo podjąć decyzji w jej kwestii?

Jeśli chodzi o osoby o głębokim stopniu niepełnosprawności, powinniśmy raczej rozważać pozwolenie na masturbację. Gdy dorośli syn, córka zaczynają się onanizować, możemy wyjść z pokoju, zostawiając ich na chwilę samych. Bo jeśli chodzi o kontakty z płcią przeciwną, są obawy, że osoba, która się nie komunikuje, mało rozumie, nie jest w stanie pojąć, czym jest antykoncepcja, relacja, nie wiadomo, czy będzie potrafiła powiedzieć „nie”, gdy nie będzie miała na seks ochoty. Przy osobach z lekkim i średnim stopniem niepełnosprawności rozmawiajmy o tym, czym jest seks. Mówmy, że jest częścią życia, że bardzo fajnie jest okazywać uczucia. Ważne jest miejsce, czyli żeby nie robili tego w miejscach publicznych. Tłumaczmy, co to jest antykoncepcja, pokażmy, jak założyć prezerwatywę. Jeśli chodzi o antykoncepcję hormonalną, lepiej skorzystać z iniekcji i plastrów, zadbać o to samemu lub przypominać, bo chora może zapominać o wzięciu pigułki. Gdy rodzic dorosłego chorego dziecka zabrania mu kontaktów seksualnych, czy to nie jest psychiczne więzienie dla tej osoby?

I co takie dziecko może zrobić? Przecież nie wie, jak się bronić.

To prawda. Jednak większość chorych chodzi na terapie, część pracuje. A będąc z innymi ludźmi, słyszy: „Ja wychodzę za mąż”, „Ja uprawiam seks”, „Ja będę miał dziecko”. Więc pytają: „A skąd będziesz miał dziecko?”. I dostają odpowiedzi. Rodzice, którzy zabraniają dzieciom spełnienia podstawowej potrzeby seksualnej, zbytnio ingerują w ich życie, choć w wielu przypadkach nie działają ze złej woli, ale ze strachu.

Rodzice często infantylizują swoje chore dzieci, 30-letniego mężczyznę ubierają w sweterek w misie i kwiatki.

Rodzic często myśli przede wszystkim o wygodzie, dlatego zakłada swojemu dorosłemu dziecku dres lub spódnicę na gumce. My, terapeuci, pokazujemy, że można inaczej. Zabieramy ich na zakupy, do fryzjera. I jeśli na warsztat przychodzi uczestniczka w nowej sukience, z nową fryzurą i za jakiś czas ma nowego chłopaka, to pięć innych mi powie: „Pani Magdo, ja też chcę!”. Osoby z niepełnosprawnością intelektualną też lubią się podobać. Wszystko zaczyna się w głowie. Dlatego tak ważne jest nazywanie rzeczy od małego: „Jesteś dziewczynką, będziesz kobietą, możesz się malować, ładnie ubierać i czuć jak kobieta”. Mieliśmy kiedyś spotkanie z wizażystką, która zrobiła moim klientkom makijaż. Widziałam potem tę radość w ich oczach – przecież można być niepełnosprawną i jednocześnie atrakcyjną dziewczyną.

Jednak najczęściej, gdy widzi się te osoby na ulicy, ma się wrażenie, że wszystkie wyglądają tak samo.

My, coache, najpierw musimy porozmawiać z rodzicami i pokazać im, że można inaczej. Do naszej placówki na początku działalności dzieci były dowożone. Proszę zwrócić uwagę na słowo: dowożone. Więc zorganizowaliśmy trening korzystania z komunikacji miejskiej.

Dziś większość uczestników samodzielnie dociera na zajęcia. Ten jeden ruch zmienia pół życia danej osoby i relacje w rodzinie. Niepełnosprawny zaczyna mieć swoje życie. Rodzice często się bali, że dorosłe dzieci sobie nie poradzą. Bo zespół Downa, ktoś zaczepi, co wtedy? Można podczas treningów uczyć nie tylko przemieszczania się z punktu A do B, ale też zachowań społecznych. Terapeuci z naszego ośrodka odgrywali różne role, zaczepiali dzieci, pytali: „Pójdziemy na kawę?”. I uczyli, co robić w takiej sytuacji, np. mówić: „Nie, dziękuję, z obcymi się nie umawiam”. Co zrobić, gdy ktoś proponuje podwiezienie samochodem, gdy nie przyjedzie autobus, itd. Jak i kogo poprosić o pomoc, gdy się zgubią. Radość z samodzielności tych osób jest ogromna, bo potem chcą iść do pracy, mieć chłopaka, dziewczynę, no i życie płciowe.

Czasem zaczepieni przez osobę niepełnosprawną intelektualnie nie wiemy, jak z nią rozmawiać. Co możemy powiedzieć, a czego nie, żeby nie urazić, tylko pomóc?

Najlepiej być szczerym. Powiedzieć: „Jestem zdenerwowana, bo nie znałam wcześniej takiej osoby jak ty” (jeśli przeszliśmy na „ty”). „Nie wiem, jak się do ciebie zwracać”. Ci ludzie najczęściej sami powiedzą, co robić, bo są szczerzy i naturalni.

No właśnie, osoby z zespołem Downa są bardzo wylewne, przytulają, głaszczą, całują. To może krępować. Co wtedy robić? Jak reagować?

Powiedzieć wprost: „Nie lubię się tak przytulać, przywitajmy się inaczej”. Dajmy sygnał: lubię cię, ale to dla mnie za dużo. Osoby z zaburzeniami psychicznymi często przekraczają granice, bo one po prostu są inne. Zawsze trzeba zaznaczyć, że protest dotyczy zachowania, sytuacji, a nie osoby. Mówić: „Tak nie lubię”. Wśród podopiecznych mam osobę z zespołem Downa, która jest nadpobudliwa. To się rzadko zdarza, ale jednak. Potrafi na przykład klepnąć kogoś w pupę. Doświadczył tego mój kolega. I wytłumaczył mu: „Nie chcę, żebyś to robił. Możemy się spotykać na zajęciach, rozmawiać, ale mnie w ten sposób nie dotykaj”. I więcej się to nie powtórzyło, choć widać, że nasz „amant” na widok przystojnego kolegi nadal ma na to ochotę.

Łatwiej już akceptujemy, że osoby niepełnosprawne intelektualnie też chcą normalnie żyć?

My łatwiej akceptujemy, a osoby niepełnosprawne są coraz odważniejsze, flirtują, mają błysk w oku. Trzeba tylko tłumaczyć: „Masz prawo poznać partnera, choć z twoją niepełnosprawnością trudno ci będzie założyć normalną rodzinę i mieć dzieci, ale gdy znajdziesz chłopaka, będę się bardzo cieszyć”. Nie można kłamać, że niepełnosprawni niczym nie różnią się od pełnosprawnych. Nie można takiej osobie mówić, że na pewno będzie mieć dzieci, bo gdy to nie nastąpi, będzie rozczarowana. Oni mają ograniczenia, ale my też je mamy. No bo ja, choćbym nawet bardzo chciała, nie wyjdę za mąż za Brada Pitta.

Magdalena Jarosz coach, doradca, trener, wspiera osoby niepełnosprawne w osiąganiu większej samodzielności w Stowarzyszeniu „Na Tak” oraz pomaga pracownikom firm w trudnej sytuacji zawodowej czy w zmianie kierunku kariery.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Przemysław Kossakowski: Wystrzelili mnie w kosmos

Przemysław Kossakowski: Doceniam ten moment, w którym teraz jestem. Nie należę do tych, którzy wciąż chcą więcej. Potrafię się nasycić, jeśli naprawdę mam czym. A dziś mam. (Fot TVN/M.Wojtal)
Przemysław Kossakowski: Doceniam ten moment, w którym teraz jestem. Nie należę do tych, którzy wciąż chcą więcej. Potrafię się nasycić, jeśli naprawdę mam czym. A dziś mam. (Fot TVN/M.Wojtal)
Mam swoje opus magnum, zdecydowanie. I nie chodzi mi o to, że znalazłem się w telewizji… „Down the Road” i to, co wydarzyło się po tym programie, to jedna z najlepszych rzeczy, jakie zrobiłem. Mam też bardzo dobry czas w życiu prywatnym. Zdecydowanie nie tylko nieszczęścia chodzą parami – mówi Przemek Kossakowski, dziennikarz, dokumentalista i podróżnik.

Jesteś człowiekiem „w drodze”, wciąż w podróży, w każdym razie takiego cię znamy. Jak przetrwałeś ten miniony rok w zamknięciu?
Mam to szczęście, że nie jestem uzależniony od żadnego stanu. Nie muszę się przemieszczać, żeby żyć. Jedyne, czego rzeczywiście potrzebuję koniecznie, to wysiłek fizyczny, ale ten mogę zapewnić sobie w każdym miejscu. W moim życiu były bardzo długie okresy „stacjonarności”. Zupełnie mi to nie przeszkadzało, potrafię także w tym odnaleźć przyjemność, nie czuję się źle. Poza tym, tak naprawdę, to moje intensywne podróżowanie związane jest z telewizją, więc zaczęło się stosunkowo niedawno, kiedy byłem już w pełni ukształtowanym człowiekiem. Ta nowość nie zdążyła mnie jeszcze w tej kwestii zmienić, ale na pewno bardzo mnie wzbogaciła. Jedyny problem, jaki mi doskwiera, to ograniczony z powodu pandemii kontakt z drugim człowiekiem. Ale umiem siedzieć w domu, wiele lat przesiedziałem w domu.

