1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Krystyna Loska i Grażyna Torbicka: (nie)rozłączne

Krystyna Loska i Grażyna Torbicka: (nie)rozłączne

fot. BewPhoto
fot. BewPhoto
Ikony polskiego dziennikarstwa telewizyjnego. Profesjonalistki w  każdym calu. Matka i córka strzegące swojej autonomii – nigdy nie wchodzą razem do kuchni, nie udzielają wspólnych wywiadów. Nam Krystyna Loska i Grażyna Torbicka opowiadają o pracy, która nie może być całym światem, o rodzinie, dla której warto się zatrzymać, i życiu, którego nie da się przechytrzyć.

Nie kusi was, żeby poprowadzić razem jakiś program? W ubiegłym roku pisano, że planujecie wspólny projekt.

G.T.:
Rzeczywiście pojawiła się taka informacja, ale nieprawdziwa. Mama od czasu do czasu lubi wrócić do pracy w mediach, na przykład w radiu Pogoda. Ale od czasu odejścia z telewizji nie ma potrzeby, żeby gdzieś się pokazywać, co, muszę przyznać, bardzo w niej podziwiam. Prowadziłyśmy razem kilka uroczystości, ale sporadycznie.

Czyli autonomia i niezależność.

G.T.:
Zdecydowanie tak. Mimo że bardzo się kochamy i wspieramy, to każda musi mieć swój kawałek podłogi. Teraz, kiedy nie ma taty, bardzo dużo czasu spędzamy razem, każdą wolną chwilę. Na mamę zawsze możemy z mężem liczyć. Bez jej pomocy trudno byłoby nam zorganizować nasze zawodowe wyjazdy, a te zdarzają się często.

K.L.:
I bardzo się z tego cieszę! Lubię być potrzebna.

Kiedy uświadomiłaś sobie, że mama jest sławna?

G.T.:
Pamiętam pewien poranek, kiedy zobaczyłam na drzwiach szafy zawieszoną sukienkę, w której mama poprzedniego dnia wystąpiła na spikerskim dyżurze w telewizji i w której zapowiadała dobranockę. „O, a wczoraj pani w telewizji miała taką samą”, powiedziałam. Gdy odkryłam, że to jednak sukienka mamy, dotarło do mnie, że moja mama to ta pani z telewizji. Ale to stało się stosunkowo późno. Jako dziecko widziałam to tak: mama była moją mamą rano od momentu, kiedy się obudziłam, aż do chwili, kiedy wchodziła do łazienki. Gdy wychodziła z przyklejonymi rzęsami, umalowana, traktowałam ją już jak mamę telewizyjną. A potem wracała z dyżuru, odklejała rzęsy i znów stawała się moją mamą.

K.L.:
Zabawne były sytuacje, gdy na przykład podróżowałam razem z Grażynką pociągiem i przypadkowo napotkane osoby rozmawiały ze mną jak ze swoją dobrą znajomą. Trudno było wtedy wytłumaczyć dziecku, że to jest znajomość jednostronna.

Ale córka już wtedy umiała poradzić sobie ze sławą mamy.

G.T.:
I powiem szczerze, robię to do dziś ze sobą, to znaczy staram się nie wnosić w życie prywatne tego wszystkiego, co niesie ze sobą fakt, że jestem osobą publiczną, staram się to oddzielać. Robię to może dlatego, że nie pamiętam innego domu niż ten ze sławną mamą, której nieznani ludzie kłaniają się, gdy idę z nią za rękę, ale która jednocześnie jest normalną mamą, gotuje obiad, przytula. Te dwa światy od dziecka były dla mnie rozłączne.

K.L.:
Wygląda na to, że dawałam dobry przykład [śmiech].

G.T.:
To prawda, mamo. Ale to, że obydwie oddzielamy życie prywatne od zawodowego, nie znaczy, że wyznajemy inne wartości w domu, a inne w pracy, nic z tych rzeczy.

Grażyna była wymagającym dzieckiem?

K.L.:
Była spokojna od samego początku. Jak się urodziła, przesypiała całe noce. Jedyne, co jej przeszkadzało, to moja gra na pianinie, wtedy pies wył i ona płakała.

G.T.:
No to mama sprzedała pianino. Niesłusznie, bo ładnie grała.

K.L.:
Pamiętam, któregoś dnia przyjechałam do domu z pracy w nocy, Grażynka już spała. Podchodzę do łóżka, całuję w rączkę i widzę, że ma cały brązowy paluszek. Pytam moją mamę: „Pobrudziła czekoladą?”. A mama: „Wyobraź sobie, że przyszła do mnie z podwórka i mówi: Babciu, coś ci pokażę, ale obiecaj, że nie zemdlejesz. I pokazała palec przygnieciony w zawiasach huśtawki”.

Ale z ciebie twardzielka!

G.T.:
To prawda. Do zuchów też należałam [śmiech].

K.L.:
Grażyna nie sprawiała większych kłopotów, choć miała charakter od małego. Kiedyś pani przedszkolanka powiedziała: „Niech pani przyjdzie zobaczyć, jak zachowuje się córka”. Przyszłam i co widzę? Wszystkie dzieci leżą i śpią, a moje dziecko siedzi i rozmyśla.

G.T.:
Nie znosiłam przedszkola, uciekałam. Pamiętam taki obrazek: przybiegam do domu, mama gotowa do wyjazdu do pracy widzi mnie w drzwiach i dosłownie nieruchomieje z wrażenia.

Zmusiła pani córkę do powrotu?

K.L.:
Nie, nigdy jej do niczego nie zmuszałam.

G.T.:
Słynne powiedzenie mamy: „Nie? No to nie”.

K.L.:
Dyscypliny jako takiej nie było. Były natomiast rytuały, których się przestrzegało: że o tej porze jest obiad, o tej kolacja.

G.T.:
Rodzice zostawiali mi dużo swobody. Nigdy nie czułam, że są nadopiekuńczy. Byli młodzi, dopiero zaczynali swoje życie zawodowe, mieli dużo pracy. Mieszkaliśmy w małym miasteczku Lędziny, tata pracował na kopalni, zaraz obok naszego osiedla domów czterorodzinnych, gdzie było dużo dzieci. Myśmy nawzajem się wychowywali. Od rana byłam na podwórku, tam wszystko się działo. Miałam cudowne dzieciństwo. I ten świat nagle mi się zawalił, bo pewnego dnia rodzice oznajmili, że przeprowadzamy się do Katowic. Dla mnie to był absolutny koniec świata. Teraz wiem, że takie przeżycia hartują.

Była pani jedną z najpopularniejszych osób w kraju. 

K.L.:
Dla mnie zawsze na pierwszym miejscu były dom i rodzina. Wiedziałam, że jeśli mam uporządkowane wszystkie sprawy w domu, to mogę spokojnie zająć się pracą. Gdy na przykład miałam w święta dyżur, to przygotowywałam obiad wcześniej, żebyśmy zdążyli poświętować, zanim wyjdę do pracy, dyżur kończył się zazwyczaj po północy. Czasem moja popularność okazywała się zabawna. Pamiętam, kiedy wyjechałyśmy nad morze i trafiłyśmy, oczywiście, na deszczową pogodę. Ale potem były dwa dni słoneczne, które przeleżałam na plaży i kompletnie się spaliłam. I kiedy tak leżałam czerwona jak burak, podbiegała do mnie jakaś dziewczynka, uważnie mi się przyglądając, w końcu zapytała swoją mamę: „Czy to ta pani z telewizji?”. A owa mama popatrzyła na mnie i powiedziała: „No co ty, tamta pani jest ładna”.

Nadal ludzie panią rozpoznają?

K.L.:
Najczęściej rozpoznają mnie po głosie, ale mnie nigdy nie przeszkadzały spotkania z telewidzami, ja kocham ludzi. Stąd pomysł, żeby po zakończeniu pracy w telewizji zostawić sobie estradę. Dobrze czułam się w swoim zawodzie może dlatego, że nigdy nie starałam się być przed ludźmi inna, niż jestem. Być może właśnie to mnie uratowało. Bo myślę, że to bardzo męczące być innym przed publicznością, a innym w rzeczywistości.

Akcje Grażyny z powodu sławnej mamy rosły czy przeciwnie?  

K.L.:
Grażyna miała zawsze mnóstwo koleżanek i kolegów.

G.T.:
W czasach licealnych w moim pokoju dwa na trzy mieściło się przeciętnie 12 osób.

