1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Kłamstwa i mity o związkach

Kłamstwa i mity o związkach

123rf.com
123rf.com
Jeśli zastanawiasz się, czy zawrzeć święty związek małżeński, gdy zewsząd dochodzą cię informacje o statystykach rozwodów i nieszczęśliwych małżeństwach, przeczytaj nasz tekst!

Oto kłamstwa i mity o związkach, które oglądasz w tabloidach i portalach plotkarskich i czytasz w kolorowych magazynach.

1. Co drugie małżeństwo kończy się rozwodem. Tak podają statystyki, tak słyszysz w  telewizji. Ale weź pod uwagę, że nie wiemy, o jakich małżeństwach słuchamy. Czy o tych, które wzięły ślub w zeszłym roku, czy o tych z  50-letnim stażem. Wtedy okaże się, że mówimy o tak różnych grupach i przekrojach wiekowych, że statystyki okażą się bez znaczenia.

2. Narodziny pierwszego dziecka niszczą małżeństwo Naukowcy przyznają, że to trudny dla pary moment, ale zależy to od tego  w jakim stadium był związek przed przyjściem dziecka. Czy to w ogóle początek znajomości? A może 10-letni staż i długie oczekiwanie na potomka?

3. Terapia par nie działa. Działa tak długo, jak stosujemy się do porad specjalisty i naprawdę chcemy nad sobą i związkiem pracować.

4. Lepiej zamieszkać ze sobą przed ślubem. Okazuje się, że częściej rozwodzą się pary, które mieszkały ze sobą przed ślubem. Naukowcy tłumaczą to tym, że ponieważ już byli ze sobą, to decyzja o ślubie okazała się łatwa. Ale jednocześnie para nic do tego związku - oprócz obrączki - już nie wnosi. Więc decyzja o rozwodzie przychodzi równie łatwo.

5. Związki dwóch przeciwieństw są lepsze niż osób podobnych do siebie. Prawdy w tym zdaniu o tyle, że różnice mogą wydawać się fascynujące na początku związku, ale później utrudniają - zwłaszcza jeśli nie dbamy o to - codzienne życie. Badania pokazują, że najtrwalsze i najbardziej harmonijne są związki, gdzie dwoje ludzi ma podobne charaktery i temperamenty.

6. Syndrom pustego gniazda niszczy kobietę psychicznie. To pewnie była prawda kilka dekad temu, kiedy całym życiem kobiety były dzieci i sprzątanie domu. Ale odkąd panie mają swoje kariery zawodowe, pasje i mogą swobodnie rozwijać się intelektualnie, dzieci nie stoją już na wiecznie odkurzanym piedestale.

7. Starsze pary nie uprawiają seksu. Chyba wszyscy wiemy, że to nieprawda. To zdanie może mieć zastosowanie jedynie do tych par, które mają poważne kłopoty ze zdrowiem albo nie uprawiały seksu nawet kiedy były młodsze.

8. Związki homoseksualne są inne od heteroseksualnych. Nieprawda. Pary homoseksualne dzielą te same problemy i trudy prozy życia co heteroseksualni.

9. Lepiej nie mówić partnerowi, kiedy jesteś przygnębiona. Badania pokazują, że kiedy tłumimy w sobie przykre uczucia i myśli, byle nie smucić partnera, wytwarzamy coraz większy dystans. W końcu albo z nadmiaru frustracji zaczniemy nieświadomie i niesprawiedliwe "wyżywać się" na partnerze, albo nasze emocje będą musiały dojść do głosu i wybuchną z siłą, po której nasz związek już nie będzie taki sam.

10. Rywalizacja między rodzeństwem kończy się po okresie dzieciństwa. Rywalizacja miedzy rodzeństwem nigdy się nie kończy, a narasta, jeśli rodzice faworyzują jedno ze swoich dzieci. Równe traktowanie oznacza mniej konfliktów w rodzinie i twoim związku.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Obalamy najczęstsze mity na temat seksu

Istnieje wiele mitów dotyczących seksu - obalamy te najczęstsze. (Fot. iStock)
Istnieje wiele mitów dotyczących seksu - obalamy te najczęstsze. (Fot. iStock)
Jak się kochać wzorowo, zgodnie z zaleceniami poradników? Nie słuchając zbytnio ich nakazów!

Jesteś w udanym, stałym związku, ale… Wyedukowana na medialnych wzorcach, karmiona opowieściami koleżanek, nie wiesz sama, czy brak orgazmu lub ochoty na seks mieści się w normie, czy jest już może symptomem jakiegoś zaburzenia. W prezencie dla ciebie proponujemy nasz sensowny seks-poradnik.

Czy to źle, że kochamy się krótko?

Według ostatnich badań prof. Zbigniewa Izdebskiego, statystyczny Polak kocha się około 15 minut. To krócej niż kiedyś, ale czy rzeczywiście krótko? I czy to, że kiedyś spędzaliście godziny w sypialni, a teraz wasz seks jest raczej ekspresowy, jest zmianą na gorsze?

– Nie ma długiego i krótkiego seksu, jest tylko seks satysfakcjonujący lub nie – uważa Katarzyna Platowska, psycholożka i terapeutka. – Jeśli partnerzy są zadowoleni, kochając się kilka minut, to wszystko w porządku. Najważniejsze, żeby żadne z nich nie czuło się do niczego przymuszane lub czegoś pozbawiane.

Jest wiele kobiet, które czerpią z seksu niewiele satysfakcji – problemy z libido ma ponad 40 proc. pań. Można śmiało przypuszczać, że te kobiety będą zadowolone, gdy stosunek będzie trwał jak najkrócej. Ale i wówczas, gdy kobieta lubi seks i chętnie go uprawia, nie musi przeznaczyć na to całej nocy, po godzinie może być już całkowicie usatysfakcjonowana.

– W tym, że kochamy się krótko nie ma nic złego – uważa Platowska. – Wieczorem wiele osób jest tak zmęczonych, że sama myśl o długiej celebracji prowadzi do rezygnacji ze zbliżenia. A jakoś niezręcznie zaproponować partnerowi szybki numerek… Tymczasem nie ma sensu trzymać się jakichkolwiek zewnętrznych norm. Możemy celebrować długie stosunki w weekendy, w tygodniu nieco szybszy seks jest jak najbardziej na miejscu.

Czy to źle, że nie zawsze mam orgazm?

Mężczyzna orgazm ma zawsze – tak stworzyła go natura. Z kobietami bywa różnie – raz dochodzą na szczyt, innym razem nie. To zupełnie normalne.

– Orgazm kobiety jest funkcją nie tylko fizyczną, ale przede wszystkim psychiczną – tłumaczy psycholożka. – Jeśli kobieta nie jest całkowicie odprężona i obecna tu i teraz, może mieć problemy ze szczytowaniem. Ale to nie znaczy, że seks nie dał jej satysfakcji. Samo zbliżenie może być dla niej na tyle ważne, ze względu na odczuwaną bliskość, intymność i całkowitą uwagę partnera, że uzna stosunek za bardzo udany niezależnie od braku orgazmu. Dobrze traktować szczytowanie jako miły, ale niekonieczny dodatek do emocjonalnej satysfakcji.

Jednak wielu mężczyzn wartościuje swoją seksualną wydajność tym, czy kobieta osiąga przyjemność. Gdy ich partnerki nie mają orgazmu, czują się jak łóżkowi nieudacznicy. I dochodzi do paradoksu: kiedy mężczyźnie tak bardzo zależy na rozkoszy kochanki, ona zaczyna orgazm... udawać – żeby nie robić mu przykrości, by miał poczucie, że jest najlepszym kochankiem na świecie. Albo… dla świętego spokoju.

– Nie bądźmy fanatykami: nawet jeśli kobiety są zdolne do wielokrotnych orgazmów, bywa, że nie mają żadnego. Jeśli to się czasem zdarza – w porządku. Okresowe trudności z dojściem do orgazmu nie oznaczają, że kobieta jest oziębła, a partner nieudolny. Problem jest wtedy, gdy kobieta nigdy go nie osiąga albo bardzo rzadko – konkluduje psycholożka. – Wtedy radzę udać się do seksuologa.

Czy to źle, że nie szczytujemy razem?

To dość powszechny mit na temat seksu: jednoczesny orgazm świadczy o wielkiej miłości i idealnym dopasowaniu. Owszem, dowodzi sporego porozumienia, znajomości ciała partnera i własnego oraz wiedzy, jak się posługiwać tym aparatem. Ale tak naprawdę jest… trikiem natury, ułatwiającym zapłodnienie.

