1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Michał Olszański: Nie uprawiam ping- ponga

Michał Olszański: Nie uprawiam ping- ponga

fot. BewPhoto
Radiowiec, który umie słuchać, a zarazem otworzyć rozmówcę. Michał Olszański stworzył trójkową audycję „Godzina Prawdy” – wzór kulturalnej, choć dociekliwej rozmowy człowieka z człowiekiem. Duża klasa i ewenement w czasach, kiedy dominuje pyskówka.

(Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 8/2017)

Przyznam, że utarł mi pan nosa. Tak po dziennikarsku.

W jaki sposób?

Kiedy pierwszy raz usłyszałam tytuł „Godzina Prawdy”, pomyślałam: z jednej strony banalny, z drugiej – niebanalnie śmiały w czasach, kiedy prawda jako słowo zdewaluowała się masakrycznie.

Z tytułem od początku były perturbacje, bo najpierw myślałem o „Audiobiografii”. Okazało się jednak, że Jacek Cygan już gdzieś taki tytuł zamieścił, a tę „Godzinę Prawdy” bardzo mocno lansowała Magda Jethon, ówczesna szefowa Programu Trzeciego, dzięki której audycja jest na antenie. Cały czas będę podkreślał, że to Magda przekonywała, że już czas, bym miał cykl stemplowany swoim imieniem i nazwiskiem, bo dotychczas byłem kojarzony w Trójce z redakcją sportową.

Miała nosa.

Udało się na tyle, że śmiało zaproponowała też doskonałe pasmo czasowe: w piątek po 12. Teraz, jak rozmawiamy, „idzie” Marcin Dorociński. Mam satysfakcję, że ludzie, którzy na ogół nie przychodzą do radia, kiedy słyszą, że chodzi o 40 minut poważnej rozmowy, to się przekonują.

Czyli że jest potrzeba rozmawiania. Jak uzyskać prawdę w czasach wielu prawd, a ostatnio nawet postprawdy?

Umowa z gośćmi jest taka, żeby nie ściemniać. Zresztą moja praktyka życiowa sprawia, że jestem wyczulony na wszelkiego rodzaju konfabulacje. Już na etapie selekcji potrafię wskazać, kto mnie interesuje, w kim odnajduję nie tylko temat w znaczeniu historii do opowiedzenia, ale też jakieś porozumienie, otwartość, potencjał na szczerość.

Jak przebiega szukanie bohaterów do audycji? To trochę casting na prawdomówność?

Jestem bardzo otwarty. Moja żona Magda doskonale śledzi wydarzenia i mnóstwo czyta, a następnie podrzuca mi pomysły. I, oczywiście, radiowa koleżanka Gabrysia Darmetko robi fantastyczny research. Ostatnio następuje już zresztą sprzężenie zwrotne: ponieważ poszła fama, że audycje Olszańskiego dobrze promują bohaterów książek, toteż moimi nieocenionymi researcherami stali się wydawcy z wielu oficyn. W ten sposób doszło do jednej z moich ważniejszych rozmów, której bohaterem był słynny Stanisław Likiernik, jeden z pierwowzorów postaci z „Kolumbów…” Bratnego. Miałem kilka rozmów z ludźmi z powstania i za każdym razem przechodziły mnie dreszcze. Zwłaszcza że jestem przeciwnikiem tego nurtu narodowo-patriotycznego, w którym historia Polski to spektakularne porażki. Zbyt wysoką cenę nasz naród płacił za powstania.

Jak pan znajduje kod dostępu do swoich gości?

Odstąpiłem od pierwotnej koncepcji prowadzenia audycji na żywo. Bo jednak ludzie bardziej się wtedy stresują i zamykają w sobie. A świadomość, że można się zatrzymać, odchrząknąć, pójść w dygresję, a nagrany materiał zostanie potem oczyszczony, daje większy komfort rozmówcy. Wtedy łatwiej gość się otwiera, mniej się koncentruje na szukaniu słów, a bardziej na istocie opowieści. W rezultacie rozmowa płynie, właściwie nie szatkuję materiału przy montażu, staram się trzymać tego, jak przebiegał ten dialog faktycznie. To się sprawdza: ten prosty patent, jakim jest przyjazna rozmowa, a nie słowny ping-pong. Często słyszę, że ludzie wciągają się w audycje do tego stopnia, że dojadą do celu, gaszą silnik i nadal siedzą w aucie, żeby dosłuchać do końca.

Bo to właśnie nie jest ping-pong tak powszechny ostatnio. A pan nie popisuje się ripostami, ale ma dar – niezwykły jak na radiowca – słuchania. Wsłuchiwania się.