Mówisz o kontakcie z drugim człowiekiem. Gdy ogląda się twoje programy, można odnieść wrażenie, że to jest właśnie coś, co cenisz sobie najbardziej. Czy w podróży liczy się dla ciebie przede wszystkim jej cel, czy towarzystwo?
Zdecydowanie to drugie! Jasne, to wielka frajda poznawać świat, zmieniać strefy klimatyczne i scenerię, oglądać różne oblicza natury. To fascynujące, ale bez tego mógłbym się obyć. Kontakt z drugim człowiekiem to dla mnie esencja odkrywania. Nie wiem, z czego to wynika, ale najbardziej frapuje mnie różnorodność charakterów, osobowości, obyczajów i przyzwyczajeń ludzkich, a nie różnorodność krajobrazu.

Czy to znaczy, że gdyby nie ludzie, nie umiałbyś czerpać, korzystać z podróżowania?
Od czasu do czasu, dla higieny psychicznej, wyjeżdżam sam. Zapadam się wtedy w lesie na Podlasiu w naturę i czerpię z tego siłę. Tkwię w ciszy i bezruchu. Lubię tę intymność. Ale w każdym innym podróżowaniu, w tym podróżowaniu, które opisuję w telewizji, liczy się właściwie wyłącznie człowiek. Tylko przez ludzi umiem opisać rzeczywistość.

Przemysław Kossakowski, na drugim planie od lewej: Adam Wdówka, Szymon Grzech i Jan Skiba. (Fot. TVN/M.Wojtal) Przemysław Kossakowski, na drugim planie od lewej: Adam Wdówka, Szymon Grzech i Jan Skiba. (Fot. TVN/M.Wojtal)

Czy jesteś człowiekiem, który uważa, że można śmiać się absolutnie ze wszystkiego? Wiem, o co pytasz. Nie, uważam, że są granice, ale ja mam je dosyć daleko przesunięte. I sądzę, że to powód, dla którego tak dobrze „zagrałem” w kontakcie z osobami z zespołem Downa. Bardzo dużo się ze sobą śmialiśmy. To był dla mnie powrót do dziecięcej substancji w przeżywaniu. Oni mnie wciągnęli na swoją orbitę. A ta orbita składa się ze wszystkiego, co dorosły człowiek z czasem traci. Tracimy zachwyt nad prostymi rzeczami. Jeśli się na coś napatrzymy, już się nigdy tym nie zachwycimy. A dziecko może zachwycać się czymś, co dobrze zna, bez końca, bo potrafi wciąż nadawać temu inne znaczenie, inny kontekst. W kilku zbitych deskach potrafi zobaczyć galeon, na który można wsiąść i popłynąć, żeby odkryć nowe lądy. Im jesteśmy starsi, tym ten „galeon” coraz mocniej się zaciera, aż w końcu zostaje tylko kilka zwyczajnych desek – to oznacza, że jesteśmy dorosłymi! Krzesło, na którym siedzimy, już nie może być fotelem w statku kosmicznym itd.

Robi się smutno?
W pewnym sensie tak, choć raczej większość z nas w ogóle nie zauważa źródła tego smutku. Ja miałem szczęście, bo bohaterowie „Down the Road” zaproponowali mi powrót do tego stanu, wystrzelili mnie – i wciąż wystrzeliwują, bo mamy ze sobą kontakt – w kosmos. Ale nie chciałbym być źle zrozumiany – nie chcę powiedzieć przez to, że ludzie z zespołem Downa są infantylni, absolutnie nie. Tu chodzi o coś innego, o umiejętność korzystania z potencjału wyobraźni. Z wielką przyjemnością dałem im się wciągnąć w ten świat i, wracając do twojego pytania, śmialiśmy się razem ze wszystkiego, wkręcaliśmy siebie nawzajem. Choć przyznam, że musiałem się przełamać, na początku pierwszego sezonu programu czułem się skrępowany. Uruchomiły się rozmaite blokady: „Nie powinienem”, „Nie wypada”, „Robienie sobie żartów z osoby z zespołem Downa jest nie na miejscu” itd. Poszedłem wtedy na konsultację do pracujących na planie terapeutek i zwierzyłem się, że mam problem, bo moja natura jest taka, że często sobie z ludzi, z siebie też, żartuję, a nie wiem, czy w tym przypadku mogę to robić. Usłyszałem, że jeżeli zamierzam poddać się takiej autokontroli, jeżeli będę się ciągle zastanawiał się, czy to, co chcę zrobić, albo to, co chcę powiedzieć, jest właściwe czy nie, to stracę szansę na dogadanie się z tymi ludźmi! Oni nie będą czekać na wynik moich kalkulacji, a poza tym oni tę kalkulację wyczują i odsuną się ode mnie, tak jak ludzie uczciwi odsuwają się od kłamców.

Wyczują sztuczność?
Dokładnie. Jeśli nie będę robił tego, na co mam ochotę, oni w mig to wychwycą – to bardzo bystre osoby – i nawet jeśli tego nie powiedzą, nie nazwą, to nie pozwolą się do siebie zbliżyć, bo nie będę dla nich wiarygodny. Będę w ich oczach obserwatorem, cenzorem, a nie przyjacielem. Przede wszystkim poczują, że jestem na nich zamknięty, a oni mają wokół siebie wystarczająco dużo zamkniętych na nich ludzi, ludzi, którzy sprawiają im cierpienie, bo nie chcą ich do siebie dopuścić.

Przełamałem się raz, a potem już to wszystko gładko popłynęło. Jest taka scena w drugim sezonie, kiedy jedziemy samochodem i w pewnej chwili mówię do nich, że już mam dość tej naszej sielanki i chciałbym się z nimi pokłócić. Oni jednym głosem odpowiadają: „No co ty, nie ma mowy!”, ale za moment jeden z nich, Janek Skiba, podejmuje rękawicę. I nagle zaczynamy przerzucać się wyzwiskami! Janek mówi do mnie, że jestem: matołem, tępakiem, prostakiem, a ja nie pozostaję mu dłużny. Pomyślałem sobie chwilę po tej soczystej wymianie, że to jest nieprawdopodobne, co ci ludzie ze mną zrobili. Rok temu w życiu bym sobie na to nie pozwolił, bo byłem poblokowany i myślałem, że nie wolno mi powiedzieć do kogoś z niepełnosprawnością przykrej rzeczy. A tymczasem umówiliśmy się na jakąś konwencję i poszliśmy w nią ramię w ramię! Zabawa była genialna – powstała świetna scena, w której prowadzący program obraża człowieka z zespołem Downa, a ten nie pozostaje mu dłużny, cała reszta kibicuje, oczywiście nie mnie, tylko Jankowi! Skończyliśmy, zapadł werdykt, że wygrał Janek, dostanie więc nagrodę, którą sobie wcześniej wymyślił – dowiedziałem się dopiero wtedy, że była nią moja żona i że ją właśnie przegrałem!

Miałem potem taką refleksję, że w tym naszym świecie, coraz bardziej kneblowanym przez coraz silniej patologizowaną poprawność, taka sytuacja mogła wydarzyć się tylko w towarzystwie tych ludzi. Mam wielki przywilej, że jesteśmy ze sobą blisko, że siebie mamy, że mogłem ich poznać. Ekscytujące.

Ci, którzy oglądają twoje programy, wiedzą, że ty tych ekscytujących historii masz na swoim koncie już całkiem sporo, ale rozumiem, że to coś zupełnie nowego, zupełnie inny rodzaj ekscytacji.
Tak, to jest kompletnie inny rodzaj doświadczenia. W moich wcześniejszych projektach spotkanie z człowiekiem było tylko chwilą, spędzaliśmy wspólnie kilka intensywnych dni, a potem każdy szedł w swoją stronę i nasze drogi już nigdy się nie przecinały, nie było kontaktu. Więc to nigdy nie była głęboka więź, bo głębokiej relacji nie da się zbudować w kilka dni. A tu, po pierwsze, wyjeżdżamy razem na trzy tygodnie, jesteśmy non stop razem. Po drugie, kiedy kończy się projekt, i w przypadku pierwszego, i w przypadku drugiego sezonu, my wciąż mamy ze sobą stały kontakt. Pół godziny temu rozmawiałem właśnie z Jankiem Skibą, umówiliśmy się na jutro na spotkanie.

Masz z nimi kontakt, bo za nimi zwyczajnie, tak po ludzku, tęsknisz?
Tęsknię bardzo. Za każdym z nich z osobna, za charakterem, poczuciem humoru, za twarzą, ale to jest też coś więcej. To jest tęsknota za stanem, w którym się dzięki nim znajduję. Wiem, egoistyczne, ale taka jest prawda. I to był jeden z powodów, dla których po powrocie z pierwszego wyjazdu z moimi bohaterami postanowiłem zostać w tym świecie.

To znaczy?
To znaczy, że ostatni rok regularnie uczęszczałem jako wolontariusz na warsztaty terapii zajęciowej w Warszawie, na Pradze. Spędzałem tam czas z ludźmi nie tylko z zespołem Downa, lecz także ze schizofrenią czy z autyzmem.

I nie jest to poświęcenie.
Potrzebowałem tego, to na pewno, wiele z tego czerpię dla siebie. Ale chcę też powiedzieć, że to nie tylko „łatwe, miłe i przyjemne” spotkania. Bohaterowie „Down the Road” to osoby, które przeszły przez castingi, mówiąc fachowym językiem – to ludzie wysoko­funkcjonujący: wiele rzeczy są w stanie robić sami, są dość niezależni. Natomiast i zespół Downa, i autyzm mają swoje szerokie spektrum i są także osoby niskofunkcjonujące, które nie mają zbyt dużej autonomii, wymagają praktycznie ciągłej opieki i pomocy. Takie także spotykam na terapii zajęciowej – i to już nie są wyłącznie radosne chwile… Tu dołącza się jeszcze inny aspekt – myślę o tym w kategoriach mojej moralnej powinności. To już nie jest tylko zabawa, śmiech i powrót do dzieciństwa, to już coś, co mogę nazwać – nawet jeśli zabrzmi to dla niektórych patetycznie – posługą. Posługą, którą jako neurotypowa większość jesteśmy tym ludziom winni. I tyle. Oni i ich rodziny bardzo często pozostawieni są przez system, ale też przez społeczeństwo sami sobie.