– To jego podstawowa funkcja – mówi Platowska. – Podczas kobiecego orgazmu dochodzi do skurczu macicy, co wzmaga skuteczność wędrówki nasienia do jajeczka. Pod względem seksualnej satysfakcji orgazm przeżywany osobno wcale nie jest gorszy, podobnie jak łechtaczkowy nie jest gorszy od pochwowego. Kochankowie, szczytując każde w swoim czasie, mogą w pełni cieszyć się i napawać przyjemnością drugiego. Bo choć jednoczesny orgazm może być wręcz duchowym przeżyciem, to jest tak intensywnym stanem, że człowiek, chcąc nie chcąc, skupia się jedynie na swojej przyjemności.

Jeśli bardzo ci zależy na wspólnych orgazmach, głowa do góry – to się da wyćwiczyć. Jeśli nie masz nic przeciwko orgazmom jeden po drugim, twój partner powinien pamiętać o zasadzie „ladies first”. Nie ma jednak problemu, gdy zdarzy się, że to on będzie pierwszy – o ile potem zadba o ciebie.

Czy to źle, że w łóżku myślę o kimś innym?

Zdaniem większości seksuologów, odrobina fantazji, zwłaszcza u kobiety, jest jak najbardziej wskazana, bo pomaga wprowadzić się w odpowiedni nastrój. Pod warunkiem oczywiście, że jeśli fantazjuje o koledze z pracy, mężowi tego nie powie. Katarzyna Platowska uważa jednak, że gdy naprawdę zależy ci na dobrych relacjach w związku, erotyczne marzenia powinny dotyczyć… twojego partnera.

– Gdy zaczynasz się bawić w wyobrażanie sobie innego mężczyzny, pojawia się kłamstwo – wyjaśnia. – To znaczy, że własny partner cię nie podnieca. Wtedy lepiej spróbować innych sposobów, np. dołączyć jakieś gadżety czy gry, które urozmaicą seks, niż wyświetlać w głowie film porno z kimś innym w roli kochanka.

Co innego fantazje seksualne, nawet najdziksze, podczas masturbacji – tu można swobodniej i z czystym sumieniem puścić wodze fantazji.

Czy to źle, że się masturbuję?

Mały erotyczny seans sam na sam ze sobą może się zdarzyć także w stałym związku, ale czy to świadczy o braku satysfakcji w relacji? Przecież skoro kochasz partnera i możesz uprawiać z nim seks, kiedy tylko macie na to chęć – chyba nie powinnaś mieć ochoty na „dodatkowe” atrakcje? Otóż, niekoniecznie.

– Zdarzają się kobiety, w których życiu erotycznym masturbacja nie odgrywa żadnej roli – uważa Platowska. – Jeśli od wieku 17 czy 18 lat cały czas są w jakiejś mniej lub bardziej stałej relacji, nie odczuwają takiej potrzeby. I odwrotnie: kobiety, które w różnych okresach bywały same, bardzo cenią sobie taki sposób zaspokojenia seksualnego. A nawet gdy wejdą w nowy, udany związek, mogą przez jakiś czas nie chcieć porzucać „starych praktyk”.

Wszystko jest tak naprawdę kwestią proporcji. Jeśli twoje życie seksualne jest satysfakcjonujące, ale od czasu do czasu zdarza ci się seans autoerotyczny, to wszystko w porządku. Gorzej, jeśli jesteś bardziej zainteresowana własnymi pieszczotami niż seksem z partnerem. Tak może się stać, gdy on nie potrafi doprowadzić cię do orgazmu – a ty zamiast go tego nauczyć, udajesz przyjemność, a potem dogadzasz sobie sama. To ślepa uliczka. W konsekwencji będziecie się tylko od siebie oddalać, aż w końcu w ogóle zaczniecie unikać współżycia.

Czy to źle, że on korzysta z pornografii?

Przyłapałaś kiedyś chłopaka lub męża, jak z wypiekami na twarzy ogląda w internecie pieprzne filmiki?

Bez paniki! Pornografia jest szkodliwa w przypadku osób poniżej 18. roku życia i takich, które jeszcze nie rozpoczęły życia seksualnego. W innych przypadkach… – …oglądanie filmów porno może być taką samą rozrywką jak napicie się piwa: wprawdzie nie z tych najbardziej intelektualnych i z górnej półki, ale służy odreagowaniu – twierdzi Platowska.

Zdarza się jednak, że mężczyźni poświęcają pornografii więcej czasu niż nakazuje zdrowy rozsądek. Jeśli zaniedbują partnerki, bo są bardziej zainteresowani onanizowaniem się przed ekranem niż seksem z kobietą, z którą kochają się od miesięcy czy lat, to pojawia się poważny problem.

– Gdy mężczyzna nabiera ochoty na zbliżenie z żoną tylko po erotycznym seansie, to sygnał, że w jego małżeństwie nie dzieje się dobrze – mówi Platowska. – No, chyba, że ma problemy z libido.

Nagłe zainteresowanie partnera filmami porno może być też sygnałem, że potrzebuje dodatkowych bodźców. Dobrze potraktować ten fakt nie jako nieszczęście, ale wskazówkę – jak wzbogacić, a kto wie – może nawet uratować związek.

Czy to źle, że nie mam ochoty na seks?

Zmęczenie, stres, stan zdrowia, w tym hormonalnego i intymnego, ogólna sytuacja życiowa – to wszystko może powodować, że apetyt na seks będzie rósł lub malał. To oczywiste, że kobieta mająca płaczące po nocach dziecko, będąca w połogu lub krążąca myślami wokół nękających ją nierozwiązanych problemów, raczej nie będzie miała ochoty na miłosne igraszki. Libido spada też u kobiet w drugiej fazie cyklu, gdy rządzi nimi progesteron, gdy przyjmują tabletki antykoncepcyjne czy w okresie menopauzy.

Ale jeśli nie ma obiektywnego powodu, dla którego nie masz ochoty na seks, warto się nad tym zastanowić. – W kobiecej psychice potrzeba seksualna leży bardzo blisko potrzeby bezpieczeństwa, więc jeśli między partnerami nie ma zgody, ona nie będzie miała ochoty na miłosne igraszki – dodaje Platowska.

Łóżko jest czułym miernikiem temperatury uczuć między partnerami. Jeśli do niedawna w sypialni było fajnie, a od jakiegoś czasu zaczynacie unikać zbliżeń, może przyczyny trzeba poszukać w emocjach. Bo nawet jeśli nie ma między wami awantur i kłótni, to nie znaczy, że wszystko jest w porządku. A nieuzewnętrznione i nieponazywane problemy skutecznie dzielą partnerów. Potrafią nawet zniszczyć wieloletnią i udaną relację.

Są pary, które godzą się w sypialni. – To nie jest dobry pomysł – mówi psycholożka. Zaproszenie do seksu staje się utrwaloną metodą redukcji napięcia, zamiast wypływać z potrzeby bycia razem.

Chociaż jest ziarno prawdy w stwierdzeniu, że pary, które się często kłócą, miewają z seksu większą satysfakcję… – Takie pary mają „dobrze przewietrzony” związek, brak między nimi emocjonalnych zaszłości – tłumaczy Platowska. – Cała sztuka polega na tym, by umieć się kłócić dobrze i na temat, a potem godzić.

  1. Psychologia

Wierność w związku - mit czy rzeczywistość?

Wiele osób, zamiast pracować nad sobą i nad związkiem, wybiera drogę na skróty... (fot. iStock)
Wiele osób, zamiast pracować nad sobą i nad związkiem, wybiera drogę na skróty... (fot. iStock)
Związek powinien być jednocześnie spokojną i bezpieczną przystanią oraz ekscytującą i stymulującą drogą, która ciągle się zmienia. Czy osoba, która dopuszcza się niewierności, jest jak rozkapryszony następca tronu, który nie znosi, gdy jego pragnienia pozostają niezaspokojone, czy jak ktoś dość pokorny, by zrozumieć i zaakceptować swoją zwierzęcą naturę? – pyta Lisa Letessier, psycholożka i terapeutka, autorka książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”.

Według szacunków 80 proc. par w pewnym momencie zderza się z niewiernością partnera, 65 proc. rozwodzi się po odkryciu zdrady, a w 50 proc. tych, którzy pozostają razem, nie dochodzi do wybaczenia (Weil, Winter 1994)!

Poliamoryści wychodzą z założenia, że pozostawanie wiernym seksualnie jednej osobie jest czymś nienaturalnym. To prawda, że w królestwie zwierząt i ludzi niewiele osobników żyje w monogamii! Poligamia człowieka może być w pewien sposób uznawana za przesłankę quasi-naturalną (Barash, Lipton, 2002).

