1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Przestań gadać, chodź do łóżka

Przestań gadać, chodź do łóżka

Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. (Fot. iStock)
Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
W kobietach często pokutuje przekonanie, że grzeczne dziewczynki nie są nachalne, że to mężczyzna powinien inicjować znajomość czy zbliżenie. To stereotypy. Gdy kobieta umie powiedzieć „tak” swoim potrzebom, będzie też umiała przejąć inicjatywę, jeśli tego zechce – mówi terapeutka Olga Haller.

Żyjemy w czasach, kiedy każdy wyciąga rękę po to, na co ma ochotę. Tak zawsze robiły dzieci. Teraz wszyscy trochę jakby zdziecinnieliśmy. Mężczyźni sięgali po kobiety, gdy one były skrępowane tradycją i więzami woli rodziny. Mogły tylko dawać znaki, upuszczać chusteczkę, błysnąć oczkiem, niewiele więcej. Więcej to jedynie kobiety upadłe... Dzisiaj rzeczywiście wielu z nas przypomina rozbrykane dzieci w sklepie z zabawkami. Może się zakręcić w głowie od możliwości konsumpcyjnych. A seks przez wielu jest do tej kategorii zaliczany. Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, przynajmniej nie otwarcie, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, nawet potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. A wolność to więcej możliwości, ale i nowe wyzwanie, jak z niej korzystać.

Nawet zmiany na lepsze trzeba okupić jakąś karą... Były przecież zalety tradycyjnej sytuacji. Tak, nie da się ukryć, że to było wygodne dla kobiet – nie przejmować inicjatywy, czekać i patrzeć, jak oni się krzątają, starają, dwoją i troją.

Czasami wam zazdrościłem, że możecie tak wyczekiwać i obserwować. Ale jak coś nie szło po waszej myśli, była katastrofa! Dramat! Obu stronom nie było więc wygodnie. Kobieca seksualność w niewoli stereotypów musiała być skrywana, ujarzmiona, skrępowana regułami obyczajów. Każda niewola pozbawia wpływu, tym samym odpowiedzialności, a poczucie wpływu jest człowiekowi niezbędne. Powstał więc cały system znaków, sygnałów, zachowań w kontaktach damsko-męskich. Dlatego kobiety w relacjach z mężczyznami opanowały sztukę uwodzenia, flirtu: ruch brwi, spojrzenie spod rzęs, półsłówka, półruchy, półmroki i nagłe zwroty akcji. Ile z tego jest prawdziwą zabawą dla obu stron, a ile pamiątką po czasach niewolnictwa – to właśnie powinny odkrywać współczesne kobiety. Gdy pragniemy kontaktu, np. w sytuacji zakochania czy pożądania, najważniejszy jest ten obszar „pomiędzy” – czyli to, co się dzieje  p o m i ę d z y  odczuwaniem potrzeby a jej zaspokojeniem. To nie jeden skok, ale cały proces. Warto uczyć się iść małymi krokami....

Kiedy odczucia związane z potrzebą kontaktu są silne, a nic nie można zrobić, pojawia się nieznośne cierpienie. Wszyscy próbujemy tego uniknąć różnymi sposobami. Jako niepewna siebie 18-latka próbowałam sobie poradzić, stawiając wszystko na jedną kartę. On miał 19 lat, poeta, taki cudny. Kochałam się w nim z daleka, on nie zwracał na mnie uwagi. Zadręczając się brakiem pewności, nie mogłam czekać. Pojechałam do jego miasta... A czy miałam nadzieję? Chyba nie. Nie miałam odwagi, by poflirtować, ale pojechać miałam. Zapukałam do drzwi. Otworzyła matka, a on w wyrku, oszołomiony, bo jeszcze spał. Powiedziałam... Nie miał pojęcia, że się w nim kocham, a ja: „dziękuję, cześć”. I wyszłam. A potem płakałam pół dnia.

Trudno to nazwać dialogiem i dobrym porozumiewaniem się, już raczej desperacją z braku umiejętności dogadania się. O tak. Brakowało mi tego wszystkiego, co potrzebne „pomiędzy”. Wielu dziewczynom brakuje treningu w komunikowaniu się z rówieśnikami. Nie mają wsparcia dorosłych, kiedy pojawiają się potrzeby kontaktów z chłopakami. A wcześniej brak tego, co uważam za bazę dojrzałej kobiecości – za mało pomocy matek oraz innych kobiet w zaakceptowaniu swojego ciała i seksualności. Dorastają w przekonaniu, że muszą się z tym ukrywać, że od inicjowania znajomości czy zbliżenia są mężczyźni, a one mogą tylko wymyślać sposoby, manipulacje, podchody. Kiedy kobieta umie powiedzieć „tak” swoim potrzebom, to będzie umiała inicjować kontakty, kiedy tego zechce, ale i powiedzieć „nie”. Będzie miała więcej oparcia w sobie, pewności siebie, niezależności. A w patriarchacie nie o to chodziło, prawda?

To straszne odmawiać kobiecie, która wbrew obyczajom ośmiela się pierwsza wyciągnąć rękę. Kobiety miały trening w mówieniu „nie” w takiej sytuacji. My przeciwnie. Pamiętam nieszczęsną, która zapukała nagle do mego mieszkania bez zapowiedzi i stała bidula na progu. Nie wpuściłem jej. Czułem się potem jak bydlę. A przecież to było uczciwe. Zgadzam się, że uczciwe. Ale w tej sytuacji odbiła się cała nierówność między kobietami a mężczyznami. Ty nie dałeś sobie pozwolenia, żeby jej odmówić wprost, a ona nie miała szansy tego usłyszeć i przeżyć. W nowym porządku, którego wszyscy się uczymy – ani ty bydlę, ani ona bidula. Jako partnerzy równi sobie macie te same prawa: pytać, prosić, zgadzać się, odmawiać i przeżywać. W otwartej odmowie mógł ci przeszkodzić stereotyp mężczyzny, którego obowiązkiem jest nie przepuścić okazji, być zawsze gotowym do seksu i romansu. Lepiej było udać, że nikogo nie ma w domu.

Znajoma pisze: „Pokutuje w nas przekonanie, że to on powinien zapraszać i że grzeczne dziewczynki nie są nachalne... A co, jak wyśmieje, odrzuci!?”. Dziewczyny boją się drwin, obmowy, etykietki dziwki. Te nasze obawy sprawiają, że tak się „podchodzimy” od wieków, kobiety i mężczyźni, w poszukiwaniu miłości, spełnienia. I wszyscy staramy się, jak możemy, uniknąć cierpienia. Różnie nam to wychodzi.

To, że czasami nie dajecie wyraźnego znaku przyzwolenia, marnuje tyle okazji! Kobiety nie wiedzą, jak często faceci nie startują, gdyż błędnie uważają, że nie mają szans... Ileż jest opowieści po latach: byłem taki zakochany w tobie. – Co, naprawdę?! A ja w tobie. Jaka szkoda, że nie wiedziałam. Czy to dobrze czy to źle? Ta niepewność jest nieodłączna i naturalna, o ile nie wynika z represyjnej obyczajowości! Przecież nie chodzi wcale o to, żeby każde młodzieńcze zauroczenie przeradzało się w związek! Coraz więcej kobiet uświadamia sobie nowe możliwości. Coraz częściej dzieje się to nie tylko w wyniku zmiany obyczajów, ale i głębszej przemiany, tej „wewnętrznej podróży”, by odnaleźć i poznać siebie wbrew stereotypom. Dziś wiele kobiet zachowuje się odważniej niż kiedykolwiek. Okazują mężczyznom zainteresowanie, inicjują znajomości, bo facet je interesuje, chcą go poznać bliżej, a także dlatego, że po prostu mają ochotę na seks.

Moja znajoma, pani profesor, która zwiedziła pół świata, pisze do mnie: „W dawnych czasach mojej młodości zapraszanie faceta do łóżka było czymś sporadycznym. Dobrze wychowana dziewczyna tego nie robiła. Teraz – w dobie Internetu, kolosalnych możliwości poznawania ludzi  – wszystko jest dozwolone. I myślę, że tak lepiej i prościej. A czy boimy się odrzucenia? Tak. Ale młodsze są odważniejsze, a starsze nie mają nic do stracenia”. Wiele z nas jest nadwrażliwych w tej kwestii. Uogólniając – męskie zainteresowanie ma dla kobiet nadmierne znaczenie, jest potwierdzeniem ich wartości, którego tak często im brakuje. Znowu, niestety, odzywa się patriarchalny spadek – musimy mieć mężczyznę, żeby utwierdzić się w prawie do istnienia. Kobiecość obolała, niepewna, samokrytyczna, nadwrażliwa zmaga się z tym, jak zasłużyć na uwagę, jak go zdobyć, podejść, jak się nie narazić? To często przynosi kolejne rozczarowania.

Dlatego w listach do nas czytam: „Zapraszając się do łóżka, warto zostawić jakąś furtkę, żeby się wycofać”. Tę wypowiedź rozumiem nie jako prostą asekurację na wypadek niepowodzenia, co kobiety rzeczywiście często robią. Warto zostawić furtkę, bo przecież inicjowanie seksu to jednak nie transakcja handlowa, umowa kredytowa czy biznes. To raczej sztuka kontaktu, kochania, uwodzenia. A jak sztuka, to proces twórczy, nieprzewidywalny. Pełen rozmaitych możliwości, które warto wspólnie odkrywać. Kiedy w tym procesie spotkają się dwie osoby równe sobie, każda z nich ma prawo zaangażować się, ale i wycofać. To jak gdyby pójść w odwiedziny, nie będąc do końca pewnym, czy gospodarz jest w domu, czy ma czas i chęć na wizytę. Możemy być odważni, ale i gotowi do odwrotu, jeśli rozpoznamy, że to nie ten czas. Dzięki temu będziemy mogli zaryzykować i wybrać się znowu. Czasem wyrażenie chęci wprost jest dobre, wyjaśniamy sytuację, oszczędzamy energię. Czasem zaś bywa przedwczesne – unikamy niepewności i ryzyka, ale zabieramy potrzebom, uczuciom możliwość dojrzewania. Dzisiaj w codziennym pośpiechu brakuje nam cierpliwości. W wielu sprawach, także w seksie, w relacjach.