Czy ta posługa bywa frustrująca?
Bywa. Spotykam osoby, które mają kłopot z mówieniem w ogóle, ale też takie, które nie są w stanie nazywać swoich emocji, opisać, co czują. Ktoś płacze, a ty nie wiesz dlaczego, nie możesz do niego dotrzeć w żaden sposób, zrozumieć. Tak, to bywa frustrujące…

Co zobaczyłeś w sobie, kiedy zetknąłeś się z takim murem?
Że mam bardzo duże braki, że dużo nauki przede mną, to tak, jakbym zaczynał uczyć się zupełnie nowego języka, i to z grupy tych trudnych. Ale akurat to mnie motywuje, chcę w to wchodzić głębiej, chcę – znowu będzie patetycznie – jakoś, na miarę swoich możliwości, im pomóc, dawać chwilową ulgę. Jak pierwszy raz udało mi się kogoś zza tego muru rozbawić, byłem naprawdę szczęśliwy.

Wiesz, ja pierwszy raz w życiu, właśnie teraz, poczułem się przydatny, tak naprawdę pożyteczny. Od pewnego czasu chodziły mi po głowie myśli, żeby zrobić coś sensownego, dobrego, ale zupełnie nie miałem pojęcia, co by to mogło być. Poza tym to były tylko myśli, a nie prawdziwa, głęboka potrzeba. Kiedy poznałem ludzi z zespołem Downa, to wszystko samo się ułożyło – wykiełkowała potrzeba i jednocześnie znalazł się na to sposób. Dwa w jednym. Tu, gdzie teraz jestem, czuję się pożyteczny i chcę zachęcić innych do wolontariatu. Proszę wierzyć, to nie jest coś, co zabiera życie, dramatycznie każe zmienić codzienność, to mogą być zaledwie trzy godziny w tygodniu. Tylko tyle i aż tyle. Chciałbym, żeby zachwyt widzów programu „Down the Road” nie był jedynie chwilą zabawy przed telewizorem, tylko żeby coś w ludziach rozpalił, przeniósł się na realne, nawet drobne działania. Narzucam się z opowieścią o moim wolontariacie nie dlatego, że chcę ci się pochwalić, ale dlatego, że to naprawdę jest dużo prostsze, niż sądzimy, a można w ten sposób coś realnie poprawić. Jestem samozwańczym ambasadorem wolontariatu! Dziś pole do działania jest gigantyczne. Marzy mi się, że wolontariat stanie się modny.

Motywacje i intencje cię nie interesują?
Zupełnie nie, akurat tu naprawdę liczy się wyłącznie efekt. Wiem, że ludzie czasem by chcieli, ale się boją. Rozumiem, też się bałem przed pierwszym spotkaniem z moimi bohaterami „Down the Road”. Bałem się, że nie będę wiedział, jak się zachować. Bałem się, czy dam radę. I tu znowu miałem szczęście, bo oni doskonale wiedzieli, co zrobić z moim lękiem. Skracanie dystansu wzięli na siebie i zrobili to po mistrzowsku. Oswoili mnie bardzo fachowo. Ale myślę, że ja też się sprawdziłem i sprawdzam się nadal.

To jedna z najważniejszych „przygód” w twoim życiu?
To moje opus magnum, zdecydowanie. I nie mówię o tym, że znalazłem się w telewizji… „Down the Road” i to, co wydarzyło się po tym programie, to najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem. Mam też bardzo dobry czas w życiu prywatnym, więc zdecydowanie nie tylko nieszczęścia chodzą parami. Moje życie obfitowało w wiele, czasem dość dramatycznych zmian. Długo byłem zawieszony, nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, nie miałem żadnej konkretnej wizji siebie. Doceniam ten moment, w którym teraz jestem. Nie należę do tych, którzy wciąż chcą więcej. Potrafię się nasycić, jeśli naprawdę mam czym. A dziś mam.

Przemek Kossakowski, dziennikarz, dokumentalista i podróżnik. Ukończył studia na Wydziale Wychowania Artystycznego Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Częstochowie. Początkowo zajmował się malarstwem. Później pracował jako nauczyciel, drwal, mechanik samochodowy. W 2012 roku został zatrudniony jako dokumentalista w stacji TTV i zaczął pracować jako dziennikarz i prowadzący programy. W lutym na antenie TTV będzie można oglądać nowy sezon formatu „Down the Road”.

  1. Psychologia

Różne oblicza pożądania - rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Czym jest pożądanie? - Zdaniem terapeuty często jest tym samym, co chciwość. (fot. iStock)
Czym jest pożądanie? - Zdaniem terapeuty często jest tym samym, co chciwość. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Pożądamy na wiele sposobów, bo bywamy w rozmaitych stanach ducha i ciała. Z chciwości, ale i z miłości. To właśnie pożądanie każe nam – czasami za wszelką cenę, lekceważąc normy, obyczaje i reputację – dążyć do seksu z wybraną osobą – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

„Darmo zapędzasz mnie, miła matko Do wrzecion i przęśli; Tymon mi coraz wdzięcznie i gładko Na swej przygrywa gęśli. Nie mogę więcej, ach! Już nie mogę Nagłej wytrzymać chuci. Tymon mi wewnątrz puszcza zażogę, I myśli, i serce kłóci…”

- Pisał Franciszek Dionizy Kniaźnin o pożądaniu. Czym ono jest? Czy tylko natchnieniem dla poetów?
Pożądanie ma wiele postaci i wiele motywacji. Może być także natchnieniem. Najczęściej, niestety, jest tym samym co chciwość. Czyli każe traktować drugiego człowieka jak przedmiot. Pożądamy więc, by jego/ją mieć, posiąść, zawłaszczyć. Tak jak by był/była biżuterią, luksusowym samochodem, designerskim mieszkaniem albo środkiem do zdobycia władzy i splendoru. I bywa, że mamy wokół siebie lub w pamięci kolekcję pożądanych ludzi przedmiotów, z którymi nie potrafimy nawiązać żadnej głębszej relacji. Częsta sytuacja w naszej przesiąkniętej narcyzmem kulturze i nad wyraz smutna.

Mam jednak wrażenie, że nabycie wymarzonego auta jest przeżyciem większym niż seks z pożądanym mężczyzną…
Niestety, coraz częściej doświadczamy tej różnicy: „Wsiadłem w moje nowe porsche i powiem ci, że to lepsze niż orgazm z ukochaną”. Widocznie jest tak z nami od zawsze, skoro w przykazaniach wskazujących drogę zbawienia ostrzega się przed pożądaniem żony bliźniego czy jakiejkolwiek rzeczy, która jego jest. Na pierwszy rzut oka wydaje się to upokarzające dla kobiet, że żonę i rzeczy wymienia się jednym tchem, ale w drugim czytaniu można spostrzec, że jest to przestroga przed uprzedmiotawiającym pożądaniem człowieka. W naszych postpatriarchalnych czasach należałoby tylko dodać, że nie należy pożądać męża bliźniego swego itd.

Ale to geny pożądają, i to tego, a nie innego człowieka, tak nas informując, że potomstwo z nim będzie zdrowe genetycznie.
Tak, to pożądanie biologiczne wpisane w nasze DNA służy podtrzymaniu gatunku. Pierwotnie nie ma nic wspólnego z chciwością ani z żadnymi innymi psychologicznymi motywacjami. Jest identyczne ze zwierzęcą, sterowaną biologicznie potrzebą prokreacji. Uaktywnia się nie tylko przez odczuwalny zapach, również przez odbiór nieświadomych sygnałów feromonowych. U mężczyzn także przez odbiór języka ciała kobiety w okresie jajeczkowania. Listę uzupełniają podświadome kody dotyczące proporcji kobiecego i męskiego ciała, uświadamiane w postaci preferencji estetycznych. Choć w istocie są one preferencjami biologiczno-prokreacyjnymi, bo odpowiednia proporcja obwodu talii do obwodu bioder u kobiety oraz szerokie barki i wąskie biodra u mężczyzny to zapisane w DNA wskaźniki sprawności rozrodczej i seksualnej. To właśnie pożądanie każe nam – czasami za wszelką cenę, lekceważąc normy, obyczaje i reputację – dążyć do seksu z wybraną osobą. Nie zdajemy sobie sprawy, że w gruncie rzeczy napędzani jesteśmy instynktem podtrzymania gatunku, który indywidualnie przeżywamy jako potrzebę rozprzestrzeniania i ochrony własnego genotypu. Z tego samego powodu w chwili zagrożenia będziemy ratować ludzi, a nie zwierzęta, swoje dzieci, a nie cudze. Nasz ludzki egoizm i narcyzm prokreacyjny to potężne siły, które słusznie staramy się okiełznać poprzez wychowanie, normy etyczne.