Ponadto żyjemy dziś w społeczeństwie hedonistycznym, w którym koniecznością jest odczuwanie przyjemności i satysfakcji! Epikurejska koncepcja szczęścia polega na szukaniu przyjemności, gromadzeniu emocji pozytywnych oraz odrzucaniu bólu i tego, co wywołuje emocje nieprzyjemne. Wszystko musi szybko się toczyć i szybko przynosić efekty. W tym pośpiechu zdolność do znoszenia ogólnej frustracji maleje. Denerwujemy się, jeśli przez godzinę nie dostajemy odpowiedzi na SMS lub e-mail, odchodzimy z pracy, gdy tylko przestaje przynosić satysfakcję, szukamy rozwiązania w zdradzie lub rozwodzie, jeśli coś nam nie pasuje w związku. Niestety, hedonistyczna adaptacja skazuje nas na krótkotrwałość. To, co daje chwilową przyjemność, nuży albo staje się zwyczajne! Jesteśmy więc skazani na ciągłe poszukiwanie nowości, jak narkoman, który musi stale zwiększać porcje, żeby poczuć taki sam efekt jak wcześniej. Zmęczenie lub codzienność, zamiast do pracy nad rozbudzeniem namiętności i odbudowaniem pożądania, prowadzą do tego, że się rejestrujemy na portalu Gleeden…

Niewierność bez kompleksów

Tym, którzy nie znają Gleeden, wyjaśnijmy, że jest to serwis wyspecjalizowany w relacjach pozamałżeńskich! Chociażby w metrze francuskim można spotkać olbrzymie afisze, które zachęcają do zdrady. Gleeden jest jak wąż Kaa z „Księgi dżungli”, który szepcze: „Zauuufaaajjj, ssspróbuj sssmaku zdraaady, ssspodoba ci sssię”. Serwis stał się zresztą wartością referencyjną w badaniach Ipsos na temat niewierności…

Na stronie głównej podana jest liczba użytkowników (na dzień dzisiejszy prawie 8 milionów!). Kobiety, dla których portal był początkowo przewidziany, stanowią dziś 40 proc. użytkowników. Także na stronie głównej można przeczytać wyznania, które mają przekonać nas o dobrodziejstwach niewierności w związku, oraz zapewnienie dyskrecji, jak i krótki tekst o poniższej treści:

„Witajcie na Gleeden.com, portalu nr 1 dla osób zamężnych! Niezależnie od tego, czy poszukujesz pozamałżeńskiej przygody w pobliżu domu, czy kochanka w odległości tysiąca kilometrów na wyjazdy służbowe, Gleeden.com to szczególne miejsce, gdzie w całkowitym bezpieczeństwie możesz spotkać niewiernych z całego świata! Masz ochotę na zdradę? Wybór należy do ciebie! Tworzony na co dzień przez ekipę w 100 proc. kobiecą, Gleeden.com pozwala kobietom na w pełni dyskretne spotkania pozamałżeńskie!”

Niewierność staje się w pewien sposób normalna! Oto „wartości”, które pozwolą nam na rozwój. Po co męczyć się w związku, znosić frustrację seksualną, emocjonalną czy intelektualną, skoro dzięki kilku kliknięciom można natychmiast zyskać pocieszenie! (…)

Jak znieść frustrację?

Wielki paradoks bierze się stąd, że mimo wszystko pary chcą ciągle budować. Wciąż żywa jest też bajka pt. „żyli długo i szczęśliwie” i to rozbudza pragnienia. W rezultacie chcemy coś tworzyć, ale bez zbytniego wysiłku i żyć we dwoje, ale z zachowaniem całkowitej wolności… Przyznacie, że to paradoks.

Pascal Bruckner pisze: „Dziś oto kobiety i mężczyźni są poddani sprzecznym wymogom: kochać namiętnie i w miarę możliwości być tak samo kochanym, cały czas zachowując autonomię. Być otoczonym, nie spętanym, z nadzieją, że związek okaże się dość elastyczny, żeby umożliwić to harmonijne współżycie” (Bruckner, 2019). Na tym polega dramat wierności. Jako spadkobiercy pokolenia buntowników 1968 roku wzrastaliśmy w imię „zakazuje się zakazywać” (fr. Il est interdit d’interdire! należy do najbardziej znanych haseł związanych z wydarzeniami społeczno-politycznymi wiosną 1968 roku we Francji). Naszą dzisiejszą mantrą byłoby raczej „zakazuje się być sfrustrowanym”. Jednak życie i związek wymagają tolerowania frustracji. Trzeba zaakceptować drugą osobę taką, jaka jest, a nie jaką chcielibyśmy ją widzieć. Zaakceptować, że nie zawsze ma te same pragnienia co my, nie w tej samej chwili i nie równie intensywnie je odczuwa. Zaakceptować, że nie jest doskonała i nie zaspokoi wszystkich naszych pragnień. Czyli zaakceptować bycie sfrustrowanym.

Tymczasem ciężar uchronienia nas od frustracji spoczywa na partnerze, który musi spełnić wszystkie kryteria: umieć słuchać, wykazywać wrażliwość oraz empatię, ale i odwagę, być dobrą matką/ dobrym ojcem, perfekcyjną panią domu/ perfekcyjnym gospodarzem, wspaniałą kochanką/ wspaniałym kochankiem, a poza tym mieć dobrą pracę, być szczerym przyjacielem i dawać poczucie bezpieczeństwa uczuciowego… Jeśli któryś z tych wymogów nie jest spełniony, sprawdzamy gdzie indziej – może tam jest lepiej! Porównujemy, domagamy się, tupiemy nogami. Ponieważ naszym punktem odniesienia są idealne rozwiązania, brak satysfakcji i frustracja związane z naszym związkiem rosną (Kotsou, 2014). Dowiedziono zresztą, że im bardziej ktoś wierzy w nierealne modele, tym wyżej szacuje koszty, które ponosi w związku: utratę czasu dla siebie, brak wolności, wady partnera itd.

Kilka liczb

Ponieważ jednym z elementów, które powinny spełniać nasze kryteria, jest seks, kluczowa staje się satysfakcja fizyczna w związku. Krzyczące nagłówki w wielu magazynach, które tłumaczą, jak uniknąć nudy, albo dają „10 rad”, jak przeżyć rozkosz za każdym razem, nakładają na nas obowiązek „umiejętności osiągania orgazmu”. Zdrowie związku jest mierzone życiem seksualnym. Seks jest powinnością, to niedopuszczalne, żeby partner nie dawał nam satysfakcji. Żeby to znieść, szukamy sposobu na uwolnienie się od frustracji gdzie indziej. Według badania serwisu Gleeden, 68 proc. użytkowników sądzi, że sekret długotrwałego związku tkwi w niewierności.

Inne badania wskazują, że kobiety równie często dopuszczają się niewierności co mężczyźni (Mark, 2011), a 72 proc. romansów zaczyna się w pracy (Pasini, 2008). Zresztą wiele wskazuje na to, że im wyższy poziom społeczno-zawodowy, tym większe ryzyko niewierności – co potwierdzają również dane Gleeden, w którym 50 proc. użytkowników ma wysokie dochody. Według tego samego badania wśród dopuszczających się zdrady satysfakcję ze związku wyraża 72 proc. mężczyzn i 62 proc. kobiet.

Kobiety, które odczuwają nieprzystosowanie lub frustrację wynikające z częstotliwości stosunków seksualnych bądź postawy czy wartości związanych z płcią – 2,9 raza częściej dopuszczają się niewierności. Niech więc przestarzałe poglądy nie każą nam sądzić, że współczesna kobieta nie przywiązuje wagi do ulepszania sfery seksualnej. Jeśli chodzi o mężczyzn, częściej zdradzają ci, którzy cierpią na zahamowania seksualne wynikające z zaburzeń funkcjonalnych (przedwczesny wytrysk i kłopoty z erekcją) wywołujących niepokój o sprawność. Wydaje się, że lęk przed doświadczeniem ewentualnych trudności seksualnych poza związkiem, w obecności kogoś mniej ważnego, jest słabszy. Wreszcie, można zauważyć więcej kontaktów homoseksualnych partnerów w związkach heteroseksualnych: 18 proc. kobiet heteroseksualnych zgłasza w momencie rejestracji zainteresowanie seksem homoseksualnym.

W klasyfikacji dopuszczających się zdrady kobiet Francuzki zajmują trzecie miejsce (32 proc.) po Włoszkach (34 proc.) i Niemkach (43 proc.). Na najwyższym stopniu podium wśród mężczyzn dopuszczających się niewierności stoją razem Francuzi i Włosi (55 proc.). Jeśli chodzi o kobiety i mężczyzn łącznie, to prym w niewierności wiodą Niemcy i Włochy (45 proc.), kolejne miejsce zajmuje Francja (43 proc.), przed Belgią (40 proc.).

Czy niewierność stała się nie do uniknięcia?

