1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Porozmawiajmy o seksie: tylko ja

Porozmawiajmy o seksie: tylko ja

fot. iStock
fot. iStock
Jeśli lubisz robić to sama z prysznicem, pokaż partnerowi jak, a wzbogaci to wasz seks. Kiedy seks z samym sobą jest dobry, a kiedy bywa toksyczny dla ciebie, dla niego lub dla związku, wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

„Jeśli lubisz robić to sama z prysznicem, pokaż partnerowi jak, a wzbogaci to wasz seks” – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka. Kiedy seks z samym sobą jest dobry, a kiedy bywa toksyczny dla ciebie, dla niego lub dla związku, wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

 

Na spotkaniu grupy terapeutycznej 40-latka opowiadała o uzależnieniu od masturbacji: zaczynała od niej dzień, potem robiła to w pracy i wieczorem, nawet po seksie z partnerem…

Nimfomanka. Bo o kimś takim mówisz. Ale jeśli chcesz przez to powiedzieć, że masturbacja jest niezdrowa, bo się ludzie od niej uzależniają, to o wszystkim można by tak powiedzieć. Od wszystkiego ludzie się uzależniają, od jedzenia, od zakupów też. Ale to nie znaczy, że lepiej nie jeść czy nie kupować. Jak wiele normalnych i naturalnych rzeczy masturbacja czy onanizm może się przerodzić w coś, co jest przesadne. A więc dające złe skutki. Ale znam kobiety, które w dzieciństwie odkryły, że to coś, co mają między nogami, jest wspaniałe, że nie służy tylko do robienia siusiu i mycia, i nie uzależniły się. Te kobiety opowiadają o odkryciach seksualnych, które zawdzięczają właśnie masturbacji i które potem wykorzystały w seksie z mężczyznami. Na przykład wiedziały, czy nogi rozłożyć, czy właśnie jest im lepiej, jak je podniosą i skrzyżują. A mięśnie: kiedy napiąć, a kiedy rozluźnić. Ja nie odkryłam masturbacji w dzieciństwie i takich doświadczeń oraz takiej wiedzy o swojej kobiecości nie miałam. Powiem ci, że żałuję. Odkryłam, jak autoerotyka może być przyjemna, przez przypadek, jako młoda kobieta, dzięki irygatorowi, którym musiałam sobie podać lekarstwo. Pamiętam, że wtedy pomyślałam: „Czemu ja tego nie robiłam wcześniej?!”.

Mówisz o masturbacji jako o czymś tak naturalnym jak bieganie. A tymczasem Michał Lew-Starowicz w książce „Kochanie czy klikanie...” ostrzega, że bywa ona drogą do uzależnienia.

Jestem przekonana, że masturbacja jest czymś naturalnym, że to droga do kobiecej seksualności. Co więcej, dzięki masturbacji kobiety same siebie zaczynają traktować jako istoty godne rozkoszy, godne przyjemności. Ponadto masturbacja uniezależnia je od mężczyzn. I wcale nie chodzi mi o to, żeby nie być z mężczyzną i mieć swój wibrator. Ale też nie po to ciało daje nam taką szansę na rozkosz, żeby z niej nie korzystać.

Orgazm to przecież jedna z przyjemniejszych rzeczy i w dodatku dobra dla zdrowia! Kiedy jest seks, nie ma żylaków, mięśniaków, nie ma kłopotów z krążeniem itd. Masturbacja ważna jest dla singli. Dla tych, którzy są zakompleksieni, nie wierzą, by ktoś chciał się z nimi kochać. Dlaczego mają być pozbawieni rozkoszy? Za karę? Bywa jednak, że kobieta zmysłowa ma aseksualnego męża. I co ma zrobić, szukać innych mężczyzn, jeśli on nie ma ochoty? Chyba lepiej się masturbować?!

Są kobiety, które czują się po masturbacji gorzej. Krótki moment ulgi, a potem smutek, wstyd…

Mogę podejrzewać, że to właśnie te, które nie chcą sobie dawać przyjemności, bo myślą, że im się nie należy! Przypominają kobiety, które kupują nowe buty, przychodzą w nich do domu i… są  nieszczęśliwe! Miały ładnie wyglądać, a nie wyglądają. „Po co ja je kupiłam?!” – marudzą, bo nadal czują się nieatrakcyjne. Dla nich masturbacja czy buty to tylko spust trudnych emocji. A dla mnie to przede wszystkim przejaw miłości do siebie. Człowiek siebie kocha, tak jak kocha partnera. A że akurat tego partnera przy nim nie ma, a odczuwa podniecenie, napięcie, to je rozładowuje, kochając siebie i dając sobie rozkosz. Orgazmy przeżywamy przecież sami nawet we śnie… Co w tym złego?

Co więc zrobić, kiedy ani masturbacja, ani nowe buty nie cieszą?

Zająć się sobą! Poczytać, popatrzeć, w jakiej strefie życia mogę sobie dać dobroć. Zastanowić się, czego mi w życiu brakuje, i sobie to sprezentować. Ja na przykład nie byłam dawno w lesie, a kocham drzewa, i dlatego jutro wybiorę się do lasu.

Ukazała się właśnie piękna książka „Shinrin-yoku. Sztuka i teoria kąpieli leśnych” o leczniczej sile spacerów wśród drzew… 

Wielkie mi odkrycie, że las to zdrowie! No to niech idzie za nim kolejne: masturbacja, jak i cały seks, jest zdrowa. Masz wątpliwości, bo przez wieki seks był używany jako straszak przez Kościół i czarną pedagogikę. Dziewczynki i chłopcy rączki mieli mieć grzecznie na kołdrze, żeby sobie sami przyjemności nie mogli sprawić. Wyjątkowo paskudne i antyhumanitarne są zakazy, które pozbawiają ludzi tego, co rozkoszne.

Mówiłaś, że seks jest także do budowania relacji, ale czy mamy budować relacje z własną ręką?

Mamy zbudować relacje z własnym ciałem i z własnymi uczuciami! W dodatku jest to podstawowa relacja w życiu. I jak tej relacji nie będziemy mieć, to nie zbudujemy żadnej innej. Ale nikt nie musi się masturbować. Tak samo jak nie musi pić kawy czy jeść buraków. Może jeść kalafior i marchewkę.

W filmie „Lady Bird” jest taka scena:  dwie dziewczyny opowiadają, jak zdejmują z prysznica główkę i się masturbują. Zastanawiają się także, jak to będzie z „facetem w środku”.

To może być problem, taki sam ma mężczyzna, który onanizował się przez lata przy pornografii i nie wie, jak się do kobiety w łóżku zabrać. Mężczyzna nie jest prysznicem. Może jednak warto partnerowi pokazać, jak się kochasz z prysznicem, żeby go zainspirować. Od razu zrobi się luźniej. Tajemnica przestanie być tajemnicą. A to zbliża. Poza tym warto próbować różnych rzeczy. Nawyki nas zubożają, a masturbacja strumieniem wody to tylko nawyk, więc po prostu go zmieńmy. Każda para musi się siebie nauczyć. Może być tak, że ona nie miała nawyku masturbacji, ale partnera, który inaczej ją dotykał, miał innego członka, inaczej pachniał. Najważniejsze – nie demonizować. Są mężczyźni, którzy przez to, że nauczyli się onanizować w dzieciństwie, nie kończą stosunku w partnerce. Wychodzą przed końcem i doprowadzają się do ejakulacji ręką. Jednak jeśli to kobiecie nie przeszkadza, to co w tym złego? Jeśli on ją dopieszcza, żeby miała orgazm, oboje są zadowoleni z seksu, odczuwają ulgę w ciele i rozkosz, to wszystko z ich miłością jest dobrze.

Ale też coraz częściej mężczyźni wolą onanizm niż seks z partnerką. I bywa, że kobieta wchodzi do pokoju i widzi partnera, który odmówił jej seksu, a teraz onanizuje się przy komputerze…

Bardzo częsta sytuacja i dziewczyny cierpią z jej powodu. Zresztą myślę, że mężczyźni też. Pracowałam nad tym z jednym z nich. Przyszedł do mnie i wprost mi powiedział, że kocha żonę i nie chce dalej tak żyć… Dojrzewał w tempie wstrząsającym i wyszedł po kolei z kilku uzależnień: od pornografii, od zdradzania, od onanizmu. A na początku wydawało się, że to typowy podrywacz: alkohol i seks. Zdradzał swoją wytworną żonę z paniami, które wyglądały jak seksualny wykrzyknik. To był rezultat oglądania porno, tam takie kobiety dominują. Podczas terapii dotarło do niego, jakim jest ciekawym człowiekiem, jak wiele ma talentów, ile robi ważnych rzeczy w życiu i że to wszystko tak go nagradza, że już nie musi mieć seksu na boku.

To idealne rozwiązanie: ona go przyłapuje i on idzie na psychoterapię! Ale czy to realne?

Ten pan akurat przyszedł sam, nieprzyłapany! Bo też gdy ona go przyłapie i zrobi awanturę, to on jej za to bardzo nie będzie lubił. Wyda się przecież, że zachowuje się jak dupek i 12-letni chłopczyk. Dlatego wcale nie będzie miał ochoty przestać się onanizować i w zamian zacząć z nią spać!

Ale jak można zareagować inaczej niż awanturą, kiedy nakrywasz partnera na onanizmie przed ekranem?!

Można się popłakać, można powiedzieć: „Widzę, że czegoś bardzo ci brakuje, i jest mi przykro, że ja ci tego nie daję”. Powstrzymać się przed atakiem: „Zdradzasz mnie z dziwkami i z komputerem! Wiedziałam, że jesteś zboczony!”. Łatwiej się powstrzymać, kiedy pomyślimy, że jeśli jest nam źle, idziemy krzywymi drogami, starając się sobie mimo to dać coś miłego. I taki facet czegoś nie umie, czegoś się boi, skoro woli komputer niż kobietę, która chce z nim seksu! Nawet kiedy on się wścieknie, że go przyłapano, warto spokojnie powiedzieć: „Ukrywałeś to, więc rozumiem, że się tego wstydzisz. W gruncie rzeczy rozumiem cię, że mi o tym nie mówiłeś. Coś by trzeba było z tym zrobić. Nie kochamy się od bardzo dawna… Mam poczucie, że czekam na ciebie na darmo. A chciałabym z tobą być. Co możemy z tym zrobić?”. Nie będzie im łatwo, bo on pewnie będzie musiał iść na odwyk… 
Męski onanizm jest szalenie narcystyczny. Choć wszyscy stajemy się coraz bardziej narcyzami, ale też dla mężczyzn to większy problem, bo oni mają mniej niż my możliwości, żeby dać sobie wiele przyjemności i nagród w ciągu jednego dnia. My mamy perfumy, torebki, lakiery do paznokci, a mężczyźni nie mają co dać sobie ekstra poza seksem.