Wróćmy do głównego tematu...
Jest jeszcze trzeci typ pożądania, który właściwie nie zasługuje na tę nazwę, jest bowiem nierozłączny z miłością i szacunkiem. Dlatego stosowniejszym terminem byłby „zachwyt”. Pragnienie seksualnego kontaktu może nawet w ogóle nie występować, a jeśli do niego dochodzi, to seks nie służy rozładowaniu energii ani prokreacji, ani zawłaszczeniu drugiej osoby, nie karmi też naszego poczucia wartości, lecz staje się szczególną i spełniającą formą wyrażania zachwytu, oddania i miłości. Różnica między pożądaniem motywowanym chciwością a zachwytem wyraża się też tym, że nie dążymy do własnej satysfakcji i przyjemności, bo ważniejsza jest dla nas satysfakcja i znaczące przeżycie partnerki/ partnera. Można powiedzieć, że dostajemy, dając. Słowem, seksualność może się przejawiać w różnych formach, mieć różne motywacje i cele w zależności od tego, na jakim poziomie świadomości znajduje się nasz umysł.

Na jakim poziomie świadomości jest pożądający z chciwości?
Odwołajmy się do nieco uproszczonej wersji typologii zaczerpniętej z tradycji wedyjskiej, czyli do koncepcji czakr. Jeśli nasza świadomość znajduje się na poziomie podstawowym, a dzieje się tak, gdy żyjemy w przekonaniu, że naszą misją na Ziemi jest fizyczne przeżycie, to seks będzie dla nas instrumentem poszukiwania schronienia, bezpieczeństwa, pokarmu, energii. Jeśli jesteśmy na poziomie drugiej czakry i żyjemy w przekonaniu, że naszą misją jest doświadczanie przyjemności, to gdy tylko poczujemy jej brak, w seksie będziemy dążyć do własnej przyjemności, a partner/partnerka będą odgrywali wyłącznie rolę służebną. Na poziomie trzeciej czakry, gdy żyjemy w przekonaniu, że naszą misją jest zdobycie władzy, znaczenia i sławy oraz upokarzanie i budzenie zawiści innych, seks i ludzie, z którymi go przeżywamy, będą podporządkowani naszym narcystycznym celom. Sięgając do kwantowej perspektywy na powyższych trzech poziomach, jesteśmy pogrążeni w świadomości dualnej, odczuwając siebie i świat jako dwa osobne byty. Niedualne widzenie świata zaczyna dochodzić do głosu dopiero na czwartym poziomie i wyższych poziomach. Dopiero od poziomu czakry serca doświadczamy wyższych uczuć i potrzeb, tam zaczyna zanikać „inne”, „inna”, „inny”, czyli nie-dualność staje się naszym żywym doświadczeniem albo, mówiąc inaczej i nieco patetycznie, dokonuje się komunia miłości. Wtedy to już nie partner czy partnerka stają się obiektem naszego zachwytu, tylko życie zachwyca się życiem. Doświadczamy miłości, która jest prawdziwie ludzka.

Chodzić do łóżka z miłości albo z chciwości – jest różnica. Czy jednak zachwyt-miłość budzi w nas tylko pozytywne odczucia?
Czasem miłość bardzo boli, bo gdy w końcu odkrywamy nie-dualny wymiar miłości i seksu, to jednocześnie zdajemy sobie sprawę z tego, ile błędów wcześniej popełniliśmy, ilu ludzi zraniliśmy. Poza tym doświadczenie miłości nie-dualnej dotyka zarazem bólu zranienia, które kiedyś sprawiło, że się nam serce zatrzasnęło.

Skąd się bierze ten ból?
Wszyscy mamy takie bolesne przeżycie za sobą. Przez pierwsze trzy, cztery lata istnienia jesteśmy życiem zachwyceni, kochamy wszystko i wszystkich nie-dualnie i bezwarunkowo. Z czasem jednak nieuważność, brutalność, a bywa, że i okrucieństwo dorosłych, ich nadmierne wymagania i bezduszne kary zamykają nam serce i wpędzają w dualistyczną iluzję. Bo kochanie ludzi, którzy nas nie rozumieją i krzywdzą, za bardzo boli. Stąd wzięła się druzgocąca diagnoza Krishnamurtiego: „Gdybyśmy potrafili prawdziwie kochać nasze dzieci, na świecie nie byłoby wojen”. Ale dzieci mimo wszystko w głębi zranionych serc kochają swoich krzywdzicieli. Niemniej warunkiem naszego przeżycia w dzieciństwie staje się przyjęcie jakiejś strategii przetrwania w dualnym świecie i, niestety, z tą strategią zaczynamy się z wolna identyfikować. Wówczas staje się ona murem oddzielającym nas od innych, od świata i od nas samych – od naszej niewinnej, kochającej prawdziwej istoty. W rezultacie tracimy wiarę w miłość, a zachwyt życiem zmienia się w egocentryczne pożądanie bezpieczeństwa, przyjemności, luksusu, władzy i sławy. Na szczęście jednak możemy to podstawowe, pierwotne zranienie przekroczyć i ponownie otworzyć serce, by zacząć współodczuwać – z dwóch uczynić jedno.

Lecz czasem bywa tak, że chcesz się w łóżku zachwycić cieleśnie, a on czy ona potrzebują czegoś innego, na przykład czułości?
Jeśli jesteś w stanie nie-dualnym, a więc głęboko współodczuwasz z tą osobą, to odpowiedź na jej potrzebę nie powinna być problemem. A jeśli zabraknie ci empatii, to z języka ciała tej osoby odczytasz bez trudu, o co jej chodzi. Wtedy decyzja należy do ciebie – albo idziesz za popędem, albo uwzględniasz stan i potrzeby partnera/ partnerki. Wybór pierwszej opcji jest jednoznaczny z egocentrycznym uprzedmiotowieniem i nadużyciem. Druga możliwa jest, gdyż człowiek okazuje się istotą zdolną do sublimowania seksualnej energii, czyli używania jej jako napędu działań, uczuć i motywacji innego porządku. Wtedy zamiast w zaślepieniu dążyć do satysfakcji możemy komuś bardzo pomóc troską, czułością i zrozumieniem.

A tymczasem pojęcie sublimacji jest rozumiane jako przejaw dewocji czy dewiacji seksualnych.
To pomylenie pojęć. Skutki, które przytaczasz, są typowe dla wyparcia i zaprzeczenia własnej seksualności i z reguły powodują, że przeradza się ona w hipokryzję, potrzebę poniżania innych, okrucieństwo, agresję i nienawiść. Natomiast sublimacja nie ma nic wspólnego z wyparciem. Wręcz przeciwnie. Energia seksualna jest wtedy silnie i – co bardzo ważne – pozytywnie uświadamiana, lecz na zasadzie świadomego wyboru zostaje przekierowana na inne niż seksualna motywacje i cele. Na przykład na rozwój duchowy, pracę na rzecz innych, sztukę, naukę. Wyparcie i zaprzeczenie to igranie z ogniem. Energia seksualna jest tożsama z potężną twórczą energią życia, tworzącą wszelkie formy istnienia. Wszystko jest z tej energii uczynione. Wypieranie się jej to wypieranie się siebie. Dlatego celibat ma wartość tylko wtedy, gdy jest świadomym wyrzeczeniem się czegoś postrzeganego jako cenne i piękne, a więc dobrze rozumianym poświęceniem. Niestety, w wielu religiach seks jest najpierw stygmatyzowany, a potem wypierany. Wprawdzie łatwiej wyrzec się czegoś, co sobie obrzydzimy, to jednak taki zabieg na seksualności prowadzi do dewiacji lub agresywnej, szaleńczej nadkompensacji.

Wszystko jest energią (materia to energia o niskich wibracjach i częstotliwości – mówi prof. Maciej Adamski z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu), a więc jednością...
To, że wszystko jest jednością, zdarza się ludziom odczuć w trakcie orgazmu – co jest zwiastunem wyższego stanu świadomości. W tantrze używa się właśnie energii seksualnej do podnoszenia poziomu świadomości do tak wysokich wibracji, że zanika zjawisko pożądania. Gdy zaś Jan Paweł II zwrócił uwagę wiernym, że nie tylko żony bliźniego nie powinno się pożądać, ale i własnej, to było wezwanie do miłości. Jednak słowa papieża wzbudziły protesty. O ile wiem, już do tego tematu nie wrócił. A rzecz w tym, by się nie uprzedmiatawiać nawzajem. W świecie nie-dualnym nawet przedmiotów nie ma powodu ani sposobu pożądać, a co dopiero człowieka. All you need is love – jak śpiewali Beatlesi.

Wojciech Eichelberger: psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Seks

Seks rodzi się w głowie

Seks zaczyna się i kończy w mózgu. (Fot. iStock)
Seks zaczyna się i kończy w mózgu. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
W najbardziej intymnych sytuacjach w organizmie wydzielają się różnorodne substancje. Jak mózg wpływa na odczuwanie satysfakcji z seksu i gdzie rodzi się orgazm? Pytamy neurolog Ałbenę Grabowską.

Jak wygląda seks oczami neurologa?
Przede wszystkim seks zaczyna się i kończy właśnie w mózgu. Nie w penisie czy łechtaczce. Tam zachodzi jedynie stymulacja, zresztą sprzężona z wrażeniami wzrokowymi, słuchowymi, smakowymi, potem sygnał dochodzi do mózgu, rozprzestrzenia się i wraca jako przyjemność i rozkosz. Najprościej mówiąc, tak to wygląda.