Mówimy o świecie, który się zmienia. Internet – jakie to ułatwienie w podchodzeniu się nawzajem! W dodatku daje przewagę kobietom dialogu. Dla nieśmiałych jest osłoną i pomocą... Tam mamy te same prawa, a kobiecie łatwo przejąć inicjatywę, zwykle lepiej od nas piszecie i ubieracie ładniej uczucia w słowa. Ukazało się już kilka książek o internetowych kontaktach, także erotycznych. Wiele kobiet szuka partnerów przez Internet, na portalach towarzyskich, dla singli czy na czatach. Nie sądzisz chyba, że to same nimfomanki czy seksoholiczki. To często kobiety, które właśnie w Internecie znalazły okazję, żeby dać upust swojej seksualnej naturze. Odważają się na to, na co zapewne nie pozwalają sobie w realu – bezwstydnie wykazywać inicjatywę, zapraszać, stawiać warunki. Bywają wulgarne, ostre, wyuzdane. Szczegółowo potrafią mówić o tym, co chcą zrobić mężczyźnie albo czego oczekują od niego. Znam takie, którym to posłużyło. Kiedy już odkryły, jakie mają możliwości w sieci, gdy są anonimowe, i że mężczyźni z chęcią je przyjmują, potrafiły spożytkować to doświadczenie w życiu. Często jednak trudno im zintegrować te doświadczenia, nadal przeżywają siebie jako osobę podzieloną: na tę opętaną seksem, godną pożałowania, i tę porządną, która panuje nad sobą, nie odkrywa wszystkich kart.

Myśląc o sobie z dawnych czasów, jednak żałuję, że nie było Internetu. Nieśmiały, dręczyłem się z wyrokiem aktywności, też z lęku przed odtrąceniem... A to lęk głębinowy i powszechny. Wszyscy go doświadczamy. Biegłość w zapraszaniu do łóżka nie wyratuje nas od tego lęku. Musimy się z nim zmierzyć – dać mu się poprowadzić bez panicznej przed nim obrony. To paradoks, że kiedy odważamy się iść tropem niechcianych uczuć, niewygodnych konfliktów wewnętrznych, one poprowadzą nas w kierunku większego oparcia w sobie. To podstawa naszej wolności osobistej, także seksualnej. Dzięki temu kobiety wreszcie mogą decydować o sobie w seksie – sięgać, po co chcą, a nie godzić się na to, czego nie chcą. Bo do tej pory zbyt często decydowano za nas.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dlaczego kobiety zakochują się w żonatych mężczyznach?

Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Widzą w nich często nie tyle co partnerów, a facetów do zdobycia należących do innej kobiety.
(Fot. iStock)
Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Widzą w nich często nie tyle co partnerów, a facetów do zdobycia należących do innej kobiety. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Co zrobić, jeśli jesteś właśnie tą, która pcha się na trzeciego? A co, jeśli to w twoim domu kłusuje ktoś taki? No i jak powinien się zachować ów wyrywany sobie przez dwie kobiety mężczyzna – wyjaśnia psycholożka Katarzyna Miller.

Są kobiety, które zakochują się tylko w żonatych mężczyznach. Co zrobić, jeśli jesteś właśnie tą, która pcha się na trzeciego? A co, jeśli to w twoim domu kłusuje ktoś taki? No i jak powinien się zachować ów wyrywany sobie przez dwie kobiety mężczyzna – wyjaśnia psycholożka Katarzyna Miller.

Moja przyjaciółka M. zakochiwała się wyłącznie w mężczyznach, którzy byli zajęci. Tłumaczyła, że to silniejsze od niej. A kiedy jeden z jej wybranków zdecydował się odejść od żony, pogoniła go, mówiąc, że już jej nie pociąga… Oczywiście, bo on ją interesował nie jako jej partner, tylko jako mężczyzna do zdobycia, i to mężczyzna należący do innej kobiety. Żeby to zrozumieć, trzeba wziąć pod uwagę dwie rzeczy. Pierwsza to poczucie wartości M. Opiera się ono na tym, że ten, kogo uda się jej zdobyć, jest nic niewart. Bo gdyby był coś wart, toby jej nie chciał. Dlatego wartościowy i atrakcyjny jest ten mężczyzna, którego musi zdobywać. Drugi aspekt to trójkąt rodzicielski. To istota całej sprawy. Zacznijmy od tego, że kiedy M. była dziewczynką, niedobrze się działo między państwem małżeństwem, czyli tatusiem a mamusią. Nie byli już ze sobą blisko, choć może kiedyś tak, a gdy pojawiła się córeczka, niespecjalnie się już nawet lubili. Oboje się od siebie oddalali, czuli zawód seksualny, żal i nic w tej sprawie nie robili. No i co się wtedy stało? To, co zazwyczaj w takiej sytuacji: dziecko płci żeńskiej stało się córeczką tatusia. M. rozumiała go lepiej niż żona, lepiej niż ona się z nim dogadywała. I tatuś miał poczucie, że jego córeczka to najsłodsza istota na świecie, która go kocha nad życie: „No, przynajmniej córkę mam dobrą, bo żona to mi się nie udała”, myślał.

Trochę tej dziewczynie zazdroszczę kontaktu z ojcem, a trochę czuję, że ta ich bliskość to jednak nadużycie… Jakiś jego rodzaj na pewno, choć nie musi dochodzić do żadnego molestowania. Córka jednak bardziej jest towarzyszką tatusia niż mamusia, i to nie jest naturalne. Matka jest oczywiście o córkę zazdrosna. To jest aż nudne dla mnie jako dla terapeutki, bo wciąż to muszę powtarzać, ale powtarzam, bo wiem, jakie to niezwykle ważne dla ludzi, którzy tego doświadczają. Otóż ta mamusia nie kocha córki, bo nie kocha samej siebie, a przecież córka to mała ona. I dlatego zawodzi męża, bo jeśli nie kocha siebie, to czuje się niepewnie, wstydzi się, nie lubi swojego ciała, a więc i unika seksu. Jest więc mamusia takiej dziewczynki niespełniona jako kobieta, a i jej mąż – niespełniony jako mężczyzna.

No ale wracając do córeczki: ponieważ mama jej nie lubi, to tym bardziej ona lgnie do tatusia. Tatuś tym bardziej czuje, że to córeczka jest jego, a nie żona. A więc tworzy się w głowie dziewczynki taki oto wzór: mama jest żoną tatusia, ale nie całkiem są razem, nie ma między nimi więzi. A więc córka chciałaby, żeby mamusi nie było i żeby tatuś był jej. Ale przecież nie byłoby dla niej dobre, gdyby mamusi w ogóle nie było, bo mamusia jest jej potrzebna. Ba! Tatusiowi też jest potrzebna, żeby był dom.

No i mamy grecką tragedię… Dziewczynka wyrasta w poczuciu, że tatuś nie jest jednak do zdobycia. Uczy się więc, że mężczyzna, który jest jej najbliższy, nie jest jej. A jednocześnie nie może zaakceptować też tego, że tatuś jest mamusi. Mogłaby to zaakceptować, gdyby rodzice się kochali i wychowywali ją jak dziecko, a nie jak zastępczą partnerkę tatusia. Ta dziewczyna nie może mieć też do końca poczucia, że identyfikuje się z kobiecością, bo to można dostać tylko od matki. A ona tego od matki nie dostaje. Liczy więc, że koronę królowej da jej mężczyzna, którego zabierze innej kobiecie. No i teraz wróćmy do M. Zabrała tego pana innej pani i w tym momencie przestał być dla niej ważny. Bo tatuś nie może być jej partnerem. To byłoby kazirodztwo. Nie o to też chodzi, żeby go mieć, tylko żeby go zdobywać. No bo na czym miałoby polegać zdobycie tatusia w rodzinie?

Mamusia powiedziałaby: „Dobrze, córuś, tatuś jest twój”. Dopiero byłoby dziwnie. Ponieważ córka poczułaby się przeciążona, a ponadto zdradzona i przez matkę, i przez ojca. Dziecko potrzebuje obojga rodziców. A więc nie może jej się udać tego faceta zdobyć, bo nawet nie byłoby wiadomo, co z tym zrobić. Poza tym ta kobieta, która jest z tym mężczyzną, jest jej matką. Więc córka chce z nią wygrać tylko trochę, żeby się poczuć lepiej. Bo czuje się źle. Matka jej nie traktuje jak córki, ojciec też, bo zastępuje nią żonę, z którą jednak nadal jest, więc córki nie wybiera. Córka nie jest zatem sobą, nie jest po prostu dzieckiem. Gdyby wygrała z matką, spadłby na nią cały ciężar tej sytuacji. A ona tego nie udźwignie, bo przecież jest niedojrzała, niepewna siebie. Nikt jej nie nauczył, jak to jest być zadowoloną z siebie.

Więc romans z żonatym może być fajny, ale tylko jako romans? Tak, bo ona sobie udowadnia, że jakiś mężczyzna dla niej zdradza żonę. I właśnie: moim zdaniem chodzi o to, że on zdradza, a nie, że zostawia żonę. A więc on woli ją. Nie chodzi nawet o seks z nim, ale o to, że ten mężczyzna jej pragnie. Ponieważ tatuś nie pragnął mamusi, a jej nie mógł pragnąć. Chodzi o to, że dziewczyna czuje, że w jakimś małżeństwie źle się dzieje, bo tatuś nie pragnie mamusi, swej żony, ma więc pragnąć jej. A nawet odwrotnie – ponieważ żonaty mężczyzna jest na nią łasy, to oznacza, że w jego relacji z żoną jest kiepsko i ona ma nawet obowiązek go ratować!