Dawać sobie? Może dlatego Szymon Kobyliński, rysownik i satyryk, nazwał onanizm „sobizmem”?

Ładne określenie, bo podkreśla to, że człowiek, który uprawia seks tylko ze sobą, dostrzega tylko siebie. A tacy istnieją, nie widzą innych, nawet tego, co ci inni mogą im dać. Seks z kobietą albo z jej awatarem to naprawdę różnica. Ale oni o tym nie wiedzą. Jeśli mężczyzna się onanizuje, ale zaspokaja swoją partnerkę, to pół biedy. Jeśli tak nie jest, warto się zastanowić, co zrobić z tym jego „sobizmem”. Bo to znaczy, że nie wejdzie głęboko w żadną relację. Seks służy przecież również do ich budowania. Nie tylko do wytrysku.

Czy masturbacja kobiet i onanizm mężczyzn są trochę czymś innym? Mam wrażenie, że inaczej je oceniasz?

Onanizm chłopców jest bardziej mechaniczny, staje się nawykiem chyba częściej niż masturbacja kobiet. Kobiece fantazje seksualne towarzyszące masturbacji są też dużo ciekawsze i bardziej rozbudowane niż męskie. Kobiety na ogół szukają uczucia, relacji z mężczyzną, bliskości, masturbacja nie oddziela ich tak od partnera, jak onanizm potrafi oddzielić mężczyznę od kobiety.

Czy masturbacja może być dla pary dobra?

Może być nawet elementem gry seksualnej: ona i on onanizują się w łóżku, patrząc na siebie. To naprawdę podnieca. Ona może onanizować jego, nie pozwalając się dotykać. Wariantów jest wiele, wszystko zależy od fantazji kochanków. Byle nie traktować autoerotyzmu jako powodu do wstydu. On może wzbogacić, być drogą do poznania erotycznej wrażliwości partnera.

Na koniec wrócę do wątku uzależnienia. Są kobiety, które odkryły masturbację w dzieciństwie, jednak nie jako sposób na odkrycie kobiecości, tylko na poradzenie sobie z samotnością czy przemocą. Potem przez lata tak sobie z tymi uczuciami radziły. No i nie mają udanych związków…

Ludzie robią całą masę zwyczajnych rzeczy, żeby poradzić sobie z bólem i samotnością, bo wielu czuje się samotnymi, niezrozumianymi, niekochanymi. Idą wtedy do kina czy na wino ze znajomymi. Nic w tym dziwnego. Dopiero jeśli ktoś 20 razy dziennie masturbuje się czy serwuje sobie kawę, by mieć poczucie, że daje sobie coś przyjemnego, ma kłopot. Co prawda dzięki temu jakoś utrzymuje się na powierzchni i nie wariuje, ale nie konfrontuje się z problemem. Uzależnienie to ucieczka przed tym, co boli – ale też pułapka. Nigdy jednak nie zgodzę się z tym, że wszystkie dziewczyny, które zaczęły masturbację jako rodzaj rozładowania napięcia, źle się mają. To nieprawda. Dużo zależy od tego, co było dalej: można trafić na fajnego chłopaka, który pokocha i będzie adorował, i wtedy uwierzyć, że jest się do pokochania. A masturbacja stanie się dodatkiem.

 

Katarzyna Miller- psycholożka, psychoterapeutka, autorka książek i poetka.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Niekoniecznie jak wszyscy i jak zawsze

To, co uważamy za normalne, nie musi nim być. Ważne jest to, czy żyjemy w zgodzie ze sobą. (Fot. iStock)
To, co uważamy za normalne, nie musi nim być. Ważne jest to, czy żyjemy w zgodzie ze sobą. (Fot. iStock)
Czy to, co w łóżku uważamy za normalne, takie jest, czy tylko takim się nam wydaje, bo do tego przywykliśmy? A co, jeśli to nie sprawia nam radości? O tym, jak rozumiemy w łóżku normalność, opowiada psychoterapeuta Piotr Sarnowski.

Co jest w łóżku normalne? I czy takie ma być, żeby było nam razem dobrze w stałym związku? Zapytała o to Chrisanna Northrup, współautorka książki „Czy to normalne? Seks, związki i statystyka”, kiedy po dziesięciu latach małżeństwa zaczęła się zastanawiać, czy nie mogłoby im być z mężem lepiej, kiedy się kochają.
Kluczowa dla szczęścia jest realizacja własnych potrzeb, odnalezienie harmonii wewnętrznej i harmonii w relacji. Czasem bywa to jednak możliwe dopiero wtedy, kiedy przekroczymy to, co uważaliśmy do tej pory za normalne. Jako przykład podam historię powstania związku: dwóch kobiet i mężczyzny. Powstał on, bo pragnęła tego młodsza z kobiet, a nie – jak moglibyśmy się spodziewać – mężczyzna. To ona zgłosiła się do mnie na terapię, bo choć była w udanej relacji z tym właśnie mężczyzną, a i w życiu zawodowym odniosła wiele sukcesów, to odczuwała głęboki psychiczny i tożsamościowy dyskomfort. Miała stany depresyjne, mówiła, że nie wie, kim jest. W taki sposób manifestowała się jej niezaspokojona głęboka potrzeba. Jaka? Czuła się już całkowicie zagubiona od czasu, kiedy zaczęła prowadzić podwójne życie, czyli spotykać się ze starszą kobietą. Kiedy się do tego przyznała, zadałem jej oczywiste w tej sytuacji pytanie, które dla niej jednak było jak uwalniająca z chaosu emocji eureka: „Może pani jest biseksualna?”. Po chwili z ulgą przyznała, że tak. Ponieważ relacja z kobietą i mężczyzną wydawała się zgodna z jej wewnętrzną prawdą, przygotowałem ją do rozmowy z partnerem o jej podwójnym związku.

Chciała od niego odejść czy przekonać go do życia w trójkącie?
Rozstawać się z nim nie chciała, ale nie wiedziała, jak on zareaguje. Partner okazał się jednak na tyle otwarty, że chciał poznać tę drugą kobietę. Tak też się stało i między nimi powstała nić sympatii, a wkrótce potem zamieszkali razem. Spotkałem ich już we trójkę kilka lat później, przypadkiem, na imprezie sylwestrowej. Wydawali się szczęśliwi, żyjący w zgodzie.

Czy to jest odpowiedź na pytanie, czy to, co uważamy za normalne, jest drogą do szczęścia w sypialni?
To, co uważamy za normalne, nie musi nim być. Ważne jest to, czy żyjemy w zgodzie ze sobą. A więc kiedy to, kim jesteśmy, co czujemy, myślimy i mówimy, pokrywa się z tym, jak żyjemy. Tracimy radość życia i seksu, kiedy czego innego potrzebujemy, a co innego robimy i mówimy. Normalność to nie jest to, co powszechne albo to, co się nam takim wydaje na skutek wychowania czy nawyków. Normalność to wewnętrzna harmonia i poszanowanie godności człowieka, z którym jesteśmy.

Twoja klientka dopiero w trójkącie uzyskała harmonię i godność. Brzmi niedorzecznie…
Bo tak w tym przypadku było, tych troje ludzi życie w ten sposób ukształtowało. Inicjatorka tego trójkąta wyniosła z rodzinnego domu lęk przed mężczyznami, ponieważ miała przemocowego ojca alkoholika. To matka dawała jej poczucie bezpieczeństwa. No i być może ten doświadczony w dzieciństwie trójkąt stał się w dorosłym życiu źródłem jej potrzeby, by do relacji z mężczyzną dołączyć kobietę. Dopiero ta druga kobieta dała jej poczucie bezpieczeństwa. No a jak bez niego mówić o harmonii w związku?

I to jest normalne?
Każdy z nas jest inny i ma prawo do niepowtarzalnej ekspresji seksualnej i emocjonalnej, o ile nikogo nie krzywdzi. Każdy z nas ma swój cień. Psychoterapia oczywiście może pomóc – na przykład kobiecie pokonać lęk przed mężczyzną (mimo złych doświadczeń z ojcem) czy mężczyźnie lęk przed kobietą (wyniesiony z relacji z matką). Ale nie zawsze człowiek jest do takiej pracy gotowy, nie zawsze byłby w stanie znieść bolesną retrospekcję i reperację. Dlatego wybór drogi i celu psychoterapii zawsze należy do pacjenta. A moje zadanie jako psychoterapeuty polega na tym, aby pomóc pacjentowi dotrzeć do jego prawdy o nim samym. Idę więc za jego potrzebami, a nie za moimi przekonaniami moralnymi.

Miałeś wielu pacjentów, którzy zrobili coś nienormalnego po to, aby osiągnąć normalność?
Tak, bo za nienormalne często uważamy to, co po prostu jest inne lub nietypowe. Jerzy, 44 lata, trafił do mnie ze stanami depresyjnymi, wyraźnie wycofany z życia. Ponieważ często zaczynam diagnozowanie od spraw seksualnych, i tym razem zapytałem o jego potrzeby. Okazało się, że ukrywa je w cieniu, nikomu o nich nie mówi. Tymczasem już Zygmunt Freud pisał, że niezaspokojone potrzeby seksualne powodują nie tylko w emocjach, lecz także w ciele, różnego rodzaju napięcia i prowadzą do emocjonalnych i fizycznych zaburzeń, a nawet chorób. I w tym przypadku ta teoria się potwierdzała, bo Jerzy miał stany depresyjne i coraz bardziej wycofywał się z życia. Ale kiedy w końcu ujawnił mi swoją fantazję, mogłem go uspokoić, że podobnie ma 80–90 proc. kobiet i mężczyzn i że dobrze by było, żeby o tym swoim pragnieniu porozmawiał z żoną. Przyznał wtedy, że właśnie tego najbardziej się obawia. Zacząłem więc przygotowywać go do tej rozmowy. Odgrywaliśmy scenki, podczas których mówił o nich do pustego krzesła, na którym w jego wyobraźni siedziała żona. Szło mu słabo, bo był pewien, że to nie ma sensu, przecież ona się nigdy na to, czego on pragnie, nie zgodzi. Ale kiedy wreszcie się na to zdobył, powiedziała: „dobrze”. Być może dlatego, że fantazją Jerzego był trójkąt, ale tym trzecim miał być mężczyzna.