K.L.:
A wcześniej, jeszcze w Lędzinach, mieszkaliśmy przy kopalni Ziemowit w domach z obszernymi piwnicami, które miały okna. I jedną z takich piwnic przerobiłyśmy z sąsiadkami na klasę, taką z ławkami, tablicą. Chodziło nam o to, żeby dzieci, a było ich na osiedlu dużo, miały gdzie się bawić. Bawiły się zazwyczaj w szkołę, to znaczy starsze dzieci były nauczycielami, a młodsze – uczniami. Jej dzieciństwo niczym nie różniło się od dzieciństwa dzieci z osiedla.

G.T.:
Nigdy nie oczekiwałam taryfy ulgowej z racji tego, że mam znaną powszechnie mamę. Wręcz przeciwnie, stawiałam sobie poprzeczkę wysoko. Miałam też szczęście do fajnych i mądrych nauczycieli zarówno w podstawówce w Katowicach, jak i potem w liceum w Warszawie. Wiedzieli, że jestem ambitna, dlatego też dużo ode mnie wymagali.

Podglądałaś mamę, chciałaś wyglądać jak ona?

G.T.:
Nie, jesteśmy zupełnie inne, przynajmniej tak mi się wydaje. Mama zawsze dba, żeby być elegancka, a ja po pracy zakładam dżinsy i trampki. Pamiętam, miałam wtedy dwadzieścia kilka lat, jak ktoś, kto widział mnie i mamę, powiedział: „To niesamowite, pani Krystyna taka elegancka, a jej córka w dżinsach chodzi”. Chociaż dziś, jak sądzę, według niektórych jestem kobietą, która na co dzień chodzi w długich sukniach [śmiech].

Mama była twoją kumpelką?

G.T.:
Nie do końca. Z mamą dużo się nie dyskutuje. Byłam bardziej skumplowana z tatą. Jak mama przy czymś obstawała, to na ogół ani tata, ani ja nie polemizowaliśmy. Mama jest spod znaku Lwa, ma bardzo silny charakter, a ja – Bliźniak. Jestem w stanie się dopasować.

Podbierałaś mamie szminki, ciuchy?

G.T.:
Jedyne, co podbierałam jako licealistka, to papierosy. Wtedy szpanowało się paleniem, kenty mieć to było coś.

K.L.:
No, czego ja się dowiaduję!

G.T.:
Ale podpalałam tylko dopóty, dopóki mi nie było wolno, wtedy mnie to strasznie kręciło. Natomiast jak już skończyłam 18 lat, to palenie przestało mnie interesować, bo tak naprawdę papierosy nigdy mi nie smakowały.

Miała pani wizję tego, kim będzie córka?

G.T.:
Tak, mama zawsze uważała, że będę pracować w telewizji, no, przyznaj się, mamo.

K.L.:
Przyznaję. Ale byłam przekonana, że Grażyna pójdzie na politechnikę jak tata, bo była bardzo dobra w przedmiotach ścisłych. W ostatnim momencie zmieniła zdanie i wybrała wiedzę o teatrze na Akademii Teatralnej w Warszawie. Oczywiście, pytałam ją często: „A co sądzisz o pracy w telewizji?”. Gdybym tego nie robiła, może szybciej trafiłaby do tego zawodu.

G.T.:
Pamiętam, jak tata mówił: „Gdybyś  pracowała w telewizji jak mama, to by ci było w życiu łatwiej”. Bo trzeba pamiętać, że wtedy były tylko dwa kanały telewizyjne, prowadzących znali wszyscy. Tak więc sugestie płynęły z dwóch stron. A ja chciałam iść swoją drogą.

Zasłynęła pani z recytowania z głowy całego programu. To był pani pomysł?

K.L.:
Tak. Wiedziałam, że wszyscy na mnie patrzą, że mnie oceniają, więc uważałam, że nie mogę być nieprzygotowana i czytać z kartek. Mówienie z głowy wcale nie było szczególnie trudne, wymagało skupienia. A poza tym – miałam do zapamiętania raptem programy dwóch kanałów telewizyjnych i w dodatku powtarzalne. Dużo dały mi studia aktorskie.

Swobodę na scenie odziedziczyłaś po mamie? 

G.T.:
Wyssałam z mlekiem matki, niewątpliwie. Ale tata też był sceniczny, prawda mamo? Potrafił wspaniale przemawiać, był działaczem sportowym, w ostatnim okresie prowadził klub seniora w PZPN. Przygotowywał te swoje wspaniałe konstrukcje słowne z nieskrywaną radością, miał dar mówienia. Może my obie mamy to po tacie? Myślę, że każdy, jeśli ma trochę ambicji, mierzy się w życiu z tym, co sprawia mu największy kłopot. Jako dziecko byłam bardzo nieśmiała, przy każdym publicznym wystąpieniu traciłam głowę. Pewnego razu na pokazowej lekcji religii przy wszystkich rodzicach zostałam wywołana do odpowiedzi. Miałam wymienić trzech króli. Byłam tak przerażona, że w ogóle nie pamiętałam, jak się nazywają. Wydukałam powoli: Kacper, Melchior i…ksiądz zaczął mi podpowiadać: be be, a ja: Belfegor!. Wtedy był bardzo popularny serial telewizyjny „Belfegor – upiór z Luwru”. Do tej swobody, o której mówisz, doszłam treningiem, pracą. Dziś poprowadzenie jakiejś uroczystości to dla mnie czysta przyjemność.

Denerwuje się pani, gdy widzi córkę na scenie?

K.L.:
Kiedyś tak, teraz już nie. Jestem pewna, że wie, co chce powiedzieć. A kiedy zdarza się jakiś problem sytuacyjny, wiem, że potrafi reagować, ripostować, a to bardzo istotna umiejętność w pracy na żywo. Jestem więc spokojna.

G.T.:
Mama czasem pytała: „Przygotowałaś się?”. Nawet jak dobrze się przygotowałam, to myślałam: „Jeśli mama pyta, no to muszę sprawdzić, czy aby wszystkie opcje przewidziałam”. Cały czas miałam trening, nie było zmiłuj. Mama zawsze mówi szczerze, co myśli. Cenię ją za to bardzo.

Bałaś się, że będziesz porównywana do mamy?

G.T.:
Oczywiście, chciałam być inna, mówić inaczej niż mama. Ale jak teraz słucham nagrań mamy z czasów jej młodości i moich początków, to widzę dużo podobieństw. Jesteśmy dziećmi swoich rodziców i, czy tego chcemy, czy nie, będziemy porównywani. Na początku bałam się tych porównań, ale z czasem mi przeszło. Niewątpliwie jakaś część sympatii do mnie na początku mojej pracy była na kredyt z powodu mamy.

K.L.:
Przez dwa miesiące miałaś spokój, bo nikt nie wiedział, że jesteś moją córką.

G.T.:
Tak, bo zaczęłam pracę w telewizji już jako mężatka pod nazwiskiem Torbicka. Ostatnio przeczytałam jakiś komentarz na moim fanpage’u: „Ale jak to, Loska jest matką Torbickiej? To znaczy, że ma drugiego męża?”.

Zabolało panią odejście córki z telewizji? Przypomniało pani własne odejście?

K.L.:
Nie, bo wiedziałam, że dokładnie przemyślała swoją decyzję. Ja też odeszłam sama, bo uznałam, że to nie jest już moja telewizja. Zawsze mówiłam Grażynce, że telewizja nie odwzajemnia włożonego w nią serca i zaangażowania. Bardzo tę pracę kochałam, ale zamknęłam drzwi bez jakiegokolwiek żalu. Trzeba umieć odejść.

G.T.:
Obserwując mamę, wiedziałam, że ta praca wymaga dyspozycyjności, koncentracji, działania w świątek, piątek i niedzielę. I że trzeba zachować do niej dystans, bo inaczej cię zje. Jeśli uznasz, że to jedyne miejsce na ziemi, to jest twój koniec. Moja decyzja o odejściu związana była z faktem, że widziałam, iż telewizja publiczna staje się narzędziem propagandowym w najgorszym znaczeniu tego słowa, także w sferze kultury.

Matki podobno chcą, żeby córki były takie jak one, tylko lepsze.

K.L.:
Mogę sobie chcieć, a ona i tak zrobi po swojemu. Nawet jeśli pyta: „Mamusiu, a może tak postąpić?”. Ja mówię swoje zdanie, ona wysłucha, ale zrobi to, do czego jest przekonana.

G.T.:
Ale w sumie jakoś nam się żyje dobrze przez tyle lat [śmiech]. Nawet jak się nie dogadujemy, to na bardzo krótko. Zawsze, kiedy w domu była jakaś trudna sytuacja, to się siadało i rozmawiało, a tata rozładowywał napięcie żartem.

K.L.:
Wie pani, czego zazdroszczę Grażynie? Gotowania.

G.T.:
No co ty opowiadasz, gotujesz znakomicie!