A czy M. i podobne do niej kobiety nie są seksolubne? One wabią mężczyznę seksem, bo to jest ich sposób na to, by zbudować z nim relację, która ma być ważniejsza niż inne. Co więcej, dla tych mężczyzn, których M. sobie wybiera, seksualne wabienie jest szczególnie atrakcyjne, bo ich żony seksualnie atrakcyjne nie są lub przestały być. Mężczyzna nie potrafi rozbudzić seksualnie żony, bo nie umie poradzić sobie z jej chłodem, lękiem itd. Albo nie chce, bo związał się z taką kobietą, by nie musieć być wydolny seksualnie na takim poziomie, który zaspokoi dorosłą kobietę. M. łatwo go sobą zainteresuje, ponieważ dorosłą, wymagającą kobietą nie jest. Chce adoracji, musi być uwodzicielką, lolitką. Naprawdę chce ojca i matki, ale nie dostała tego od własnych rodziców, więc przynajmniej dostaje uwagę od kolejnego cudzego męża. Sprawdza się jako upragniona kobieta wcześniej niż jako kochane dziecko. Mężczyźni lecą na te dziewczyny, które im obiecują załatwienie ich własnych, niedojrzałych interesów.

A jak powinna się zachować mądra żona, kiedy taka kobieta szkodnik pojawi się w jej domu? Mądra kobieta powinna być dla niej dobra. To jest najbardziej lecznicze, bo tej dziewczynie potrzebna jest akceptująca matka. Gdy żona jest dobra, dla mężczyzny przestaje to być przygoda na boku. Poza tym zaczyna widzieć, kim ta dziewczyna naprawdę jest: dzieckiem. Ale to trudne dla małżonki, która czuje się nieatrakcyjna, której się wydaje, że wyższość dziewczyny tkwi w tym, że jest młodsza. A tak naprawdę atrakcyjność dziewczyny dziecka tkwi w tym, że ten mężczyzna jest dla niej arcyważny. No bo któż jest tak ważny jak tatuś, którego można w końcu zdobyć.

Powiedzmy, że żonie uda się nie widzieć w niej modliszki, ale dziecko, i wejdzie w rolę ciepłej pseudomatki… Da wtedy tej dziewczynie coś nieoczekiwanego, co ją rozbroi. Bo – paradoksalnie – ona zwraca uwagę na jej męża właśnie w tym celu, żeby ta kobieta ją zaakceptowała. Czyli po to wchodzi w relacje z ojcem, by pokazać matce: „Nie mogę dostać się do ciebie, przyjdź do mnie. Jestem bardzo samotna”. Od tak zwanych sprytnych kobiet słyszałam pozornie podobną radę: „Zaprzyjaźnij się z jego flamą, a on ją zostawi”, ale to manipulacja. Ja mówię o czymś prawdziwym, czyli o zupełnie innej motywacji do pozornie podobnego działania. A więc jeśli wokół twojego męża kręci się małe dziecko, to się nim zajmij. Zabierz je na zakupy, na kawę, na damskie pogaduchy, powiedz, że ją rozumiesz, porozmawiaj o jej rodzicach, pomóż znaleźć terapeutę. Opowiedz o tym mężowi, niech on też wie, że to naprawdę dziecko i że nie jest fajnie być pedofilem. Dla żony to trudne, ale może mieć z takiej relacji sporą satysfakcję. To jednak wymaga świadomości. A musimy tu sobie powiedzieć, że postacie z tych historii są nieświadome, czemu robią to, co robią. Najsilniej kieruje nami to, co najbardziej ukryte. Zatem im więcej się odsłoni, tym mniej to niebezpieczne.

Czyli nie zabraniać, nie kłócić się… Tylko czy ta dobroć jest bezpieczna? Czy okazja nie czyni złodzieja? Czyni. Zajmij się nią, ale nie tak, żeby on z nią bywał. No i nie zrób z tego trójkąta. Wtedy to krzywda dla wszystkich, zwłaszcza dla niej, bo to dziecko bedzie z obu stron nadużyte – i przez pseudomatkę, i przez pseudoojca. Oczywiście, zachowanie żony nie determinuje tego, co zrobi mąż, choć może bardzo na to wpłynąć.

A co powinien zrobić? Najlepiej, gdyby postąpił tak jak bohater filmu „American Beauty”. Mamy tam sytuację: słaby facet, odrzucony przez romansującą żonę, lokuje swoje uczucia w dziecku, na szczęście nie w córce, tylko w jej koleżance. Ta koleżanka to nimfetka, czyli osóbka udająca, że jest doświadczona w sypianiu z panami. Uwodzi więc Kevina, który stara się na nią ciągle niby to przypadkiem wpadać, śni nawet o niej. I w końcu są tylko we dwoje. Ona jak najbardziej zgadza się mu oddać, chciałaby, żeby ktoś ją w końcu rozdziewiczył, a wie, że ten facet ją uwielbia. Ale też się straszliwie boi. I co on robi? Nie korzysta z okazji, ale mówi najwspanialsze słowa: Jesteś cudowna, pragnę cię, gdybym tylko mógł to zrobić, tobym to zrobił i byłbym szczęśliwy. Ale tego nie zrobię, właśnie dlatego, że jesteś taka wspaniała, że cię uwielbiam... Ona dostaje więc to, co jest jej naprawdę potrzebne, a nie zostaje nadużyta. On jej daje to, co można dać potrzebującej, głodnej miłości dziewczynce. I zostawia ją jej procesowi dorastania.

Jeśli któraś z naszych czytelniczek pomyśli: „kurde, to o mnie”, to co powinna zrobić? Najlepiej pójść na terapię. Można spróbować pogadać z tatą, z mamą. Zobaczyć, jak oni dalej żyją... Podstawowym procesem wewnętrznym ma być zobaczenie rodziców jako pary. Czyli na przykład postawić sobie na komodzie ich zdjęcie ślubne, narysować ich jako parę, wyobrażać sobie ich razem idących za rękę. Wyobrażać ich sobie, jak byli młodzi i się w sobie zakochali, jak ze sobą spali. Jak bardzo chcieli ze sobą być, bo przecież istniał taki czas, kiedy byli sami, bez córki. A ona jest małą dziewczynką, która co najwyżej może trzymać ich za ręce. (To są zresztą dziewczyny, które jako dzieci nie leżały w łóżku między swoimi rodzicami. One rzadko chodziły z nimi razem do zoo, kina). To taki Hellingerowski sposób, żeby dziecko zobaczyło, że jest mniejsze od rodziców. A oni są razem, nawet jeśli się nie kochają teraz, to kiedyś uprawiali seks. Są parą i ich dziecko nic do tego nie ma. A jeśli się na to ich bycie razem porwie, będzie miało poczucie tragedii. Można się napawać poczuciem zemsty, ale na dobre to nam nie wychodzi.

Jeśli jesteś podobna do M., zastanów się: czy gdy ugania się za tobą wolny facet, to go lekceważysz, a ciągnie cię zawsze do mężów? Jeżeli tak, zastanów się, czy to dla ciebie dobre. Chcesz czegoś, co jest wbrew porządkowi. Mam nadzieję, że kobiety, które tak jak M. kilka razy zainteresują się zajętym mężczyzną, nasycą się tym, co wtedy dostają. One, tak jak każdy z nas, dobierają sobie partnerów, by zakończyć coś niezakończonego z rodzicami. Więc jeśli raz a dobrze zaspokoją potrzeby związane z trójkątem rodzinnym – a są chociaż trochę refleksyjne i przetwarzają swoje doświadczenia – choćby nieświadomie – znajdą swoje szczęście.

M. wyszła za mąż po trzydziestce za mężczyznę, który został sam z dwójką dzieci… A więc jest też i takie rozwiązanie… I dobrze, bo te dziewczyny mają często nieudane życie. Bywają pogotowiem seksualnym, hotelem dla mężczyzn, którzy skłócili się z żonami. Ale żaden z nich nie wiąże się z nimi na poważnie, bo wszyscy wiedzą, że to nie na stały związek. A jeśli znajdzie się taki, który pokocha, to dostanie w nos, tak jak przyjaciel M. Trochę żartobliwie powiem: opłaca się wchodzić w relacje z ludźmi, którzy już coś przeżyli i coś o sobie wiedzą. Samej też warto do tego dążyć…

  1. Seks

Żeby dwoje chciało na raz, czyli jak osiągnąć seksualne porozumienie

Mówi się, że mężczyzna potrzebuje seksu, żeby się dobrze czuć, a kobieta musi się dobrze czuć, żeby potrzebować seksu. Konflikty na tym tle wpływają na stan związku i odwrotnie – wszelkie problemy małżeńskie od razu psują seks. Są jednak sposoby, które pozwalają osiągnąć na tym polu porozumienie. (Fot. iStock)
Mówi się, że mężczyzna potrzebuje seksu, żeby się dobrze czuć, a kobieta musi się dobrze czuć, żeby potrzebować seksu. Konflikty na tym tle wpływają na stan związku i odwrotnie – wszelkie problemy małżeńskie od razu psują seks. Są jednak sposoby, które pozwalają osiągnąć na tym polu porozumienie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Mężczyzna potrzebuje seksu, żeby się dobrze czuć, a kobieta musi się dobrze czuć, żeby potrzebować seksu. Ile razy trzeba się zakręcić na tej karuzeli wzajemnych oczekiwań i rozczarowań? Ale za to jaka to ekscytująca jazda! Te emocje, dreszcz oczekiwania, słodkie spełnienia, gorzkie zawody… romantyczny thriller – mówi terapeutka Olga Haller.

„Bo w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz”, pisał Boy. Dwoje to nie tak wiele, ale czasami okazuje się, że za wiele na seksualne porozumienie. Często ktoś kogoś nie chce, i już! Czasami tak jest po wielu latach, co łatwiej zrozumieć: znudzenie, monotonia. Ale bywa, że całkiem szybko seks jest rzadko albo go nie ma, i koniec. Ogłośmy wszem i wobec, że może nam się nie chcieć seksu! Że nasze reakcje seksualne mogą być słabsze, a zanik pożądania może się zdarzyć. Przyzwyczailiśmy się do seksu na pierwszych stronach czasopism, do warsztatów seksualnych i do prawa cieszenia się seksualnością. Jak w tej sytuacji pozwolić sobie na brak ochoty na zbliżenie? A tymczasem jest ta druga strona: czasami nie mamy ochoty i już, niezależnie od wyzwolenia seksualnego i szczęśliwego związku.