Miał homoseksualne skłonności?
Bynajmniej, miał to, co nazywamy kompleksem rogacza, chciał, aby jego partnerka doświadczyła rozkoszy z innym, bo jemu największą rozkosz dawało patrzenie na to, jak jego żona ją przeżywa. Nie zależało mu za to na tym, by to on sam jej tej rozkoszy dostarczył. No i podczas pewnego wyjazdu za miasto, z dala od domu, ta jego fantazja została zrealizowana. I – jak się spodziewałem – ten jeden raz zupełnie wystarczył. Ustąpiły objawy somatyczne i emocjonalne, a także chęć, by seks w trójkącie powtarzać. To jednak nie znaczy, że wszystkie fantazje seksualne trzeba „dla zdrowia” zrealizować. W tym przypadku to było możliwe i dopuszczalne, bo zaakceptowane przez żonę. A tylko wtedy, kiedy oboje się na to zgadzamy, można się zastanowić nad przekroczeniem tego, co uważaliśmy do tej pory za normę.

I dlatego jako psychoterapeuta czasem pomagasz przy zdradzie?
Jeśli dwoje ludzi się na coś zgadza, a to, czego chcą, nie jest ekspresją przemocy czy braku szacunku i nie narusza ich prawdy o tym, kim są – to gdzie tu widzisz zdradę? Powiedziałbym, że przy tych zastrzeżeniach to właśnie realizacja pragnień jest wyrazem wierności sobie i swojej prawdzie. Oczywiście podczas psychoterapii trzeba uważnie przeanalizować każdy przypadek, aby wiedzieć, czy pomoc ma polegać na wsparciu w realizacji pragnień, czy właśnie na tym, o czym mówisz, czyli na zrozumieniu, skąd one się biorą, i dotarciu do tego, co pod nimi ukryte. Zwłaszcza dziś, kiedy seks, jaki uprawia pacjent, może zaskoczyć nawet doświadczonego terapeutę, nie wolno nam trzymać się jednego rozwiązania. No i powiem ci, że normę przekroczył w mojej ocenie inny pacjent, Robert. Ten mężczyzna przez cztery lata był w związku z kobietą, z którą uprawiał codziennie seks; jadł posiłki czy ćwiczył na siłowni, ale tylko dzięki kamerce w telefonie czy komputerze. Bo choć uważali się za parę, nie spotykali się face to face.

Zanim zapytam cię, dlaczego akurat jego uznałeś za nienormalsa, powiedz, proszę, jak się uprawia seks w kamerce przez cztery lata i wciąż ma się na to ochotę!
Para, o której mówię, była dobrze zaopatrzona w sprzęt, oboje mieli specjalne trójwymiarowe okulary, które podłącza się do komputera i które dają wrażenie, że ta druga osoba obejmuje, jest razem z nami. Mieli także seksualne gadżety, on między innymi masturbator w kształcie waginy, a ona wibratory, nie tylko w kształcie penisa. Kochali się więc tak, że każde masturbowało się, opowiadając drugiemu o tym, co odczuwa. Realizując jego polecenia i wydając własne.

A dlaczego uznałeś, że akurat cyberkochankowie są poza normą?
Nie dlatego, że kochali się przez Internet. Mieszkali w miastach oddalonych o 400 kilometrów. Poznali się na Tinderze i nie tylko chcieli seksu, ale też budowali relację. Super! Mój niepokój wzbudzało co innego, a mianowicie to, że nie spotykali się face to face. Podstawą ludzkich relacji jest właśnie takie spotkanie, które umożliwia bycie blisko za sprawą wszystkich zmysłów, nie tylko wzroku, ale też dotyku, możliwości poczucia swojego zapachu. No i Robert przyszedł do mnie po dwóch latach, bo chciał i jednocześnie nie chciał takiego spotkania. Bał się rozczarowania. Bał się, że ona go nie zaakceptuje, kiedy nadzy staną naprzeciw siebie. No i tego, że może sobie z seksem nie poradzić. Bo czy jej będzie tak świetnie z nim realnym, jak ze sobą samą doprowadzającą się do ekstazy? Ten lęk był tak duży, że pracowaliśmy prawie dwa lata, nim wreszcie odważył się na spotkanie. Aby nie zakończyło się ono klapą, wyznaczyłem mu zadania: miał zrobić im wspólne zdjęcia i przekonać ją, żeby zaczęli pisać do siebie listy. No i nie miał iść z nią do łóżka! Dzięki temu były kolejne randki w realu i po kilku miesiącach zamieszkali razem. A to nie było proste też dlatego, że Robert musiał wyprowadzić się od mamy.

Zabierasz synów matkom i dajesz kobietom z wibratorami?
Właśnie tak dążę do normalności. Bo w tym przypadku podstawowym problemem była relacja z matką, a nie kamerki i wibrator. Powiedziałbym nawet, że to dzięki mediom Robertowi udało się stworzyć związek z kobietą. Tak więc i tym razem coś, co mogło wydawać się poza normą, posłużyło zbudowaniu harmonii wewnętrznej tego mężczyzny, a miał wówczas już 38 lat, jak i zbudowaniu dobrej relacji z drugim człowiekiem.

W książce „Czy to normalne?” zaskoczyła mnie informacja, że palcami doprowadza do orgazmu partnerkę czy partnera ponad 70 proc. badanych. I to nie dlatego, że tak muszą, ale że chcą.
Każda para dopasowuje seks do swoich potrzeb, a orgazm „zrobiony” palcami może obojgu sprawiać przyjemność. Pogłębiać związek, dawać szczęście. To normalne. A dlaczego tak wiele ludzi kocha się palcami? Moim zdaniem powodem jest to, że jesteśmy wygodni. No i przyzwyczajeni do doświadczania świata dłońmi – bo klawiatura, bo dżojstik.

Pisząc o seksie i rozmawiając z ludźmi, mam wrażenie, że normalne, czytaj „typowe”, są w związku różnice w seksualnych temperamentach.
Mężczyzna, który ma inne potrzeby niż jego partnerka, to bardzo częsty klient psychoterapeuty. Inne i niezaspokojone potrzeby seksualne destabilizują relację. Ale nie jest to sytuacja beznadziejna, jak możemy myśleć, zakładając, że libido czy temperament to coś danego nam raz na zawsze i niezmiennego. Autorzy „Czy to normalne?” piszą o metodzie tak zwanej ewolucji potrzeb seksualnych, która pozwala na zgranie się dwojga ludzi mających inne potrzeby i temperament. Okazuje się, że dzięki pracy nad wzmocnieniem intymności, a także poczuciem wartości i pewności siebie u tego z partnerów, który wydaje się mieć słabsze libido, dochodzi często do wyrównania tych dysproporcji. Moim klientom zalecam podobną metodę. Mają, każde osobno, napisać listę swoich potrzeb seksualnych. Potem na terapii zamieniają się kartkami i zakreślają na liście partnera to, co jest do przyjęcia. I zaczynają powoli wcielać to w życie. Miałem niedawno klienta, który był wysoko funkcjonującym właścicielem firmy, ale w sypialni sobie nie radził. Mówił, że żona ma większe potrzeby. Kiedy zaczęliśmy pracę nad tym jego „nieradzeniem sobie”, szybko okazało się, że powodem jest tak naprawdę to, że mężczyzna nie radzi sobie ze stresem. W pracy jest tak zestresowany, że po powrocie do domu nie umie przełączyć się na tryb erotyczny.

Uczyłeś go metod relaksacji, bo miał mniejsze libido niż jego żona? A może trzeba było ją nauczyć, żeby powściągnęła swoje żądze?
Nauczyłem go odpoczywać, bo tego nie potrafił. Wiele osób po powrocie do domu nie umie wyłączyć emocji przyniesionych z pracy. W takiej sytuacji, zanim wejdziemy do łóżka, musimy się zrelaksować,a seks warto zaczynać od masażu. Z tym klientem pracowaliśmy także nad tym, jakim mężczyzną chciałby być. Pewnym siebie, z większym libido? Poradziłem mu też, żeby kupił bransoletkę i przez cały dzień nosił ją na prawej ręce, ale przed seksem przekładał na lewą. To miało być dla niego symboliczne przełączenie się z trybu pracy na tryb seksu. No i po kilku miesiącach pracy miał zdecydowanie więcej pewności siebie, a w rezultacie więcej ochoty na seks.

I ładną bransoletkę.
Właśnie. 

Piotr Sarnowski, psychoterapeuta, specjalista psychoterapii uzależnień, wykładowca na UKSW.

  1. Psychologia

Nie bój się trudnych przeżyć

Czasem sami wywołujemy awanturę i burzę emocji. Powód? - warto się nad nim zastanowić... (fot. iStock)
Czasem sami wywołujemy awanturę i burzę emocji. Powód? - warto się nad nim zastanowić... (fot. iStock)
To nasza pierwsza kłótnia – opowiada moja młoda, piękna i mądra klientka. Jest w pierwszym poważnym związku, na którym jej zależy, i żeby go nie zepsuć, przychodzi do mnie od jakiegoś czasu. Jest świadoma swoich, nie zawsze łatwych dla innych, nawyków bardzo samodzielnej, pewnej siebie kobiety sukcesu, która jednak w sprawach intymnych czuje się często jak mała dziewczynka. (Tak na marginesie, ten „emocjonalny zestaw damski” to syndrom naszych czasów).