K.L.:
Ale ja mam w głowie tylko śląską kuchnię, i koniec, a Grażyna jest mistrzynią kuchni włoskiej.

Matkujesz teraz mamie?

G.T.:
Nie ma mowy! Mama na to nie pozwoli, jest niezależna, wszystko chce robić sama. Ale ja mam podobnie. Obie w kuchni? Nie ma takiej opcji. Najpierw jedna robi swoje, potem druga.

Patrząc na córkę, myśli pani: „Zbieram owoce tego, co zasiałam”?

K.L.:
A wie pani, że tak! Byłam z Grażynką przez pierwsze cztery lata, bo uważam, że nikt nie zastąpi dziecku mamy. Przerwałam z tego powodu na jakiś czas studia aktorskie w Szkole Teatralnej w Krakowie. Warto było. A tak w ogóle to nie oczekiwałam od życia zbyt wiele. Brałam i biorę je takim, jakie jest, niczego nie żałuję, cieszę się z tego, co mam. Nic nie da spinanie się, żądanie czegoś już, w tej chwili. Owszem, trzeba stawiać sobie poprzeczki, ale trzeba też uzbroić się w cierpliwość, bo życie biegnie swoim torem. I choćby nie wiem co robić, nie przechytrzymy go.

G.T.:
Tak, to wyniosłam z domu i z tą prawdą znacznie łatwiej żyć.

GRAŻYNA TORBICKA dziennikarka, konferansjerka, krytyczka filmowa. Autorka koncepcji i dyrektor artystyczna festiwalu Dwa Brzegi. Osiem razy nagrodzona statuetką Wiktora. Z telewizji odeszła w 2016 roku.

KRYSTYNA LOSKA spikerka i prezenterka telewizyjna, konferansjerka. Zadebiutowała w telewizji w 1962 roku. Odeszła z niej w 1994 roku.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Hanna Banaszak: "Mam za co dziękować"

"Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud". (Fot. Agata Preyss)
Przed dziesięciu laty zachwyciła się wierszem Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. Od tego czasu Hanna Banaszak myślała o płycie, na której opowie o człowieku i o planecie dźwigającej jego zło. Nagrała ją, bo wierzy w przebudzenie. „Stoję na tobie, Ziemio”, z jej autorskimi kompozycjami, właśnie się ukazała.

Pomyślałem, że pani płyta idealnie trafia w czas.
Zaczęłam ją tworzyć dziesięć, a może 11 lat temu. Tak się złożyło, że przerwałam tę pracę, ale rok temu postanowiłam skończyć. I rzeczywiście, trafia w swój czas. Zawsze trafiłaby, bo zawsze gdzieś toczy się wojna, ktoś coś dewastuje, roznieca ogień. Oczywiście, jest mnóstwo ludzi, którzy chcą coś dla planety zrobić, podczas gdy inni nawet nie myślą o następnych pokoleniach, które też przecież mają do niej prawo. Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud. Obchodzi mnie świat, obchodzi mnie Polska. Starałam się unikać moralizatorstwa. Do odbiorców należy ocena, czy to się udało. Nikogo nie pouczam, nie mówię: „Zobacz, co zrobiłeś”. Tekstami Wisławy Szymborskiej, Tadeusza Różewicza, Josifa Brodskiego, Witolda Gombrowicza, Wojciecha Młynarskiego, Doroty Czupkiewicz opowiadam o tym, co i mnie boli. Im dłużej żyję, tym bardziej męczy mnie ludzkość. Mimo wszystko ta płyta jest wołaniem o przebudzenie.

Można zatrzymać człowieka w jego obsesji czynienia zła?
Można to próbować robić większą uważnością, szacunkiem, edukacją, czułością i próbami zrozumienia, pokorą w stosunku do niego, nieocenianiem, głębszym słuchaniem… Zaczynając od siebie, mamy większe szanse na lepsze relacje. Dobrze jest się sobie przyjrzeć. Pracuję teraz nad książką o sobie, nie wiem, czy ją wydam, ale chciałam popatrzeć na siebie z dystansu, na dziecko, dziewczynkę, kobietę.

Jaka była ta dziewczynka?
Długo była nieśmiała, co trochę komplikowało jej życie. Mimo to miała dość duże poczucie własnej wartości. Potem przez przypadek zaczęła się jej muzyczna droga. Gdzieś zaśpiewała, ktoś ją zauważył, a ona wciąż nie przypuszczała, że to będzie jej zawód. Po prostu podążała za własną muzykalnością i miłością najpierw do dźwięków, a niedługo potem także do treści.

Tę nieśmiałość zamieniła pani później na osobność?
Lubię oddalać się od ludzi, co nie znaczy, że nie bywam z nimi blisko. W moim życiu to się odbywa pół na pół – obcowanie z samotnością jest twórcze i rozwijające, ale bycie z ludźmi daje też poczucie wspólnoty. Zwłaszcza gdy miewamy psychiczne upadki, potrzebujemy drugiego człowieka. Dobre bycie z ludźmi jest ważne, bo możemy się w sobie nawzajem przeglądać i uczyć, a także obdarzać niezbędnym do życia współodczuwaniem oraz czułością i serdecznością.

A jakie marzenia miała pani, będąc tamtą dziewczynką?
Nie przypominam sobie swoich marzeń. Może tylko jakieś błyski [śmiech]. W podstawówce bardzo chciałam zaśpiewać na szkolnej akademii. Jednak nikt nie wiedział, że śpiewać potrafię, a moja nieśmiałość nie pozwoliła mi się o to upomnieć. Marzyłam o dalekich podróżach, co na początku mojej kariery częściowo udało mi się zrealizować, ale zawsze były to wyjazdy połączone z koncertami. Obecnie, po milionach kilometrów, które przemierzyłam, większą atrakcją dla mnie jest zostać niż wyjechać.

W co była pani wtedy zasłuchana?
Uwielbiałam amerykańskie filmy musicalowe, z Ginger Rogers, Fredem Astaire’em, Marilyn Monroe. W domu było tylko radio i nieco później telewizor. Nie było jednak adapteru, z którego można odtwarzać płyty. Czasem udawało się złapać Radio Luxembourg, gdzie prezentowano muzykę z Zachodu, ale strasznie trzeszczało. Rodzice słuchali w nim też Radia Wolna Europa. Nie mogę powiedzieć, że swoją muzykalność kształtowałam na słuchaniu muzyki, może w pewnym stopniu. Największą muzyką była przyroda. Umiłowaniem przyrody zaraziła mnie mama. W dzieciństwie z naszego małego mieszkania wyjeżdżałam z rodzicami na całodniowe wycieczki za miasto. W okolicach Poznania jest mnóstwo pięknych miejsc. Jeździłyśmy do Puszczykowa, nad Jezioro Kierskie, i zwiedziłyśmy wszystkie okoliczne lasy.

Od kiedy stoi pani twardo na ziemi?
Dość wcześnie poczułam, że stoję na niej świadomie, ale nigdy nie przestałam mieć poczucia, że jestem w drodze. To ona jest istotna. Takim znaczącym przebudzeniem był rok 1980, kilka zdarzeń. Pierwszym był wypadek – spadłam z windą w stołecznym hotelu Warszawa. Miałam 23 lata, początek mojej popularności. Dwa dni wcześniej nakręciłam recital telewizyjny. Bardzo chwalono mnie za muzykalność. Polska telewizja chciała mnie wysłać na nauki do Londynu, ale nagle wszystko stało się nieaktualne. Szybko zrozumiałam, że tzw. sukcesy z piękną perspektywą nieoczekiwanie mogą się urwać. To dobra lekcja na początku kariery, bo od razu uczy dystansu i tłumi samozachwyty.

Miałam skomplikowane złamanie nogi. Recital oglądałam już po operacji w szpitalu, trzy tygodnie później. Mój powrót do zdrowia trwał około pół roku. Byłam po drugiej operacji i wciąż leżałam w szpitalu, kiedy umarł na serce mój ojciec, dla mnie wzór pracy i uczciwości. Wtedy stałam się dorosła. No i pojawiła się Solidarność, a wraz z nią nadzieja. To, co się działo, było wzniosłe i budujące. W lipcu 1981 roku graliśmy przez miesiąc z kabaretem Tey Zenona Laskowika w teatrze muzycznym w Gdyni. Na naszych występach pojawiały się znane solidarnościowe nazwiska, które po spektaklu odwiedzały nas za kulisami. Zdawałam sobie sprawę, że uczestniczę we fragmencie historii, dlatego wnikliwie się przyglądałam. To przykre, ale u niektórych z tych osób już wtedy dostrzegłam rodzącą się zawiść. To też mnie czegoś ważnego nauczyło. Że zawiść jest przyczynkiem do mniejszych i większych wojenek. Że ludzie nie umieją żyć skromnie, obrastają w tworzone mity, a w rzeczywistości są małymi nieszczęściami.