Gdybyśmy chcieli rozłożyć seks na czynniki pierwsze – jakie substancje odpowiadają za to, co odczuwamy w jego trakcie?
Głównie wydziela się dopamina: hormon przyjemności i nagrody, czyli doznań bardzo subiektywnych. Ale nie tylko, bo i obiektywnych, na przykład wzrostu ciśnienia. Dzięki temu mózg otrzymuje więcej tlenu i glukozy. Drugim hormonem jest oksytocyna, hormon przywiązania, ale inaczej działa ona u mężczyzn, inaczej u kobiet. Stąd absolutnie fizjologiczna reakcja, że po wszystkim „on” odwraca się i zasypia, a „ona” chciałaby porozmawiać czy poprzytulać się. Dlaczego tak się dzieje? Dlatego że u „niego” oksytocyna jest natychmiast eliminowana przez testosteron. Mężczyzna „otrzymuje” informację bardzo pierwotną, że zrobił, co do niego należy, prawdopodobnie przedłużył gatunek, umęczył się, więc teraz musi odpocząć, zregenerować się i szukać innej samicy czy zbierać siły, żeby polować na mamuty. „Ona” zaczyna działanie dopiero po seksie, jej struktury w mózgu się konsolidują, pojawia się lęk, że on odejdzie, że pójdzie do innej, że z tego stosunku nic nie wyniknie, że ona zostanie sama… więc jest nastawiona na budowanie więzi, chce wić gniazdo, opiekować się tym mężczyzną, przedłużać moment seksu – stąd mamy tak różne zachowania „po”.

Poza tym są jeszcze endorfiny, które służą do czystej przyjemności – to rodzaj bonusu, bo orgazm przyjemnościowy jest charakterystyczny tylko dla gatunku ludzkiego. Służą one też przyjemności, która nadaje motywację, ma zadziałać społecznie – po seksie jesteśmy pełni energii, z większą radością podchodzimy do życia. Wydziela się również cały szereg „mniejszych” hormonów, neuroprzekaźników, substancji pomocniczych i tak dalej. Wszystko to wzmacnia poczucie, że w naszym organizmie zachodzi coś ważnego.

Który rejon mózgu uruchamia się podczas seksu?
Aktywuje się wtedy cała masa obszarów. W ogóle mózg jest tak skonstruowany, że działa nie na zasadzie aktywowania jakiegoś jednego małego ośrodka, tylko wielu ośrodków i wzajemnych połączeń. Bo przy każdej naszej działalności, czy to jest patrzenie, słuchanie, ruszanie się, czy planowanie, uruchamiają się też inne, niebezpośrednio z nią związane struktury. W seksie początkowo też tak jest, to znaczy w fazie wstępnej, kiedy wybieramy partnera bądź partnerkę, czyli na poziomie wizualnym, że sprawdzamy, czy dana osoba jest dla nas atrakcyjna, czy chcemy się z nią poddać tak intymnej czynności, jaką jest seks, zachodzą różne elementy, typu wstępne zaufanie albo wstępny ogląd, że dana osoba jest dla nas bezpieczna. Kiedy już dochodzi do seksu, aktywują się ośrodki praktyczne, czyli: znaleźć miejsce, żeby było bezpiecznie, żeby było wygodnie. Potem dopiero pojawiają się reakcje na poziomie wyższym, korowym, oddajemy się bardziej postrzeganiu i analizowaniu, a nie działaniu: włączają się sfery przyjemnościowe związane z emocjami. Za tym idzie wzrost ciśnienia tętniczego, szybsze krążenie krwi, większe ukrwienie mózgu, przyspieszone bicie serca, aktywacja mięśni. I o ile w początkowej fazie seksu dochodzi w mózgu do mnóstwa połączeń, żeby się wydzieliła odpowiednia ilość hormonów, neuroprzekaźników, o tyle w trakcie samego orgazmu mózg się jakby defragmentuje.

Czyli podczas orgazmu niektóre połączenia w mózgu nagle „siadają”?
Tak, wyłączają się struktury związane z lękiem. U kobiet dzieje się to podczas orgazmu, u mężczyzn już na etapie wstępnym. To pozostałość po naszych przodkach: kobieta ma się tak przygotować i nastawić na seks, na prokreację, żeby wyłączyć wszystkie hamulce. One pojawiają się na etapie wstępnej percepcji, czyli doboru partnera, a jeśli już idziemy do łóżka, to ma być tylko przyjemnie, mamy być nastawieni na przedłużanie gatunku. Z kolei u mężczyzn lęk wyłącza się już wcześniej, bo oni nie mogą się bać, podchodząc do kobiety. Muszą być pewni i wysyłać komunikat: „Tak, to mnie szukasz!”. Pamiętajmy, że kiedyś seks służył do prokreacji, do przedłużania gatunku, ludzie często nie dożywali 40. roku życia, więc kobiety rodziły, gdy tylko wchodziły w wiek rozrodczy. To są atawizmy pozostawione przez naturę.

A w którym miejscu w mózgu rodzi się orgazm?
Głównie w płatach czołowych i skroniowych. Uruchamia się najstarszy filogenetycznie układ, tak zwany układ limbiczny, w skład którego wchodzą hipokamp i ciało migdałowate, czyli struktury odpowiedzialne za emocje. Bo emocji w seksie jest najwięcej. Mówi się, że miłość jest w prążkowiu, natomiast pożądanie w układzie limbicznym. Uruchamia się też układ współczulny, czyli nieuświadomiony kawałek układu nerwowego, który między innymi wysyła gwałtowny impuls do najmniejszych nerwów, stąd mocniejsze odczucia w skórze, specyficzna potliwość, która spowodowana jest nie tylko zmęczeniem, takim jak podczas biegania czy ćwiczeń, lecz wiąże się z wydzielaniem gruczołów potowych. U niektórych pojawia się również wrażenie parcia na mocz. Ale z badań naukowych wynika, że najprzyjemniejszym doznaniem jest moment wyłączenia kontroli, całkowitego oddania się, czyli „mała śmierć”. To chwila ekstremalnego ryzyka – wydziela się adrenalina i wszystkie hormony walki, a walki nie ma, więc pojawia się bardzo silnie odczuwana przyjemność. „Możesz mnie zamordować, możesz zrobić mi wszystko, a mnie się to spodoba”.

Czy za to, że łatwo lub nie wejść w stan podniecenia, również odpowiadają jakieś substancje w naszym organizmie?
W całym świecie zwierzęcym jest tak, że to samiec się stroi, ma być atrakcyjny i ma przywabić samicę. U ludzi jest odwrotnie – to samica jest atrakcyjna i ma na siebie zwrócić uwagę samca. To się dzieje na poziomie świadomości i na poziomie podświadomości. Już w czasie gry wstępnej wydziela się oksytocyna i kobieta planuje, co będzie dalej. Z kolei u mężczyzny oksytocyna powoduje natychmiastowe wydzielanie się testosteronu, więc on zaczyna działać. Dlatego tak łatwo jest podniecić mężczyznę, a tak trudno kobietę.

U kobiety podobno grą wstępną jest wszystko to, co się dzieje w ciągu 24 godzin przed penetracją, a dla mężczyzny to 3 minuty.
Bo mężczyźnie nie potrzeba więcej. Nie jest w stanie udawać orgazmu czy podniecenia – albo jest podniecony, i my to widzimy, albo nie. Kobieta może wydłużać ten stan w nieskończoność, do prokreacji nie potrzebuje przyjemności i żeby zajść w ciążę, nie musi mieć orgazmu. Natomiast mężczyzna, żeby zapłodnić kobietę, musi mieć orgazm i dlatego potrzebuje większej dawki w krótkim czasie. Wszystko musi szybko zadziałać: oksytocyna, testosteron, wzwód. U kobiet wszystko rozłożone jest w czasie, całym aktem przygotowują się do tego, co będzie w przyszłości, czy to będzie macierzyństwo, czy relacja. Są w gotowości i mózgowej, i hormonalnej.

Podobno kobiecy mózg odróżnia rodzaje dotyku. W zależności od tego, czy jest stymulowana łechtaczka, pochwa czy sutki, aktywują się różne partie mózgu.
To jest uwarunkowane indywidualnie, niektóre kobiety w ogóle nie reagują na stymulację sutków, a inne mają wrażliwą tylko łechtaczkę. Kobietę trzeba poznać, zorientować się, co jej sprawia przyjemność. Mężczyźni są bardziej jednorodni pod tym względem – prawie w 100 procentach przypadków najbardziej wrażliwy jest penis.

Czyli w naszych głowach dzieje się dużo więcej, niż nam się wydaje. Mózg ma wpływ na wszystko, a my nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy.
Ale to dobrze, że pewne rzeczy są nieuświadomione, bo tak jak trudno wyobrazić sobie sytuację, że musielibyśmy świadomie kierować takimi procesami, jak oddychanie czy chodzenie i nakazywać naszemu sercu, żeby biło, tak samo w seksie dobrze jest pewne sprawy pozostawić uczuciom, a nie wszystko kontrolować i analizować.

  1. Seks

Seksualność powinna cię wzmacniać! Do jej odkrywania wcale nie potrzebujesz partnera

Seks jest naszym wewnętrznym zasobem. Co powinniśmy wiedzieć o naszej seksualności, żeby dobrze ją ukierunkować? (fot. iStock)
Seks jest naszym wewnętrznym zasobem. Co powinniśmy wiedzieć o naszej seksualności, żeby dobrze ją ukierunkować? (fot. iStock)
Seks to silna energia. Twórcza, żywa, wiecznie młoda. Mimo to większość z nas nie ma do niej dostępu, wciąż jesteśmy pod wpływem kastrujących mitów na jej temat. Czy są aktualne? Czy seksualność to to samo, co seks i co sprawia, że mężczyźni boją się rozbudzonych kobiet – tłumaczy seksuolog dr Alicja Długołęcka.

Temat seksualności nie jest łatwy. Z jednej strony, mamy oczekiwania i parcie na sukces, czyli posiadanie tak zwanego udanego życia seksualnego, które się określa w liczbach odbytych stosunków i osiągniętych orgazmów…
…a z drugiej – rzeczywistość, którą widać m.in. na warsztatach o seksualności i w indywidualnych rozmowach, gdzie okazuje się, że do sukcesu daleko, a jeszcze dalej do prawdziwej satysfakcji w tej dziedzinie.