– Nie mogę nawet sobie przypomnieć, o co się pokłóciliśmy, ale tak to się rozkręcało, że poszło na noże. On się spakował i wybiegł, krzycząc: Właśnie się tego obawiałem, że mnie wcale nie kochasz! Trzasnął drzwiami, a ja zostałam, trzęsąc się ze złości. No i bardzo dobrze, idź sobie, lepiej jak najszybciej, wcale cię nie potrzebuję, było mi lepiej, jak byłam sama, po co mi to wszystko i… buuu – zawyłam jeszcze ze złością, ale już z żalu i smutku, i straty. Więc to już? Koniec miłości i nie wiadomo nawet dlaczego? A taki był słodki, do rany przyłóż, wszystko oszustwo… ale po co? I co ja teraz zrobię?!!!

Raptem drzwi się otworzyły, walizka wylądowała u moich stóp razem z właścicielem. „Jaki ja byłem głupi, wybacz, na dole, już przy bramie poczułem zapach frytek i aż mnie wryło w ziemię!”. Co mają do tego FRYTKI? „Poczekaj, zaraz ci wszystko opowiem, tylko się już nie gniewaj, przepraszam, przepraszam…”.

Ja ciebie też przepraszam – wydukałam, bo czułam, że tyle samo włożyłam szaleństwa w tę kłótnię – bardzo przepraszam, też byłam głupia…  Jak dobrze, że wróciłeś… A te… frytki?

O frytkach opowiedział po dłuższej chwili, bo najpierw musieliśmy zacałować i uszanować nasz pierwszy powrót do siebie.  – Wychowywałem się w biedzie – zaczął. – Ale bywało wesoło i kolorowo. Dużo ogrodów, częste spotkania z sąsiadami i rodziną przy ognisku. Miałem ukochaną, młodą, ładną ciotkę. Obiecała ognisko i że będą frytki. FRYTKI!!! To był rarytas, marzenie! Miałem osiem lat i uwielbiałem frytki. O niczym innym już nie myślałem. Czekałem na ten wieczór jak na Boże Narodzenie. Świat był piękny, życie pełne kuszących obietnic, a ja byłem młodym bogiem, który się w tym nurzał po uszy.

Nadszedł ów wieczór, ognisko się paliło, dorośli piekli kiełbaski, które nic mnie nie obchodziły, bo ciotka wyszła z kuchni z misą frytek. Zaczęła nakładać dzieciakom, które przepychały się w kolejce. Stałem obok. A ty co? – zawołała do mnie ciotka. – Nie chcesz frytek? – Nie chcę – usłyszałem, jak odpowiada ktoś z mojego wnętrza. Stałem jak wryty. – Ty nie chcesz frytek?– wykrzyknęła już zdenerwowana ciotka. Czułem się jak zahipnotyzowany: – Nie chcę – odpowiedziałem głośno i pewnie, choć w środku już pojawiał się lęk, że coś złego właśnie się rozpoczyna. – Ach tak, nie chcesz frytek!? – wrzasnęła ciotka, rzucając miskę. – A w tyłek chcesz?! – I ruszyła ku mnie. Jakoś oderwałem się od ziemi i zacząłem uciekać. Ona za mną. Dorwała mnie pod płotem, w krzakach. Natłukła, krzycząc: – Już nie masz wstępu do mojego ogrodu, nigdy, słyszysz? Już cię tu nie chcę, pętaku!

Pobiegła, a ja zostałem sam, drżąc cały, nie mogąc złapać tchu i niepomiernie zadziwiony: jak to się stało? I CO się stało? Jak to możliwe, że jeszcze przed chwilą cudny świat pełen frytek otwierał się ku mnie, a teraz jestem wygnańcem bez ziemi, bez ciotki i bez frytek. I nikt inny, tylko ja sam sobie to zrobiłem… Ale dlaczego?!!!

Po jakimś czasie zrozumiałem. Raptem zapragnąłem, że skoro jest tak cudnie, to żeby było JESZCZE LEPIEJ! Nieświadomie czekałem na to, że moja ulubiona ciotka, która za mną przecież też przepadała, jeszcze mnie POPROSI, żebym chciał od niej te frytki.

Ciotkę później przeprosiłem, ona też przyznała, że zbytnio się uniosła. Życie już nigdy nie było takie samo. Zapamiętałem to przeżycie na zawsze. Lepsze jest wrogiem dobrego. Szanuj to, co masz. I pamiętaj, jak bardzo ty sam jesteś autorem tego, co cię spotyka.

Urzeczona tą opowieścią powiedziałam do mojej klientki: Gratuluję narzeczonego, mądry mężczyzna, gratuluję pierwszej, wspaniałej kłótni, po której będziecie mogli oboje w trudnych chwilach krzyknąć do siebie: Uwaga, FRYTKI! Czy pozwolicie, żeby i inni skosztowali Waszej mądrości?

Pozwolili.

Katarzyna Miller – psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Kup kochance męża kwiaty”, „Chcę być kochana tak jak chcę”. Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym.

  1. Psychologia

Uroki tajemnicy. O sekretach, które mogą ratować i niszczyć życie

Według wschodniej filozofii, tajemnica wyniszcza jej nosiciela i lepiej wykrzyczeć ją choćby do dziury w ziemi, niż z nią żyć. (Fot. iStock)
Według wschodniej filozofii, tajemnica wyniszcza jej nosiciela i lepiej wykrzyczeć ją choćby do dziury w ziemi, niż z nią żyć. (Fot. iStock)
Historyczne, polityczne, to tajemnice sensacyjne, ale tak naprawdę szokują przez chwilę. Za to sekrety nasze codzienne potrafią zniszczyć życie albo... je odbudować.

Według wschodniej filozofii, tajemnica wyniszcza jej nosiciela i lepiej wykrzyczeć ją choćby do dziury w ziemi, niż z nią żyć. Jeśli kiedykolwiek ukrywałeś czyjś ważny sekret – znasz ciężar tego brzemienia. A ujawnienie czyjejś tajemnicy? Nierzadko postrzegamy taki czyn jak przewinienie podobne do zdrady. Poinformowanie żony o tym, że jej mąż ma drugą rodzinę, wnuka o zbrodni dziadka albo dziecka, że jest adoptowane... Wiadomo, otwarcie takich tajemnic wywraca ludzkie biografie. A czy tajemnice potrafią zniszczyć życie tego, kto je nosi w sobie?

– Kiedy obawiamy się, że coś, co chcemy ukryć, może wyjść na jaw, żyjemy pod stałą presją, co nie pozwala nam swobodnie oddychać – mówi Zuzanna Celmer. – Funkcjonujemy niejako w dwóch rzeczywistościach: zewnętrznej i wewnętrznej, a takie rozszczepienie na pewno nie służy zdrowiu psychicznemu i fizycznemu. Niekiedy jednak, jeśli jest się absolutnie przekonanym, że zachowanie tajemnicy w jakiejś kwestii jest konieczne dla dobra człowieka lub sprawy – wówczas klauzula „tajne” ma wysoki priorytet w hierarchii wartości. Niesiemy ją w sobie przez całe życie z poczuciem słuszności tej decyzji.

Takim szczególnym przypadkiem jest adopcja. – Kiedy rodzice uważają, że adoptowane przez nich  dziecko nie może się dowiedzieć o tym fakcie, bo mogłoby mieć żal i poczuć się odrzucone przez biologicznych rodziców, będą ukrywać tę prawdę, ale i zadręczać się tym, że może ją usłyszeć od kogoś innego – mówi Zuzanna Celmer. – W historii rodzin często kryją się zdarzenia, o których nie mówi się nawet między sobą, pokrywając je milczeniem. Dodajmy do tego tajemnice biografii poszczególnych członków rodzin, ujawniające się na przykład w ustawieniach hellingerowskich, i nasze własne sprawy czy zachowania – większe lub mniejsze – o których dla swojego dobra wolelibyśmy zapomnieć.

Oczywiście, każda epoka ma swoją specyfikę. Na przykład nieślubna ciąża córki czy wdanie się syna w tzw. nieodpowiednie towarzystwo – starannie kiedyś ukrywane, wraz ze zmianą obyczajowości i poluzowaniem norm moralnych, nie jest już hańbą czy powodem do wstydu. Może nie rozpowiada się o tym wszem i wobec, ale też nie tai przed otoczeniem. Niemniej tajemnice istnieją nadal. Związane są choćby z historycznymi zawieruchami, jak druga wojna światowa, okres powojenny czy kolejne dekady polskich dziejów. Słowo sekret wydaje się mieć lżejszy ciężar gatunkowy i bardziej oznacza umowę o niezdradzaniu czegoś przed konkretnym terminem, zanim nie zostanie to „coś” ogłoszone, wykonane lub nie nadejdzie pora, żeby to ujawnić. Natomiast tajemnica jawi się jako „tajna”, a więc ukryta tak długo, jak to tylko możliwe. Czasami aż do śmierci.

Dziewczyna i chłopak

Piotrek pojawił się na szkolnym balu przebierańców niespodziewanie – do wczoraj mówił, że to głupie. Ubrany był w czarne skórzane kozaczki na obcasie. I miał makijaż! Przebił wszystkie zakonnice, pielęgniarki, hinduskie tancerki. Był lepszy od diabła i Batmana. Ola patrzyła na niego zauroczona. Minął rok odkąd zaczęli się spotykać, ale takiego Piotrka jeszcze nie znała. Zazwyczaj bywał spięty, zamknięty w sobie, znikał na treningach siatkówki. Twardziel. Ale ona cieszyła się, że nie włóczy się po pubach i nie ogląda za dziewczynami. Tego by nie zniosła. Jej poprzedni chłopak wariował na widok każdej z jej koleżanek i wreszcie bezpowrotnie odszedł z jedną z nich. Długo czuła się zraniona, przestała ufać chłopakom.

A potem pojawił się Piotrek. Nad łóżkiem zamiast Rihanny miał plakat z Eltonem Johnem. Spokojny, długo nalegał na spotkanie. Aż poszli wreszcie do kina i... trzymali się za ręce. Potem spacer, trochę pocałunków. Rozmowy, rozmowy, rozmowy. Wszystko po kolei. Tak jak według Oli powinno być. Najpierw poznawanie się, chodzenie za rękę, przytulanie, dopiero potem seks, układanie życia, rodzinne wakacje, dzieci...