To wynika z mojej przeszłości; skończyłem resocjalizację i profilaktykę społeczną. Ponieważ z góry wiedziałem, że nie pójdę w więzienne, głęboko resocjalizacyjne strony, bo się do tego nie nadaję, pochłonęły mnie koncepcje dotyczące profilaktyki. Kontakt z ludźmi, dotarcie do nich stało się moim celem. Stąd pracowałem najpierw w Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, w klubie mieszkańców na Piaskach, a potem z Kaśką Miller przez dwa lata na Ursynowie, gdzie robiliśmy klubiki dla mieszkańców. Była głęboka komuna. Myśmy z Kaśką razem przeżyli Solidarność. A jednocześnie robiliśmy tam naprawdę fajne imprezy. Szczęście polegało jednak na tym, że po pracy tam trafiłem do zespołu Jacka Jakubowskiego, znanego psychologa, szefa Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, który troszeczkę w opozycji do Marka Kotańskiego też zajmował się młodzieżą z uzależnieniami. Jakubowski wypracował swój własny styl pracy i miał bardzo duże sukcesy. Dziś ci z tych pierwszych ćpunów kompociarzy, którzy przeżyli, potwierdzają, że SOS [Szkolny Ośrodek Socjoterapii – przyp. red.] był dla nich jedyną możliwą szansą odbicia się.

Legendarny SOS na Grochowskiej.

Tak. Trafiłem tam w ’82 roku i pracowałem jako wychowawca do ’85. A jak Jacek był już totalnie przemęczony i chciał zrezygnować, udało się mnie wrzucić na dyrektora. Mimo że miałem wcześniej polityczną wpadkę, bo mnie aresztowali w stanie wojennym. Myślę, że prawie dziesięć lat pracy z tymi młodymi ludźmi, gdzie myśmy nie trzymali dystansu nauczyciel – podopieczny, bardzo mnie ukształtowało i teraz procentuje w innej już przestrzeni. Myśmy tam pracowali na bardzo bliskich emocjach. Mieliśmy raz w tygodniu niesamowite spotkania i ja właśnie wtedy, myślę, nauczyłem się wysłuchiwania tego, co ktoś mówi. Było to niezwykle ważne, ponieważ ci młodzi pogubieńcy zawsze mieli poczucie, że nikt nie chce ich słuchać. Nie bez przyczyny, oczywiście, bo zachowywali się tak destrukcyjnie, że dorośli w kółko im powtarzali: „To zrobiłeś źle, tamto beznadziejnie”, tymczasem my musieliśmy zastosować inną narrację, mówiąc: „Ciebie akceptuję, ale nie akceptuję twoich zachowań”. „Jesteś dla mnie ważną osobą, chcę cię wysłuchać, ale nie mogę się godzić na to, że od rana do wieczora odpalasz jointa od jointa, bo nic z tego nie wyjdzie”. Na początku czasami to był ugór i ciężka orka, dostawaliśmy w dupę i niewiele z tego wynikało. Ale niech sobie pani wyobrazi, że myśmy mieli prawo do wydawania im matur. Do nas trafiała młodzież wypadająca z systemu oświaty już po trzeciej klasie. Dlatego mieliśmy liceum wieczorowe i ośrodek z wychowawcami i socjoterapeutami w jednym. Niesamowite było to, kiedy oni zaczynali dostrzegać, że wow, będę w maturalnej klasie, zdam maturę, dostanę bilet do innej dorosłości. Wtedy zaczynało to iść do przodu. O tym zresztą bardzo ładnie pisze Andrzej Stasiuk w jednej ze swoich pierwszych książek. Był u nas w trudnym czasie stanu wojennego. Pracował, zdaje się, sprzątając.

Bo wprawdzie ośrodek był dla uzależnionych, ale schronienie dostawali tam różni ludzie z gatunku „trudna młodzież”. Również trudna politycznie.

Myśmy stworzyli pewien klosz, korzystając z tego, że resort edukacji chciał mieć placówkę pokazową, żeby mówić, że coś robią z uzależnieniami. Nie czepiali się, a my stworzyliśmy miejsce wymykające się możliwości oceny. Pamiętam, jak oni przychodzili i widzieli mnie w akcji, jak gadam z dzieciakami, jak się wspieramy, to mówili, że pierwszy raz widzą coś takiego, bez wyraźnej hierarchii. A myśmy trochę improwizowali, to się wykuwało w trakcie, w biegu. Uczyliśmy się na bieżąco.

Nosił pan długie włosy?