Mniej więcej wtedy, na początku lat 80., zdecydowała się pani na karierę solową.
Ha, ha, to raczej kariera zdecydowała się na mnie. Sama do mnie przyszła. Miałam dużo szczęścia, ale i nieskromnie powiem – talentu. Zaczęłam śpiewać muzykę i teksty, którymi mnie obdarowali wybitni twórcy. To były piękne piosenki dla młodej dziewczyny, ale w pewnym momencie dojrzałam do czegoś więcej i tu pojawił się Jonasz Kofta, który pozwolił mi się przeobrazić w artystkę znacznie dojrzalszą. Odtąd zaczęłam stawiać na głębsze treści i ich wiarygodny przekaz. Wiedziałam już, czego nie chcę.

Pani już nie chciała tamtej zalotnej?
Nie, bo z biegiem czasu stawała się coraz bardziej infantylna, a infantylizmu nie znoszę. Udało mi się wywalczyć prawo do scenicznego rozwoju. Ludzie, w tym także młodzi, przychodzą na moje koncerty, chociaż prawie nie ma mnie w mediach. Niektórzy napotkani przechodnie czasem mnie pytają, czy jeszcze śpiewam, a przecież nawet na chwilę nie przestałam, tylko ograniczyłam kontakt z mediami, które, zgodnie z moją filozofią uprawiania tego zawodu, specjalnie do niczego nie były mi potrzebne i raczej mnie męczyły, niż cieszyły. Mimo to publiczność wciąż obdarza mnie entuzjazmem, co znaczy, że chyba swój zawód wykonuję rzetelnie. Zwolennicy czynią mi wielki zaszczyt, odwiedzając mnie na koncertach. Mam dla nich czułość. Jestem wdzięczna. Ale nie traktuję śpiewania jako wielkiej misji, po prostu zapraszam do dialogu. Skoro dostałam od losu muzykalność, wrażliwość na słowo i udało mi się coś zrozumieć, to mam za co dziękować.

Fot. Agata Preyss Fot. Agata Preyss

Kiedy sobie pani uświadomiła, że może liczyć tylko na siebie?
To akurat uświadomiłam sobie dość wcześnie. Wiedziałam, że odpowiadam za całe moje życie. Nigdy nie oczekiwałam od nikogo pomocy. Musiałam sobie radzić. Dlatego nigdy nie rozpaczam z powodu chwilowej zawodowej ciszy. To zawsze świetny czas na tworzenie i głębsze przemyślenia.

Rekompensowała pani córce to, czego sama nie miała?
Córkę też nauczyłam odpowiedzialności za siebie. Nie posiadam wiele, ale do wszystkiego doszłam sama. To wielka wartość w życiu. Dając dziecku za dużo i za wcześnie, robi mu się krzywdę. Bo jaki ma mieć wtedy cel? Kiedy człowiek dorobi się czegoś sam, to szanuje innych, życie i świat.

Przez wiele lat pilnowała pani prywatności córki. A teraz?
Uważam, że to odrębny człowiek i nie mam prawa opowiadać o nim bez jego zgody. Zawsze tak uważałam, nawet jak Agata była małym dzieckiem. Niedawno zapytałam ją jednak, czy mogę coś czasem o niej napomknąć. Odpowiedziała: „Mamo, ja już urosłam, a ty sama masz wyczucie, gdzie jest granica”. Moja córka jest dziś mądrym i głębokim człowiekiem. Ma też wspaniałego synka, mojego ukochanego wnuka.

Jest znaną fotografką. Jak patrzy na mamę przez oko obiektywu?
Bardzo pięknie współpracuje. Potrafi stworzyć taką atmosferę, że osoba fotografowana czuje duży psychiczny komfort, co podczas sesji jest szalenie ważne, bo to dość intymna sytuacja. Kiedy czasami razem pracujemy, mogę rozjaśnić emocjonalnie twarz, zapomnieć o wszystkim, co problemowe, wyciszyć się. Poza tym Agata robi wspaniałe zdjęcia i zawsze w tym szuka piękna. Jak od dawna obserwuję, ludzie lubią z nią obcować zarówno w pracy, jak i w życiu.

Lubi panią na scenie?
Kiedyś powiedziała, że jest ze mnie dumna. To wielki komplement usłyszeć coś takiego od własnego dziecka. Czasem słucha moich nagrań, przy niektórych nawet się wzrusza. Pamiętam, że kiedy ją urodziłam, powiedziałam sobie, że muszę tak śpiewać i dobierać repertuar, żeby moje dziecko nigdy nie musiało się za mnie wstydzić.

Co to znaczy: „Jestem sałatką z twardych jesiennych orzechów”? To z pani wiersza.
Dalej jest tam jeszcze – „i świeżo zielonych listków”. To znaczy, że jestem silna i w drodze do mety, czyli nie stronię od świadomości śmierci. Staram się ją w sobie oswoić. Jednak te listki dopowiadają, że wciąż się czegoś uczę i miewam młodzieńczą nadzieję.

Wyobraża sobie pani życie bez śpiewania? Że scena mogłaby któregoś dnia się skończyć, widzowie – odmówić uwagi?
Scena tak, bo trochę nią jestem zmęczona, ale twórczość nie, ponieważ to paliwo dla mojej wyobraźni, napęd do spełnionego istnienia. Kocham tworzyć, różne zresztą rzeczy. A gdyby mnie opuścili widzowie, przyjęłabym to z godnością i poszukała innego zajęcia. Nie mam z tym problemu. W życiu jestem gotowa na różne ewentualności. Jestem dość mocno zahartowana.

Walczy pani o publiczność? Gusta się zmieniają, publiczność się zmienia.
Ale mówimy cały czas o tym samym – chcemy coś pięknego przeżyć, coś zrozumieć, kochać, dawać, brać… Rolą artysty jest proponować siebie widzowi, a nie dostosowywać się do jego niekoniecznie trafnych oczekiwań. Prawdziwy artysta nie wychodzi naprzeciw gustom. Raczej pracuje nad kolejnym ciekawym zaskoczeniem. To dużo trudniejsza droga, ale gdy się uda, przynosi znacznie większą satysfakcję. Ja tylko dbam o to, aby nie stawać się artystką przebrzmiałą, żeby być człowiekiem współczesnym.

Współczesnym, czyli jakim?
Takim, który dostrzega to, co dzieje się wokół niego teraz, i który do tego „teraz” ma prawo. Nie uważam, że jak się skończy ileś tam lat, to wypada się powoli wycofywać z wszystkiego. No, chyba że się tego pragnie albo nie ma się nic do powiedzenia. Dopóki jednak mamy siłę i coś sensownego do przekazania, to trzeba to robić.

Czy artysta może nie zauważyć, że przekracza granicę profesjonalizmu?
Tak, to się może zdarzyć, zwłaszcza gdy człowiek traci orientację na swój temat, a w zamglonym lustrze widzi tylko swoje piękne wspomnienie o dawnej sobie. Mam nadzieję, że zgodnie ze słowami piosenki Młynarskiego wyczuję, „kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni”, i odejdę, zanim zacznę wzbudzać litość. Wierzę, że na razie tak się jeszcze nie dzieje…

Zdarza się pani patrzeć na młodych wokalistów i myśleć: „Nie tędy droga”?
Dla każdego, kto długo chce istnieć na scenie, podstawą jest być utalentowanym, pracowitym i innym niż wszyscy. To pozwala rozłożyć karierę na długie lata. Kiedy zaczynałam, stawiało się na robienie waloru z prawdy o sobie. Przykro mi to mówić, ale obecnie najczęściej odnoszę wrażenie, jakbym słuchała wokalistów z tej samej taśmy produkcyjnej. Czasem trudno odróżnić zarówno głosy, jak i wygląd. Prawie każdy kogoś naśladuje, próbuje komuś dorównać, zaśpiewać tak jak jego idol. Czasem mu nawet dorównuje, tylko po co. Szkoda, że tego rzetelnie się nie uczy. Indywidualizm w sztuce to zasada ponadczasowa. Kilka ciekawych, dobrze zapowiadających się młodych osobowości na szczęście jest. Ale na pewno mniej niż w czasach, gdy ja zaczynałam.