No pięknie, ale jak to się utrwali? Narząd nieużywany rzeczywiście czasami obumiera. Dla wielu np. kilkumiesięczna abstynencja jest bardzo dolegliwa. A to może być niebezpieczne, gdyż grozi zanikiem bliskości, otwiera drzwi do zdrady. I jak znieść tak trudne przedsięwzięcie, jakim jest małżeństwo, bez zmiękczającej i ocieplającej wszystko kołderki seksu? To prawda, ja zwracam tylko uwagę, że nasza seksualność to proces. A to oznacza, że potrzeby seksualne, możliwości, wybory, upodobania i umiejętności zmieniają się zależnie od wielu czynników. Nic nie jest stałe, niezmienne, dane raz na zawsze. Na początek trzeba to zaakceptować, choć wolelibyśmy nieraz przyjąć jakiś wizerunek siebie, np. spełnionej w seksie kobiety albo superkochanka, i by tak już zostało.

Kiedy pogodzimy się z tą niestałością, odkrywamy, że nasza aktywność seksualna zmienia się, co wpływa na nasze wzloty i upadki. A to pozwala nam poznać siebie i pewniej się poczuć w relacji. Możemy spojrzeć na te zmienności z różnych stron i rozpoznać, co na nie wpływa. Jest kilka czynników oczywistych i choć wiemy, że dotyczą wszystkich, zdaje nam się, że nas jednak nie dotyczą. Wiek wpływa na nasze potrzeby i seksualny wigor, choć często go przeceniamy. To duża sztuka nauczyć się uznawać ten aspekt i nie ulegać stereotypom. A wcześniej cieszyć się z młodzieńczego napędu, ale go umieć okiełznać. Potem przyjąć to, co daje dojrzałość, aby korzystać z niej do końca życia.

Im dłuższy staż związku, tym bardziej oczywiste wydaje się, że obowiązki i rutyna codziennego życia, przysłowiowe kapcie i papiloty, powodują spadek wzajemnej atrakcyjności i obniżają seksualne zainteresowanie. Jeśli konflikty w związku – np. brak porozumienia, różnice charakterów, potrzeb seksualnych – są nierozwiązane, to między partnerami powstaje obojętność, a nawet wrogość. Życie seksualne zanika albo staje się kolejnym terenem walki, przemocy i udawania.

Stereotypowo to zwykle kobieta nie ma ochoty na seks. Znam z własnej praktyki liczne relacje kobiet, które z różnych powodów przez dłuższy czas nie były spełnione seksualnie w związku, gdyż to mężczyzna unikał współżycia. Odmawiał wprost albo zwodził, lub stawiał szczególne warunki. Kobiety zawsze reagowały w ten sam sposób: lękiem, obawą, że z nimi coś jest nie tak, skoro mężczyzna nie chce seksu! Brały na siebie odpowiedzialność, starały się, a jak nic się nie zmieniało, to miały poczucie winy. Taka reakcja na długo blokowała możliwość rozwiązania i odkrycia, o co chodzi. I tak np. przez lata mąż ukrywał swój homoseksualizm albo problemy psychiczne. A przejawiało się to tym, że nie chciał seksu, a jeśli już, to bardzo rzadko albo tylko w szczególny, perwersyjny sposób. Ona zdezorientowana przez miesiące, lata czekała, myślała, że ma być wyrozumiała, powinna bardziej się starać, czuła się niepewna, szukała winy głównie w sobie.

Z mężczyznami bywa chyba raczej odwrotnie? Tak, skoro on chce seksu, a ona nie, to ona jest nie w porządku. Wściekły mężczyzna jest skłonny szukać innej, łatwo daje sobie to prawo, a otoczenie go usprawiedliwia. Mężczyźni traktują swoją sprawność seksualną i sukcesy w znajdowaniu partnerek jako sprawdzian wartości. Być może ich nadwrażliwość w tym obszarze powoduje, że wolą przeskoczyć etap refleksji i nie pytać: co takiego się dzieje między nami, co ze mną, jaki mogę mieć na to wpływ? Kobieta zwykle jest pewna, że to jej wina. Tak dzieje się od wieków. To wygodne, choć to jawna nierówność, mało twórcza, mało rozwojowa dla niego i dla relacji. Gdyby mężczyźni zdjęli z siebie ten ciężar bycia supersprawnym samcem, to ukazałyby się nowe możliwości w kontakcie z ukochaną kobietą. Kobiety zaś wzięłyby odpowiedzialność – nie za mężczyznę, tylko za swój seks, za swe uczucia i zadowolenie. Mogłyby wtedy właściwie oceniać sytuację i nie czekać, tylko pytać, wyrażać swoje uczucia, dopuścić myśl, że po jego stronie może coś być nie tak. Dzielenie się odpowiedzialnością daje szanse na rozwiązanie problemów.

Nieporozumienia w seksie wpływają na stan związku i odwrotnie, wszelkie inne konflikty małżeńskie od razu psują seks. Szczególnie mocno reagują kobiety, u których seks jest bardziej powiązany z uczuciami i z nastrojem. Powstaje tu czasami błędne koło – nie ma seksu, gdyż jest źle między nami, a jest źle, gdyż nie ma seksu... Seks może nie zawsze jest, ale bywa uniwersalnym lekarstwem na rozmaite dolegliwości małżeństwa, jeśli tylko wytwarza czułość i bliskość. Mówi się, że mężczyzna potrzebuje seksu, żeby się dobrze czuć, a kobieta musi się dobrze czuć, żeby potrzebować seksu. Ile razy trzeba się zakręcić na tej karuzeli wzajemnych oczekiwań i rozczarowań! Ale za to jaka to ekscytująca jazda! Te emocje, dreszcz oczekiwania, słodkie spełnienia, gorzkie zawody… romantyczny thriller. Na początku idealizujemy partnera, sami staramy się, jak możemy, w nadziei, że dostaniemy to, co nam potrzebne do szczęścia. A po jakimś czasie chcemy po prostu dostać to, co uważamy, że nam się należy!

On myśli: „Ona powinna się ze mną kochać. Jestem normalnym facetem, potrzebuję tego!”. Ona myśli: „Jak mogę się z nim kochać, skoro on mnie tak zawiódł?”. On odbiera jej niechęć jako karę i nie chce zasługiwać na seks, który przecież mu się należy. Ona nie chce zmuszać się do seksu dla niego, czuje się zraniona i smutna.

Jeśli przestaniemy upatrywać tylko w partnerze źródła naszego nieszczęścia lub nawet szczęścia, a zajmiemy się sobą i weźmiemy odpowiedzialność za nasze uczucia, to jest szansa, że wybrniemy z kłopotów.

Wiemy, że powodów unikania seksu mogą być setki. Zajmijmy się tymi, które trapią nas najczęściej i na które można coś poradzić. Wymienię dwa, które wcześniej czy później większość z nas dotykają. Spadek libido związany ze stanem fizycznym organizmu – choroba doraźna lub dłuższa. Oraz wysiłek i stres, gdy trwa walka o utrzymanie rodziny, wychowanie dzieci...

To ostatnie wydaje mi się interesujące i zaskakująco powszechne. Szczęśliwi ojcowie wszystkiego się spodziewają, tylko nie tego. Dziecko przecież powinno wzmocnić więź, a bywa odwrotnie. Kobieta nie ma sił na cokolwiek poza opieką nad dzieckiem, no i ma nowego, małego „kochanka”. Pojawienie się dziecka intensyfikuje problemy – to duże wyzwanie! Jak być tym wystarczająco dobrym rodzicem? Kobieta i mężczyzna bardzo potrzebują siebie nawzajem, by sprostać potrzebom tej małej, zależnej od nich osoby. To nie dziecko wzmacnia więź, ale to jak rodzice współdziałają ze sobą w tej nowej sytuacji. Potrzeby dziecka, szczególnie na początku, są najważniejsze. Seks odpływa na dalszy plan, to naturalne. Mężczyzna czuje się odtrącany i zaniedbany. Dziecko rośnie, rodzice się wspierają, przechodzą kolejne trudy, uczą się siebie w nowych rolach. Stając się rodzicami, nie muszą tracić swojej intymnej więzi. Tylko trzeba uwzględnić, że sytuacja naprawdę się zmieniła: płacz dziecka przerwie im dochodzenie do szczytu albo kolka rozłoży plany na romantyczny wieczór. Nic już nie będzie takie jak przedtem, na dobre i na złe.

Ale często nie ma seksu lub jest bardzo rzadko. To zwykle ona nie ma sił i ochoty. Ostrzegałbym przed nicnierobieniem. Na pewno należy rozmawiać, zawsze trzeba rozmawiać... Tak, rozmawiać, ale nie tylko z partnerem, także z przyjaciółmi. W naszych czasach przyznać się, że w związku nie ma seksu od dłuższego czasu albo że kochamy się raz na trzy miesiące, to wstyd! Wstydzimy się za siebie, że nie przeżywamy już tak intensywnych uczuć seksualnych, jak myślimy, że przeżywają wszyscy dokoła. I za naszych partnerów, że nie budzimy w nich namiętności. Boimy się, że nie nadążamy i czegoś nam brakuje.

Podobnie jest z monotonią i nudą. A kto powiedział, że seks nie może nas nudzić? Nuda to niedoceniany stan, wkładamy dużo wysiłku, by jej uniknąć albo udawać, że jej nie ma. A przecież to uczucie może być przedsmakiem zmiany, uświadomienia sobie prawdziwych potrzeb. Pozwólmy więc sobie doświadczyć tego, co naprawdę czujemy, z zaciekawieniem. To najlepsza droga do zmiany.

  1. Psychologia

Wpływ rodziców na związek. Rozmowa z Katarzyną Miller

Jaki najlepiej mieć stosunek do rodziców i teściów? - Po prostu ich lubić (...). Nie zakładać, że będziemy się z nimi idealnie dogadywać, ale też nie koncentrować się na tym, co złe. To nie jest naiwne, ale głęboko mądre - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Jaki najlepiej mieć stosunek do rodziców i teściów? - Po prostu ich lubić (...). Nie zakładać, że będziemy się z nimi idealnie dogadywać, ale też nie koncentrować się na tym, co złe. To nie jest naiwne, ale głęboko mądre - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
A na pewno lżej będzie tobie i twojemu partnerowi. O tym, jak ważne jest, by zminimalizować wpływ rodziców na swój związek, ale też zdać sobie sprawę z tego, że dom nosimy zawsze w sobie – z psycholog Katarzyną Miller rozmawia Joanna Olekszyk

O tym, jak ważne jest, by zminimalizować wpływ rodziców na swój związek, ale też zdać sobie sprawę z tego, że dom nosimy zawsze w sobie – z psycholog Katarzyną Miller rozmawia Joanna Olekszyk.