Ja to widzę w osobistym wymiarze. Symbolicznie chciałabym przeciąć połączenie z interpretacją mitu o stworzeniu świata, do której szerzenia Kościół się przyczynił: kobieta jest winna grzechu, ciało to siedlisko żądz, a seksualność jest złem. Uważałam, że mnie to już nie dotyczy, bo mam inne poglądy. Jednak kilka wydarzeń uświadomiło mi, że emocjonalnie reaguję według starego wzoru.
Często w dzieciństwie dostajemy przekaz, że cielesność i seks to coś wstydliwego, o czym się nie rozmawia, trzeba się z tym chować. Seksualność łączy się wtedy w jedno z lękiem, wstydem, poczuciem winy i silną ambiwalencją. Z tą mieszanką mamy potem prowadzić owo „udane życie”, do którego zachęcają media, dla odmiany epatujące sterylnym i wysnobowanym seksem. W związku z tym sporo dorosłych ludzi się w tym gubi i w efekcie traktuje seks płytko, jak siłownię lub teatr, albo instrumentalnie, bo coś im tam załatwia. Taki seks może oczywiście spełniać ważne funkcje, ale nieseksualne, np. rozładowywać emocjonalne napięcie lub podnosić poczucie własnej wartości.

Jak sprawić, że seksualność stanie się naszym zasobem, a nie czymś, co nas dodatkowo obciąża?
Próbować żyć z tym bardziej świadomie. Zdobyć się na odwagę i porzucić grę pozorów. I skoncentrować się na ciele. Zwykle, kiedy się zabieramy do jakiegoś tematu, zaczynamy od pracy intelektualnej, by to jakoś ogarnąć poznawczo. Zmieniamy postawy, postawy wpływają na emocje, a my liczymy, że nas to jakoś wyprostuje. A tu okazuje się, że to nie wystarcza. O tym pani właśnie mówiła, że myślenie sobie, a ciało sobie – ono reaguje po staremu. Napina się, zamyka i cierpi albo emituje ciepło, miłość i pożądanie w niekontrolowany sposób, tak że nic z tego nie rozumiemy, więc boimy się tego i to odrzucamy. Dlatego na warsztatach z seksualności, które prowadzę, koncentruję się zwykle na czterech obszarach: cielesności, stereotypach kulturowych, duchowości i relacjach. Ciekawe, choć właśnie uwarunkowane kulturowo, że kobiety rozmowy o stereotypach uważają za najmniej interesujące.

Dlaczego?
Bo koncentrują się na relacjach.

Seksualność kojarzy się im niemal wyłącznie z byciem z drugą osobą. Mityczny „on” włada całą tą sferą.
Celowo takie rozmowy ucinam. Bo tak naprawdę pozostałe obszary są istotniejsze, jeśli patrzymy na seksualność jako zasób. Kobiety czują niechęć, może lęk, by rozmawiać o seksualności w kontekście kulturowym, bo musiałyby wówczas się zmierzyć z własnymi ograniczającymi przekonaniami na ten temat. W obszarze duchowym kojarzy im się to z sekciarstwem. Czują przecież, że to jest jakaś siła, której się poddają w sposób nieświadomy, więc pojawia się w nich lęk. Gdy nie ma się kontaktu z własną seksualnością, ta sfera może się wydawać przerażająca.

Bo bywa, że wymyka się nam spod kontroli.
Poza tym jeszcze niedawno nie wolno nam było czuć pożądania. Podział na „święte” i „dziwki” bardzo nam miesza obraz. Więc wygodniej jest myśleć, że możemy być seksualnie otwarte tylko wtedy, kiedy coś nas otworzy, niemal wbrew naszej woli, na przykład: alkohol, wyjazd służbowy albo tajemniczy brunet. Jesteśmy nauczone, że to jest jakaś rzecz od nas samych niezależna. A najlepiej, żeby przyszedł facet – Pigmalion, który nas stworzy od początku. Jeśli coś nie zadziała, można zwalić na niego winę. To bardzo silny wzór, który zwalnia od odpowiedzialności za siebie. Pora w pewnym momencie dojrzeć i tę odpowiedzialność przejąć. Jeśli chcemy oswoić tę energię, musimy ją chcieć poznać.

Nie mamy do tego dostępu?
Nam się wydaje, że mamy. Przecież seks jest w naszym życiu jakoś tam obecny. Ale na warsztatach widać, że nie znamy swoich ciał, nawet anatomicznie, swoich reakcji, sposobów sprawiania sobie przyjemności, osiągania orgazmu, nie mamy pozytywnych nazw na antyczną waginę lub zinfantylizowaną cipkę. To o czym my tu mówimy? Deklaracje jedno, a rzeczywistość drugie. Interesujące jest to, że w miarę upływu lat zaczynamy zauważać fakt, że z tym seksem to chyba chodzi o coś więcej. Bo uprawianie seksu nie musi mieć wiele wspólnego z dostępem do własnej seksualności. Mam na myśli stan seksualnego otwarcia. To się często wcale nie dzieje w relacji. Po prostu otwiera się w nas przestrzeń pożądania, energii, z którą chcemy płynąć. Co ciekawe, takie doświadczenie przytrafia się częściej kobietom dojrzałym, które uwolniły się od swoich Pigmalionów z wyobraźni.

Chodzi o sytuację, kiedy spotykamy mężczyznę i on nagle na nas tak silnie działa, że mamy ochotę się totalnie w tym zatracić?
To nie on działa, tym razem my się świadomie otwieramy na kogoś. Ważne rozróżnienie: to nie jest zakochanie, w którym koncentrujemy się na marzeniach o tej osobie i na wizji przyszłości, tylko głębokie doświadczenie seksualne. Ponieważ, jak mówiłam, nie wolno nam było czuć pożądania, więc nadal mylimy ten stan z zakochaniem.

Przytrafiło mi się takie otwarcie i wszystko we mnie chciało zaklasyfikować je jak coś więcej niż tylko pożądanie.
No właśnie: tylko czy aż? Wciąż deprecjonujemy tę naszą seksualność. Miłość – coś wielkiego, a pożądanie – zwierzęca żądza, marna fizyczność. Szkoda, bo zarówno próby klasyfikowania tego doznania, jak i to, że natychmiast próbujemy jakoś je uciszyć, zaspokoić, sprawiają, że odbieramy sobie szansę na odkrywanie prawdziwej natury tego, co czujemy. Nie mam nic przeciwko zaspokajaniu pożądania. Ale często spieszymy się za bardzo i nie dajemy sobie szansy, by nieco przedłużyć samo odkrywanie. Rozsmakować się, rozgościć w tym, co czujemy: że nam się gotuje w dole brzucha, mamy poruszony obszar serca. Jeżeli nie kombinujemy, co z tym uczuciem zrobić, nie projektujemy go na żadnego „mężczyznę przyszłości” – wtedy mamy dostęp do czystej energii.

Usłyszałam to na warsztacie tantrycznym: żeby uwolnić seksualność, nie potrzeba drugiej osoby, wręcz przeciwnie. Prowadząca opowiedziała, że sama kiedyś świadomie postanowiła żyć w celibacie tak długo, aż poczuje, że już na tyle zna siebie  i umie się opiekować swoją energią seksualną, że może się nią dzielić z mężczyzną. A do tego czasu – zero seksu.
Brak stosunków seksualnych absolutnie nie oznacza, że w naszym życiu nie istnieje seks. A tym bardziej energia seksualna. Myślę, że aby naprawdę nauczyć się siebie w tej dziedzinie, potrzeba dłuższego czasu – nawet paru lat. To może być ten czas, kiedy akurat nie mamy partnera. Jednak trzeba się tym zająć, mówiąc krótko, poświęcić czas swojej seksualności, by nie usnęła, tylko wzrastała. A my marnujemy szansę, uważając, że jak jesteśmy bez partnera, to nic z tego. To właśnie dowód na splątanie, o którym mówiłam, że seksualność równa się relacja. Pewnego rodzaju osobność – zarówno w związku, jak i bez niego – to świetny moment, żeby się rozbudzić i poznać swoje reakcje. Nie szukać przypadkowych partnerów, byle się zaspokoić. Wprowadzę proste rozróżnienie, można – za przeproszeniem – rżnąć się, mieć seks i być w relacji. To zupełnie inne poziomy. Przypadkowe zaspokajanie seksualnego głodu to jest to pierwsze, czyli obniżanie poziomu lęku i zagłuszanie emocji w poczuciu bezsensu i desperacji. Zamiast tego warto uczyć się autoerotyzmu: przyjrzeć się sobie, swoim fantazjom, złapać jakiś kontakt z ciałem i mieć seks, czyli kontakt ze sobą. Żeby potem być w relacji. Wie pani, co jest sprawdzonym, świetnym wyzwalaczem energii seksualnej? Ćwiczenia fizyczne i kontakt z naturą. Ale również wszelkie warsztaty odkrywania swojej wewnętrznej mocy, warsztaty bębniarskie...

W moim przypadku to był taniec. Tańcząc, odkryłam, że nie musi być przy mnie nikogo, a moja seksualność aż kipi. Poczułam, że to mój zasób. I że mam do niej dostęp, jeśli chcę.
Dopiero w konsekwencji tego odkrycia przychodzą kolejne. Na przykład jak bardzo to obciąża mężczyzn, kiedy w ich ręce składamy odpowiedzialność za pobudzenie naszej energii seksualnej. Zrzucamy na nich odpowiedzialność za to, jak się czujemy i co czujemy. Bo najpierw jego zadaniem jest nas otworzyć, a następnie zaspokoić. Być mężczyzną w tej kulturze też nie jest łatwo. Nie jest to może poprawne politycznie, ale na pewnym poziomie świadomości seksualność jest po prostu darem. Możemy się nią cieszyć i nią kogoś obdarować. Każdy, kto miał choć przez chwilę dostęp do tej energii w jej czystej formie, czuje intuicyjnie jej potęgę i piękno. Dlatego sfera seksualności łączy się z sacrum. Bo to coś, czego nie ogarniamy, ale czujemy, że jest pełne i doskonałe.