Kiedy w 1976 roku zaśpiewała pani „Summertime”, mówiono, że narodziła się polska gwiazda.
Ja też na początku śpiewałam znane kompozycje, ale zawsze to robiłam inaczej, od siebie. Gdy miałam 16 lat, jeden z moich starszych kolegów, muzyk Michał Szóstek, pokazał mi Gershwina, którego prawie nie znałam. Zagrał „Summertime” i od razu się w tym utworze zakochałam. Michał grał, ja śpiewałam tak, jak czułam. Nie znałam innych wersji, więc w głowie nie miałam żadnych porównań. Nie znałam nawet wykonań Elli Fitzgerald ani Janis Joplin. Dlatego z łatwością zbudowałam interpretację własną.

Hanny Banaszak na scenie i w życiu są różne?
Nie przypuszczam, ale nie mnie to oceniać. Staram się zachować równowagę pomiędzy pracą a życiem. Na scenie próbuję interpretować to, czym inspiruje mnie codzienność, a w życiu – czerpać energię ze scenicznego spełnienia. Specjalnie też nie zmieniam się wizualnie. Nie stosuję masek, staram się przekazywać prawdę.

Jakie wspomnienia, osoby, myśli pojawiają się, kiedy śpiewa pani piosenkę?
Coraz częściej brakuje mi ludzi z mojego świata. Jedni odeszli, inni odchodzą, a reszta, która została, czuje się coraz bardziej osierocona. Czasem śpiewam dla nich, myślę o nich. Odrywam się od dość smutnej rzeczywistości dźwiękami, które im posyłam na scenie.

A gdyby tak uciec światu, zgiełkowi?
Ja już trochę uciekłam. Od lat przecież jestem obok, a nie w mateczniku artystycznych zdarzeń. Sama tak wybrałam i tak mi się podoba. Podążam własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem i nie jest mi z tym źle.

Amerykański poeta William S. Merwin, z którym rozmawiałem dla „Zwierciadła”, napisał w wierszu: „Ostatniego dnia świata chciałbym zasadzić drzewo”. Co zrobiłaby pani ostatniego dnia świata?
Przeprosiłabym za nas, bo drzewo nadziei na lepsze jutro byłoby już zasadzone.

Hanna Banaszak, ur. w 1957 r. Karierę wokalistki rozpoczęła pod koniec lat 70. Teksty i muzykę tworzyli i tworzą dla niej: Wasowski, Przybora, Kofta, Matuszkiewicz, Młynarski, Satanowski, Pawluśkiewicz, Preisner i inni. Nagrała kilkanaście płyt. Od kilku lat swe recitale dopełnia własnymi kompozycjami i tekstami. Wydała tomik wierszy, ma w dorobku trzy wystawy fotograficzne. Uhonorowano ją licznymi nagrodami i wyróżnieniami, m.in.: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” i Bursztynowym Słowikiem.

  1. Zwierciadło

Karolina Gruszka - odrobina normalności

(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
Film „Złotokap”, w którym możemy ją oglądać, jest dla niej wyjątkowy z wielu powodów. Także dlatego, że to jeden z pierwszych projektów, w których wzięła udział po przerwie. Karolina Gruszka potrzebowała jej, żeby wrócić do najważniejszych w życiu pytań.

Jak tam pani islandzki? Jest pani w stanie porozumieć się w tym języku?
Mamy tę wspaniałą umiejętność, żeby rzeczy akurat nam niepotrzebne wyrzucać natychmiast z pamięci, i w tej chwili trudno byłoby mi cokolwiek sobie z islandzkiego przypomnieć. Natomiast rzeczywiście był taki moment, kiedy zaczęłam mieć przyjemność z używania go w ramach roli. Na planie słuchałam, jak rozmawiają inni, zaczynałam rozumieć z kontekstu pojedyncze zdania. Już wcześniej miałam podobne doświadczenia. Tak mi się w życiu zawodowym zdarzyło, że dosyć dużo grałam w innych językach, i to bardzo różnych, łącznie z uzbeckim, kazachskim. I kiedy się już przekroczy pewną granicę i człowiek przestaje się zastanawiać, jak co wymówić, dostrzega się, że język wchodzi w ciało, że ma swoją energię, każdy zupełnie inną.

Swoją drogą, kiedy decydowałam się na tę rolę, nie wyobrażałam sobie, ile to będzie pracy. Wiele zawdzięczam Jackowi Godkowi. Jacek jest tłumaczem literatury islandzkiej na polski, a jednocześnie – z wykształcenia – aktorem. Uczył mnie zasad fonetyki, tłumaczył, jak się czyta specjalne znaki z alfabetu islandzkiego, jak i gdzie kładzie się akcenty. Czytał na głos wszystkie moje kwestie z filmu, a później słuchał, jak czytam je ja. Dalej pracowałam sama, ale bez tych spotkań nie dałabym rady.

Była pani kiedykolwiek wcześniej w Islandii?
Nie. I miałam o niej trochę inne wyobrażenie.

Jakie?
Kojarzyła mi się magicznie, bajkowo, a okazała się dużo bardziej surowa i bardzo w tej swojej surowości piękna. Kręciliśmy zeszłego lata, trafiłam na białe noce. Organizm czuje się z początku niepewnie, ale jeśli o mnie chodzi, sprawdziłam to już wcześniej w Petersburgu, mogę w takim trybie bez problemu funkcjonować. Trafiłam też na piękną pogodę, sami Islandczycy byli zaskoczeni. Ta piękna pogoda oznaczała 19 stopni Celsjusza i trochę słońca na przemian z deszczem [śmiech].

Po zakończeniu zdjęć dojechała do mnie rodzina, mąż z córką, wynajęliśmy samochód, bo po Islandii trudno poruszać się inaczej, i ruszyliśmy przed siebie. Wybrzeże to jednak bardzo turystyczne rejony, we wszystkich tych miejscach, które kojarzymy z pocztówek i filmów dokumentalnych, jak choćby w Blue lagoon [uzdrowisko na półwyspie Reykjanes – przyp. red.] o każdej porze dnia i nocy jest taki tłok, że traci się z bycia tam całą przyjemność. W pewnym momencie odpuściliśmy i pojechaliśmy bardziej w głąb lądu. Odkrywały się przed nami przepiękne krajobrazy – te wszystkie parujące gorące źródła, dzikie konie, które galopują gdzieś na horyzoncie, zastygła lawa, do której moja ośmioletnia córka podchodziła najpierw niepewnie (z początku w ogóle była zaskoczona tym, że jest tak pusto i zimno), a potem ją pokochała i po której chodziła w tę i z powrotem. Krajobraz na wyspie jest monotonny, nie ma tylu bodźców, i to jest właśnie piękne, działa medytacyjnie.

Zastanawiam się, czy przypadkiem nie jest pani pierwszą znaną polską aktorką, która zagrała w islandzkim filmie.
Ragnar [Bragason – przyp. red.] nakręcił „Złotokap” na podstawie swojej sztuki, przez lata wystawianej, zresztą z wielkim sukcesem, w Rejkiawiku. Polaków na Islandii mieszka bardzo dużo, to najliczniejsza grupa cudzoziemców, chyba 10 proc.populacji całego kraju, w związku z czym w sposób naturalny pojawiamy się też w tekstach literackich. Moja bohaterka Daniela też jest z Polski i Ragnar szukał do tej roli Polki.

Zwrócił się do swoich polskich znajomych, kto to mógłby być, podrzucili mu parę propozycji, filmy, zdjęcia, i upatrzył sobie mnie. Właściwie nie miałam żadnego castingu, przeczytałam scenariusz, tekst był świetny, a potem Ragnar przyjechał do Warszawy, żebyśmy mogli się poznać i porozmawiać. Przegadaliśmy pięć godzin w kawiarni na Nowym Świecie.

Doświadczenie pracy z nim było bardzo ciekawe, przekonałam się, jaką ma miłość do aktorów. Ale też parę rzeczy mnie zaskoczyło. Kinematografia islandzka jest stosunkowo młoda, właściwie pokolenie Ragnara to pierwsze pokolenie islandzkich filmowców, którzy regularnie kręcą filmy w swoim kraju. I to widać. Widać, że jest w nim coś z pioniera. Jak powstawało ujęcie, Ragnar wołał wszystkich – pierwszy raz mnie coś takiego spotkało – do monitora i mówił: „No, zobaczcie! Zobaczcie, jak fajnie wyszło!”. To nie było tak, że byli zupełnie bezkrytyczni, jeśli było trzeba, oczywiście, powtarzali scenę. Najpierw myślałam: „Boże, co tu się w ogóle dzieje!?”. A potem doszłam do wniosku, że to w sumie super. Ta radość, że jest się na planie.