Niektórzy porównują związek do podróży. Jak często wybieramy się w nią na jednym wózku z rodzicami? Bardzo często, dlatego powinniśmy ich z tego wózka jak najszybciej wysadzić.

Z drugiej strony psychoanaliza mówi, że dzieciństwo ma wielki wpływ na to, jacy jesteśmy, więc wprawdzie wysadzić rodziców z wózka powinniśmy, ale czy i tak nie będą na nim siedzieć w archetypicznym wymiarze? Ja mam na myśli to, żeby podziękować rodzicom za to, co nam dali, i dalej pójść swoją drogą. Ale masz rację, z rodzicami jesteśmy związani na zawsze. Poza tym dzieci bardzo często chcą, by rodzice jak najdłużej na nich coś łożyli: pieniądze, opiekę, uwagę. To są dzieci nie do końca wypuszczone spod skrzydeł, przyzwyczajone do bezwolności, które na przykład chcą, żeby ich matki opiekowały się ich dziećmi. To, jaka ilość kobiet w Polsce jest na etatach babć, jest nie do uwierzenia. Na pewno jedną z przyczyn stanowi to, że nadal jesteśmy trochę za biedni, by pozwolić sobie na opiekunkę do dziecka. Z jednej strony dziadkowie dają wnukom wiele dobrego i są przeciwwagą dla rodziców, z drugiej robią im też wiele krzywdy, a to rozpieszczają, a to wkładają do głowy dziwne rzeczy... Ja na przykład miałam paskudną babcię, i to jedyną, jaką znałam. Dewotka, nic jej nie obchodziło, tylko zdanie księży. Rzymski katolicyzm bardzo się dokłada do naszych złych wspomnień z dzieciństwa, jest dosyć histeryczny i bardzo emocjonalny, no i często prowadzi do obłudy, typowo polskiej dulszczyzny.

Jaki najlepiej mieć stosunek do rodziców i teściów? Po prostu ich lubić, nie jakoś bardzo, ale wystarczająco, czyli bardziej lubić niż nie lubić. Nie zakładać, że będziemy się z nimi idealnie dogadywać, ale też nie koncentrować się na tym, co złe. To nie jest naiwne, ale głęboko mądre. Jeśli tylko znajdziesz coś fajnego w swojej mamie, tacie, teściu czy teściowej, to doceń to i powiedz na głos. Przecież spędzisz z nimi kawał życia – wspólnie tkacie dywan, po którym będziecie razem chodzić. Tkajcie go więc w ładnych kolorach, choć wiadomo, że w miarę używania trafi się też brzydka plama. Jeśli nic dobrego nie możesz powiedzieć o teściowej, to chociaż jej podziękuj: „Dziękuję ci za twojego syna”. Oczywiście wiele babek się zapiera, że nie będą mówiły innym czegoś miłego, bo oni im też nie mówią. Albo się zrażają: „Ja mu to już raz powiedziałam, ale on nie zareagował, więc przestałam”. Nie można przestawać, trzeba kontynuować. Jeśli cokolwiek chcesz osiągnąć, to musisz to robić wytrwale. Przecież jak się chcesz nauczyć jeździć, to trzeba się do tego na początku zmusić i regularnie powtarzać. Zmuszasz się, żeby się czegoś nauczyć, bo ci na tym zależy. A na relacjach ci nie zależy?

Do związku wnosimy też często naszego wewnętrznego rodzica... Boże, ile osób bierze udział w jednym związku! Moi rodzice, jego rodzice, nasi rodzice wewnętrzni, a do tego byli partnerzy. Seks łączy nas jak więzy krwi.

Jak często rodzic wewnętrzny okazuje się podobny do prawdziwego rodzica? Bardzo często. Mało tego, jeszcze częściej partner jest podobny do tego naszego wewnętrznego rodzica. Super, jeśli to jest ciepły rodzic, gorzej jeśli sekujący.

Sami wybieramy sobie takiego partnera? Oczywiście. Ludzie nieustannie mylą się w jednej sprawie: wydaje im się, że w życiu dokonują określonych wyborów, łącznie z wyborem partnera, by lepiej się poczuć. Otóż nie, my chcemy się czuć tak, jak czuliśmy się w domu – bo to już znamy, to jest bezpieczne. Owszem, jeżeli ktoś się napracuje, to może sobie ofiarować nowy start, z którym będzie dużo bardziej szczęśliwy, ale musi być dla siebie na tyle ważny, żeby mu się chciało i żeby nie zaprzestać tego wysiłku.

Czyli znów konsekwencja. Tak jest. Ja na przykład po latach zdałam sobie sprawę z tego, że facet, z którym jestem już bardzo długo, czyli mój Edek, często dowala mi tak jak moja mamusia. Kiedy to zrozumiałam i sobie ponazywałam, nagle zaczęłam zupełnie inaczej ustawiać to nasze wspólne życie. Przede wszystkim przestałam cierpieć – bo my zawsze cierpimy na własne życzenie. Skoro więc chcę z nim nadal być, to muszę zmienić coś w sobie, w moim podejściu. Zdać sobie sprawę z tego, że niby się z mamusią rozstałam, ale za to szybko podrzuciłam ją w jego skórę. Dalej ją sobie funduję, na własne życzenie. Jego zachowania interpretuję jako krzywdę, bo to samo robiła mi mama. Poza tym ja go prowokuję. Oczywiście on gra też w swoją grę. Ale jeśli ja się wycofam, to on też przestanie.

Czyli jest pewna prawda w twierdzeniu,  że dobieramy sobie partnerów takich jak nasi rodzice? Pewnie, że jest. Ktoś powie: „Ale moja mama była gospodarna, a moja żona nie jest”. No ale gospodarność nie musi być tą najważniejszą rzeczą, może jest podobna w innych.

A czy wybieramy sobie partnerów podobnych do rodzica, z którym byliśmy bardziej związani, czy z którym się częściej kłóciliśmy? Kwestia, z kim byliśmy bardziej związani, jest dość skomplikowana. Wiesz, jaka jest psychoterapeutyczna prawda? Że jeśli najpierw przepracujesz rodzica, z którym twoim zdaniem było ci gorzej, to potem okazuje się, że z tym drugim też tak wesoło nie było. Kiedy rodzice się często kłócą, to nie dają się zaakceptować jako para. Jako dziecko musimy wybrać, czyją stronę bierzemy. Więc decydujemy i potem ładujemy pozytywy w tę jedną osobę, a drugą zaczynamy odsądzać od czci i wiary.

Chcemy udowodnić sobie, że dobrze wybraliśmy... A potem po latach okazuje się, że nie było wcale tak czarno-biało. To są czasem wstrząsające odkrycia. Moja przyjaciółka po kilkuletniej terapii zrozumiała, że jej biedna mama, uciemiężona żona alkoholika, tak naprawdę leżała na swoich dzieciach, żądała od nich współczucia i każde w pewien sposób skrzywdziła. Podczas gdy tata był ciepłą, fajną osobą, którą ona też stopniowo wykańczała, może i tak by pił, ale na pewno przez jej historię cierpiętnictwa nie miał szansy się przebić ze swoją.

Ja dokonałam dobrego wyboru w dzieciństwie, czyli przyznałam rację tacie, ale po latach, jak przepracowałam sobie konflikty rodziców, dostrzegłam w tym wszystkim też winę taty. Mama miała więc podstawy – jako kobieta – by go nie do końca uszanować.

Edka wybrałaś jednak kluczem mamy? Nie do końca, on ma też dużo z mojego taty. Ja dzięki ojcu mam bardzo dobre relacje z mężczyznami, bo stoję za sobą i nigdy się im nie daję. Potrafię być wredna, nie przeraża mnie, gdy ktoś tak o mnie mówi. Choć w sumie to nie jestem wredna, ja po prostu umiem o siebie zawalczyć. Natomiast w związku z Edkiem na początku zachowałam to cierpiętnictwo, które wyniosłam z domu, cierpiętnictwo mojej mamy. Ale już się go pozbyłam.

Chcemy wyjść z domu, lecz ciągle go w sobie nosimy. Tak, to odwieczny paradoks. Nie możemy się całkowicie odciąć od tego, co znamy z domu, bo to dół góry lodowej nas trzyma, nie góra – dół, czyli to wszystko, co w nas nieuświadomione, ukryte. Poza tym rodzice często nie chcą wypuścić nas na wolność i ciągniemy ich za sobą w postaci ogona. Dlatego gdy jesteś pierwszy raz w domu swojego chłopaka, patrz na jego rodziców. Jeśli tatuś jest kapeć, a mamusia po nim jeździ, to twój chłop prawdopodobnie będzie chciał, żebyś to ty była tą silną stroną w związku, która go niesie, a w dodatku ubóstwia. Jeśli tatuś jest macho i rozstawia rodzinę po kątach, zobacz, jak traktuje syna. Jeśli go gnoi, to jest to zniszczone dziecko, a jeśli syn jest do niego podobny i tatuś jest z niego dumny, gadają sobie o osiągnięciach, a mama lata dookoła stołu – to ty będziesz miała tak samo. Albo może być tak, że jego rodzice są ze sobą mocno związani, a on jest gdzieś z boku – wtedy dostałaś od losu małego, niedokochanego chłopczyka, który będzie się czepiał twojej spódnicy. Oczywiście przyszli teściowie mogą okazać się bardzo fajnymi i sympatycznymi ludźmi, ale i tak zobaczysz w nich coś, co ci się nie spodoba. Co nie znaczy, że masz każdego chłopaka z tego powodu odrzucać...

Wystarczy, że pomyślisz o swoich rodzicach... No właśnie, zastanów się, co on zobaczy, jak przyjdzie do ciebie. Z każdym facetem warto bardzo jasno porozmawiać o rodzicach – swoich i jego. Na pewno wasz związek ma być ważniejszy niż związek z rodzicami. Bardzo wiele dorosłych dzieci jest uwikłanych w różne zaszłości. Oczywiście jeśli chcesz szukać tylko takiego, który jest samodzielny, to możesz długo szukać. Masz takiego, jakiego masz, jeśli cię nie gnębi, nie poniża, nie nadużywa – to z jego psychologicznymi problemami można sobie poradzić. Ty też pewnie masz jakieś swoje.