I oto wyluzowany i rozbawiony Piotrek rozdawał wszystkim kokieteryjne spojrzenia i co chwilę wybuchał śmiechem. Tańczył nawet z Marcinem. „Nareszcie!”– pomyślała Ola. „Otworzył się. Dziś pójdziemy do... niego”.

Po balu chciała pojechać z Piotrkiem, on jednak zaprotestował. I w tym momencie Ola naprawdę się załamała. Wiedziała, że taka noc nieprędko się powtórzy. Płakała całą drogę.

Od tej pory nie było już tak jak dawniej. Coś się popsuło. Piotrek bardzo rzadko do niej dzwonił, nie zawsze też odpisywał na jej SMS-y. „Może jestem zbyt natarczywa? Seks to przecież nie wszystko” – myślała Ola. Ale po tygodniu nacisnęła guzik przy numerze 25 na jego domofonie.

Piotr nie chciał z nią rozmawiać, ale nie dała za wygraną. Winda. Jeszcze nigdy jazda tak się nie dłużyła. Drugie piętro. Setki myśli. Piąte piętro. Miliony pytań. Siódme. Zapukała. Drzwi otworzył Marcin. Ten, z którym Piotrek tańczył na balu. „Nie męcz mnie, Olu” – powiedział Piotrek – „Ja cię nie kocham. Chcę, żebyśmy zostali przyjaciółmi”. „Jeśli mężczyzna proponuje kobiecie przyjaźń, to znaczy, że to koniec miłości” – Ola przypomniała sobie słowa mamy.  Łzy spadały na niebieską sukienkę... Nie pamięta, jak wróciła do domu. Ale nie zapomni chwili, kiedy tajemnica wyszła na jaw.

Zadzwonił domofon. Ola odebrała. Znała ten głos! To głos Marcina. Skoczyła na równe nogi. „Skończmy te sekrety. To paranoja. Wszystkim będzie lżej. Ja i Piotrek jesteśmy razem od pół roku. Piotrek nie wiedział, jak ci to powiedzieć” – usłyszała.

Komentarz eksperta

Renata Bożek: Największą tajemnicą w tej historii jest to, dlaczego Ola po raz kolejny zakochała się w kimś, kto ją zdradził. Bo to, że Piotr wybrał Marcina, a nie Martę – jest bez znaczenia. Niepokoi to, że znów została sama, oraz że przez pół roku nie dostrzegła, że jej ukochany ma kogoś innego.

Najłatwiej w tej sytuacji byłoby oskarżyć Piotrka, że ją oszukiwał i ukrywał przed nią swoje prawdziwe uczucia i potrzeby. Ale to pójście na łatwiznę. Ono nie wniesie do życia niczego kreatywnego. Ola musi zrobić coś trudniejszego – rozwiązać własną tajemnicę, odpowiedzieć sobie: „dlaczego wybieram takich chłopaków i wchodzę w takie związki?”. Musi zrozumieć destrukcyjny mechanizm, który popycha ją w ramiona tych, którzy ją odrzucają i ranią. Zostawiają samą.

Do rozwikłania pozostają też tajemnice rodzinne. Jaki wzór związku Ola wyniosła z rodzinnego domu? Czy mama i tata dawali jej poczucie, że jest kochana? Ta wiedza będzie jej potrzebna po to, żeby w przyszłości zbudować udany związek. Radziłabym także rozmowę z kimś starszym i godnym zaufania. Psychoanalitykiem, psychoterapeutą, szkolnym pedagogiem…

Ojciec i syn

Gdy matka opowiedziała mu wszystko, Paweł poczuł ulgę. Od lat podejrzewał jakiś rodzinny sekret. Coś, co nieuchronnie prowadziło ich rodzinę do dezintegracji, nie pozwalało budować, za to łatwo gasiło z trudem zapalany ogień. Czasem się nad tym zastanawiał. Wiedział, że jego matka poznała w młodości mężczyznę, z którym łączyło ją wielkie uczucie, że po rozwodzie wróciła z córeczką do rodzinnego domu, a presja wywierana przez konserwatywnego dziadka doprowadziła do tego, że wyszła za mąż za jego ojca.

„Zaczęłam spotykać się z twoim ojcem z czystego rozsądku” – wyznała. „Szukałam kogoś, kto zaakceptuje mnie i twoją siostrę. Chciałam uciec z domu twojego dziadka, z zaściankowego świata, w którym rozwódka z dzieckiem była traktowana jak czarownica”.

Gdy Paweł przyszedł na świat, jego matka miała 28 lat, męża, M4 i jako takie szczęście. Mąż jednak pił regularnie. Paweł pamiętał ojca od zawsze jako alkoholika. I awantury, a przede wszystkim brak kontaktu. „Zawsze czułem, że nie jesteśmy do siebie podobni, że brak między nami więzi emocjonalnej. Że ja go tak naprawdę nie kocham, a on mnie też jakoś tak, dziwnie. Moją siostrę brał na kolana, mnie nigdy. Nienawidziłem chwil, kiedy atakował mamę. Zawsze brałem jej stronę i wtedy często padały słowa: »Bo mu powiem, bo mu powiem!«. Pewnie nieraz chciał wszystko wykrzyczeć, ale mama tak to organizowała, żeby prawda nie wyszła na jaw”.

Teraz, kiedy zmarł, Paweł wiedział już wszystko. „Był bezpłodny” – powiedziała matka – „Z tego powodu odeszła od niego pierwsza żona. Tak jak ja padł ofiarą małomiasteczkowych konwenansów. Facet, a nie może mieć dzieci? Doszliśmy do porozumienia. Skoro on był dobry dla mojej córki, postanowiłam zrobić coś dla niego. Pracowałam w kancelarii prawnej. Podobałam się mężczyznom. Wiedziałam, kiedy pójść do łóżka, żeby zajść w ciążę”.

Paweł słuchał z ciekawością. Jego dorosłe życie było już poukładane, nie czuł żalu do matki: „Chroniła mnie przed prawdą, szczególnie w okresie dojrzewania, z obawy przed tym, żebym nie wykorzystywał tego przeciwko niemu. Tak było lepiej. Co mógłbym zrobić jako zbuntowany nastolatek? Gnębić „mojego” ojca, który wychowywał mnie tak, jak potrafił? Ileż energii musiał wkładać w dochowanie tej wielkiej tajemnicy? Tak naprawdę bardzo mu współczuję” – mówi z przekonaniem Paweł.

A biologiczny ojciec? „Pan z kancelarii, tuż po tym jak mnie stworzył, został wydelegowany do pracy za granicą. Najprawdopodobniej nie ma zielonego pojęcia, że jestem na świecie. Nigdy się nie spotkaliśmy. Na początku korciło mnie, żeby go odnaleźć. Spotkanie własnego ojca na pewno stanowi jakąś pokusę. Może jest biedakiem, a może milionerem? To przecież mój prawdziwy ojciec. Tylko jeden i aż jeden, ale... z drugiej strony, po co miałbym mu fundować frustracje? Wchodzić nagle w jego może poukładane życie? Co nasze spotkanie mogłoby dla niego znaczyć? Szok? Zmianę światopoglądu? Nie, nie, nie zrobię mu tego. Na razie cieszę się wszystkimi pozytywnymi genami, jakie w sobie dostrzegam. Może właśnie po nim?”.

Komentarz eksperta

Renata Bożek: W historii Pawła widać, że poznanie rodzinnej tajemnicy ma wyzwalającą, twórczą siłę. Dlaczego? Każdy z nas potrzebuje spójnej autonarracji, czyli czegoś w rodzaju powieści lub scenariusza, w którym jesteśmy głównym bohaterem. Jeśli w tym „filmie” są białe plamy i sprzeczności, nasza postać jest niepełna, czegoś jej brakuje. Odkrycie brakujących „scen” we własnej historii daje pewność, że wiemy, kim jesteśmy. Pozwala lepiej zrozumieć to, co się w życiu wydarzało i wydarza.

W chwili gdy Paweł odkrył rodzinną tajemnicę, zrozumiał, dlaczego ojczym był dla niego taki obcy. Poczuł współczucie do człowieka, którego przez lata oskarżał i nie znosił. Dopiero teraz docenił jego starania. Przestał czuć się niekochanym synem. Dzięki temu uwolnił się od ciężaru przeszłości i był wreszcie w stanie wziąć odpowiedzialność za swoje wybory.

Odszyfrowanie rodzinnej tajemnicy bywa szansą na odnalezienie w sobie siły życiowej, zaakceptowanie tego, kim się jest, i uwolnienie twórczej energii.

  1. Psychologia

Dlaczego tak trudno dzisiaj dorosnąć?

Naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. (Fot. iStock)
Naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. (Fot. iStock)
Rodzice narzekają: „Syn ani myśli się wyprowadzić, skończył studia, a siedzi nam na głowie i w kieszeni. Córka sprowadziła do domu chłopaka, i to miesiąc przed maturą”. Dzieci z kolei żalą się: „Rodzice ograniczają nam wolność, traktują jak przedszkolaków, choć jesteśmy przecież dorośli”. No więc jak to jest z tą dorosłością?

Hanka, lat 30, tłumaczka z włoskiego i doktorantka na italianistyce, mieszka z rodzicami i sześcioletnią córeczką w ich domu pod Warszawą. Tym samym, w którym się urodziła i wychowała. Kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, a było to na ostatnim roku studiów, miała nawet pomysł, że przeprowadzi się do kraju ojca dziecka, czyli do Włoch. Potem – że do wynajętego w centrum Warszawy mieszkania. Ale pomysły te umarły w chwili narodzin córeczki. Rodzice, od początku przeciwni związkowi jedynaczki, szybko przejęli inicjatywę – zabrali dzieci (tak mówią o wnuczce i córce) ze szpitala prosto do domu, argumentując, że tu będzie im lepiej niż w ciasnej klitce. Oddali całe piętro, urządzili, kupili niemowlęce akcesoria, wynajęli nianię (sami są aktywni zawodowo). Można powiedzieć, że „dzieci” mają wszystko, co potrzebne do życia, a nawet dużo więcej. Świetne warunki, wikt i opierunek, pieniądze na wakacje i ekstrazakupy. Ale córka nie ma już męża, a wnuczka ojca. Wyjechał do… swoich rodziców. Hanka co kilka dni odgraża się, że już, już się wyprowadza. Tata podsuwa jej wtedy kubek z ulubioną kawą po turecku, której „nikt nie parzy tak jak on”, i pyta: „A gdzie, córeczko, będzie ci lepiej?”. I córeczka zostaje.

Dorosłe dzieci

Podobnie czyni w Polsce ponad 43 procent młodych ludzi w wieku 25–34 lata. Prawie tyle, ile we Włoszech słynących z tego zjawiska, które ma tam nawet swoją nazwę: „mammisimo” albo „bamboccino”. Nie jest jednak prawdą, że rodzice utrzymują głównie bezrobotne dzieci, ponad dwie trzecie mieszkających z rodzicami pracuje na pełen etat. Ci bez pracy stanowią zaledwie 13,8 procent i te proporcje nie zmieniły się nawet w kryzysie.

Socjologowie zauważają, że dorosłe dzieci trzymają się kurczowo rodzinnych domów nie tylko z powodów ekonomicznych, ale także ze względów kulturowych. Mocne związki z rodzicami kultywuje religia katolicka. I to między innymi dlatego największy odsetek dzieci po 25. roku życia mieszka z rodzicami w krajach takich jak Włochy, Hiszpania czy Polska.

Psycholog Jarosław Przybylski przyczyn tego zjawiska upatruje przede wszystkim w zmianie stosunku rodziców do dzieci.

– W ostatnich dekadach diametralnie zmieniły się relacje międzypokoleniowe. Z autorytarnych na liberalne. Pokolenie dzisiejszych 50-latków nie mogło liczyć na to, że rodzice zaakceptują ich decyzje w wielu sferach życia. Nie było na przykład mowy, żeby mieszkać z dziewczyną przed ślubem. Robiło się to w tajemnicy albo trzeba było wziąć ślub. Młodzi ludzie, żeby żyć po swojemu, nie słuchać krytyki ojca i matki, jak najszybciej wyprowadzali się z domu. Dzisiaj rodzice są partnerami, kumplami, którzy dają dzieciom wolność wyboru. Po cóż więc córka czy syn ma się wyprowadzać, skoro dostaje w domu wszystko – i wolność, i opiekę?

Psychoterapeutka Elżbieta Pożarowska stawia podobną diagnozę: – Dzisiaj część młodych ludzi może liczyć ze strony rodziców na pomoc: mieszkaniową, organizacyjną, finansową. Ale to, że mają łatwiej, oznacza też, że trudniej im z tego wszystkiego zrezygnować. Trudno bowiem porzucić coś, co jest przyjemne, wygodne, i zdecydować się na poniewierkę, niepewny los, wynajmowanie mieszkania za własne, ciężko zarobione pieniądze. Kalkulują: „U rodziców mam pokój, jedzenie, nie płacę rachunków. Żyć na własny rachunek? Jeszcze nie teraz”. I odkładają decyzję o wyprowadzce.

Małgorzata Halber, dziennikarka, autorka książki „Najgorszy człowiek na świecie”, określa ludzi w podobnym wieku „pokoleniem, które non stop się boi, że nie jest dorosłe”. Dlaczego młodzi ludzie się tego boją? Bo jej zdaniem nie wiedzą, co to znaczy być dorosłym. W jednym z wywiadów dziennikarka mówi: „Możemy mieć dzieci, kiedy chcemy i jeśli chcemy, brać ślub, kiedy chcemy i jeśli chcemy, możemy grać na PlayStation i kupować koszulki z postaciami z dobranocek, mimo że mamy prawie 40 lat. Nasi rodzice żyli inaczej i przekazali nam przesłanie: żeby nie ryzykować, żeby się ustatkować. Chcemy żyć inaczej niż oni, ale nie umiemy się uwolnić od ich wpływu”.

Czego boją się rodzice

Rozmawiam z ojcem Hanki, zadbanym, wysportowanym panem koło sześćdziesiątki. Wie, o czym piszę, zgodził się na rozmowę, ale teraz ma wątpliwości: – Chyba nie jesteśmy dobrym przykładem do pani artykułu. Bo czy my zatrzymujemy Hanię? Absolutnie nie. Niczego jej nie zabraniamy, może się wyprowadzić, kiedy zechce. A nawet myślę, że powinna to zrobić jak najszybciej, jeżeli chce znaleźć sobie jakiegoś mężczyznę. Ale przecież jej nie wygonię, a poza tym one z wnusią nas potrzebują.

I tu tata Hani wylicza powody, dla których jednak córka powinna zostać. Według Elżbiety Pożarowskiej odpowiedzialność za to, jak dorosłe dzieci radzą sobie ze swoją dorosłością, leży w dużej mierze po stronie rodziców.

– Narzekamy, że dzieci nie wyprowadzają się z domu, ale robimy wszystko, żeby je zatrzymać. Owszem, na świadomym poziomie planujemy, że teraz, kiedy dzieci są dorosłe, zajmiemy się sobą, swoimi zarzuconymi pasjami, bo wreszcie mamy czas i warunki. Ale na poziomie nieświadomym trzymamy dzieci przy sobie. Trudno nam bowiem zrezygnować z bycia potrzebnymi, z kontrolowania dzieci, z wywierania na nie wpływu. Całe życie tak dużo ode mnie zależało, a teraz co, nie mam nic do powiedzenia? Moja miłość, moje poświęcenie są już niepotrzebne? Trudno pogodzić się z tym brakiem, trudno żyć bez „obiektu” do kochania, zwłaszcza matkom, które często dla dzieci rezygnują ze wszystkiego: pracy, pasji, przyjaciół. No więc jeśli rodzicielstwo i dom były do tej pory treścią ich życia, to po odejściu dzieci tej treści dotkliwie brakuje, pojawia się pustka, samotność, poczucie braku sensu życia. Zatrzymujemy je w domu właśnie z lęku przed tymi uczuciami. A także z obawy przed konfrontacją ze starością, bo dzieci i ich problemy w jakimś sensie nas przed tym chronią.

Kolejny nieuświadomiony, a częsty powód trzymania dzieci pod skrzydłami, na który zwraca uwagę wielu psychologów, to obawa rodziców o przyszłość ich małżeństwa. Do tej pory to dziecko cementowało ich związek – organizowało ich życie, bywało katalizatorem sporów między nimi, sprawiało, że musieli się pilnować, określać wobec siebie.

Elżbieta Pożarowska: – Kiedy dzieci wyprowadzają się z domu, matka i ojciec na nowo muszą stać się mężem i żoną. Wielu małżonków tego bardzo długo nie ćwiczyło, bo skupili się wyłącznie na roli ojca i matki. Kiedy zostają sami, nagle okazuje się, że dziecko to jedyne, co ich łączy. Stają twarzą w twarz jako zupełnie obcy sobie ludzie, którzy tylko mieszkają ze sobą od 20 lat w jednym mieszkaniu. Dlatego podświadomie robią wszystko, żeby nie konfrontować się z tym, że ich relacja jest pusta.

Mieszkanie z rodzicami

Mama Hanki, szczupła, modnie ubrana, w nieokreślonym wieku, podobnie jak ojciec wylicza powody, dla których córce i wnuczce w ich domu jest wygodniej, taniej, przyjemniej, zdrowiej. Po prostu lepiej. – Byłoby czystą głupotą wpędzać się w koszty, wynajmować mieszkanie, skoro one mają u nas wszystko, czego potrzebują – powtarza. – Gdyby córka zapytała, czy może się wyprowadzić, na pewno bardzo bym to przeżyła, bo tylko jedną ją mamy. Ale cóż, nie mogłabym się nie zgodzić.

Jarosław Przybylski oburza się na sam pomysł, żeby dorosłe dzieci pytały rodziców o zgodę na wyprowadzkę.

– To jakaś aberracja! Dorosłość oznacza prawo, a nawet obowiązek samostanowienia, podejmowania decyzji i brania za nie odpowiedzialności. 30-letnia kobieta pytająca matkę o pozwolenie na odejście z domu jest emocjonalnie i mentalnie małą dziewczynką, tak naprawdę psychicznie przez nią ubezwłasnowolnioną. Matka nadal traktuje ją jak dziecko, które musi jej  słuchać, a może też chce, żeby to ona teraz się nią zajęła. Tak czy owak taka kobieta jest w psychicznej matni i dopóki nie przepracuje relacji z rodzicami, dopóty trudno będzie jej się od nich uwolnić.

Kolej na Hankę. Ona też zaczyna od uzasadniania, dlaczego nadal mieszka z rodzicami. Bo tak wygodniej i racjonalniej. A potrzeba bycia prawdziwie dorosłą, na swoim, na własny rachunek?

– W domu rodziców czuję się absolutnie jak u siebie. Oni mieszkają na dole, my zajmujemy z córeczką piętro. Owszem, pokrywają wszystkie koszty naszego utrzymania, ale sami to zaproponowali. Gdybym chciała, mogłabym się od nich odizolować. Ale nie chcę. Jak by to zresztą wyglądało? Mieszkamy razem, korzystam z ich pomocy, a ich ignoruję? Jestem im wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobili i robią. Mam wobec nich dług do spłacenia, tak uważam. I dlatego jeśli widzę, że oni są szczęśliwi z tego powodu, że z nimi mieszkam, to mieszkam.

Bert Hellinger, słynny niemiecki terapeuta, twórca tak zwanych ustawień, przy wszystkich okazjach (na warsztatach, w książkach) podkreśla, że relacja rodzice – dzieci z definicji nie jest dwukierunkowa. To znaczy: rodzice zawsze dają, a dzieci biorą, nigdy odwrotnie.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska w książce „Skąd się biorą dorośli” pisze, że jeśli rodzice oczekują, żeby syn czy córka zaspokajali takie ich potrzeby, jak ambicje, poczucie ważności, to nie traktują ich jak kogoś, komu powinni dawać, ale jak istoty, od których powinni ciągle coś dostawać. „A przecież to naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. Może iść naprzód i to robić, bo czuje ich wsparcie. Nie przychodzimy na świat z długiem. I nie zaciągamy go przez to, że rodzice nas wychowują, opiekują się nami, zapewniają nam byt, bezpieczeństwo i czułość! To nam się od nich należy, bo wynika to z charakteru naszych wzajemnych relacji”.

Jak się uniezależnić od rodziców?

Elżbieta Pożarowska zna ze swojej praktyki terapeutycznej wielu młodych ludzi podobnych do Hanki, którzy nie potrafią wyprowadzić się z domu. Nie fizycznie, bo większość z nich w końcu to robi, ale psychicznie.

– „Wyprowadzić się” z domu psychicznie, uniezależnić, odpępowić od matki i ojca, to stanowi dzisiaj dla młodych ludzi duży kłopot. Oni tych rodziców cały czas noszą w sobie w taki sposób, że na ich działanie, wybory, uczucia ma wpływ to, czego oczekiwali i nadal oczekują od nich rodzice. Czyli próbują zadowolić rodziców, a nie realizować własny plan na życie. Płacą za to trudnościami w zawieraniu i utrzymaniu swoich związków, wzięciu odpowiedzialności za swoje uczucia, emocje, działania, także za myślenie. Staram się im pokazać, że to, co czują i myślą, pochodzi od nich, a nie od kogokolwiek innego.

Psychoterapeutka zauważa, że młodzi ludzie są dzisiaj pogubieni. Rodzice całe życie ich wyręczali, podstawiali pod nos pełny talerz, uprasowane ubrania, sprzątali ich pokój, dawali pieniądze na wszystkie zachcianki. No, a teraz oni muszą sobie radzić. Skąd mają to umieć?

– Jeżeli dziecko wychowuje się w nierzeczywistym świecie, w dodatku bez kontaktu z rodzicami, staje się bezradne, pogubione i boi się odpowiedzialności. Żeby w dorosłości mogło stać się samodzielne, już od najmłodszych lat powinno poznawać prawdziwą rzeczywistość, uczestniczyć w domowych czynnościach. Rolą rodzica jest odzwierciedlanie tej rzeczywistości, czyli nazywanie czynności, emocji, uczuć dziecka. Ale jest to możliwe wtedy, gdy rodzice mają wystarczająco dużo dla niego uwagi i zainteresowania. Współcześni rodzice mają mało czasu dla dziecka, a jeśli już ten czas znajdują, to jego jakość – z komórką, laptopem albo przed telewizorem – pozostawia wiele do życzenia. Bo jakie są te podstawowe warunki potrzebne do tego, żeby dziecko nie pogubiło się w dorosłym życiu? Poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości, które buduje się poprzez bliskie, czyli pełne miłości relacje, najpierw, w okresie niemowlęcym, z matką, potem z ojcem.

Zdaniem psychoterapeutki rodzice dają dzisiaj dziecku za mało mądrego wsparcia, są zagarniający, mówią, co ma ono robić, myśleć i czuć. Dzieci nie mają więc możliwości sprawdzenia, co jest dla nich dobre, co złe, co lubią, a czego nie. Nic dziwnego, że stają się potem całkowicie od nich zależne. Jak pewien młody człowiek, który na pytanie, czy jest głodny, odpowiada pytaniem: „A która jest godzina?”. On nie umie odczytać sygnałów płynących ze swojego organizmu, tylko szuka ich na zewnątrz. Do tej pory żył pod dyktando rodziców, nie miał szansy przetestować, jak to jest na przykład być głodnym, bo zanim poczuł głód, już był nakarmiony.

Psychologowie podkreślają, że na dorosłość dziecka pracujemy od momentu jego urodzenia. Według Elżbiety Pożarowskiej ważne jest to, żeby nie bać się wpuszczania dziecka w nowe rewiry, na przykład wyprawiać na obozy czy kolonie, a potem pozwalać na samodzielne wyjazdy. Każde takie doświadczenie to kolejny krok w dorosłość.

– Pamiętam pożegnanie mojej wówczas 22-letniej córki, która postanowiła polecieć na dłużej do Londynu – opowiada. – Starałam się ją w tym wspierać, ale jak już samolot oderwał się od ziemi, to ja w ryk. Strasznie ważne, żeby nie zarazić dziecka naszymi lękami. Moja córka, już z Anglii, napisała mi coś, co cytuję moim klientom: „Wiem, że się o mnie martwisz, mamusiu, ale nic nie mogę na to poradzić”. To piękne zdanie, które pokazuje, że moje jest zmartwienie, a jej życie. Wiele razy słyszałam w moim gabinecie: „Nienawidzę tego, jak moja mama mówi, że się o mnie martwi”. Takie określenie jest jak ciężar włożony na plecy.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska w cytowanej już książce pisze: „Rodzice powinni pozwolić, żeby dziecku wyrosły skrzydła. Nie mogą się na tych skrzydłach wieszać, ale dać mu poczucie bezpieczeństwa, prawo do autonomii, odrębności, z których będzie mogło korzystać bez lęku, że rodzice przeżywają z tego powodu trudne emocje – odrzucenie, niezrozumienie, brak uszanowania, nielojalność”.

Co tych skrzydeł dodaje? Słowa otuchy, odwagi, na przykład: „Wierzę, że sobie poradzisz, zawsze możesz do nas zadzwonić, ale teraz przyszedł czas na twoje samodzielne życie”.

Elżbieta Pożarowska: – Smutek po wyprowadzce dzieci to nic złego, powinniśmy dać sobie prawo do przeżycia syndromu pustego gniazda. Ale dobrze jest uświadomić sobie, że w pewnym momencie naprawdę nie mamy już na dzieci wpływu poza tym, że im sekundujemy i nadal je zapewniamy, jak są dla nas ważne. Rozstanie – i to fizyczne, i psychiczne – powinno nastąpić, choćby było dla nas bardzo bolesne, bo jest dobre dla dziecka. Może nie widzimy tego od razu, w tej chwili, ale na pewno zobaczymy w długofalowej perspektywie. Nie próbujmy więc zatrzymać płynącej rzeki, co najwyżej starajmy się, aby jej fale były jak najmniej wzburzone.

  1. Seks

Kiedy mężczyzna nie ma ochoty na seks?

Mężczyźni, którzy nie mają ochoty na seks często nie rozumieją, co się z nimi naprawdę dzieje (fot. iStock)
Mężczyźni, którzy nie mają ochoty na seks często nie rozumieją, co się z nimi naprawdę dzieje (fot. iStock)
Pada kolejny mit. Ten, że mężczyzna ma zawsze ochotę na seks, a kobieta niekoniecznie. Powody, dla których mężczyźni omijają sypialnie, mogą zdziwić lub rozbawić ich partnerki, ale warto potraktować je poważnie.

Problem niedopasowania seksualnego towarzyszył ludzkości od wieków. Ale wektor skarg biegł kiedyś w przeciwnym kierunku. – Coraz częściej to kobiety skarżą się na oziębłość partnera – mówi seksuolożka i psycholożka, Małgorzata Zaryczna. – Coraz więcej par trafia do mnie właśnie dlatego, że partner unika seksu. To naprawdę palący problem naszych czasów.

Jak na spadek męskiego zainteresowania seksem reagują partnerki? Najczęściej myślą: „on na pewno ma romans, zdradza mnie”, „już mu się nie podobam”, a nawet: „jest gejem!”. No cóż – wszystko może się zdarzyć, ale seksuolodzy twierdzą, że romans zwykle jest na szarym końcu listy powodów. A podejrzenie o homoseksualizm to wpływ amerykańskich filmów. W życiu takie sytuacje stanowią zaledwie promil przypadków. Prawdziwych powodów kobiety nawet się nie domyślają, bo… zwyczajnie nie przyszłyby im do głowy.

Święta, nieskalana

Do gabinetów seksuologów przychodzą najczęściej pary – i to kobieta z reguły mówi, podczas gdy mężczyzna siedzi naburmuszony lub zawstydzony. Ale przychodzą też i sami mężczyźni. Niekiedy nawet dość otwarcie opowiadają o swoim problemie, ale kompletnie nie rozumieją, co się z nimi naprawdę dzieje.

Tak właśnie czuł się Patryk, który przyszedł poskarżyć się na to, że każdy jego związek kończy się tak samo: na początku jest super, seksualna fascynacja i sporo zbliżeń. Ale stopniowo traci erotyczny apetyt… Nie libido jako takie, ale zainteresowanie partnerką. Choć czuje, że ją kocha, woli się masturbować, niż inicjować współżycie. Ten schemat powtórzył się już wiele razy, a Patryk nic na to nie umie poradzić. Dlaczego?

– Bo cierpi na bardzo nadal częsty u mężczyzn syndrom myślenia o kobietach w kategoriach dziewicy lub dziwki – mówi Zaryczna. – Mężczyzna czuje, że nie może opowiedzieć swojej ukochanej, co go podnieca, gdy ogląda erotyczny film. Z żoną i przyszłą lub faktyczną matką swoich dzieci „takich” rzeczy wyprawiać nie wypada. Ale o aktorkach, które podniecały go na ekranie, myśli: „one nie są materiałem na żonę”.

Seks dzieli na ten dobry, małżeński, prokreacyjny oraz zły, bo wyuzdany. To skazuje go na dwie ścieżki. Pierwsza: będzie zdradzał żonę – bo kochankę łatwiej poprosić o spełnienie najskrytszych erotycznych fantazji, ale będzie się z tym źle czuł, bo kocha żonę i chce z nią spędzić życie. Druga: zdecyduje się na przykładne pożycie małżeńskie, w jednej pozycji, po ciemku, bez świntuszenia, fundując w ten sposób i sobie, i jej erotyczną pustynię. Co zatem robić? Zgłosić się do seksuologa. Pomoże wskazać ukryte motywy postępowania i rozpocząć terapię.