Uważa pani, że „Złotokap” to komedia?
Raczej tragikomedia, nie chciałabym zdradzać, w jakim stopniu „tragi-”. Rozmawiałam o tym z reżyserem i, jak rozumiem, Daniela pełni w całej tej historii funkcję w pewnym sensie terapeutyczną. W scenariuszu potrzebny był jakiś kontrapunkt, odrobina normalności w kontraście z ostrymi, wyrazistymi rolami innych.

Film rozprawia się z uprzedzeniami Islandczyków. To jednak mały naród, wyspiarski, problem nieufności wobec obcokrajowców, szczególnie w środowiskach mniej uprzywilejowanych, jest dostrzegalny. Przy okazji reżyser zwraca też uwagę na coś, co jest podobno w Islandii dość powszechne. Ponieważ świadczenia społeczne są tam wysokie – jeśli jesteś chory, dostajesz od państwa dużo pieniędzy – nagminne jest symulowanie i wyłudzanie zasiłków. Główna bohaterka filmu symuluje swoją chorobę i wmawia liczne choroby swojemu synowi Unnarowi. Matkę i syna łączy bardzo toksyczna relacja. On próbuje się z niej wyrwać, a Daniela, którą gram i w której Unnar się zakochuje, jest szansą na życiową zmianę. Ten wątek toksycznego układu matka – syn, nawet jeśli jest w filmie celowo przerysowany, wydaje mi się dość uniwersalny. Chyba każdy z nas próbował uciec od niektórych przekazywanych z pokolenia na pokolenie wzorców. A potem ani się obejrzysz i wpadasz w to samo. Trudno jest uciec od schematów, w których dorastamy.

Zagrała pani emigrantkę, Daniela mieszka w Rejkiawiku od lat. Pani też ma za sobą podobne doświadczenie. Swój kilkuletni pobyt w Rosji nazywała pani emigracją?
Nie nazywałam sobie tego emigracją, bo też nigdy nie podejmowałam takiej decyzji, jaką – wyobrażam sobie – musiała podjąć Daniela. Mój wyjazd był związany z moim życiem uczuciowym, ale także zawodowym, nie miałam planu, żeby tam zostać na stałe, ale też nie zakładałam, że nie zostanę. To się zdarzyło spontanicznie i organicznie. W Rosji nie czułam się u siebie, ale bycie kimś „nie stąd” było przyjemne i szalenie ciekawe. Trafiło na taki moment, kiedy jeszcze wydawało mi się – do tej pory tak myślę, ale wtedy było jednak inaczej, bo jeszcze nie miałam córki – że wszystko może się wydarzyć i że ja mogę żyć wszędzie, tymczasem spróbuję żyć tam.

Pierwsze role po rosyjsku zapamiętywała pani jak tę po islandzku?
Wcześniej coś tam już w Rosji grałam, ale albo byłam dubbingowana, albo grałam Polkę, która kaleczyła język. Tak naprawdę pierwszą dużą rolę po rosyjsku zaproponował mi mój mąż w „Tlenie”. Skok na głęboką wodę, bo miałam do zagrania wielki monolog, tekst „podawany” bardzo szybko i bardzo rytmicznie. Świetny sposób na uczenie się języka, zrobiłam ogromny postęp. O ile wcześniej, kiedy Iwan tłumaczył mi, co to za rola, rozumiałam z tego, co do mnie mówił, z jedną trzecią, i to jak dobrze się skupiłam i dopowiedziałam sobie resztę z jego gestów i mowy ciała, o tyle po okresie przygotowań do „Tlenu” byłam w stanie zrozumieć więcej niż połowę.

A teraz?
A teraz zdarza mi się nieświadomie przechodzić z polskiego na rosyjski, łapię się na tym, że myślę po rosyjsku. To mój drugi język, mimo że poznałam go dopiero w wieku 27 lat. Mam delikatny akcent, ale jak się skupię, mogę go nie mieć. Chociaż zwykle nie ma to znaczenia. Inaczej niż u nas, gdzie zaśpiew ze Wschodu brzmi dla Polaków czasem śmiesznie, dziecinnie. Rosjanie zwykle lubią, jak ktoś mówi z polskim akcentem, uważają, że ma to wdzięk.

Z reżyserem Iwanem Wyrypajewem tworzycie rodzinę. Wasza córka mieszkała z wami najpierw w Rosji, teraz tutaj. Maja zadaje już pytania o to, skąd i kim jest?
Właśnie niedawno zaczęła przejawiać zainteresowanie tym tematem. Pyta nas na przykład, na ile jest Rosjanką, a na ile Polką.

Co odpowiadacie?
Że tu nie ma odpowiedzi. Widzę, że ona ma te dwie mentalności, dwie kultury we krwi, krwiobiegu, w swojej wrażliwości, i nie widzę sensu dopatrywania się, którą bardziej. Siłą rzeczy teraz silniej czuje się związana z Polską, bo tu mieszkamy, tu ma swoich przyjaciół, chodzi do szkoły. Zresztą do szkoły brytyjskiej, więc to też daje dodatkową perspektywę. Miałam duży problem, co zrobić po przedszkolu, nie jestem fanką naszego systemu edukacji. Z początku trochę się bałam, że to wprowadzi jeszcze chaos, ale system brytyjski zakłada naprawdę fajne podejście do dziecka, teraz w czasie pandemii miałam okazję przyjrzeć się temu jeszcze bliżej i jestem pod wrażeniem.

Uważa pani, że pokolenie naszych dzieci jest bardzo różne od naszego? Że oni już zawsze będą obywatelami świata w odróżnieniu od nas, dzieci z kompleksem PRL-u?
Zgadzam się, że to nowe pokolenie jest zupełnie inne. Moja córka ma tylko osiem lat, a mam wrażenie, że i ona, i jej rówieśnicy są pod pewnymi względami o wiele bardziej świadomi niż my. Że to nie tylko obywatele Polski, Europy czy nawet świata, ale jeszcze szerzej, mieszkańcy planety. To mnie napawa optymizmem, czuję, że oni będą inni niż my, może mniej lekkomyślni.

A wracając do pani pytania – nie jestem pewna, czy kompleks dziecka PRL-u kiedykolwiek mnie dotyczył. Chyba już jednak nie. Wydaje mi się, że jestem z pokolenia, przed którym nagle otworzyło się mnóstwo możliwości, ale że jednocześnie wokół nas panował straszny chaos, brakowało nam punktu oparcia. Wszystko przesiąknięte było postmodernistycznym przekonaniem, że każdy ma swoją prawdę, co skutecznie blokowało poszukiwania duchowe i sprzyjało tendencjom narcystycznym.

To pokolenie bez autorytetów, bo autorytety, nawet jeśli były, bardzo często były podważane i deprecjonowane. Podstawowe pytanie: Kim właściwie jesteśmy w tym świecie? A o tym się raczej nie rozmawiało, jakby nie było takiej potrzeby, jakby się nie wiedziało, co to w ogóle znaczy i do czego jest nam potrzebne. Być może dlatego teraz jesteśmy tak bardzo uwięzieni w sporach polityczno-społecznych, tak bardzo brakuje nam szerszej perspektywy, bo nie nauczyliśmy się patrzeć na świat inaczej niż przez pryzmat swojego ego.

Sfera duchowa zawsze była dla pani tak samo istotna?
Pamiętam całe lata swojego życia, kiedy czułam, że mam potrzebę czegoś, ale nie wiem czego. Nie tyle nie znajdowałam odpowiedzi, co nie potrafiłam nawet dobrze zadać pytań. Moment, kiedy zaczęłam w ogóle przeczuwać, w którą stronę chcę iść, to właśnie wyjazd do Rosji. Po pierwsze dlatego, że tam takie kwestie są bardziej żywe, na porządku dziennym. To coś, o czym się po prostu rozmawia. W Rosji trafiłam też na odpowiednie książki, zaczęłam medytować, uprawiać jogę trochę w innym wymiarze, niż uprawiałam w Polsce. Wcześniej joga miała dla mnie raczej charakter, nie chcę powiedzieć fitnessowy, ale na pewno bardziej siłowy, fizyczny. I nagle się okazało, że chodzi o coś dużo więcej. To było 13 lat temu, a ja nadal mam potrzebę, żeby wracać do pytania, dokąd idę. Zdarzają się w moim życiu takie złote okresy, że wydaje mi się to oczywiste. Ale są i takie, że się gubię i codziennie, mozolnie muszę to sobie przypominać.

(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists) (Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)

To jest dla pani przełomowy rok?
Ze względu na to, że kończę 40 lat?

Na przykład.
Oczywiście, nie wiem, jak zareaguję na swoją czterdziestkę z takiego czysto kobiecego punktu widzenia, koleżanki snują na ten temat różne teorie [śmiech]. Będę się temu przyglądała. Na razie nie mam poczucia, że to jakiś przełomowy moment.