Zatem mamy 50 proc. szans na to, że zostaniemy zdradzeni. Urocze… Ponadto warto wiedzieć, że niewierność ze strony mężczyzn wzrasta wyraźnie wraz z pojawieniem się pierwszego dziecka, ponieważ czują się oni odsunięci i poszukują atencji poza związkiem. Ale jest cała masa powodów do niewierności! Żeby przeżyć nową miłość, nową namiętność; żeby doświadczyć porozumienia z kimś innym albo czułości; z nudy; żeby podnieść swoją samoocenę; z zemsty lub z wściekłości na partnera/ partnerki; żeby poczuć adrenalinę związaną z przekraczaniem granic, które dodaje życiu pikanterii; żeby przekonać się, że można jeszcze dla kogoś być pociągającym, że jest się młodym…

W rzeczywistości przyczyny są równie zróżnicowane, jak ludzie i związki. Pewne jest jednak, że niewierność służy zaspokojeniu.

Wierność wydaje się dziś jak święty Graal, w którego niewielu ośmiela się wierzyć. Gdy mężczyzna z dwudziestoletnim stażem w związku mówi, że nie ma na koncie żadnego skoku w bok, to albo budzi bardzo, bardzo silny podziw, albo wątpliwości, czy jest szczery! Faktycznie, wierność jest czymś więcej niż zwykłe życzenie, to prawdziwy cel, którego osiągnięcie wymaga wysiłku, komunikacji i tolerancji na frustrację. Każda osoba musi określić, na czym polega i co wyklucza; każda para powinna sobie to ustalić. Wierność czemu? Komu? I zwłaszcza w jaki sposób? Znów powrócę do Pascala Brucknera, który pisze „nie przestajemy mieszać […] wolności wyboru miłosnego, który jest olbrzymim postępem, z wyborem wolności osobistej. W pierwszym przypadku rozwijamy solidarność małżeńską, która wyrasta ponad wyspiarskość każdego z partnerów; w drugim wypadku stawiamy na ego, ryzykując postawienie obok siebie dwóch samotności” (Bruckner, 2009).

Wierność ma jednak nie stawać się ciężarem narzuconym przez świętoszków; musi być naturalnie uosobiona, broniona jako wartość osobista. Najważniejsze jest powiedzieć partnerowi, w jaki sposób ty postrzegasz wierność: czy jako rodzaj lojalność wobec samego siebie, czy na sposób poliamorystów. Niech umowa będzie jasna. Jeśli wierność fizyczna jednemu partnerowi jest dla ciebie podstawową wartością związku, zrób wszystko, żeby jej dotrzymać, i pogódź się z tym, że nie będzie to długa spokojna rzeka! Pozostań wierna przede wszystkim swoim wartościom. Podstawą jest znalezienie kompromisu, który pozwoli ci realizować się jako jednostka oraz w związku, bez drastycznych rozstrzygnięć.

Natychmiastowa przyjemność czy szczęście eudajmoniczne?

Pewnie zaczynacie mówić do siebie: „Ona nie odpowie na pytanie postawione w tytule…” Rzeczywiście! To wydaje mi się niemożliwe, ponieważ każdy ma własną koncepcję wierności. Niemniej ten, przed kim stoi zadanie, musi mieć odwagę, żeby oprzeć się wszelkim obecnym pokusom. Jakie to piękne zrezygnować z natychmiastowej przyjemności na rzecz szczęścia eudajmonicznego, które istota ludzka osiąga, gdy jej rozwój i osobista droga nabierają sensu. Psychoterapeutka par, Fabienne Kraemer, wyraża to w piękny sposób: „stan uczuć na początku jest z pewnością najbardziej ekscytujący […], zmiana partnera, gdy tylko ten etap się rozwiewa, to skazywać się na smakowanie tylko przystawki, bez możliwości delektowania się głównym daniem, głęboką miłością, która pojawia się z czasem, gdy udaje nam się kochać kogoś za to, jaki jest” (Kraemer, 2015).

Na koniec świadectwo Matthieu, 55 lat, zakochanego w swoje żonie i wiernego jej od 30 lat.

„Kiedy się poznaliśmy, mieliśmy oboje po 25 lat. Dziś mamy po 55. Zbliżyliśmy się do siebie bardzo szybko (po kilku tygodniach pierwsze miłosne pocałunki, potem pierwszy seks), ale wszystko było od razu proste. Ja, nieświadomie zalękniony, pokazywałem pewność siebie i sztywniacką niezależność, mało czułości i zro zumienia; ona, niespokojna na myśl, że mogę odejść, cierpiała z powodu mojego zdystansowania i niepewności uczuciowej, która z tego wynikała. Kiedy martwiła się o przyszłość naszego związku, mówiłem: „Zobaczymy, nic nie da się przewidzieć; każdego dnia będziemy się przekonywać, czy jesteśmy razem, czy już nie”. Zawsze zakładaliśmy, że możemy nie być razem, a jeśli jesteśmy, to dlatego, że ciągle chcemy.

Powoli naturalne stało się, żeby mieszkać razem. Tak też zrobiliśmy. Później urodziło nam się jedno dziecko, potem drugie.

Kiedy miałem 20 lat, nie wyobrażałem sobie, żeby być z jedną osobą przez tyle czasu, praktycznie przez całe życie… Nasza relacja wiele razy mnie zaskoczyła. Jest nam razem dobrze i to porozumienie nie maleje z czasem, wprost przeciwnie. Nasz związek nie jest też taki jak kiedyś. Dziś jest on spokojniejszy, głębszy; darzymy się większym szacunkiem niż na początku. Powiedziałbym: mniej skrępowania, chełpliwości, walki, no i lepiej się znamy. To, co mogło nas na początku irytować, dziś może rozbawić (oczywiście nie wszystko, ciągle zdarza nam się pokłócić i sprawić sobie wzajemnie przykrość). Jak gdyby z latami nasze osobowości bardziej się szanowały, harmonizowały. Jakbyśmy umieli przejść do porządku dziennego nad rzeczami powierzchownymi i skupić się na najważniejszym.

Fizycznie wciąż jesteśmy dla siebie atrakcyjni; bliskość ciał, dotyk są nadal równie przyjemne jak kiedyś. Jeśli chodzi o seks, podchodzimy do niego bardziej swobodnie, także na tym poziomie lepiej się znamy, bardziej szanujemy pragnienia i potrzeby drugiego. Czasami odczuwamy nawet większą przyjemność niż w młodości. Jesteśmy dla siebie kochankami, małżonkami, ale i przyjaciółmi, rodzicami, życiowymi partnerami, doradcami, rodzeństwem. W związku jest nas dużo!

Wspólnie decydujemy o ważnych sprawach (dotyczących dzieci, domu, wspólnego życia). Mówimy wprost o wszystkim, co nas dotyczy (stanie duszy, lękach, przyjemnościach, seksualności, pieniądzach itd.) i to dość otwarcie. Szanujemy i wspieramy wzajemnie swoje wybory. Każde z nas ma swobodę w życiu społecznym (rozrywki i przyjaciele) i niezależność zawodową. Każde z nas może mieć też swoją prywatność, życie osobiste i fantazje. Jednak według naszej niepisanej umowy nie zdradzamy się, jesteśmy wierni, nie kłamiemy na temat ważnych rzeczy. Żadne z nas nie uniosłoby zdrady. Atrakcyjność romansu wydaje się niewielka, ponieważ jest nam dobrze razem zarówno pod względem psychicznym, jak i fizycznym. Co lepszego moglibyśmy znaleźć poza związkiem? Po co szukać nowych doświadczeń, skoro to, co przeżywamy, daje nam satysfakcję i posmak nowości? I dlaczego ryzykować zniszczenie tego, jak żyjemy i co jest tak dobre, w imię przygody na jeden wieczór?

Można powiedzieć sobie: owszem, ale to drugie się nie dowie, wystarczy całe zdarzenie dobrze ukryć. Nie na tym jednak polega problem. Jeśli zdradzę żonę, będę o tym wiedział ja i będę musiał ją okłamywać − co dzień wymyślać strategię, żeby się ukrywać i ukrywać przed nią to, co robię… Narażę w ten sposób więź głębokiego zaufania, która nas łączy i która jest fundamentem naszego związku. Jeśli ona miałaby romans, nie sądzę, abyśmy mogli być dalej razem, żebym zniósł tę zdradę. Nie jesteśmy skłonni do dzielenia się.

Gdybym w wieku 20 lat wiedział, że przez 30 kolejnych lat będę sypiał z tą samą kobietą! I na dodatek, gdyby mi ktoś powiedział, że będę miał z tego jeszcze więcej przyjemności niż na początku! I że będę chciał, żeby to trwało przez kolejne dziesięciolecia! Bardzo bym w to powątpiewał, a jednak trzeba przyznać, że tak jest. Nas samych wciąż to dziwi. Anarchistyczni i wolni młodzi ludzie, jakimi byliśmy, dziwnie by na nas spoglądali. Jednak nadal jesteśmy młodymi anarchistami, w wolności wspólnie wybieramy życie, które nam najbardziej odpowiada i najbardziej nas wzbogaca.”