Może byłoby nam łatwiej w związkach, gdybyśmy od razu sobie to mówili: „Słuchaj, nie będzie ci ze mną łatwo, mam skomplikowaną relację z mamą, ojciec był w moim życiu praktycznie nieobecny, do tego w mojej rodzinie kiepsko jest z komunikacją”. Kiedy miałam kilkanaście lat i zakolegowywałam się z chłopakami albo zaczynałam z jakimś chodzić, to my sobie o tym wszystkim mówiliśmy, i to bardzo szczerze. Nastolatki są bardzo uczciwe wobec siebie i takie wyznania bardzo ich do siebie zbliżają. Mają o czym porozmawiać, mogą sobie powspółczuć, wysłuchać się nawzajem, pośmiać się z tego i też to unieważnić, powiedzieć: „Daj sobie spokój z matką, mamy siebie”.

Bardzo czule wspominam chłopaka, z którym byłam od siódmej klasy – strasznie nas połączyło to, że mogliśmy sobie pourągać na nasze mamuśki. Wiedział, co ja z moją przechodzę, pocieszał mnie, rozumiał i stawał w mojej obronie. Był moim rycerzem, moją tarczą przed domowym chłodem. Oczywiście, że wolałabym mieć fajniejszą mamę, która by powiedziała: „Wpadnij kiedyś na herbatę” czy „Nie łaźcie tyle po ulicach, posiedźcie sobie w domu”, bo my ciągle chodziliśmy, a to do kina, a to do parku, bo w domu nie było nam wolno. Jak patrzę, jak moja sąsiadka przyjmuje kolegów swojego syna na korytarzu, to zawsze sobie myślę: „Boże, to jak oni tam przyjmą przyszłą synową?”.

Poza tym jeśli ona nie zna jego znajomych, to jakby nie znała jego... ...a on czuje się tak, jakby nie miał domu, nie uczy się, jak przyjmować gości, jak zapraszać ich do siebie, jak zapytać, co im potrzeba. No, jak się dostaniesz do takiego domu, dziewczyno...

…przyjmą cię w korytarzu. Albo sprawią, że tak się poczujesz.

Może wtedy zrozumiesz, jak on miał z nimi ciężko... ...i zaczniesz mu współczuć. Chciałam przestrzec kobiety przed dwiema rzeczami. Po pierwsze, żeby za bardzo nie żałowały swoich ukochanych, bo będą im matkowały, a do tego babki mają niesłychaną tendencję. Po drugie, aby za bardzo nie chciały, żeby to on im wyrównał to, czego nie dostały w dzieciństwie. I jeszcze jedno – żeby nie marzyły o tym, że teściowa będzie ich mamą. A marzą. To znaczy te, które mają niedobrą mamę. Jak mają naprawdę fajną, to myślą, że żadna inna nie będzie lepsza, więc wychodzą za mąż razem ze swoją mamusią. Natomiast jak mają niedobrą, to marzą, że teściowa im to wynagrodzi. Oczywiście zdarzają się fajne teściowe, ale i tak żadna nie będzie twoją matką. Jest taka zmyła w mówieniu do teściowej „mamo”...

No właśnie, zalecasz czy przestrzegasz przed tym? Obecnie jest tendencja do mówienia po imieniu i to jest dobra tendencja. Według mnie słowo „mama” można mówić tylko do jednej osoby w życiu. Oczywiście można komuś powiedzieć: „Chciałabym, żebyś była moją mamą”, ale to zawsze jest tylko zastępstwo, czyli inna kobieta się nami opiekuje w imieniu mamy.

Matki często mają idealną wizję partnerki dla swojego syna i czasem on z taką dziewczyną rzeczywiście się wiąże, tylko potem coś im nie wychodzi, on ma już nową, a mama nadal wzdycha do tamtej. I często nadal się z nią przyjaźni.

No ale czy ona rzeczywiście wybiera wtedy idealną dziewczynę dla syna, czy raczej dla siebie? Raczej dla siebie, czasem podobną do niej, czasem taką, jaką chciałaby być. To naturalne i ludzkie, a czasem nieświadome. Na pewno jak się zakolegowałaś ze swoją byłą teściową, to nadal się z nią koleguj. Przecież to nikomu nie szkodzi, a jest więcej sympatii w świecie. Dlatego tak lubię francuską literaturę i filmy, w których aż roi się od podobnych relacji, gdzie była żona mojego faceta jedzie z nami na wakacje i w dodatku wszyscy się lubimy. Ale to jest możliwe tylko przy wysokim stopniu świadomości i akceptacji tego, że wszyscy jesteśmy zarówno fajni, jak i ułomni.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym.

  1. Styl Życia

Seks w wielkim lesie. Wywiad z botanikiem Łukaszem Łuczajem

- Uważam, że uprawianie miłości w lesie jest cudowne. Nie definiuję, co to ma być, czy to w ogóle ma być seks. To może być przesiadywanie nago w lesie lub chodzenie boso. I wiosna jest na to bardzo dobra - mówi botanik Łukasz Łuczaj. (Fot. Kim Walker)
- Uważam, że uprawianie miłości w lesie jest cudowne. Nie definiuję, co to ma być, czy to w ogóle ma być seks. To może być przesiadywanie nago w lesie lub chodzenie boso. I wiosna jest na to bardzo dobra - mówi botanik Łukasz Łuczaj. (Fot. Kim Walker)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Pokolenia licealistów wytężają wyobraźnię, by odgadnąć, co właściwie zaszło między Tadeuszem a Telimeną podczas słynnego grzybobrania... Łukasz Łuczaj, botanik i autor książki „Seks w wielkim lesie”, radzi jednak, by na leśne umizgi wybierać miesiące poza sezonem grzybowym. Zatem kiedy i gdzie najlepiej kochać się w plenerze?

Mamy wiosnę. Zdjęliśmy kurtki, odsłaniamy skórę, zrobiło się bardziej zmysłowo? Widzę po sobie, jak bardzo żyję cyklami przyrody. W zimie jestem wyciszony, gdzieś schowany i piszący, a moje potrzeby seksualne redukują się czterokrotnie. Ale to jest fajny moment, żeby gromadzić tę energię. A na wiosnę już włącza mi się taki stan submaniakalny, kiedy zaczynam czuć przyrodę, jak zwierzę, które się budzi, chce żyć.

I zachęcasz, żeby iść do lasu. Tak, uważam po prostu, że uprawianie miłości w lesie jest cudowne. Nie definiuję, co to ma być, czy to w ogóle ma być seks; to może być zwykłe przebywanie nago w lesie lub chodzenie boso. I wiosna jest na to bardzo dobra.

Nie ma jeszcze tylu owadów. Poza kleszczami właściwie nic nas wtedy nie gryzie. Wiele osób ma cielesny kontakt z naturą dopiero latem, głównie na wakacjach. U nas nie ma tradycji dłuższych wakacji wiosennych i przez to nie mamy kultury cieszenia się wiosną, kiedy robi się naprawdę pięknie, a przyroda jest zupełnie inna niż później. Już w lutym czy w marcu zdarzają się czasem dni, gdy temperatura osiąga 15–17 stopni. A w lasach liściastych, o tej porze jeszcze pozbawionych liści, jest słonecznie, pnie się nagrzewają, ściółka się nagrzewa, wychodzą kwiaty. Można się kochać w lesie wśród zawilców, fiołków, i jest to naprawdę cudowne uczucie.

Mam wrażenie, że dla wielu osób twoja propozycja jest jednak zaskakująca. Nie biorą pod uwagę, że mogłyby iść do lasu i się kochać. Dla wielu jest zaskakująca, ale dla wielu nie jest, bo, uwierz mi, ludzie naprawdę to robią. Rozmawiałem z wieloma osobami, które mają wspomnienia, że podczas ogniska latem ktoś się oddalił albo coś się działo na obozie nad mazurskim jeziorem czy na wycieczce w górach. Czasem jest to wspomnienie utraty dziewictwa właśnie na łonie przyrody.

Może fantazjujemy o seksie na łonie natury, bo dużo filmów erotycznych czy pornograficznych jest kręconych w naturalnej scenerii? No właśnie, przyznam się, że pisząc tę książkę, przejrzałem badawczo wiele takich filmików. Nie jestem fanem pornografii, natomiast bardzo mnie ciekawił schemat, jaki się w nich wykorzystuje. Kręci się je w lasach sosnowych, gdzieś w Rosji albo Skandynawii, pojawiają się jakieś blondyny oparte o drzewo albo kładące się na podłożu boru. Czasami jest to wybrzeże morskie w Chorwacji czy Grecji.

Muszą być piasek i woda. Taki jest już schemat: dziewczyna oparta o drzewo ewentualnie para leżąca na piasku. Ten las jest właściwie niepotrzebny, jest tylko miejscem, gdzie można się schować. Ale zdarzyło mi się obejrzeć ciekawsze filmy, gdzie kochankowie kryli się w lesie tropikalnym, wisieli na lianach albo przyjmowali różne ciekawe pozycje, których nie widziałem w Europie. Przy okazji muszę przyznać, skoro zapytałaś o pornografię, że w książce przeoczyłem ciekawy fenomen, jakim jest ruch Fuck For Forest. To grupa ekologicznych zapaleńców, którzy nagrywają filmy pornograficzne czy bardziej erotyczne. I pieniądze z ich sprzedaży przeznaczają na wykupywanie lasów, ochronę przed wycinką. Nie wiem, czy umiałbym być tak bezkompromisowy, nie wiem, czy chciałbym pokazywać swoje ciało publicznie w takim filmie. Natomiast jakoś mi oni imponują. Widać w ich działaniach radość życia, wibrację wynikającą ze związku z ziemią.