Z wiekiem staje się pani bardziej sentymentalna?
Myślę, że przeciwnie, coraz mniej, i to mi się w sumie podoba. Jakiś czas temu zrobiłam porządki według japońskiej metody Marie Kondo, która radzi, żeby wyrzucić to wszystko, co się trzyma tylko dlatego, że ma wartość sentymentalną. Ja miałam całą skrzynię pamiątek. Starą, wielką, miałam w niej wszystko poukładane: jakiś liścik od przyjaciółki z czwartej klasy podstawówki, plastikowy pierścionek, który dał mi pierwszy chłopak, karteczki, zapiski, zdjęcia. I kiedy się tego wszystkiego pozbyłam, rzeczywiście poczułam się tak, jakby ktoś zdjął ze mnie wielki ciężar. Nie chodziło mi o to, żeby odciąć się od przeszłości. To raczej proces uwolnienia, oczyszczania swojej przestrzeni, w wyniku czego powstaje więcej miejsca na to, co jest teraz.

Radykalny krok. Ale może celem jest tu pozbycie się przedmiotów, ale wszystko, co wiąże się z naszą przeszłością, zostawiamy sobie w pamięci i głowie?
Oczywiście, wspomnienia pozostają, one są ciekawe, ważne, bywają piękne, bywają przejmująco smutne, ale rzadko mnie rozczulają. Nie tęsknię za przeszłością.

O, dzisiaj na przykład wydarzyło się coś takiego – odwiedziłam szkołę teatralną właściwie pierwszy raz po 17 latach, odkąd ją skończyłam. Był kręcony program na temat całego naszego rocznika, do udziału w którym też zostałam zaproszona. Przechadzaliśmy się po korytarzach, patrzyłam na fragment naszego dyplomu. I bardzo trudno było mi przywołać siebie z tamtego czasu. To znaczy pamiętam mniej więcej, co wtedy myślałam, ale nie bardzo już poznaję tamtą siebie. Jeden z moich kolegów z roku, znany aktor, powiedział, że czuje się tak, jakby te nasze studia były dopiero co, jakbyśmy dopiero je skończyli. Ja mam poczucie, że to było w innym życiu.

O lockdownie sporo osób mówi, że miały szansę zmienić dzięki niemu perspektywę, że ta przerwa była im potrzebna.
Miałam przerwę już wcześniej. Dwa lata temu poczułam, że w jakimś stopniu się wypaliłam, bardzo intensywnie grałam wtedy w teatrze i mój organizm dotkliwe to odczuł. Zbuntował się. Musiałam się zastanowić, czy w ogóle chcę być jeszcze na scenie, czy jeszcze potrafię z tego czerpać przyjemność. Potrzebowałam tej przerwy, wróciłam po roku z poczuciem, że to jednak jest mój zawód, to, co kocham, i wiem, dlaczego to kocham. Pierwsze spektakle po przerwie grałam właściwie w ekstazie. A potem zrobiłam film islandzki, dwa filmy w Polsce, które jeszcze będą miały swoją premierę, zaczęłam serial z Waldkiem Krzystkiem, po drodze był „Kod genetyczny”.

Pandemia zastała nas w Moskwie. Robiliśmy nowy spektakl, w którym gramy razem z Iwanem, jego nowa sztuka „Entertainment”. Najpierw nagraliśmy z tego teatr telewizji, a potem mieliśmy zostać, żeby jeszcze zagrać spektakle. Nie zdążyliśmy. Okazało się, że zamykają polskie granice. Bilety już wyprzedane, pełna widownia, z drugiej strony – wiedzieliśmy, że jeśli od razu nie wrócimy do Polski, to być może utkwimy w Moskwie na bardzo długo. Bardzo wyraźnie poczułam wtedy, że powinniśmy wrócić, chociaż granice rosyjskie były jeszcze wtedy otwarte, oni się tam pukali w głowę, że tak nam się spieszy. Wylądowaliśmy o 20 w Warszawie, kilka godzin później i musielibyśmy już przechodzić kwarantannę. Zdaję sobie sprawę, jak trudny dla wielu ludzi jest ten czas. Smutny i pełen lęku. Ale ja odczuwam za te dwa miesiące izolacji wdzięczność. Jesteśmy jako rodzina blisko, zawsze spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, ale tym razem byliśmy ze sobą 24 godziny na dobę i to było dla nas bardzo cenne.

Krystyna Janda wspominała ostatnio w „Zwierciadle”, że raz po raz śniła jej się scena i kurtyna. Pani też?
Miałam sny aktorskie, myślę, że w tym zawodzie to jest nieuniknione. Ale nie odczuwałam głodu grania. Natomiast bardzo się ucieszyłam, kiedy przyszła propozycja, żeby zagrać w serialu. Zresztą właśnie mi.in. z panią Krystyną Jandą [chodzi o „Królestwo kobiet”, komediową produkcję TVN – przyp. red.]. Propozycja przyszła nieoczekiwanie, nie miałam tego wcześniej w planach. Nagle okazało się, że zaczynamy zdjęcia. Przyszłam na pierwszą próbę, była nas ósemka, a wydawało mi się, że to tłum, zresztą wszyscy mieliśmy podobne odczucie. Z początku było trochę dziwnie, a teraz bardzo się cieszę, uważam, że to pożyteczne. Równowaga jest jednak istotna. Nie było dla mnie odkryciem, że jestem domatorką, a jednak wydaje mi się, że są ludzie, którzy siedząc długo w domu, naprawdę mogą zdziczeć. Nie wiem, czy przypadkiem się do nich nie zaliczam.

Karolina Gruszka, rocznik 1980. Z mężem, Iwanem Wyrypajewem realizuje jego autorski teatr, wystąpiła też w jego filmach: „Tlen”, „Taniec Delhi”, „Zbawienie”. Inne jej kinowe role to te w „Inland Empire”, „Szczęściu świata” czy „Maria Skłodowska-Curie”. Najnowszy „Złotokap” w kinach od 28 sierpnia.

  1. Zwierciadło

UA Infinity Bra - biustonosz, który dba o zdrowe piersi

fot. materiały prasowe Under Armour
fot. materiały prasowe Under Armour
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Źle dobrany biustonosz to problem, z którym boryka się większość kobiet. Noszenie nieodpowiedniego stanika może mieć poważne konsekwencje zdrowotne - bóle pleców, uciski na przeponę, a nawet problemy z oddychaniem czy trawieniem. Under Armour zmienia zasady gry świata biustonoszy sportowych – dzięki innowacjom, które rozwiązują powyższe dwa problemy i wspierają ciało kobiety w naturalnym ruchu.

Aby stworzyć najnowszy model biustonosza Infinity Bra, marka Under Armour testowała prototypy wspólnie z ekspertką w dziedzinie zdrowia piersi dr Joanną Scurr oraz brytyjskim Uniwersytetem Portsmouth. Współpraca miała za zadanie stworzyć perfekcyjnie dopasowany stanik treningowy, który harmonizuje z kobiecym ciałem w zupełnie nowy sposób.

Tradycyjne staniki sportowe powstają poprzez wycięcie miseczek z płaskiej pianki, a następnie ich formowanie i oklejenie warstwami materiałów. Zespół projektantów Under Armour zastosował natomiast technologię wtryskowego formowania płynnej pianki, która zapewnia bardziej naturalny kształt, dopasowanie do ruchu piersi i o wiele niższą wagę.

Elastyczne miseczki zaprojektowano tak, aby niwelować wstrząsy o każdej sile oraz naturalnie otulać ciało kobiety w wahadłowym ruchu w górę, dół i na boki. Płynna pianka ukształtowana jest w formie symbolu nieskończoności – poziomej ósemki, którą ruch piersi wyznacza podczas skakania i biegu. Przełomowa konstrukcja zapewnia odpowiednie wsparcie biustu bez kompromisów na oddychalności i wygodzie.

„Większość osób tego nie zauważa, ale piersi podczas ćwiczeń i biegania poruszają się nie tylko w górę i dół. Kołyszą się także na boki, do środka i na zewnątrz. Projektanci Under Armour przy tworzeniu biustonosza Infinity Bra wzięli pod uwagę ten naturalny rytm, aby stworzyć produkt, który współgra z kobiecym ciałem” - mówi dr Joanna Scurr.

Biustonosz Infinity Bra wykorzystuje jedne z najbardziej zaawansowanych innowacji materiałowych Under Armour. Pozwoliły one na stworzenie najlżejszego i najszybciej schnącego stanika sportowego w kolekcji marki. Najnowocześniejsze technologie zostały wzbogacone o regulowane elastyczne ramiączka, które zapewniają niezrównane wsparcie biustu przy łatwym zakładaniu i zdejmowaniu biustonosza.