To jest też niezwykły dar dla nas samych. Energia seksualna jest czymś więcej niż napędem do seksu. To napęd do życia.
Dlatego też orgazm tak nas przyciąga. Bo nie jest jedynie doznaniem fizycznym. Bywa przecież tak intensywny, że aż nieprzyjemny, trudny do zniesienia. Orgazm to przede wszystkim doznanie psychiczne, kontakt z czystą energią życiową, graniczne doświadczenie. Jest chwilą, w której nasz logiczny umysł traci kontrolę i doświadczamy życia bez poczucia tożsamości. Dlatego też jest kojarzony ze sferą duchową. W praktykach medytacyjnych chodzi przecież o osiągnięcie tego stanu – bez ego, rozpuszczenia się w czymś większym. Rzadko się o tym mówi, a przecież mamy to zawsze pod ręką. Możliwe, że jest to dostęp do miejsca, z którego przychodzimy jako noworodki i odchodzimy, umierając. W tym sensie obszar seksualności jest ekumeniczny. To samo duchowe doświadczenie niezależnie od wyznania, rasy czy kultury. Absolutnie uwalniające.

Na warsztacie tantry uczyliśmy się, jak samemu rozbudzać swoją energię seksualną. Ciekawe, że wcale nie było to związane z podnieceniem. Raczej z poczuciem ożywienia, otwarcia, ciepła. Robiliśmy ćwiczenia oddechowe, na przykład krążenie energią, podnoszenie jej do góry oddechem...
To ważne, bo często energia nie krąży w ogóle, tak jesteśmy spięte, sztywne ze zmęczenia. Cielesna zbroja nie jest najlepszym strojem do seksu. Trzeba się najpierw rozluźnić, pozwolić energii krążyć. Dopiero wtedy, jeśli zechcemy, eksperymentować ze światem erotyki. Cieszy mnie, że zaczęły się pojawiać sklepy z gadżetami dla kobiet. Wibrator to nie surogat męskiego członka, to narzędzie do poznawania swojego ciała i jego reakcji. Dodam, że penis to zupełnie coś innego, bo nie jest narzędziem do masturbacji, tylko ciałem osoby, z którą pragniemy być w relacji. Boleję nad tym, że wszystko, co się wiąże z autoerotyzmem, jest wciąż tak napiętnowane. Zwłaszcza w przypadku kobiet prawda wygląda tak, że ciało nie jest naszą własnością. Ciągle ktoś określa, co nam wolno czuć, co nie, gdzie się można dotykać i jak. Nasze ciało jest tylko nasze. Jakże ważne jest takie odkrycie dla kobiety! Spotkanie świadomych osób, które chcą razem być w relacji seksualnej, to wymiana darów kobiecości i męskości. Ale to rzadkość. Bo nie ma czegoś takiego jak seks tantryczny czy nawet dojrzały w weekend. Nie oszukujmy się.

Może więc nie warto się starać? Nie dam się wkręcić w odpowiedzi typu: warto, bo seksualność jest piękną dziedziną i ucząc się jej, odkryjemy swoją esencję, a nawet może zbliżymy się w ten sposób do Boga. Chociaż to wszystko może być prawdą. Ale ma swoją cenę. Każda zmiana jest ryzykiem. Może się zdarzyć, że gdy my zaczniemy się rozwijać seksualnie, partner się przestraszy i odejdzie. Albo nie będziemy mogły znaleźć partnera. Mężczyzna, który nie ma kontaktu z własną energią, nie będzie wiedział, co z taką kobietą robić. Dlatego kobiety, u których energia seksualna jest silna, często w naszej kulturze budzą lęk i bywają odrzucane. Porównuję te momenty, w których mamy lepszy dostęp do własnej seksualności, do rozpinania ciasnej koszuli z guzikami. To zapięcie nie zawsze jest złe – daje poczucie granic, trzymania się w ryzach, bezpieczeństwa. Kiedy jednak powoli rozpinamy tę koszulę, czujemy, że zaczynamy wreszcie oddychać pełną piersią. Ale to jest zawsze kwestia decyzji, czy możemy i chcemy sobie na to w danym momencie życia pozwolić.

dr Alicja Długołęcka:
edukatorka psychoseksualna, doradca  partnerski, propagatorka zdrowia seksualnego. Jest autorką i współautorką wielu książek z zakresu edukacji seksualnej dla młodzieży i dorosłych, m.in. „Jak się kochać?” (razem ze Zbigniewem Lwem-Starowiczem).

  1. Seks

Mężczyzna uzależniony od seksu

Wielu mężczyzn ma bardzo rozbudowane potrzeby seksualne. (Fot. Getty Images)
Wielu mężczyzn ma bardzo rozbudowane potrzeby seksualne. (Fot. Getty Images)
Seks fizjologiczny niepołączony z zachwytem, ekstazą, przepływem miłości może – i powinien – budzić niepokój – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Jest taki dowcip o kobiecie, która skarży się w liście seksuologowi, że mąż nieustannie chce od niej seksu: i wtedy, gdy ona gotuje, i wtedy, gdy sprząta, odkurza, podlewa kwiaty, zmywa naczynia, prasuje… I przeprasza pana doktora, że tak niewyraźnie pisze! Czy mężczyzna uzależniony od seksu rokuje na przyszłość?
Może bliżej emerytury… [śmiech]

Kiedy możemy mówić o tego typu uzależnieniu? Seksoholik zapewnia, że to nic groźnego; że on po prostu lubi seks.
Można to łatwo sprawdzić; niech zrobi sobie tydzień przerwy i zobaczy, czy jest w stanie normalnie funkcjonować. Wielu mężczyzn ma bardzo rozbudowane potrzeby seksualne, silny temperament. Na przykład potrzebują seksu co najmniej dwa razy dziennie, rano i wieczorem, a w weekendy jeszcze więcej. Gdy tego nie dostają, są napięci, nosi ich. Znam trenera, który „musi” kilka razy dziennie. Silny, witalny. Stosuje specjalne diety, ćwiczenia fizyczne, uprawia sztuki walki, czym ten temperament jeszcze wzmacnia. Jeździ po Polsce i prowadzi szkolenia. Jego partnerka zdecydowała się jeździć z nim. I twierdzi, że jest nawet zadowolona, bo ma okazję poznać nowe miejsca, przyjemnie spędza czas. Jak widać z ich przykładu, życie jest przebogate, niesie wiele możliwości i rozwiązań.

Na ogół jednak wygląda to tak, że kobieta naprawdę ma dość, bo ileż można.
Gdy przychodzą na świat dzieci, jest jeszcze trudniej. Miałem w psychoterapii parę, w której mężczyzna i kobieta mieli inne potrzeby, inne temperamenty. Kobieta była zmęczona pracą, dziećmi, obowiązkami, więc seksu odmawiała. Kryzys w całej mocy ujawnił się wtedy, gdy którejś nocy ona weszła do jego pokoju, zatroskana, że ciągle pracuje, i przyłapała go na oglądaniu filmów pornograficznych. Miał ich mnóstwo. W ten sposób sobie radził. Tłumaczył partnerce, że dzięki temu jej nie zdradza, że oglądanie pornosów chroni ich związek. Ona przyznała, że rzeczywiście nie jest w stanie wykrzesać w sobie ochoty na seks. Przystali więc na to, co jest, a jednocześnie zdecydowali, że poszukają pomocy u specjalisty. Znów – jak widać – życie oferuje wiele rozwiązań. Wydaje się, że otwartość wobec siebie tych ludzi uchroniła ich przed poważnymi komplikacjami. Gdy nie rozmawiamy ze sobą o swoich potrzebach, o tym, co czujemy, różnie może być. Wielu mężczyzn z mocnym seksualnym temperamentem szuka kochanek, korzysta z usług prostytutek, narażając zdrowie, także psychiczne i emocjonalne.

Niejedna z nas skończyła w ramionach seksoholika. Trudno się oprzeć jego spojrzeniu, w którym czytamy uwielbienie i podziw. „Gdy tylko spojrzał, był już cały mój” – powiedziała mi jedna z kobiet. Niestety, ci piękni, czarujący i uwodzący chłopcy w każdym wieku czynią niemało zamieszania w duszach kobiet, trzeba się potem leczyć.
A jednak są kobiety, które tak wybierają. Nawet wtedy, gdy mają świadomość ryzyka, że po niedługim czasie dla niego przeminą. Ta świadomość jest ważna. Raczej nie liczyłbym na to, że on się zmieni; jeśli dobrze czuje się z takim sobą, nikt go nie zmieni. To jest dosyć czytelne: jeśli kobieta spotyka mężczyznę atrakcyjnego, który ma tak zwane podejście do kobiet, jest aktywny seksualnie, z nikim na stałe niezwiązany, raczej mało prawdopodobne, żeby przez te wszystkie lata czekał na nią. Można się spodziewać, że był w wielu relacjach. Dlaczego w dalszym ciągu szuka? Z czego to wynika? Czy decyduję się na miłosną przygodę z nim? Czego mogę się spodziewać? Jakie ryzyko podejmuję? Jakie koszty być może trzeba będzie ponieść? Każda odpowiedź jest dobra, byle świadoma.

Gdy kończy się miesiąc miodowy, mężczyzna znika. Zaczyna romans z inną, kierowany – jak się wydaje – przymusem powtarzania. To chyba dosyć męczące, nużące. A może nie? To jest uzależnienie od przyjemności?
Od chemii miłości, zakochania. Ci mężczyźni ciągle chcą być w takim stanie. Przeżywać przygodę. Jeden z nich powiedział mi: „Ta zakochana dziewczyna, piękna, atrakcyjna, zaczyna nagle mówić o przyszłości, o rodzinie, jak sobie ułożymy życie, jak będziemy się utrzymywać. Po co mi to? Wszystko mi opada, zjeżdża w dół”. Lekarstwem okazuje się kolejny romans w pierwszej fazie pobudzenia, otwarcia i zachwytu. Niewchodzenie w niepotrzebne tematy. Życie ma być tylko przyjemne, bez wiązania się, obowiązków. Gdy pojawia się choćby cień takiego niebezpieczeństwa, trzeba uciekać. Ci mężczyźni opierają się na przekonaniu, że funkcjonowanie w stanie szczytowym jest możliwe jedynie wtedy, gdy nie ma odpowiedzialności i obowiązków. Przeczuwają, że długofalowy związek wiąże się z kryzysami, przykrościami, konfrontowaniem się z trudnymi emocjami – i unikają tego jak ognia. Wycofują się z obawy, że sobie nie poradzą. Myślą, że trzeba żyć przyjemnie. Właściwie dlaczego nie? Jednak w sytuacji, gdy kobieta zostaje z dzieckiem, być może chorym, wymagającym opieki, a on już ma inną, widać tu brak symetrii. Mężczyzna żyje przyjemnie, ale co z kobietą? Dlatego promowanie w naszej kulturze modelu, że ma być tylko fajnie, cool, jest wzmacnianiem niedojrzałości, nastoletniej fazy rozwoju. Życie ma być przyjemne – to jest słuszne podejście, gdy przyjmiemy dodatkowe warunki: warto zadbać, żeby było przyjemnie wszędzie tam, gdzie się da, a jednocześnie wiedzieć, że nie zawsze się da.

Ci mężczyźni konsumują, korzystają z wielu ofert, które są na rynku, bo dlaczego ograniczać się do jednej? Motorem napędowym jest poszukiwanie możliwości korzystania z życia, dopóki mogę, dopóki mam energię i zdrowie. Dobrze byłoby, gdyby mężczyźni uzależnieni od seksu, którzy nie chcą się wiązać na stałe, wybierali podobne kobiety. To minimalizuje ryzyko cierpienia.

W takich związkach też mogą się pojawić dzieci. I wiele komplikacji emocjonalnych i formalnych.
Tak, cena filozofii przyjemności jest wysoka. Starają się oczywiście, żeby nie było wpadki, ale wiadomo: mężczyzna strzela, a Pan Bóg plemniki nosi, więc nie ma gwarancji. Potem alimenty, sprawy w sądzie. Nieprzyjemności, przed którymi uciekali, i tak ich dopadają. Jest taki znany eksperyment ze szczurami, którym wszczepiono elektrody w rejony przyjemności w mózgu. Szczury miały możliwość stymulowania tych miejsc poprzez naciskanie dźwigienki; wtedy słaby prąd drażnił te rejony w mózgu i szczury czuły się wspaniale. Okazało się, że było to tak przyjemne, że cały czas trzymały dźwigienkę. Niestety, to je wyczerpywało do tego stopnia, że zapominały o jedzeniu i zdychały z głodu.

Niezwykła metafora: możemy tak pragnąć przyjemności, że umrzemy z głodu.
Z głodu różnych niezaspokojonych potrzeb. To jest uzależnienie od stanu pobudzenia seksualnego, które generuje zmiany fizjologiczne w organizmie. Ten stan organizmu staje się nawykiem. Gdy go nie ma, pojawiają się, jak w przypadku wszelkich uzależnień, bardzo przykre objawy abstynencyjne, lęk, bóle w mięśniach, w stawach. Mężczyzna uzależniony od seksu brnie w to, żeby zapomnieć, że jest uzależniony. Trzeba by poradzić sobie z napięciem, z lękiem, z różnymi pytaniami, tematami, które odbierane są jako nieprzyjemne, zagrażające. Trzeba byłoby zastanowić się nad sobą, nad swoim życiem. Być może zająć się niedokończonymi sprawami z przeszłości. Jeśli niepokojących tematów nie dotykamy, pozostają w cieniu. Ale pozostają. Cień ich nie eliminuje. Więc cały czas trzeba dbać o odpowiedni poziom seksualnego narkotyku, żeby cień nie wyłonił się z tła. Błędne koło, wyczerpujące, jak każde uzależnienie. Uzależnienie jest naroślą na naszym życiu, pielęgnowaną, podsycaną. Ta narośl dominuje nad resztą. Myśl o tym, że moglibyśmy ją utracić, jest czymś, co budzi niepokój, a nawet panikę. Z czasem coraz trudniej stawić jej czoła, skonfrontować się z innymi obszarami życia. Trudno pominąć tu aspekt kulturowy i cywilizacyjny. Seks jest wszechobecny, mocno wyeksponowany – w mediach, w reklamie. Tłumaczymy sobie, że to ważna sfera, o której należy mówić. Jednak w jakim kontekście? Rzadko mówi się o tym, że to intymna sfera, jeden z aspektów miłości partnerskiej, związków. Dowiadujemy się głównie, jak więcej, jak dłużej i jak mocniej. Czyli dokładnie tak, jak ze wszystkimi innymi towarami, które chce się sprzedać. Młodzi ludzie wyrastają w takim klimacie, co zawęża ich świadomość; z pola widzenia znikają inne aspekty życia. Łatwo się uzależnić. Wiele razy słyszałem mężczyzn, którzy mówili o kobietach jak o obiektach konsumpcji. Jakiś czas temu oglądałem na Planete film „Tyrania konsumpcji”. Poruszał wiele aspektów życia w naszej cywilizacji. Między innymi mówił o tworzeniu sztucznych potrzeb. Twórcy filmu pokazali fabrykę lalek erotycznych. Gdybym zobaczył taką lalkę w półmroku, z pewnością pomyślałbym, że to żywa kobieta.

Wyobraźmy sobie, że mężczyzna uzależniony od seksu przychodzi jednak po pomoc…
Wielu takich mężczyzn decyduje się, aby sobie pomóc. Pierwszy krok to przyznanie, że sobie nie radzę. „Po nocach oglądam pornole”. „Kupuję świerszczole. Gdy przechodzę koło kiosku, jakaś siła pcha mnie, aby kupić kolejne pisemko, mimo że mam ich setki. Oglądam je i onanizuję się. A przecież mam dziewczynę”. „Dziesięć romansów w ciągu trzech lat. Chyba coś ze mną nie tak?” „Zaliczam nieznajome panienki na jedną noc, w przypadkowych okolicznościach. Zacząłem się bać o własne zdrowie”.

A więc najpierw lęk: nie panuję nad tym.
Tak, przyznanie się. Potem zaczynamy szukać, rozpoznawać potrzeby: co mu to daje, o co chodzi. Odkrywamy ukrytą pozytywną intencję.

No tak, przecież jeśli coś robimy, zawsze jest ku temu dobry powód.
Często tym powodem jest uwolnienie się od nadmiaru stresu, zafundowanie sobie krótkich wakacji. Odkrywamy, że są na to lepsze sposoby niż narażanie zdrowia w seksualnych przygodach czy zarywanie nocy na oglądaniu pornoli. Szukamy ekologicznych dla mężczyzn sposobów osiągania odprężenia, spokoju, ulgi. Na przykład w Internecie można znaleźć wiele nagrań z instrukcjami do relaksacji. Można pomyśleć o jakiejś twórczej formie spędzania wolnego czasu, o ciekawym hobby. Takie sporty jak nurkowanie, paralotnia, narty dają przytomny dostęp do bycia; można poczuć, że się żyje. Jeśli wiemy, że chodzi tu o ten specjalny stan umysłu, możemy poszukać innych sposobów osiągania go. Odkryć, że takich chwil może być znacznie więcej. Wyćwiczyć system nerwowy w doznawaniu przyjemności, w delektowaniu się prostymi rzeczami. W starożytnych księgach tantry czytamy, że najlepiej kochać się z całym życiem, z ziemią, z niebem, z przyrodą, ze wszystkim, co nas otacza i co się wydarza.

Paradoksalnie ci uzależnieni mężczyźni twierdzą, że są wolni.
Są ograniczeni tym, że ciągle muszą zmieniać. Warto uświadomić sobie, że mamy tej wolności w życiu mnóstwo – możemy wybierać światopogląd, filozofię, wartości, ścieżkę zawodową, styl życia, dietę. Gdy wybieramy, jednocześnie rezygnujemy z setek innych możliwości – zawodów, diet, filozofii. Ale przecież nie tracimy wolności. Podobnie ze związkiem – mogę się zaangażować, a jednocześnie czuć się wolny w swoim wyborze. To jest błędne założenie, że związek to ograniczenie wolności, niewola.

Najwyraźniej Stwórca zadbał o to, byśmy się nie nudzili.
Gdybym miał się pokusić o wskazanie praprzyczyny, to powiedziałbym o braku dostępu do swoich wewnętrznych zasobów, o gorączkowym, roszczeniowym szukaniu źródła szczęścia na zewnątrz. To on powinien spełnić określone warunki. To ona powinna. Mamy oczy przesłonięte powinnościami, niedoskonałościami, brakami. Nie dostrzegamy tej istoty, z którą dzielimy życie. Gdy uprzemy się na szukanie ideału, może się okazać, że zostaną nam tylko lalki.

Benedykt Peczko, psycholog, trener, coach, psychoterapeuta, dyrektor Polskiego Instytutu NLP.