Fragmenty z książki Lisy Letessier „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”

  1. Seks

Trenuj seks, choć to nie sport

Seks to nie sport, ale element treningu jest w nim ważny. (Fot. iStock)
Seks to nie sport, ale element treningu jest w nim ważny. (Fot. iStock)
Zbyt długie przerwy w miłości fizycznej powodują zanik formy. Kiedy żyje się w parze, seks jest także obowiązkiem zaspokajania potrzeb partnera oraz treningiem naszych narządów płciowych – uważa seksuolog Krzysztof Korona.

Instynkt seksualny to potęga, jednak aby seks był udany, musimy też się go uczyć...
Seks w różnych epokach miał rozmaite formy, chociaż istota była taka sama, gdyż kieruje nim naturalny popęd. Jest w seksie sporo natury, wiele kultury, najwięcej psychiki. Seks to nie tylko technika. To skomplikowany i pełen możliwych awarii mechanizm. Dlatego mam wiele pracy jako terapeuta. Jest czego się uczyć i co ćwiczyć, ale też konieczne są uczucia, które też trzeba pielęgnować i rozwijać. Nauczyć się techniki nie jest trudno, ale uczuć – bardzo trudno, czasami nawet to niemożliwe, jeśli nie dostanie się w dzieciństwie miłości, ciepła i dotyku, czyli ducha i ciała. Kiedy jest miłość, zawsze towarzyszy jej dotyk. Ci, którzy nie byli pieszczeni w dzieciństwie, nie będą potrafili dotykać innych, nawet nie czują potrzeby bycia dotykanym. Dla nich seks ogranicza się do prokreacji. Czyli znika czułość, także sztuka dawania i brania przyjemności.

Zmiany obyczajowe są ważne. Co w seksie jeszcze niedawno było niedopuszczalne, staje się powszechne i jest uważane za normalne, np. seks oralny czy masturbacja. Coś, co było surowo zakazywane, nawet karane jako grzech, teraz bywa polecane.
Jeszcze nie tak dawno uważano, że masturbacja szkodzi, nawet jest zabójcza. Miliony ludzi dręczyły się z tego powodu. Do dzisiaj na półkach stoją podręczniki, w których piszą, że „to niebezpieczny proceder”. Profesor Tadeusz Bilikiewicz w książce „Psychiatria kliniczna” (wyd. 1979 r.) nazywa samogwałt zboczeniem, a młodych, którzy są w szponach tego nałogu, proponuje leczyć.

Głoszenie takich sądów to dzisiaj rzadkość i kuriozum.
Tak, ale prawdą jest też, że z masturbacją nie wolno przesadzać. Ten nawyk ma dużą siłę, bywa jak narkotyk i uzależnia, chociaż nie jest tak groźny. To jednak niepokojące, kiedy autoerotyzm blokuje seks partnerski. Trening niezbędny w sporcie nie jest tym samym w seksie, gdyż to jednak nie sport. A jeśli robimy z seksu sport, to źle.

Wszystko niemal, co dotyczy seksu, rozgrywa się w mózgu, w wyobraźni, w emocjach. Autoerotyzm nie buduje uczuć do partnera, sam jesteś partnerem, a to bywa pożywką dla narcyzmu.

A przecież wielu ludzi masturbuje się, myśląc o kimś z miłością. Podobnie jak liczni uprawiają seks z małżonkiem, marząc np. o żonie sąsiada.
Wyobraźnia nie zastąpi jednak życia. I podobnie jak w sporcie zbyt długie przerwy powodują zanik formy. Kiedy żyje się w parze, seks to także obowiązek zaspokajania potrzeb seksualnych partnera, który przez 20 lat w tym związku trochę stetryczał. Odpowiedzialność w seksie partnerskim to także trening narządów płciowych. Penis, którym żona się nie interesuje, przestaje sprawnie działać, a pochwa, której nie odwiedzał członek, nie stanie się wilgotna na zawołanie. Odpowiedzialny seks to także trening sprawności. Narządy płciowe żądzą się biologicznymi prawami. Nie dbasz o seks swojego partnera, to zacznij oszczędzać pieniądze, przydadzą się na prawnika albo na seksuologa lub psychiatrę, już nie mówiąc o wenerologu. Istnieją dowody, że ci którzy są aktywni seksualnie nawet do później starości, bywają nie tylko bardziej życzliwi na co dzień, ale też nie przesiadują w kolejkach do lekarzy. Ludziom brakuje dystansu do siebie, spojrzenia na siebie z boku, pisał Alex Comfort w „Radości seksu”. Twierdził, że gdyby ludzie mogli samych siebie oglądać podczas seksu, to seksuolodzy nie byliby potrzebni.

Są tacy, którzy poczuliby niesmak, oglądając siebie, wiele osób gasi światło, by móc idealizować swą nagość i partnera, podczas gdy tuż za ścianą coraz liczniejsze pary nagrywają seks. Czy rzeczywiście tak wiele to daje? Jeśli mówimy, że seks to nie sport, ale w dużej mierze wyobraźnia, to powiedzmy sobie, że wyobraźnię też można trenować.
Fantazje erotyczne to potężna siła, która pozwala na zachowanie sprawności seksualnej i jej, i jemu. Ten intymny świat jednak także wymaga treningu, kreacji i prawa do prywatności. Leczyłem kiedyś parę, która ustawicznie kłóciła się o to, że on nie chciał jej podczas uprawiania seksu odpowiadać na pytanie: „O czym teraz myślisz, kochanie?”. Dar wyobraźni nie jest przekazywany przez geny. Tego też warto się uczyć. Pozbawiona wyobraźni kobieta może być tylko zazdrosna o fantazje swojego męża.

Każdy w marzeniach chciałby chociaż raz stać się gwiazdą ekranu. Jedni idą na casting do serialu, inni włączają kamerę w komórce i kreują się na gwiazdę filmu o miłości. Seksuologom nic do tego, póki nie spotkają się z takimi odcinkami kiepskiego serialu w aktach sądowych, jak u pary, która kłóciła się przed sądem, kto kogo seksualnie molestował i sporządzał filmy pornograficzne bez zgody drugiej strony.

Ćwiczenia z kamerą dla poprawy sprawności seksualnej? O tym nie słyszałem, chociaż nie brakuje zapaleńców, którzy korzystają z mikrokamer, by szukać w pochwie zagadkowego punktu G, z jednym nawet spotkałem się w gabinecie. Cierpiał na impotencję spowodowaną natrętnymi myślami, że wagina może się zacisnąć podczas penetracji, a on nie będzie mógł wyciągnąć penisa. To był lęk, który – jak potem się okazało – przekazała pacjentowi zgwałcona matka, którą rodzina zmusiła, by urodziła niechciane dziecko. Straszyła syna konsekwencjami wkładania penisa do pochwy.

To skrajność. A na co dzień jaki błąd najczęściej popełniamy?
Błąd zaniedbania. Błędem jest przekonanie, że sprawność seksualna została nam dana raz na zawsze. Jeżeli para przestaje uprawiać seks, pojawią się pewnie zaburzenia przy próbie jego wznowienia. To nie jest pływanie czy jazda na rowerze. Aparat seksualny człowieka składa się z dwóch obszarów, które muszą być ciągle w użyciu, powinny być „trenowane”. Pierwsza to ogólna sprawność fizyczna. Potrzebny jest też trening emocjonalny. O emocje trzeba dbać jak o rośliny, pielęgnować je i podlewać.

Są już programy telewizyjne, gdzie spotykają się pary i na oczach widzów trenują różne formy seksu. I nie ma tam wcale wulgarności, chociaż to bywa mocne. Co o tym myślisz?
Niektórzy ludzie chodzą do siłowni. Podobnie uprawiają seks. Oni nie tylko opowiedzą, ale też pokażą przed kamerą różne pozycje. Seks jest jednak przede wszystkim czynnikiem więziotwórczym. Jak inaczej przetrwać trudy związku? Jest oczywiste, że rozwijające się libido musi być uzbrajane w narzędzia intelektualnej kontroli. Nawet kiedy jesteśmy bardzo głodni, to siadając w restauracji przy stoliku, nie rzucamy się rękami na podane przez kelnera jedzenie. Sztuki zaspokajania głodu można dziecko uczyć na dwa sposoby: warczeć i straszyć je rozlaniem zupy i nieodwracalnymi konsekwencjami poparzenia albo spokojnie pokazywać, jak należy posługiwać się łyżką i na czym polega sztuka wkładania łyżki do buzi, a wcześniej dmuchania. Mądrzy rodzice wychowują zdrowe i sprawne seksualnie dziecko, zdolne do zbudowania własnej rodziny.

Uczymy się nieustannie od siebie, jakbyśmy rzeźbili się nawzajem, tak jest nie tylko w erotyce. Ale znasz rozpacz kobiet, które pytają: „Czemu mężczyźni nie wiedzą, gdzie jest łechtaczka”. I żal facetów, że ona uważa seks oralny za zboczenie i grzech śmiertelny.
Grzeczne dziewczynki nie mają łechtaczki, a dobrze wychowani chłopcy nie wkładają swego ogonka dziewczynkom do buzi – taki model edukacji tylko pozornie mamy poza sobą. W moim gabinecie pojawiają się mężczyźni przyprowadzani przez żony, żeby im wytłumaczyć, że seks nie polega tylko na wpychaniu członka pomiędzy nogi. Zaznaczam, że nie są to panowie z diagnozą upośledzenia umysłowego. Koleżanki seksuolożki, do których częściej przychodzą kobiety, spędzają godziny na tłumaczeniu im, że od pocałowania członka nie zmienią się w żabę. Wbrew pozorom w dalszym ciągu nie rozmawiamy mądrze o seksie. Dlatego seksuolodzy nie narzekają na brak pracy. Polski seks, który znam z opowieści pacjentów w moim gabinecie lub dowiaduję się o nim, kiedy odwiedzam osadzonych w zakładach karnych albo słucham zwierzeń gwiazd ekranu, za często, niestety, przypomina rzeźbienie dłutem w twardej skale...

Często pacjenci proszą o szczegółowe rady jak zawodnicy trenera?
Pacjent trafiający do mnie jest zwykle jak dziecko we mgle, nie bardzo wie, jak mi TO opowiedzieć, a co dopiero prosić o szczegółowe rady. Na pewno nie podziała rada „trenuj seks, a będziesz zdrowy”. Seks to nie sport, co uparcie powtarzamy, ale element treningu jest w nim ważny. Za brakiem satysfakcji kryją się pokłady emocjonalnych śmieci, które muszą zostać podczas terapii uprzątnięte. Inaczej psują się. Seksualny partner to czuje, dlatego nie reaguje, jak powinien, i nie doświadcza tego, co przez delikatność nazywamy spełnieniem.

Krzysztof Korona, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog.

  1. Seks

Każda miłość jest pierwsza. Nie raczmy partnera "eks" historiami

Nasze szczere wyznania i wspomnienia, szczególnie w sferze seksu, mogą w relacjach intymnych więcej zniszczyć niż poprawić. (fot. iStock)
Nasze szczere wyznania i wspomnienia, szczególnie w sferze seksu, mogą w relacjach intymnych więcej zniszczyć niż poprawić. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Dawno, dawno temu miałam kochanka jak z bajki… STOP! Historia twoich erotycznych przygód, nawet jeśli bardzo zajmująca, niech zginie w mrokach zapomnienia!

Seksuologowie podkreślają: w sypialni obowiązuje szczerość. Mówmy o swoich potrzebach i oczekiwaniach. O tym, co tu i teraz! Bez udawania orgazmów. Owszem – mówmy, ale nie wszystko i niekoniecznie wprost.

Poniżej zakazane komunikaty, czyli takie, które raczej zrujnują związek, niż poprawią zytuację w sypialni:

Nie jesteś pierwszy, kochanie…

Gabrysia postanowiła być z Pawłem szczera. – To miłość mojego życia. Długo na niego czekałam. Z nim chcę się związać na dobre i na złe – wyznaje. – Ale skoro mamy być razem, musi wiedzieć o mnie wszystko. Nie chcę ukrywać przed partnerem czegoś, co jest kawałkiem mnie.

Częścią procesu zbliżania się do siebie była opowieść Gabrysi o seksualnej przeszłości, dość bogatej. Spotkała Pawła w wieku 34 lat, a dziewictwo straciła jako 17-latka. Przez lata „pomiędzy” zbierała doświadczenia. W sumie miała 14 kochanków. Początkowo chciała przyznać się do 10, ale jak szczerość, to szczerość: dumna ze swej otwartości wyznała Pawłowi wszystko. Niestety, efekty ją zaskoczyły: Paweł zaczął się zachowywać z dziwnym dystansem. Wkrótce przestał z nią sypiać. A niedługo potem odszedł.

Małgorzata Zaryczna-Pogorzelska, seksuolożka, psycholożka i terapeutka, uważa, że nadmierna prawdomówność w tym temacie to jeden z najczęstszych błędów kobiet. – Statystyczny mężczyzna jest wzrokowcem – tłumaczy. – I kiedy słyszy takie opowieści, jego mózg zaczyna wytwarzać wokół nich obrazy, nawet jeśli on sam tego nie chce. Nie chodzi o to, że poświęca czas na fantazjowanie na ten temat, to proces automatyczny. Im więcej szczegółów poda partnerka, tym więcej będzie mieć materiału i stworzy bardziej drobiazgowy obraz. Każdy detal przekłada się na pobudzoną wyobraźnię.

Efekt? Złość na partnerkę, często nieuświadomiona. Odraza. Obawa partnera, że w porównaniu z poprzednikami wypada gorzej. Lęk, że nie potrafi zaspokoić swojej kobiety. Biorąc pod uwagę, że aż 83 proc. mężczyzn za synonim męskości uważa własną sprawność seksualną (według raportu firmy On Board PR Ecco Network na temat zdrowia seksualnego Polaków, 2012 r.), facet, który boi się, że nie sprosta roli kochanka, raczej nie będzie szczęśliwym partnerem. Badania potwierdzają też negatywny wpływ szczerości na życie seksualne. Wspomniany raport głosi, że aż 74 proc. respondentów uważa, że zwierzenia partnerki na temat bogatej przeszłości seksualnej mogą negatywnie wpływać na samopoczucie mężczyzny. Na szczęście większość kobiet zdaje sobie sprawę z tego, że zbytnia wylewność nie popłaca: ponad 80 proc. respondentek podziela ten pogląd.

Ten to potrafił zakręcić!

Małgorzata Zaryczna-Pogorzelska: – Czerpanie satysfakcji ze sfery intymnej wiąże się dla obu stron przede wszystkim z poczuciem bezpieczeństwa. Niekoniecznie z wielką miłością. Komfort plus pewność swojej roli są koniecznymi warunkami udanego seksu.

Brak bezpieczeństwa sprawia, że sfera erotyki zaczyna się mężczyźnie kojarzyć z lękiem. A kiedy się czegoś boimy, staramy się tego unikać. Im rzadziej się konfrontujemy z tym, czego się obawiamy, tym bardziej strach rośnie. Stąd tylko krok do poważnych problemów. I chodzi nie tylko o zaburzenia erekcji, choć te zdarzają się w takich sytuacjach nagminnie. Są też inne zagrożenia. Przekonała się o tym Julita. – Konrad wydawał mi się za mało zaangażowany w związek – przyznaje. – Chciałam więc podkręcić trochę atmosferę, wzbudzić jego zazdrość. Opowiedziałam mu, że jeszcze na studiach miałam faceta, który kochał seks i miał niesamowite pomysły. W sypialni wrzało, choć na innych polach dogadywaliśmy się nie najlepiej. Myślałam, że taka opowieść zmobilizuje Konrada i pobudzi go do wspólnego bicia rekordów.

Niestety. Konrad bynajmniej nie stał się bardziej namiętny. Przeciwnie: zaczął flirtować z innymi kobietami, wychodzić coraz częściej z domu, szukać przygód. Rozstali się.

– Chwalenie byłych kochanków to jak wysłanie obecnego w ramiona innych kobiet – ostrzega Zaryczna-Pogorzelska. – Tekst: „byli lepsi od ciebie” potrafi całkowicie i bezpowrotnie zniszczyć życie seksualne. Mężczyzna skonfrontowany z zachwytem nad innym poczuje się przede wszystkim upokorzony. Może kompensować to uczucie, uciekając w pracę, sport, bogate życie towarzyskie czy inne aktywności, które potwierdzą jego odwagę i kompetencje. Ale może też stać się opiekuńczy i pełen dżentelmenerii wobec innych kobiet. Nie wobec partnerki, bo na nią jest wściekły! Ta wściekłość, nawet nieuświadomiona, może przybierać różne formy: od upokarzania kochanki, przez niezauważanie jej i lekceważenie, aż po celowe pomijanie jej potrzeb i unikanie zbliżeń.

Obudzić się może także samcza skłonność do rywalizacji. – Może wtedy szukać przygód poza związkiem i zdobywać nowe doświadczenia – ostrzega seksuolog. Wariant zamierzony, czyli wywołanie reakcji „stanę na głowie, ale cię porządnie dopieszczę”, jest nierealny. Zdaniem Zarycznej-Pogorzelskiej, nawet jeśli trafimy na masochistę, który z opowieści o seksie z innymi będzie czerpał przyjemność erotyczną, to jego sfera emocjonalna i tak na tym ucierpi.

Czy to znaczy, że seksualna przeszłość powinna raz na zawsze pozostać tematem tabu? Owszem, powinna. – Bezpieczna wzmianka o przeszłości to komunikat w stylu „nigdy nie było mi tak dobrze, dopiero teraz czerpię prawdziwą radość z seksu” – uważa Zaryczna-Pogorzelska. – W ten sposób sugerujemy, że coś już przeżyłyśmy i w związku z tym dysponujemy materiałem porównawczym, ale nie mówimy, ile doświadczyłyśmy i czego. Wiadomo tylko, że tamto było gorsze. I żadnych opisów, które posłużyłyby tworzeniu obrazów.

Dodaje jednak: – Taka szczerość jest fajna, pod warunkiem że mówimy prawdę. Jeśli nieprawdziwie wzdychamy: „ty jesteś najlepszy, żaden inny nie był w stanie ci dorównać”, szkodzimy sobie i relacji. Choć prawda czasem boli, kłamstwo nie jest wcale lepsze: rabuje kochanków z intymności, bliskości i poczucia bezpieczeństwa.

Udawałam od lat, słabeuszu!

Wyznaniem prawdy na temat przeszłości można solidnie narozrabiać, zwłaszcza jeśli prawda należy do tych z dziedziny nieprzyjemnych. Agata kochała Krzysztofa, ale w łóżku, niestesty, nie było jej z nim dobrze. Większość orgazmów po prostu udawała, by mieć „to” już za sobą. Tymczasem on podczas każdego zbliżenia pracowicie się starał i pragnął dać jej maksimum przyjemności. Było jej przykro, poudawała więc odrobinę i wszyscy byli zadowoleni. Do czasu. Kiedyś, w chwili wściekłości i w rewanżu za flirt na boku, wykrzyczała mu prawdę: „Od lat udawałam orgazmy! Jesteś słaby, zawsze ledwo dawałeś mi przyjemność”.

Krzysztof nie mógł w to uwierzyć. Cały czas był święcie przekonany, że są z Agatą wyjątkowo dobrze dopasowani, także w łóżku. To, co usłyszał, całkowicie go zdruzgotało. Przestał z nią sypiać. Zaczął się czuć w sypialni niepewnie. Jego życie erotyczne błyskawicznie zdominowała masturbacja.

Zdaniem Zarycznej-Pogorzelskiej takie wykrzyczenie w gniewie okrutnej prawdy to najgorsza rzecz, jaką możemy zrobić drugiej osobie. ­

– Intymność, jaką tworzymy za pomocą zbliżeń seksualnych, to forma największej bliskości dla dwojga ludzi. Uderzenie w tę sferę agresją doprowadzi do rozpadu nawet najbardziej udanego związku. Taki raniący komunikat może sprawić, że jednym ruchem zniszczymy intymność, która była między nami. Kobieta w takiej sytuacji pomyśli: „Skoro kłamał w tej sprawie, to na pewno w innych też nie był szczery”. Mężczyzna zaś: „To, co widziałem i słyszałem przez ostatnie lata w naszej sypialni, te komplementy, pomrukiwania – to wszystko było kłamstwem?!” – poczuje się oszukany i głęboko upokorzony. I bardzo, bardzo zagrożony! Seks to dla niego sfera, z którą się identyfikuje najsilniej, z której czerpie nie tylko bliskość, ale też informację o sobie – i czego się właśnie o sobie dowiedział? Że jest nieudacznikiem. Słabeuszem, wielkim zerem, które sobie nie radzi.

– To dla niego koniec świata – ostrzega Zaryczna-Pogorzelska. – Dotyka i rani tak mocno, że związek się zwykle rozpada. Ale to nie koniec: mężczyzna wchodzi w relację z inną kobietą i mimo upływu czasu, nawet lat, ta sprawa wciąż do niego wraca, wciąż go prześladuje. I ciągle musi się dowartościowywać, szukać potwierdzenia swej męskości. Skoro nie zaspokoił jednej kochanki, może się bać, że nie zaspokoi kolejnej!

Jak żołnierz dziewczynie, tak i ona…

A jeśli coś w sypialnianych zachowaniach partnera bardzo nam przeszkadza? Co wtedy? Powiedzieć wprost – źle, bo mało kto potrafi bez zranienia przyjąć krytykę w tak delikatnej sferze. Ale przemilczeć też niedobrze – zaciskanie zębów to najkrótsza droga do seksualnej awersji i kumulowania się złości względem drugiej strony. Zdaniem seksuologów najlepiej posłużyć się wtedy zasadą „żołnierz dziewczynie nie skłamie, najwyżej nie wszystko jej powie”. To znaczy, że podajemy krytykę… bez krytyki. Zamiast powiedzieć: „nie cierpię, gdy to robisz” lepiej jest zadeklarować: „uwielbiam, gdy robisz to i tamto”.

– W seksie jesteśmy nadzy, fizycznie i emocjonalnie – mówi Zaryczna-Pogorzelska. – I bardzo wrażliwi na krytykę. Dlatego w łóżku najlepiej sprawdzają się komunikaty pozytywne. Mówmy: „chciałabym więcej, mocniej, częściej, tak właśnie lubię, tego właśnie pragnę”. Ale czasem to nie wystarczy. Wtedy najlepsza jest metoda kanapki: komunikat negatywny wkładamy pomiędzy dwa pozytywne. Zaczynamy od: „lubię, kiedy…”, podajemy negatyw: „nie przepadam, gdy…” i kończymy pozytywem: „ale uwielbiam, jak…”. W ten sposób można w miarę bezboleśnie powiedzieć prawie wszystko.

  1. Seks

Powody, dla których ze sobą sypiamy? - Nie zawsze chodzi o seks...

Seks nie musi kojarzyć się z bliskością i przyjemnymi doznaniami. Często w związkach partnerzy używają go do prowadzenia gier (fot. iStock)
Seks nie musi kojarzyć się z bliskością i przyjemnymi doznaniami. Często w związkach partnerzy używają go do prowadzenia gier (fot. iStock)
Kiedy nasze życie seksualne zaczyna „szwankować”, większość z nas sięga po podręcznik ars amandi. Inni udają się po poradę do seksuologa, który stara się pomóc rozwiązać problemy. Jednak w przypadku wielu par ani podręczniki sztuki kochania, ani porady najlepszych fachowców od spraw seksu niewiele pomagają. Dlaczego? Ponieważ ich problem ma tak naprawdę zupełnie nieseksualną naturę.

– Miłość fizyczna powinna przede wszystkim zaspokajać potrzeby seksualne, ale nie tylko – mówi Tatiana Ostaszewska-Mosak, psycholożka i terapeutka. – Jeśli zbliżeniu przypisujemy inne znaczenia, zaczyna ono tracić atrakcyjność i coraz mniej nas cieszy.

Często idziemy do łóżka z powodów, które z pożądaniem nie mają nic wspólnego. W efekcie po zbliżeniu – nawet, jeśli oboje mieliśmy orgazm i seks był pozornie udany – czujemy, że czegoś zabrakło, coś nie zostało osiągnięte. Ogarnia nas rozczarowanie, zawód, mamy poczucie pustki i osamotnienia. Winimy wtedy partnera, nastrój, sytuację, zmęczenie czy brak doświadczenia w miłosnej grze. Ale powód braku zaspokojenia jest inny: uprawialiśmy seks z niewłaściwych pobudek. Poszliśmy do łóżka, choć tak naprawdę potrzebowaliśmy czegoś zupełnie innego.

Dlaczego tak się dzieje? Miłość fizyczna została obciążona potrzebami, z którymi nie ma wiele wspólnego. Potrzeba czułości i miłości, poczucia się atrakcyjną czy utwierdzenia się w atrakcyjności, pragnienie towarzystwa i uniknięcia samotności, chęć uzyskania czegoś, czego pragniemy, zapewnienie sobie wierności partnera, ucieczka przed intymnością, próba uniknięcia poczucia winy, a nawet potrzeba zemsty czy okazania naszej dominacji – to wszystko „upchnęliśmy” w seksie. I spodziewamy się, że seks, który został przez matkę naturę stworzony, by dawać nam przyjemność, te potrzeby zaspokoi. Nic z tego…

Nieadekwatne oczekiwania w odniesieniu do seksu są nie tylko niemądre, ale też szkodliwe. Są bowiem niebezpieczne dla naszej zdolności czerpania zeń satysfakcji i przyjemności.

– Jeśli uprawianie seksu z nieseksualnych pobudek się powtarza, zaczynamy tracić radość z fizycznej miłości – ostrzega psycholożka. – Opuszcza nas entuzjazm do seksu, maleje atrakcyjność partnera, a sam seks zaczyna się nam wydawać nieadekwatny, niesatysfakcjonujący. Nie tylko nie zaspokoimy naszych potrzeb, ale jeszcze stracimy okazję czerpania z niego wspaniałej radości.

Byle nie za blisko

Jednym z powodów uprawiania seksu może być… unikanie emocjonalnej bliskości. Trudno w to uwierzyć? Choć seks kojarzy nam się z intymnością i jej pogłębianiem, wiele osób za pomocą seksu właśnie od intymności ucieka.

– W naszym społeczeństwie przyjęło się, że jeśli dwoje ludzi idzie do łóżka, to są sobie bliscy – mówi Tatiana Ostaszewska- Mosak. – Tymczasem seks gwarantuje tylko bliskość fizyczną. Z bliskością emocjonalną potrafi nie mieć nic wspólnego. Ludzie mogą zrealizować wszelkie sposoby bliskości fizycznej, w ogóle nie zbliżając się do siebie emocjonalnie. Co więcej, choć z reguły nie zdają sobie z tego sprawy, o to właśnie im chodzi.

Niemożliwe? Owszem, możliwe! Można tu wykorzystać seks nawet na kilka sposobów. Można „wskakiwać” do łóżka za każdym razem, gdy pojawia się jakiś problem, prowadzący do konfliktu. Seks na przeprosiny – brzmi pięknie. Ale jeśli przed seksem nie udało się problemu rozwiązać, jeśli partnerzy nie stawili mu wspólnie czoła, a po wszystkim zamiast o emocjach rozmawiają, jak dobrze im razem w łóżku – seks staje się emocjonalną „zapchajdziurą”. A jak długo można się cieszyć „zapchajdziurą”, czy to w sypialni, czy poza nią?

– Bliskość buduje się poprzez wzajemne poznawanie się, któremu służy między innymi wspólne rozwiązywanie problemów. Jeśli ludzie z uporem omijają konflikty  „łóżkową obwodnicą” i wszystkie kłótnie kończą w ten sam sposób, gdy czują się sobie bliscy tylko podczas uprawiania seksu, prawdopodobnie nigdy się nie poznają naprawdę i nie nauczą wzajemnie rozumieć – podkreśla psycholożka. – Takie pary z reguły latami prowadzą te same kłótnie i niewiele z tego wynika. W dodatku każde z partnerów ma wrażenie, że sypia z kimś obcym. Nic więc dziwnego, że satysfakcja z seksu z czasem maleje.

Seks można z powodzeniem potraktować także jako temat zastępczy: kiedy wszystkie kłótnie i nieporozumienia krążą wokół seksu; tego, kto komu czego daje za mało i czyją winą jest brak satysfakcji jednego lub obojga partnerów – wtedy nie trzeba już zagłębiać się w subtelniejsze i bardziej zagrażające problemy, które mogą nas zmusić do odsłonięcia prawdziwego kawałka duszy.

– Gdy ten temat wraca jak bumerang w różnych sytuacjach, gdy skupiamy się wyłącznie na seksie, może się okazać, że jesteśmy zupełnie obcymi sobie ludźmi, którzy dzielą ze sobą łóżko – ostrzega Tatiana Ostaszewska-Mosak. – W ten sposób zamiast się do siebie zbliżać, oddalamy się. I nie powinno dziwić, że wraz ze wzrostem emocjonalnego dystansu także seks przestaje nas interesować.

 

Ja ci pokażę!

Kiedy słyszymy „seks dla zemsty”, na myśl przychodzi nam z reguły następujący scenariusz: „on zdradził ją, więc teraz ona zdradza jego” – lub odwrotnie. Albo inaczej: on nie zrobił tego, czego ona chciała, więc w odwecie seksu w ogóle nie będzie. Ale seksu dla zemsty można używać w bardziej zagmatwany sposób: choć jesteśmy w związku, który określamy jako dobry, ni z tego, ni z owego dopada nas gwałtowna potrzeba uprawiania seksu z kimś innym, niż partner. Poddajemy się takiemu impulsowi, ale… po fakcie żałujemy tego, co zrobiliśmy. Zastanawiamy się, dlaczego do tego doszło, skoro kochamy osobę, z którą jesteśmy. I dlaczego nie było nam dobrze, skoro ten impuls był taki silny…

– Zdarza się, że dopuszczamy się zdrady, ponieważ czujemy się rozżaleni, źli i pełni gniewu na partnera za sposób, w jaki nas traktuje lub kiedyś potraktował – twierdzi Tatiana Ostaszewska-Mosak. – Kieruje nami wewnętrzne pragnienie zranienia go, wyrównania z nim rachunków w ten pokrętny sposób. Zwłaszcza, jeśli partner jest zazdrosny: wiemy, że właśnie zdrada zabolałaby go najbardziej. Niestety, choć myśl o tym, że go srodze karzemy, może wydawać się satysfakcjonująca, sam seks prawie nigdy taki nie jest. Z reguły po takim stosunku czujemy się gorzej niż przed. Co więcej, tego typu zemsta rodzi tylko kolejne problemy – kłamstwa itp. Poczucie winy może wręcz sprawić, że nawet „praworządny” seks z partnerem przestanie nas cieszyć: nie zasługujemy na przyjemność, skoro jesteśmy takim złym człowiekiem.

Za pomocą seksu można się zemścić nawet bez uciekania do zdrady, podczas stosunku z własnym partnerem. Jak? Domagając się takich zachowań, których partner nie akceptuje; robiąc to, czego nie lubi lub odwrotnie, odmawiając tego, co sprawia mu największą przyjemność. Nasz partner cierpi i traci ochotę na miłość z nami, a my – zamiast przyjemności z seksu – mamy wątpliwą satysfakcję, że odegraliśmy się za nasze krzywdy.

– Jeśli ten proces jest świadomy, mamy możliwość pracy z problemem, który nas pcha do krzywdzenia partnera i pozbawia nas przyjemności z seksu. Gorzej, że często w ogóle nie potrafimy powiedzieć, dlaczego robimy to, co robimy. Odpieramy jakiekolwiek sugestie, że coś robimy źle, bo wydaje nam się na przykład, że my jedynie eksperymentujemy w łóżku albo oskarżamy drugą stronę o brak fantazji i otwartości. Takie zachowanie nie tylko ograbia obie strony z przyjemności, może nawet rozbić związek – uważa psycholożka.

Zemszczę się

Jeśli chcesz zrobić krzywdę swemu życiu seksualnemu, idź do łóżka zła. Nawet niekoniecznie na partnera.

– Złość często bywa „przenoszona”: nie okazujemy jej wtedy, kiedy ją przeżywamy i nie możemy jej wyładować na osobie, która ją spowodowała – tłumaczy Tatiana Ostaszewska-Mosak. – Ale uczucie nie mija, musi znaleźć jakieś ujście. I nierzadko znajduje je w seksie, ponieważ niektóre jego formy doskonale nadają się do maskowania emocji.

Złość może zmienić nas w łóżkowych brutali. Brutalny kochanek może uchodzić za „ognistego ogiera”, namiętnego i pełnego pasji. Ale czasem ten „ogier” nie podnieca drugiej strony: partner może być zwyczajnie niedelikatny i nie liczyć się z uczuciami kochanka. Wtedy z przyjemności rabuje dwie osoby: sam, odreagowując w łóżku złość, nie znajduje satysfakcji i odbiera ją drugiej stronie, umęczonej jego brutalnością i mającej poczucie, że została do czegoś wykorzystana.

Nagromadzona złość może powodować nie tylko fizyczną brutalność, ale także brutalność w sferze emocji: nieliczenie się z uczuciami partnera. Tymczasem nie licząc się z uczuciami partnera, upokarzamy go. Żądając pozycji czy technik, na które nie chce się zgodzić, doprowadzając do stosunku, kiedy nie jest gotowy, wyrażając się z pogardą o jego ciele czy możliwościach seksualnych, a nawet pobudzając partnera i wycofując się w ostatniej chwili – przy pomocy tych wszystkich sposobów sprawiamy, że partner cierpi. I seks nie sprawi przyjemności żadnej ze stron. – Przenikanie złości do sypialni grozi zwłaszcza tym, którzy nie potrafią jej okazać we właściwym momencie – mówi psycholożka.

Wielu terapeutów uważa, że nagromadzona złość bywa przyczyną oziębłości i impotencji. Nie można się bowiem cieszyć seksem, gdy w głębi duszy odczuwa się złość i rozżalenie. Nie można też szczerze pieścić partnera, dawać mu przyjemności. I apetyt na seks zaczyna zanikać.