Gdy mówisz o seksie w lesie czy przebywaniu nago w lesie, to we mnie pojawia się obawa. W lesie czuję się bardziej wystawiona na widok publiczny niż na ulicy.  I kiedy słyszę o kobiecie zgwałconej w Lesie Kabackim, to odechciewa mi się igraszek w naturze. Tak, ale masz perspektywę lasu podmiejskiego. Gwałty w lesie w Bieszczadach są rzadkością. Choć na pewno jest to trudny temat dla kobiet. Jeszcze przed publikacją tej książki w wydawnictwie pojawiły się obawy, czy przyjęta w niej perspektywa nie jest mocno heretycko-samcza. Ale ja chciałem po prostu pisać o sobie; może ktoś napisze kiedyś taką książkę z perspektywy kobiecej lub homoseksualnej. Natomiast piszę dużo o dotyku, o odczuciu przyrody, na które jesteśmy wrażliwi niezależne od tego, jakie mamy narządy czy orientację.

Ale powiem tak: do lasu trzeba iść z kimś, to dobre miejsce na randkę. Zwłaszcza że – i to potwierdził sam rzecznik Komendy Głównej Policji – uprawianie seksu w lesie nie jest nielegalne, o ile nie naraża się innych na oglądanie nas.

Kiedy dobrze, a kiedy źle kochać się w lesie? Z perspektywy osoby mieszkającej na Pogórzu Dynowskim, która wchodzi do lasu i ma kilka kilometrów leśnej przestrzeni dla siebie, na pewno unikałbym seksu w okolicach sezonu grzybowego. Dlatego właśnie kwiecień jest super na seks, bo wtedy nie ma grzybów i ludzie nie chodzą po lesie.

Kiedyś próbowałem znaleźć miejsce na schadzkę w okolicach Tarnowa, naprawdę długo to trwało. Te lasy były fatalne, wszędzie jakieś sośniny z podszytem jeżyn i trzeba było przejechać z 50 km, żeby w ogóle wejść w fajne otoczenie. No i rzeczywiście trudno jest znaleźć dobre miejsce wokół aglomeracji miejskich, choć kochałem się  na łonie natury i w Warszawie, i w Krakowie, ale to już wymaga sporego doświadczenia w wyszukiwaniu odosobnionych okolic. Natomiast łatwiej o dobre miejsce na seks w regionach turystycznych, takich jak góry, pojezierza, także parki narodowe.

Parki narodowe? Tak, gdy się zejdzie ze szlaku, co jest oczywiście czasem nielegalne, to ma się park dla siebie. Poza tym w parkach są wykroty – nie prowadzi się wycinki, więc po prostu co rusz leżą zwalone drzewa. I one są jak meble. Tak naprawdę dla mnie las, który nie ma tych wykrotów, jest lasem nieumeblowanym, jest jak wielka hala sportowa. A las pozostawiony sam sobie po kilkudziesięciu latach wygląda trochę jak graciarnia, gdzie można się schować, ukryć pod drzewem, oprzeć o jego pień. Drzewa mają korę chropowatą albo gładką, to budzi różne doznania, są też kłody omszałe. I dlatego takie kłody są dobre na wiosnę, bo, że tak powiem, w dupę nie zmarzniemy. A nawet można się kochać w zimie, dlatego że kłoda nagrzeje się od słońca. Nie mamy kontaktu z ziemią i wilgocią.

Spotkałeś się z zarzutem, że trochę wykorzystujesz przyrodę? Że traktujesz las jak umeblowane miejsce, jak scenerię do uprawiania seksu? Pojawiły się takie głosy, ale uważam to za mocno histeryczno-hipsterskie. Bez przesady, myślę, że drzewa znoszą gorsze rzeczy, ludzie je ścinają, kaleczą. Poza tym myślę, że one chcą tego.

A skąd taka myśl? Żeby to wiedzieć, to trzeba rozmawiać z duchami drzew.

Myślałam o tym chodzeniu nago, przecież w Polsce mamy plaże naturystów. Ale dlaczego nie mamy lasów naturystów? Może dlatego, że ludzie się lubią opalać, że mamy naturalny zwyczaj rozbierania się na plaży. To fajny pomysł. Poza tym wydaje mi się, że ludzie mają coraz większy problem z byciem na plaży naturystów. W latach 70. w Chorwacji wszędzie spotykało się plaże naturystów, to było królestwo naturyzmu europejskiego. A w tej chwili jest tego bardzo mało, na takich plażach leżą głównie emeryci. Myślę, że ludzie też mają dużo nagości i seksu w Internecie albo w sytuacjach prywatnych. No i przez tę wszechobecność smartfonów nikt nie chce być sfilmowany, żeby potem go pokazywano w pracy na przykład.

Trudno się dziwić. Za to jestem za tym, żeby bycie nago było absolutnie legalne właśnie w lasach czy jakichś takich bardziej odsuniętych miejscach. Przecież to jest chore, że myśmy się tak przyzwyczaili do ubrania. Ono służy tak naprawdę tylko do tego, żeby zabezpieczyć się przed chłodem, a kiedyś też zabezpieczało przed atakiem seksualnym, bo trudniej dobrać się do kogoś okutanego w ileś warstw.

Przypomina mi się książka o Australii – „Ja, Aborygen” Douglasa Lockwooda. To jest zapis wspomnień australijskiego przedstawiciela rdzennej ludności, który napisał coś w stylu: „Moja matka urodziła się naga i umarła naga i nigdy nie miała na sobie ubrania, przez całe życie”. Bardzo mnie to zaciekawiło.

A ty chodzisz nago po lesie? Udało mi się kiedyś przez kilka dni i nocy przebywać nago i to było niesamowite uczucie. To oczywiście szybko przestaje być seksualne, ale jest podniecające na zupełnie innym poziomie. Na poziomie skóry, na poziomie tego, że nasze ciało jest wolne. Po pewnym czasie to trochę mija. No i powtarzam, rozdzielmy bycie nago od seksu.

W czym właściwie seks w naturze jest lepszy od seksu w łóżku? Dla mnie ważny jest kontakt ze słońcem, z energią, więc taki seks jest lepszy właśnie w tej łączności z naturą. W tym, że słońce na nas świeci. Ale generalnie nie wiem, czy jest lepszy, jest po prostu inny. Kiedyś zresztą ludzie żyli w wielopokoleniowych domach, w małych izbach i nadal tak żyją na świecie. Czasem też ktoś nie ma kasy, żeby pójść do kawiarni na randkę, albo w okolicy nie ma kawiarni. A w domu są rodzice, dziadkowie, rodzeństwo. Więc zostaje las i jest wtedy miejscem intymnym.

Czyli las był i jest naturalnym miejscem schadzek? Tak. Po lekturze mojej książki wiele osób, pięćdziesięcio-, sześćdziesięcio- czy siedemdziesięcioletnich powiedziało mi, że ma wspomnienia seksu w lesie czy na łonie natury. A teraz młode pokolenie boi się kleszczy, boi się, że ktoś ich zobaczy, sfilmuje… To jest dziwne, że młodzi ludzie w tej chwili są bardzo seksualnie rozbestwieni, a z drugiej strony boją się przyrody.

I wtedy wkraczasz ty ze swoją książką. „Seks w wielkim lesie” jest pierwszą książką tego typu na świecie. Czegoś takiego, co jest połączeniem poradnika i eseju wybiegającego do różnych kultur, z własnymi wątkami autobiograficznymi i wspomnieniami, po prostu nie ma. Ale myślę, że będzie więcej. Ostatnio w Stanach powstał podcast właśnie o uprawianiu seksu na zewnątrz. I prognozując trendy, uważam, że kultura europejska znów zwróci się ku starożytnej Grecji, z jej mitologią, bliskością natury i seksem.

Tak sądzisz? Myślę, że rozwiązaniem dla ludzi, którzy uprawiają seks trochę mechanicznie, jest wsłuchanie się w rytm natury. Ja mam taką refleksję, że gdy widzę nasienie wylane na ciało czy na kłodę drzewa w lecie, a nad nim muchy, które je zjadają, to dla mnie to jest dalej życie, te muchy się najedzą. Gdy myślimy o seksie, to jego najważniejszą funkcją jest dawanie życia, i dla mnie to jest ważne, podniosłe. Choć może nie wszyscy tak mają. Ale przyznam się, że miałem duże wątpliwości przed publikacją tej książki.

Dlaczego? Staram się w niej operować na różnych poziomach: biologicznym, takim przeciętnie erotycznym oraz metafizycznym. Ale samo uprawianie seksu zwykle przyciąga energię z niższych czakramów, a ja jestem bardziej skomplikowany i o seksie aż tak często nie myślę, i traktuję go dosyć poważnie. Dlatego bardzo się obawiałem, że będę przyciągał takie energie bardziej ziemskie. Ale w końcu się zdecydowałem, bo myślę, że naprawdę świat potrzebuje takiej książki.

To na koniec – od czego zacząć przygodę z seksem w lesie? Po pierwsze, od chodzenia boso po lesie. Po drugie, od ocierania się plecami o pień drzewa na przykład. I może od wizyty w jakimś parku narodowym. Polecam jeszcze kochanie się pod kwitnącą czereśnią albo jabłonią.

Łukasz Łuczaj, botanik, doktor habilitowany nauk biologicznych, wykładowca akademicki, autor książek popularnonaukowych i esejów o przyrodzie dziko rosnącej.

Polecamy książkę: „Seks w wielkim lesie”, Łukasz Łuczaj, wyd. Korporacja Ha!art. Polecamy książkę: „Seks w wielkim lesie”, Łukasz Łuczaj, wyd. Korporacja Ha!art.

  1. Seks

Dobry związek bez fizycznej miłości - czy to możliwe?

Seks to również erotyczna bliskość: przytulenie, głaskanie, drapanie po plecach... Celem nie musi być stosunek i orgazm. - Przychodzą do mnie ludzie (...), którzy nie mogą, nie chcą ze sobą współżyć. Oboje godzą się na brak seksu, ale są między nimi inne formy bliskości. I to bywają dobre związki – mówi seksuolog Krzysztof Korona. (Fot. iStock)
Seks to również erotyczna bliskość: przytulenie, głaskanie, drapanie po plecach... Celem nie musi być stosunek i orgazm. - Przychodzą do mnie ludzie (...), którzy nie mogą, nie chcą ze sobą współżyć. Oboje godzą się na brak seksu, ale są między nimi inne formy bliskości. I to bywają dobre związki – mówi seksuolog Krzysztof Korona. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Żyrafy i hipopotamy przestają się rozmnażać w zoo, ponieważ znalazły się w nienormalnej sytuacji. Tak działa stres. A Polacy, chociaż wyszli z klatki, są wyjątkowo zestresowanym społeczeństwem. Zgłasza się do mnie coraz więcej par, które porzuciły seks albo seks je porzucił. Czy możliwy jest dobry związek bez fizycznej miłości – zastanawia się seksuolog Krzysztof Korona.