Biustonosz UA Infinity Sports Bra jest dostępny w cenach od 169,99 do 259,99 zł i w rozmiarach od XS do 3D.

  1. Zwierciadło

Every summer has a story

fot. materiały prasowe Femi Stories
fot. materiały prasowe Femi Stories
Zobacz galerię 12 Zdjęć
Jesteśmy sobą w pełnej okazałości. Tańczymy, płaczemy ze szczęścia, próbujemy rzeczy, których wcześniej nie śmiałyśmy spróbować. Podróżujemy i odnajdujemy siebie we współczesnej dżungli. Kolekcja Femi Stories na sezon wiosna-lato 2020 to cztery kolekcje kapsułowe zainspirowane wydarzeniami, które zmieniły nas na zawsze.

Kochamy markę Femi Stories. Za projekty, które uwielbiamy najbardziej - takie, w których czujemy się swobodnie, które przypominają nam najpiękniejsze, błogie chwile: wschody słońca, szum oceanu, piaszczyste i bezkresne plaże.

Femi Stories na sezon wiosna-lato 2020 to cztery kolekcje kapsułowe zaprojektowane z myślą o #FemiGirls i ich aktywnym stylu życia. Stworzone dla dziewczyn, które zaczynają swój dzień od jogi, a kończą go surfując przy zachodzie słońca; podróżują i stale szukają nowych wyzwań, odkrywają swoje potrzeby i poprzez swój styl śmiało je wyrażają. Czerpią energię z kosmopolitycznego miasta, ale nie wyobrażają sobie życia z dala od natury. Cztery historie, w której każda odnajdzie siebie.

1. LOVE IN MARRAKESH Historia inspirowana marokańskimi zachodami słońca nad tętniącym życiem, pełnym ekscytujących bodźców miastem. Niebanalnie połączenie ognistego odcienia pomarańczy, głębokiego granatu i delikatnego błękitu z motywem przewodnim LOVE, zaprojektowanym po wizycie w muzeum Yves Saint Laurent w Marrakeszu.

2. WILD AT HEART Kapsuła oddająca dzikość serca #FemiGirl i naszą wieczną miłość do natury. Tu nie obowiązują żadne zasady – nowy, autorski florystyczny print zestawiliśmy z kultową panterką i połączyliśmy z odcieniem morskiej zieleni, a kurtkę Franta i szorty Start znajdziecie w odcieniu metalicznego złota. Tutaj regułą jest brak reguł.

3. PALM TREE RESORT Lato w pełni, zabawa barwami dodającymi energii, siła wzorów i kolorów. Florystyczny wzór, paski, gorąca czerwień i głęboka zieleń. To wszystko znajdziecie w nowych modelach mini, midi i maxi sukienek, kultowej bluzie Kenta, parce Paloma czy idealnie skrojonych strojach kąpielowych.

4. PINK OCEAN Historia inspirowana podróżą po piaszczystych brzegach oceanu i andaluzyjskimi zachodami słońca. Modele w odcieniu pudrowego różu i niebieskiego przełamane zostały delikatnym printem nawiązującym do tego, co kochamy najbardziej – słońca plam i fal.

Jest pięknie. I już nie możemy doczekać się lata.

  1. Zwierciadło

Świąteczne inspiracje prezentowe

Zobacz galerię 8 Zdjęć
Nie masz pomysłu na wyjątkowy prezent dla najbliższych? Mamy dla Ciebie kilka inspiracji. Anielskie włosy, piękna fryzura i promienna cera to prezent, który możesz podarować tym, których kochasz.

ANIELSKIE WŁOSY W STYLU EKO

Najmodniejsza na świecie marka kosmetyków do włosów, KEVIN.MURPHY, to strzał w dziesiątkę. W szczególności dla wielbicielek najnowszych trendów, ekologii oraz… posiadaczek cienkich włosów! Zestaw SPEAKING VOLUMES, w skład którego wchodzi szampon ANGEL.WASH oraz odżywka ANGEL.RINSE w połączeniu z kultowym lakierem SESSION.SPRAY, sprawi, że te święta będą wyjątkowo piękne oraz pełne objętości.

KEVIN.MURPHY SPEAKING VOLUMES, 234 zł (hair2go.pl) KEVIN.MURPHY SPEAKING VOLUMES, 234 zł (hair2go.pl)

HANDMADE STORY

Dla miłośniczek rękodzieła trafionym prezentem będą zestawy spinek TURTLE STORY. Ręcznie wykonane szylkretowe spinki o nietuzinkowych kształtach będą idealnym uzupełnieniem świątecznych fryzur. Zapakowane są w ekologiczne oraz ozdobne pudełko.

TURTLE STORY – zestaw 2 spinek od 69 zł  (hair2go.pl) TURTLE STORY – zestaw 2 spinek od 69 zł  (hair2go.pl)

ŚWIĄTECZNA REGENERACJA

Dla miłośniczek profesjonalnej pielęgnacji włosów wybierz niezawodny zestaw regenerujący OLAPLEX. To doskonałe rozwiązanie dla posiadaczek każdego rodzaju włosów. Wszystkie produkty z tej serii zawierają specjalnie opatentowany składnik, który wnika w głąb włosa, naprawiając je od wnętrza. To prezent, który gwarantuje piękne i zdrowe włosy nie tylko od święta!

OLAPLEX zestaw; 249 zł (hair2go.pl) OLAPLEX zestaw; 249 zł (hair2go.pl)

PROMIENNA CERA

Dla wielbicielek prostej i skutecznej pielęgnacji twarzy wybierz zestaw od GLOV. Jest to niezbędny duet pielęgnacyjny każdej kobiety. W zestawie antycellulitowa rękawiczka do peelingu ciała oraz rękawiczka, która w mgnieniu oka zmywa makijaż tylko przy użyciu wody. Natomiast dla miłośniczek koreańskiej pielęgnacji postaw na zestaw 5 masek od PIBU, przeznaczonych do różnego rodzaju cery lub elastyczną maseczkę kształtującą owal twarzy od SKEDERM. Maski w płachcie to nie tylko idealny pomysł na prezent, ale również doskonały sposób na zimową pielęgnację skóry twarzy.

PIBU zestaw masek, 289 zł; SKEDERM PEPTIDE LIFTING BAND 5 szt., 259 zł; GLOV IT'S A MATCH 49 zł/ hair2go.pl PIBU zestaw masek, 289 zł; SKEDERM PEPTIDE LIFTING BAND 5 szt., 259 zł; GLOV IT'S A MATCH 49 zł/ hair2go.pl

LUKSUS DLA WŁOSÓW

Wymagającej i ceniącej najwyższej jakości pielęgnację podaruj wyjątkowy zestaw nawilżający do włosów od Alterny. Ta wyjątkowa linia z ekstraktem z kawioru intensywnie nawilża, wzmacnia i odżywia suche oraz problematyczne włosy. W zestawie znajduje się nawilżający szampon oraz odżywka wraz z elegancką, skórzaną kosmetyczką. Podaruj jej w prezencie piękne włosy oraz odrobinę luksusu.

ALTERNA CAVIAR MOISTURE DUO, 199 zł/hair2go.pl ALTERNA CAVIAR MOISTURE DUO, 199 zł/hair2go.pl

DLA VEGE MANIACZKI

Profesjonalne, wegańskie oraz nietestowane na zwierzętach kosmetyki do włosów to zdecydowanie prezent, który zadowoli każdą miłośniczkę ekologii. SHARK BAY od Eleven Australia to zestaw dedykowany dla posiadaczek cienkich oraz pozbawionych objętości włosów. Szampon oraz odżywka odbiją je od nasady, a sól morska doda im tekstury, tworząc naturalne fale. Podaruj jej włosy pełne objętości oraz… australijskiego słońca.

ELEVEN AUSTRALIA SHARK BAY 175 zł/hair2go.pl ELEVEN AUSTRALIA SHARK BAY 175 zł/hair2go.pl

W MĘSKIM STYLU

Jeśli szukasz prezentu dla swojego ukochanego mężczyzny postaw na praktyczne rozwiązanie. Wybierz zestaw FRESH MIX od marki KEVIN.MURPHY, który zawiera wszystko to, czego potrzebuje zadbany oraz nowoczesny mężczyzna. W zestawie znajduje się stymulujący szampon i odżywka, oraz dwie mini pasty do stylizacji. Poszukiwania idealnego prezentu dla Niego możesz uznać za zakończone sukcesem.

KEVIN MURPHY FRESH.MIX 234 zł/hair2go.pl KEVIN MURPHY FRESH.MIX 234 zł/hair2go.pl

Propozycje prezentów dostępne na