Nie tylko świece i kwiaty

Ale nie trzeba cierpieć na syndrom dziwki i dziewicy, żeby stracić seksualny apetyt w związku. Wielu mężczyzn hołubi w głowach taki obrazek: „kobiety chcą czułości, delikatności, światła świec, płatków róż na prześcieradle i godzinnych pocałunków”. A skoro znają kobiece pragnienia, to nie pytają o nie swojej partnerki.

Tak właśnie było z Krzysztofem, najbardziej romantycznym z kochanków. Zachwycał swoje partnerki czułością i delikatnością, bogactwem romantycznych scenariuszy i tym, że zamiast łapać za piersi, delikatnie głaskał po twarzy. Tyle tylko, że po kilku miesiącach, choć wciąż rozpieszczał kobiety, przestawał reagować na ich bliskość erekcją.

– Na początku relacji partnerka wysyła nowe bodźce, sama jej bliskość działa jak afrodyzjak – tłumaczy seksuolożka. – Ale w pewnym momencie mężczyzna zaczyna tęsknić za swoimi upodobaniami seksualnymi.

W miarę upływu czasu efekt nowości traci na sile i on potrzebuje innych bodźców, by się podniecić. Już nie chce być „grzeczny”, tęskni za tym, co podniecające, zakazane, trochę brudne. Miłość? Ok. Ale perwersja bardziej podnieca…

– On chce tego, co mu się podoba. Jednak czuje ogromny opór, by powiedzieć o tym partnerce, poprosić, by spróbowali czegoś nowego, zaproponować np. seks „na pieska” – mówi Zaryczna. – Boi się, że ona go odrzuci, uzna za dewianta. A on chce, by go kochała i by było jej dobrze i bezpiecznie. Dlatego tłumi własne potrzeby i odmawia sobie ich spełnienia. Stąd seksu coraz mniej.

To nie koniec męskich obaw. Bo – myśli mężczyzna – kiedy on opowie o jakiejś fantazji, kobieta powie „zgoda” – ale potem zaskoczy go własną. Co więcej, taką, której on nie będzie chciał lub mógł spełnić. Na przykład w zamian za zgodę na seks oralny, usłyszy: „nie ma sprawy, ale wiesz co, ja bym chciała trójkąt”. I co wtedy?

Brzmi już to jak mantra, ale najlepszym lekarstwem jest zwykle rozmowa. Jeśli seks jest tematem tabu, nasze lęki i zahamowania będą zawsze górowały. Ale jeśli umiemy o nim rozmawiać – oswoimy każdego demona. Jednak otwarta rozmowa na początku bywa trudna, dlatego dobrze uciec się do „pomocy naukowych”: rozmawiać o różnych scenach z filmów czy literatury, badając, gdzie są granice drugiej osoby. Bo może się zdarzyć, że on powie: „zobacz, co oni w tym filmie wyprawiają” – i usłyszy: „to wygląda na całkiem podniecające”. Okaże się, że może eksperymentować w łóżku, bo – wbrew obawom – ma na to pełną zgodę partnerki.

Oddech modliszki

Kiedy Robert poznał Małgosię, pomyślał: „jestem w raju!”. Pierwszy raz był z kobietą, która dawała mu w sypialni prawdziwe spełnienie. Była ucieleśnieniem jego marzeń: tak jak on uwielbiała seks. Była wyzwolona, otwarta i cudownie wyuzdana. Nie odmawiała eksperymentów i – aż trudno uwierzyć męskiemu szczęściu – sama czasem prosiła o zbliżenie. Robert cieszył się więc seksem swojego życia i był spełniony, ale...

Z czasem zaczął się czuć przytłoczony. To, co mu się kiedyś podobało, czyli aktywność i otwartość Małgosi, nagle zaczął odbierać jako zagrożenie. Czuł, że jego męskość jest wystawiana na próbę. Coraz rzadziej inicjował współżycie – na co Małgosia reagowała zwiększoną aktywnością, więc on jeszcze bardziej się wycofywał.

– W naszej kulturze, hołdującej modelowi patriarchalnemu, to partnerka powinna być stroną zdominowaną, bierną, uległą. Tymczasem ona chce więcej! Jest aktywna i ma wymagania! Mężczyzna powoli zaczyna żyć w przekonaniu, że cokolwiek zrobi i tak będzie za mało. Uznaje więc, że nie sprosta wyzwaniu. Woli nie reagować, bo po co mu porażka? – mówi Zaryczna.

Co więcej, partnerka wcale nie musi mieć wysokich wymagań, wystarczy, że on tak o niej myśli. Mężczyzna boi się samej sugestii, że nie może nad partnerką temperamentalnie górować. Oliwy do ognia dolewają same kobiety, bo upewniają swoich partnerów w ich obawach, skarżąc się: „Nie wierzę, żeby mężczyźnie w tym wieku nie chciało się seksu. Nie wierzę, że tak wysportowany i sprawny facet nie chce się kochać”. W ten sposób umacniają kulturowy stereotyp mężczyzny, który zawsze chce i może – ale się nie sprawdza.

Rada? Wizyta u specjalisty. Mężczyźnie trzeba pomóc w zmianie podejścia do seksualności partnerki. Uświadomić mu, że to, czego się obawia, jest tylko jego wyobrażeniem o sytuacji – a niekoniecznie jej prawdziwym obrazem. W konsekwencji wypracują sposób i częstotliwość współżycia, satysfakcjonujące dla obu stron.

Stres zabójca

Jest coś, z czym mężczyźni trafiają do gabinetu seksuologa tylko w pojedynkę. To lęk przed diagnozą: „jest pan impotentem”. Żaden nie chciałby tego usłyszeć w obecności partnerki.

Tego właśnie najbardziej obawiał się Łukasz. Przestała go interesować fizyczna bliskość z żoną, zaczął jej wręcz unikać. Ale nie interesowały go też inne kobiety, chęć stracił nawet na masturbację. Libido po prostu znikło, wyparowało, przestało istnieć... Kiedy mówił o tym seksuologowi, drżały mu głos i dłonie. Zdziwił się, kiedy lekarz pytał go o inne sprawy: sytuację w pracy, kwestie finansowe, w ogóle – całe życie. Okazało się, że przyczyną kłopotów Łukasza było coś, czego nie brał pod uwagę: stres!

– Mężczyźni zwykle nie łączą problemów w życiu zawodowym czy rodzinnym z tym, co się dzieje w sypialni – ubolewa Zaryczna. – Traktują seks, jakby był oderwany od reszty ich życia. Kłopoty, problemy, zmartwienia? To nic, tutaj mają być sprawni. Podobno facet stres rozładowuje właśnie w łóżku…

Stres krótkotrwały – owszem, ale nie przewlekły. Produkowane przez zestresowane ciało substancje, takie jak kortyzol czy noradrenalina, ograniczają aktywność układu hormonalnego. Ich głównym zadaniem jest ochrona, czyli w rzeczywistości obkurczanie, narządów płciowych. I libido spada na łeb na szyję.

Kolejny koszyk przyczyn, który skazuje kobiety na samotność w sypialni, a mężczyzn na ucieczkę od seksu, to choroby somatyczne, odbijające się na sprawności mechanizmu erekcyjnego. Ale wczesne podjęcie leczenia jest niemożliwe, bo przecież on za nic w świecie się do tego nie przyzna.

– Mężczyzna da się upiec żywcem, ale nie powie partnerce, że zdarzają mu się zaburzenia erekcji – uważa Zaryczna. – Bo to dla niego znaczy, że nie jest już mężczyzną. Tymczasem problemami z erekcją objawia się ponad 40 schorzeń: kardiologicznych, neurologicznych, hormonalnych. Wizyta u lekarza pomogłaby postawić diagnozę i szybko zwalczyć przyczynę, ale trzeba się odważyć na szczerość. Na początek... wobec samego siebie.

Tylko w samotności

Pornografia i masturbacja – ta koszmarna para sprawia, że wiele kobiet zadaje sobie pytanie: „czy już go nie podniecam?”. Coraz więcej mężczyzn wybiera tę formę rozładowania: ekspresową, bez zobowiązań i skuteczną. Paradoksalnie, niektórzy zaczynają przygodę z masturbacją z altruistycznych pobudek. Tak jak Jurek: najpierw  uciekał się do samozaspokojenia, bo... żona wracała z pracy zmęczona, nie w nastroju do seksu i nie chciał jej zmuszać. Kiedy zasypiała, potrzebował dziesięciu minut przed komputerem i… mógł spokojnie położyć się obok niej. Z czasem jednak coraz mniej myślał o żonie, a coraz chętniej sięgał po samotny seks. W końcu Eliza się poskarżyła: „nie spaliśmy ze sobą od ponad pół roku”. I zapytała: „już mnie nie kochasz?”. Kochał, ale przyzwyczaił się inaczej zaspokajać własne seksualne potrzeby.

– W dobie internetu i łatwej dostępności pornografii można sobie urządzić erotyczny seans w dowolnym momencie – mówi seksuolożka. – Dla mężczyzny najważniejsze są bodźce wizualne, a tu je znajdzie. Wie, czego potrzebuje i jak reaguje jego ciało. Potrafi się szybko zaspokoić. Dlaczego miałby się męczyć staraniem o kobietę?

Dlatego wcale nie tak rzadko się zdarza, że masturbacja wypiera życie seksualne pary, a wybierający łatwiejsze zaspokojenie mężczyzna zaczyna unikać seksu.

– W samozaspokojenie ucieka się jeszcze z jednego powodu: poszukiwania specyficznego bodźca. Mężczyźni miewają swoje fetysze: lateks, trójkąty, specyficzny rodzaj pieszczot. Łatwo znaleźć pornografię na dany temat, trudniej zachęcić partnerkę do takiej zabawy. Niektórzy wręcz boją się jej o tym powiedzieć – tłumaczy Zaryczna.

Masturbacja zostawia jednak ślad: warunkuje na pewien rodzaj bodźca. Takim może być np. nacisk własnej ręki. Kiedy mężczyzna się do niego przyzwyczai, stosunek genitalny nie daje mu przyjemności. A wtedy tym bardziej będzie unikać zbliżeń…

Na szczęście i z tej ścieżki można w porę zawrócić. Mężczyzna musi się tylko przełamać i opowiedzieć o swoich potrzebach partnerce, a ona chcieć je spełnić z miłością.