Najpierw zastanówmy się, czemu służy seks w związku, do czego jest potrzebny. U jego źródeł leży instynkt, prokreacja, jednak ludzka erotyka już bardzo się od tego oddaliła.

Podobno są dobre małżeństwa, które potrafią serdecznie żyć bez seksu, tzw. białe małżeństwa, choć ja bym je raczej nazwał „bladymi”. Seks jest ważny, ponieważ małżeństwo to dzisiaj niezwykle trudne przedsięwzięcie. Miłość fizyczna bywa w nim amnestią, odpustem, wybaczaniem sobie, wspólną falą. Jego brak to zwykle koniec związku. Często tak, ale niekoniecznie. Jeśli seks rozumiemy szeroko, więc też jako erotyczną bliskość, to w jej skład wchodzi przytulenie, głaskanie, drapanie po plecach, obdarowywanie siebie sobą nawzajem. Celem nie musi być stosunek i orgazm. Przychodzą do mnie ludzie po chorobach, którzy nie mogą, nie chcą ze sobą współżyć. Oboje godzą się na brak seksu, ale są między nimi inne formy bliskości. I to bywają dobre związki. Dla mnie małżeństwa, gdzie erotyka jest martwa, to takie związki, w których ludzie żyją obok siebie bez dotyku, bez porozumienia; pary, które nie mają dla siebie dobrego słowa, gestu czułości i bliskości. Pogrzeb seksu to smutna uroczystość, na której rzadko kiedy płaczą oboje.

Zgadzam się, że sam stosunek to tylko akt kopulacyjny, prawie zwierzęcy. Dlatego ubieramy seks w miłość, czułość i w kulturę. Erotyka ma różne formy, ważne, czego potrzebujemy i jak się umówimy. Większość ludzi potrzebuje jednak typowej jego formy z penetracją, z wytryskiem i z orgazmem, przynajmniej czasami. I nie przypadkiem prawo mówi, że brak współżycia może być dowodem rozpadu związku. Na ogół tak, ale nie zawsze. Zgłasza się do mnie coraz więcej par, które porzucają seks albo to seks je porzucił. Ta grupa z każdym rokiem rośnie. Świat wariuje, więc seks razem z nim. Ludzie epoki wiktoriańskiej chcieli miłości bez seksu. Współcześni dostali seks bez miłości i niektórym na dobre to nie wyszło. To dlatego przychodzi do mnie żona, która kocha seriale telewizyjne, i skarży się na męża, który kocha laptop. Zjawia się mąż, który może by i chciał, ale kiedy wraca z Londynu na sobotę i niedzielę, żona akurat nie może. A jak może, to jemu organ odmawia posłuszeństwa. Narząd nieużywany systematycznie albo „używany inaczej” nie bardzo staje na wysokości zadania. Wybór w takiej sytuacji jest prosty. Obydwoje w obronie przed wstydem i upokorzeniem wyczekują na moment, kto powie pierwszy: „Dobrej nocy, idę spać”.

Nie chce mi się wierzyć, że to tendencja rosnąca, seks przecież dzisiaj jest wszechobecny. Ale stres wokół jeszcze bardziej. Żyrafy i hipopotamy przestają się rozmnażać w zoo, nie kopulują, ponieważ są w nienormalnej sytuacji. Tak działa stres. A Polacy, chociaż wyszli z klatki, są wyjątkowo zestresowanym społeczeństwem, zawsze w biegu, w niepewności, w walce. Seks to chwila zatrzymania się i skupienia, a niełatwo teraz o to.

Ciekawe, jak ta sama sytuacja może prowadzić do dwóch skrajnych zachowań. Część ludzi właśnie z powodu stresu nadużywa seksu, traktując go jako reduktor napięcia, jako relaks. Inni z kolei wtedy nie mogą i nie chcą. Tak właśnie jest. Rodzina seksoholików to właśnie ci, którzy za daleko poszli w traktowaniu seksu jako lekarstwa na lęki, niepokój, co staje się nałogiem… Przychodzi do mnie małżeństwo, mówią: „Zadecydowaliśmy, że już nie współżyjemy”. Po rozmowie jednak okazuje się, że tylko jedna strona nie chce seksu. Bywa, że ona mówi: „Jestem już za stara, już mi się nie chce”. Kiedy indziej on mówi: „Jestem zmęczony, nie mogę”. A często jak poskrobać, to okaże się, że żona już go nie podnieca. Przez dziesięć lat nie mieli seksu, po czym on nagle odchodzi do młodszej. Najczęściej seks znika w małżeństwie, kiedy jedna ze stron straciła pociąg do partnera albo straciły go obie strony.

To głównie kobiety czasami udają, że seks sprawia im przyjemność, aby zaspokoić swoich mężczyzn i ich nie zawieść. Mężczyznom o coś takiego trudniej, nie da się udawać wzwodu. Taka taktyka najczęściej dotyczy kobiet z ludu. Gdy do mnie przychodzą, mają problem z językiem, z nazywaniem uczuć, ale w działaniu wiedzie ich instynkt i naturalna mądrość. Te ze wsi znają obyczaje zwierząt. Uważają, że mężczyzna musi co jakiś czas zostać zaspokojony, inaczej się zbiesi i pójdzie do innej. Takie zresztą proste myślenie dotyczy także mężczyzn, którzy przychodzą z prośbą o lekarstwo na impotencję w obawie, że jak kobieta nie będzie miała stosunku chociaż raz w tygodniu, „to jej się macica pochoruje”.

Nie lepiej dogadać się, otworzyć i popłynąć na tej samej fali? Dla związku, dla przyjemności i dla zdrowia. Ci, którzy uprawiają seks, są zdrowsi niż ci, którzy go nie uprawiają. I nie chodzi tu tylko o fizyczne zdrowie. Słyszę od pacjentki: „Wszystko mnie boli, głowa, mięśnie”. Pytam o relacje z mężem. Nie doświadcza na co dzień bliskości, intymności, dotyku, więc też relaksu, jest spięta, chora na brak erotycznej miłości. To, niestety, częsty wątek zaburzeń nerwicowych, depresyjnych, migren, zaburzeń snu. Mężczyzna najczęściej z powodu braku seksu miewa problemy z penisem. Jeśli nie zdradza, nie spotyka się z prostytutkami i nie masturbuje się, to organizm zaczyna mu nawalać. Kobieta, jeśli ma wysokie potrzeby seksualne, miewa też poważne problemy, wiedzą coś o tym ginekolodzy. Szczególnie niszczące są wojny małżeńskie, gdzie seks jest potężną bronią. Jedno z partnerów dochodzi do wniosku, że będzie drugiego karało brakiem seksu.

Jestem pewien, że celują w tym kobiety, im łatwiej obyć się bez seksu. Rzeczywiście, kobiety lepiej radzą sobie z abstynencją, ich ciało jednak też się buntuje. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety, blokując seksualność, muszą sobie jakoś obrzydzić seks i partnera. A to nie jest bezkarne. Nasza seksualność to misterna konstrukcja, nie tak trudno coś tam zepsuć. U kobiet zaczyna pojawiać się anorgazmia, inne problemy. Ale mężczyzna musi wykonać jeszcze większą destrukcyjną pracę, by zablokować swą seksualność, a to powoduje w nim większe spustoszenia, czasami sami doprowadzają siebie do impotencji psychogennej.

Na pewno brak seksu bywa destrukcyjny dla naszej psychiki. Dlatego jestem przeciwnikiem celibatu księży. Zakonnice też czasami dawały popis psychoz zbiorowych z seksualnym podkładem. U „normalnych” księży i zakonnic celibat nie jest drogą w kierunku choroby psychicznej czy dewiacji. Nie jest prawdą twierdzenie, że człowiek musi odbywać seksualne stosunki, bo inaczej zwariuje albo dostanie raka. U duchownych cierpienie przeżywane w związku z potrzebami seksualnymi paradoksalnie może być powiązane z przeżywaniem religijnej satysfakcji często nazywanej posłanniczą. Od satysfakcji seksualnej odróżnia ją to, że jest przeżywana jako swoisty „ból duszy”, która ofiarowana została Bogu z nadzieją na nagrodę po śmierci. Abstrahując od duchownych, pewne jest, że zanik seksu w związku jest światłem alarmowym. Trzeba rozmawiać, co się stało i co się dzieje. Jeśli obie strony z tym się godzą, coś ustaliły, można się jakoś dogadać. Zwykle jednak, kiedy jest sprawca i ofiara, tej drugiej dość często grożą także, niestety, dewiacje. Miałem pacjenta, którego żona odtrącała. Pocieszał się porno i masturbacją. Ale to szybko mu się znudziło. Więc masturbował się, prowadząc wóz. Potem było mu przyjemniej, gdy ktoś go zauważył, najpierw starsze kobiety, potem coraz młodsze. Kamera zarejestrowała, jak pokazywał się dziecku. I tak trafił do mnie...

Tłumaczę ludziom, że seks nie musi oznaczać stosunku i orgazmu. Ale seks nie musi być zawsze mówieniem o miłości, kolacją ze świecą i szampanem. Może to być też środek profilaktyczny w zakresie zdrowia psychicznego i fizycznego. Warto pamiętać, że seks to także zabawa i forma rozładowania napięcia. Jedno jest pewne: jeśli partner ma w nosie potrzeby drugiej strony, to katastrofa emocjonalna jest blisko. Umieranie związku miłosnego zawsze okupione jest ludzkimi dramatami, niestety, nie tylko w obszarze relacji ona i on. Nie zaniedbujmy więc siebie nawzajem.

Krzysztof Korona, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog, właściciel Kliniki Piękna Wewnętrznego „Wellness Psychotherapy”.