Oczywiście. Miałem długie włosy, kucyk i kolczyk z czasów studenckich jeszcze. Fajne to były czasy, ale po dziesięciu latach mocnej eksploatacji dobitnie poczułem, że muszę to skończyć. Wtedy popieprzyły mi się sfery: działalność w SOS oraz dom i życie prywatne. Mieszkaliśmy z Magdą na Ochocie, na drugim niż SOS końcu Trasy Łazienkowskiej. Przy pomniku Lotnika, dodatkowo był to parter. Genialny punkt, każdemu było po drodze, toteż mieszkanie szybko się stało świetlicą. Od rana do wieczora przychodzili dawni bądź aktualni uczniowie. Aż zauważyliśmy, że zasłaniamy wieczorem okno, tak żeby nie widzieli, że Olszański jest i można wpaść na herbatę. Trzeba więc było z tym skończyć.

Jak?

Nadarzyła się okazja, żeby zwiać z tej Ochoty, kiedy tata Magdy podarował nam działkę w Chyliczkach. Dostaliśmy zgodę na budowę domu i w ’88 zaczęliśmy budować, a w ’92 się wprowadziliśmy. To się zbiegło ze zmianą mojej pracy.

Mówi się, że żyjemy w czasach skrótowych komunikatów. Czy zauważa pan, że ludzie mają jednak niezmienną potrzebę wygadania się?

Tak! Ja to zdecydowanie widzę. Ludzie chcą opowiadać, jeśli są w dobry sposób poprowadzeni i przyjaźnie przyjęci.

A w tym pańskim radiowym konfesjonale zawsze dostaną rozgrzeszenie.

Nawet nie zostaną osądzeni. Ale skoro mam czas dla siebie w Trójce, w takim dobrym paśmie, to ja nie chcę stracić szansy i robić jakiegoś bla, bla, bla. Myślę, że istnieje system wartości, który wyznacza nasze działania. Niestety, coraz mniej o tym mówimy. Schodzi to na dalszy plan, więc ja chcę przywrócić rozmowę o wartościach i dotykać momentów, kiedy ludzie podejmują najważniejsze decyzje, momentów przełomu. Bo uważam, że Polak nie musi uczyć się na własnych błędach, niech posłucha o błędach innych. Taka idea mi przyświeca. Myślę, że słuchacze posłuchają historii i będą mądrzejsi przez opowieść tego człowieka. Jak po relacji Czesława Marchaja. W ’42 roku znalazł się w sytuacji, kiedy zatrzymali go jacyś folksdojcze. Spędził w piwnicy noc, a potem przyszedł koleżka z karabinem, postawił ich pod ścianą i strzelił do faceta obok. I Marchaj mówi; „Ja wiem, że on za chwilę strzeli do mnie. Co mogę zrobić? Wiem! Muszę się odwrócić, bo strzelić człowiekowi w twarz, kiedy patrzy, jest trudniej, niż strzelić z tyłu”. Odwraca się więc i to mu ratuje życie, ponieważ zaczyna rozmawiać... Widzi pani? To się zapamiętuje. Jak kiedyś będę w takiej sytuacji, to się odwrócę. To, oczywiście, drastyczny przykład, ale w tych wszystkich historiach najważniejsze jest właśnie to, jakie są efekty decyzji, które ludzie podejmują. Jak ta dziewczyna Ola Grynczewska, która pracowała w korporacji i miała tego dość. Pewnego razu, jadąc taksówką, nagle otworzyła okno i wyrzuciła telefon. Wyobraża sobie pani, co to znaczy dla korpowoman?!

Symboliczny i faktyczny akt wyzwolenia.

Następnego dnia nie poszła już do tej roboty. Dziś zajmuje się zwierzętami i ma Fundację „Zwierzęca Polana”, ratuje konie przed rzeźnią i psy. To są właśnie momenty zwrotne w życiu ludzi. Kiedy daję im szansę, by opowiadali, to oni się pięknie otwierają. Bo ludzie lubią mówić o ważnych momentach i o tym, co z tego wynika. Często w programie pojawia się wątek niepełnosprawności, ale w kontekście, że świat się nie kończy, lecz zwykle zaczyna. Jak ostatnio w przypadku kierowcy rajdowego Bartka Ostałowskiego, który prowadzi samochód nogami, bo stracił ręce na skutek wypadku samochodowego. Po audycji sam z nim poszedłem na parking, bo chciałem zobaczyć, jak on sobie pas zapnie. On nie musi zapinać, ale jak zrobił to w 30 sekund, to mnie zatkało.

A czuł pan kiedyś, że wymięka w obliczu jakiejś historii?

Bywało, że robiły mi się szkliste oczy. Jak Łukasz z Małgosią poznali się przez Internet, on na wózku, pokręcony kompletnie, a ona ładna dziewczyna. Spotykają się na dworcu po raz pierwszy i ona myśli: „Kurczę, to ten facet, z którym spędzę życie?!”. Poruszają też, oczywiście, sytuacje ze zwierzakami. Ale ja świadomie się poddaję emocjom, muszę włożyć uczciwość w rozmowę. Jak się wzruszam, to daję sobie do tego prawo. Bo to jest w „Godzinie Prawdy” prawda z mojej strony.

