fbpx

Anorgazmia małżeńska i małżeństwo doskonałe

Anorgazmia małżeńska i małżeństwo doskonałe
123rf.com

Anorgazmia to bardzo nieprzyjemna dolegliwość, wyśmiewana i traktowana przez mężczyzn jako coś mało istotnego, damska fanaberia.
Adam nie wyobraża sobie po prostu, że sypiając z nim, Ewa można nie doznać spazmu rozkoszy. Adam bowiem, jeśli nie ma poważnych zaburzeń z erekcją, po prostu ma go zawsze. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych anorgazmia była dość powszechna, choć się o niej nie mówiło. Z ówczesnych, nielicznych zresztą badań wynikało, że cierpi na nią dwie trzecie kobiet.

Główną przyczyną anorgazmii były blokady obyczajowe oraz wstyd, wiążący się z poczuciem grzeszności seksu. Lód w łóżku, nawet jeśli niektórych mężów rajcował, to na krótko. Ciepła szukali gdzie indziej. Stąd opowieści prostytutek oraz różnych pracownic agencji towarzyskich, że mężczyźni przychodzą do nich nie tylko na bardziej lub mniej wyrafinowany „numerek”, ale szukają ciepła i chcą pogadać także o tym, co może zrobić ze sobą dwoje chętnych ludzi. Chcą też poznać nowe sposoby, bo „żona daje tylko po bożemu” w pozycji „na misjonarza”.

Obecnie prawie nie używa się terminu anorgazmia, chociaż zjawisko z pewnością nadal istnieje. Sądzę, że wiele wyzwolonych kobiet, często uprawiających seks, nie czerpie z niego tak wielkiej przyjemności, jak to demonstruje. Udawanie orgazmu stosuje się powszechnie, a dobrze zagrany orgazm to oszustwo nie do wykrycia. Żony, dla świętego spokoju i by zadowolić męską ambicję, potrafią udawać orgazm przez długie lata pożycia. Dość często zdarza się, że anorgazmia dotyczy tylko seksu w łożu małżeńskim, ponieważ zachowanie dziewictwa aż do nocy poślubnej nie pozwoliło sprawdzić partnera. Gdy Ewa po latach spotka kogoś, z kim „zaiskrzyło”, doznaje niewyobrażalnej rozkoszy i przestaje cierpieć. Odchodzi od Adama i wiąże się z tym, kto daje jej to, czego brakowało.

Bywa i tak, że seks przestaje odgrywać w jej życiu jakąkolwiek rolę. Przyzwyczaja się do uprawiania go jako do obowiązku małżeńskiego, koniecznego, choć niezbyt przyjemnego. Czasami ma okres lub migrenę, po paru latach częstotliwość aktów się zmniejsza, aż dochodzi do prawie całkowitego wygaszenia. Adam być może zaspokaja się z chętną koleżanką z firmy podczas przerwy na lunch albo przed ekranem komputera, ściągając sobie filmiki porno, bo to nie rodzi wyrzutów sumienia i nie uchodzi za zdradę. Jeśli Ewa cierpi na anorgazmię wyłącznie z mężem, za radą przyjaciółki kupuje wibrator albo masturbuje się w inny sposób. Także w niej nie rodzi to poczucia winy, nikt nie może zarzucić jej posiadania kochanka. Nie naraża męża na opinię rogacza. Małżeństwo funkcjonuje z pozoru całkiem normalnie, bywa nawet, że uchodzi za wzorowe. Obecnie istnieje przymus odczuwania orgazmu. Pisma kobiece są pełne rad, co zrobić, żeby odczuwać rozkosz. W poradniach seksuologicznych można dostać odpowiednie środki lub skierowanie na psychoterapię. Jeśli Ewa nie ma na to ochoty, udaje orgazm i ma święty spokój.

Małżeństwo doskonałe
To obrazoburcze jak na swoje czasy dzieło, wydane w 1926 roku, napisał holenderski ginekolog Theodor Henrik van de Velde, co nie pozostało bez wpływu na treść. Badając kobiety, doszedł do wniosku, że taka publikacja jest niezbędna. Sądził, że może uratować wiele małżeństw nie tylko przed seksualną nudą, ale wręcz przed rozpadem, wynikającym z wzajemnego niezrozumienia.

Zanim wydał swoją książkę o problemach związanych z seksem małżeńskim, zanim, z wrażliwością i oszczędnie, opisał podstawowe pozycje seksualne, przeprowadził wiele rozmów. Utwierdził się w przekonaniu, że to, co robi ma sens. Rozmawiał z ludźmi Kościoła oraz z głęboko wierzącymi katolikami. Był przekonany, że jego pożyteczne dzieło zostanie dobrze przyjęte. Naiwny doktor podszedł do swojej pracy zbyt pragmatycznie, nie wziął pod uwagę tego, że porywa się z motyką na księżyc. Księżyc w tym przypadku to symbol seksu, sfery, która według ówczesnych przekonań powinna pozostać na zawsze tajemnicza i ciemna. Samo pisanie o niej w jakikolwiek sposób było nadużyciem. Uznając akt seksualny za grzech i dzieło szatana, Kościół jako instytucja tolerował wyłącznie seks służący prokreacji. Nawet zresztą z niej nie należało czerpać przyjemności, o rozkoszy nie wspominając. Nie grzeszyły święte męczennice, które podczas aktu odmawiały różaniec albo myślały o pieczeni, jaką przygotują jutro na obiad.

Van de Velde sądził, że Kościół zmienił się już na tyle, że nie będzie krytykował sensownego poradnika małżeńskiego. Nic bardziej mylnego! Książkę i autora odsądzono od czci i wiary. Pius XI nazwał autora „burzycielem małżeństwa” „haniebnie wychwalającym fizjologiczne uświadamianie, znieprawiające biednych małżonków”. Czytającym czy nawet tylko posiadającym jego poradnik groziła ekskomunika! Mężczyźni w sutannach czytali pewnie grzeszną książkę z płonącymi uszami, tylko po to, żeby wiedzieć, co jest grzechem, i odpowiednio przepytywać wiernych podczas spowiedzi. Mężów Kościoła wezwano do walki. Mieli zawracać wiernych z drogi „znieprawienia”. Efekty można było przewidzieć. Na szczęście już dwadzieścia lat później ukazał się Raport Kinseya i Kościół miał już niewiele do gadania.

Powyższe fragmenty pochodzą z książki Krystyny Kofty „Mała encyklopedia małżeńska”. Premiera 8 lutego 2012, wydawnictwo W.A.B.

materiały prasowe