Pan kocha zwierzęta, prawda?

Mam trzy psy, dwa koty i papugę. Jeden z psów, Piątek, jest już bardzo stary. Moim ukochanym jest Super Jaromir, wielkości jamnika. Ma krótkie nogi, niskopodłogowy. A Lufa z kolei, taki czarny labradorowaty, to ukochany pies Magdy, wszędzie za nią lata.

A konie tylko mechaniczne?

Tak, chociaż nie zawsze. Powiem pani, że nigdy nie kupię traktorka do koszenia trawy, bo ja muszę iść za maszyną.

A nie jechać, jak mustangiem?

To auto. Będąc w Stanach, wynajęliśmy mustanga w Miami i pojechaliśmy nim do Key West. Podróż na cztery, pięć dni. Stwierdziliśmy, że fajny byłby taki prezent, ale okazało się, że mustang rocznik 2006 to nie takie tysiące, jak myśleliśmy. A że nadarzyła się okazja…

Pan spędził lata na pracy z trudną młodzieżą, żona jest terapeutką, a waszych synów nie ominęły kryzysy wieku dorastania.

To fakt, ale teraz mój syn, któremu różnie się w życiu układało, wstrzelił się w rewelacyjny biznes. Niech sobie pani wyobrazi, że Janek jest właścicielem internetowego i stacjonarnego sklepu z modelami samochodów napędzanych falami radiowymi. To takie hobby, modelarstwo. Ludzie kupują te samochody po kilka tysięcy złotych, jeżdżą na torach, ścigają się. Janek od kilku lat zajmuje się serwisem takich rzeczy, urządzaniem imprez i właśnie sprzedawaniem modeli. Mam syna biznesmena. Jest do tego dobrym ojcem. Ale problemy wieku dojrzewania mieliśmy, bo każdy je ma. Przeszliśmy też przeprowadzkę i Antek do tej pory nie może nam wybaczyć, że przenieśliśmy go z dobrej szkoły do wiejskiej w Chylicach. Bardzo to przeżył. Antek jest z kolei bardzo fajnym facetem, gejem, co przyjąłem nie bez problemu.

Nie było łatwo?

Dla mnie jako ojca nie było. Antek jest drugim naszym synem. W szkole na Ochocie był liderem w klasie i nagle trafił do szkoły w Chylicach, gdzie chwalili go, że czyta ze zrozumieniem. To był dla niego za duży szok, coś na kształt wykluczenia. Wysyłał sygnały. Magda coś czuła, ja byłem w trakcie zmiany pracy. Mam świadomość, że my tego nie dotknęliśmy, tak jak trzeba było. Kiedy Antek trafił do niepublicznej podstawówki w Piasecznie, było dużo lepiej. Intelektualnie nareszcie miał pole do popisu. Ale nadal miał problemy z tożsamością. Zajadał stres. Potem jeszcze, będąc otyłym, zaczął dodatkowo podkreślać swoją odmienność ubiorem. I to był moment, kiedy nie wiedziałem, co się dzieje. Nie wiedziałem, czemu mam do czynienia z Antkiem, który tak zdziwaczał i tak się zachowuje. Magda miała dość szybko jasność co do orientacji Antka. Ja nie. W końcu wszystko wyjawił. Ale przez to, że powiedział nam, że odnalazł swoją tożsamość seksualną, w niezwykłym czasie stanął na nogi. Dziś jest fajnym, szczupłym chłopakiem. Poszedł do dobrego liceum, skończył kulturoznawstwo, z Karolem, swoim partnerem, na kredyt kupili daczę nad Narwią. I dobrze. Boleję tylko nad tym, że prawdopodobnie nie będziemy mieli ciągłości nazwiska, bo Janek ma dwie córki, a na Antka nie mam co liczyć.

A porozmawiałby pan o tym wszystkim z synem w „Godzinie Prawdy”?

Czemu nie. Z własnym ojcem rozmawiałem, może pogadam z synem. Jestem ze swoich synów bardzo dumny i mam z nimi doskonały kontakt.

Michał Olszański: z wykształcenia pedagog, do 1992 roku pracował z trudną młodzieżą. Od 2000 do 2001 był dyrektorem Trójki, do dziś prowadzi „Godzinę Prawdy” i audycje sportowe. Prowadzi również „Magazyn Ekspresu Reporterów” i poranny program „Pytanie na Śniadanie” w TVP2. Z żoną Magdą mają dwóch synów.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze