1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Michał Olszański: Nie uprawiam ping- ponga

Michał Olszański: Nie uprawiam ping- ponga

fot. BewPhoto
fot. BewPhoto
Radiowiec, który umie słuchać, a zarazem otworzyć rozmówcę. Michał Olszański stworzył trójkową audycję „Godzina Prawdy” – wzór kulturalnej, choć dociekliwej rozmowy człowieka z człowiekiem. Duża klasa i ewenement w czasach, kiedy dominuje pyskówka.

(Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 8/2017)

Przyznam, że utarł mi pan nosa. Tak po dziennikarsku.

W jaki sposób?

Kiedy pierwszy raz usłyszałam tytuł „Godzina Prawdy”, pomyślałam: z jednej strony banalny, z drugiej – niebanalnie śmiały w czasach, kiedy prawda jako słowo zdewaluowała się masakrycznie.

Z tytułem od początku były perturbacje, bo najpierw myślałem o „Audiobiografii”. Okazało się jednak, że Jacek Cygan już gdzieś taki tytuł zamieścił, a tę „Godzinę Prawdy” bardzo mocno lansowała Magda Jethon, ówczesna szefowa Programu Trzeciego, dzięki której audycja jest na antenie. Cały czas będę podkreślał, że to Magda przekonywała, że już czas, bym miał cykl stemplowany swoim imieniem i nazwiskiem, bo dotychczas byłem kojarzony w Trójce z redakcją sportową.

Miała nosa.

Udało się na tyle, że śmiało zaproponowała też doskonałe pasmo czasowe: w piątek po 12. Teraz, jak rozmawiamy, „idzie” Marcin Dorociński. Mam satysfakcję, że ludzie, którzy na ogół nie przychodzą do radia, kiedy słyszą, że chodzi o 40 minut poważnej rozmowy, to się przekonują.

Czyli że jest potrzeba rozmawiania. Jak uzyskać prawdę w czasach wielu prawd, a ostatnio nawet postprawdy?

Umowa z gośćmi jest taka, żeby nie ściemniać. Zresztą moja praktyka życiowa sprawia, że jestem wyczulony na wszelkiego rodzaju konfabulacje. Już na etapie selekcji potrafię wskazać, kto mnie interesuje, w kim odnajduję nie tylko temat w znaczeniu historii do opowiedzenia, ale też jakieś porozumienie, otwartość, potencjał na szczerość.

Jak przebiega szukanie bohaterów do audycji? To trochę casting na prawdomówność?

Jestem bardzo otwarty. Moja żona Magda doskonale śledzi wydarzenia i mnóstwo czyta, a następnie podrzuca mi pomysły. I, oczywiście, radiowa koleżanka Gabrysia Darmetko robi fantastyczny research. Ostatnio następuje już zresztą sprzężenie zwrotne: ponieważ poszła fama, że audycje Olszańskiego dobrze promują bohaterów książek, toteż moimi nieocenionymi researcherami stali się wydawcy z wielu oficyn. W ten sposób doszło do jednej z moich ważniejszych rozmów, której bohaterem był słynny Stanisław Likiernik, jeden z pierwowzorów postaci z „Kolumbów…” Bratnego. Miałem kilka rozmów z ludźmi z powstania i za każdym razem przechodziły mnie dreszcze. Zwłaszcza że jestem przeciwnikiem tego nurtu narodowo-patriotycznego, w którym historia Polski to spektakularne porażki. Zbyt wysoką cenę nasz naród płacił za powstania.

Jak pan znajduje kod dostępu do swoich gości?

Odstąpiłem od pierwotnej koncepcji prowadzenia audycji na żywo. Bo jednak ludzie bardziej się wtedy stresują i zamykają w sobie. A świadomość, że można się zatrzymać, odchrząknąć, pójść w dygresję, a nagrany materiał zostanie potem oczyszczony, daje większy komfort rozmówcy. Wtedy łatwiej gość się otwiera, mniej się koncentruje na szukaniu słów, a bardziej na istocie opowieści. W rezultacie rozmowa płynie, właściwie nie szatkuję materiału przy montażu, staram się trzymać tego, jak przebiegał ten dialog faktycznie. To się sprawdza: ten prosty patent, jakim jest przyjazna rozmowa, a nie słowny ping-pong. Często słyszę, że ludzie wciągają się w audycje do tego stopnia, że dojadą do celu, gaszą silnik i nadal siedzą w aucie, żeby dosłuchać do końca.

Bo to właśnie nie jest ping-pong tak powszechny ostatnio. A pan nie popisuje się ripostami, ale ma dar – niezwykły jak na radiowca – słuchania. Wsłuchiwania się.

To wynika z mojej przeszłości; skończyłem resocjalizację i profilaktykę społeczną. Ponieważ z góry wiedziałem, że nie pójdę w więzienne, głęboko resocjalizacyjne strony, bo się do tego nie nadaję, pochłonęły mnie koncepcje dotyczące profilaktyki. Kontakt z ludźmi, dotarcie do nich stało się moim celem. Stąd pracowałem najpierw w Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, w klubie mieszkańców na Piaskach, a potem z Kaśką Miller przez dwa lata na Ursynowie, gdzie robiliśmy klubiki dla mieszkańców. Była głęboka komuna. Myśmy z Kaśką razem przeżyli Solidarność. A jednocześnie robiliśmy tam naprawdę fajne imprezy. Szczęście polegało jednak na tym, że po pracy tam trafiłem do zespołu Jacka Jakubowskiego, znanego psychologa, szefa Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, który troszeczkę w opozycji do Marka Kotańskiego też zajmował się młodzieżą z uzależnieniami. Jakubowski wypracował swój własny styl pracy i miał bardzo duże sukcesy. Dziś ci z tych pierwszych ćpunów kompociarzy, którzy przeżyli, potwierdzają, że SOS [Szkolny Ośrodek Socjoterapii – przyp. red.] był dla nich jedyną możliwą szansą odbicia się.

Legendarny SOS na Grochowskiej.

Tak. Trafiłem tam w ’82 roku i pracowałem jako wychowawca do ’85. A jak Jacek był już totalnie przemęczony i chciał zrezygnować, udało się mnie wrzucić na dyrektora. Mimo że miałem wcześniej polityczną wpadkę, bo mnie aresztowali w stanie wojennym. Myślę, że prawie dziesięć lat pracy z tymi młodymi ludźmi, gdzie myśmy nie trzymali dystansu nauczyciel – podopieczny, bardzo mnie ukształtowało i teraz procentuje w innej już przestrzeni. Myśmy tam pracowali na bardzo bliskich emocjach. Mieliśmy raz w tygodniu niesamowite spotkania i ja właśnie wtedy, myślę, nauczyłem się wysłuchiwania tego, co ktoś mówi. Było to niezwykle ważne, ponieważ ci młodzi pogubieńcy zawsze mieli poczucie, że nikt nie chce ich słuchać. Nie bez przyczyny, oczywiście, bo zachowywali się tak destrukcyjnie, że dorośli w kółko im powtarzali: „To zrobiłeś źle, tamto beznadziejnie”, tymczasem my musieliśmy zastosować inną narrację, mówiąc: „Ciebie akceptuję, ale nie akceptuję twoich zachowań”. „Jesteś dla mnie ważną osobą, chcę cię wysłuchać, ale nie mogę się godzić na to, że od rana do wieczora odpalasz jointa od jointa, bo nic z tego nie wyjdzie”. Na początku czasami to był ugór i ciężka orka, dostawaliśmy w dupę i niewiele z tego wynikało. Ale niech sobie pani wyobrazi, że myśmy mieli prawo do wydawania im matur. Do nas trafiała młodzież wypadająca z systemu oświaty już po trzeciej klasie. Dlatego mieliśmy liceum wieczorowe i ośrodek z wychowawcami i socjoterapeutami w jednym. Niesamowite było to, kiedy oni zaczynali dostrzegać, że wow, będę w maturalnej klasie, zdam maturę, dostanę bilet do innej dorosłości. Wtedy zaczynało to iść do przodu. O tym zresztą bardzo ładnie pisze Andrzej Stasiuk w jednej ze swoich pierwszych książek. Był u nas w trudnym czasie stanu wojennego. Pracował, zdaje się, sprzątając.

Bo wprawdzie ośrodek był dla uzależnionych, ale schronienie dostawali tam różni ludzie z gatunku „trudna młodzież”. Również trudna politycznie.

Myśmy stworzyli pewien klosz, korzystając z tego, że resort edukacji chciał mieć placówkę pokazową, żeby mówić, że coś robią z uzależnieniami. Nie czepiali się, a my stworzyliśmy miejsce wymykające się możliwości oceny. Pamiętam, jak oni przychodzili i widzieli mnie w akcji, jak gadam z dzieciakami, jak się wspieramy, to mówili, że pierwszy raz widzą coś takiego, bez wyraźnej hierarchii. A myśmy trochę improwizowali, to się wykuwało w trakcie, w biegu. Uczyliśmy się na bieżąco.

Nosił pan długie włosy?

Oczywiście. Miałem długie włosy, kucyk i kolczyk z czasów studenckich jeszcze. Fajne to były czasy, ale po dziesięciu latach mocnej eksploatacji dobitnie poczułem, że muszę to skończyć. Wtedy popieprzyły mi się sfery: działalność w SOS oraz dom i życie prywatne. Mieszkaliśmy z Magdą na Ochocie, na drugim niż SOS końcu Trasy Łazienkowskiej. Przy pomniku Lotnika, dodatkowo był to parter. Genialny punkt, każdemu było po drodze, toteż mieszkanie szybko się stało świetlicą. Od rana do wieczora przychodzili dawni bądź aktualni uczniowie. Aż zauważyliśmy, że zasłaniamy wieczorem okno, tak żeby nie widzieli, że Olszański jest i można wpaść na herbatę. Trzeba więc było z tym skończyć.

Jak?

Nadarzyła się okazja, żeby zwiać z tej Ochoty, kiedy tata Magdy podarował nam działkę w Chyliczkach. Dostaliśmy zgodę na budowę domu i w ’88 zaczęliśmy budować, a w ’92 się wprowadziliśmy. To się zbiegło ze zmianą mojej pracy.

Mówi się, że żyjemy w czasach skrótowych komunikatów. Czy zauważa pan, że ludzie mają jednak niezmienną potrzebę wygadania się?

Tak! Ja to zdecydowanie widzę. Ludzie chcą opowiadać, jeśli są w dobry sposób poprowadzeni i przyjaźnie przyjęci.

A w tym pańskim radiowym konfesjonale zawsze dostaną rozgrzeszenie.

Nawet nie zostaną osądzeni. Ale skoro mam czas dla siebie w Trójce, w takim dobrym paśmie, to ja nie chcę stracić szansy i robić jakiegoś bla, bla, bla. Myślę, że istnieje system wartości, który wyznacza nasze działania. Niestety, coraz mniej o tym mówimy. Schodzi to na dalszy plan, więc ja chcę przywrócić rozmowę o wartościach i dotykać momentów, kiedy ludzie podejmują najważniejsze decyzje, momentów przełomu. Bo uważam, że Polak nie musi uczyć się na własnych błędach, niech posłucha o błędach innych. Taka idea mi przyświeca. Myślę, że słuchacze posłuchają historii i będą mądrzejsi przez opowieść tego człowieka. Jak po relacji Czesława Marchaja. W ’42 roku znalazł się w sytuacji, kiedy zatrzymali go jacyś folksdojcze. Spędził w piwnicy noc, a potem przyszedł koleżka z karabinem, postawił ich pod ścianą i strzelił do faceta obok. I Marchaj mówi; „Ja wiem, że on za chwilę strzeli do mnie. Co mogę zrobić? Wiem! Muszę się odwrócić, bo strzelić człowiekowi w twarz, kiedy patrzy, jest trudniej, niż strzelić z tyłu”. Odwraca się więc i to mu ratuje życie, ponieważ zaczyna rozmawiać... Widzi pani? To się zapamiętuje. Jak kiedyś będę w takiej sytuacji, to się odwrócę. To, oczywiście, drastyczny przykład, ale w tych wszystkich historiach najważniejsze jest właśnie to, jakie są efekty decyzji, które ludzie podejmują. Jak ta dziewczyna Ola Grynczewska, która pracowała w korporacji i miała tego dość. Pewnego razu, jadąc taksówką, nagle otworzyła okno i wyrzuciła telefon. Wyobraża sobie pani, co to znaczy dla korpowoman?!

Symboliczny i faktyczny akt wyzwolenia.

Następnego dnia nie poszła już do tej roboty. Dziś zajmuje się zwierzętami i ma Fundację „Zwierzęca Polana”, ratuje konie przed rzeźnią i psy. To są właśnie momenty zwrotne w życiu ludzi. Kiedy daję im szansę, by opowiadali, to oni się pięknie otwierają. Bo ludzie lubią mówić o ważnych momentach i o tym, co z tego wynika. Często w programie pojawia się wątek niepełnosprawności, ale w kontekście, że świat się nie kończy, lecz zwykle zaczyna. Jak ostatnio w przypadku kierowcy rajdowego Bartka Ostałowskiego, który prowadzi samochód nogami, bo stracił ręce na skutek wypadku samochodowego. Po audycji sam z nim poszedłem na parking, bo chciałem zobaczyć, jak on sobie pas zapnie. On nie musi zapinać, ale jak zrobił to w 30 sekund, to mnie zatkało.

A czuł pan kiedyś, że wymięka w obliczu jakiejś historii?

Bywało, że robiły mi się szkliste oczy. Jak Łukasz z Małgosią poznali się przez Internet, on na wózku, pokręcony kompletnie, a ona ładna dziewczyna. Spotykają się na dworcu po raz pierwszy i ona myśli: „Kurczę, to ten facet, z którym spędzę życie?!”. Poruszają też, oczywiście, sytuacje ze zwierzakami. Ale ja świadomie się poddaję emocjom, muszę włożyć uczciwość w rozmowę. Jak się wzruszam, to daję sobie do tego prawo. Bo to jest w „Godzinie Prawdy” prawda z mojej strony.

Pan kocha zwierzęta, prawda?

Mam trzy psy, dwa koty i papugę. Jeden z psów, Piątek, jest już bardzo stary. Moim ukochanym jest Super Jaromir, wielkości jamnika. Ma krótkie nogi, niskopodłogowy. A Lufa z kolei, taki czarny labradorowaty, to ukochany pies Magdy, wszędzie za nią lata.

A konie tylko mechaniczne?

Tak, chociaż nie zawsze. Powiem pani, że nigdy nie kupię traktorka do koszenia trawy, bo ja muszę iść za maszyną.

A nie jechać, jak mustangiem?

To auto. Będąc w Stanach, wynajęliśmy mustanga w Miami i pojechaliśmy nim do Key West. Podróż na cztery, pięć dni. Stwierdziliśmy, że fajny byłby taki prezent, ale okazało się, że mustang rocznik 2006 to nie takie tysiące, jak myśleliśmy. A że nadarzyła się okazja…

Pan spędził lata na pracy z trudną młodzieżą, żona jest terapeutką, a waszych synów nie ominęły kryzysy wieku dorastania.

To fakt, ale teraz mój syn, któremu różnie się w życiu układało, wstrzelił się w rewelacyjny biznes. Niech sobie pani wyobrazi, że Janek jest właścicielem internetowego i stacjonarnego sklepu z modelami samochodów napędzanych falami radiowymi. To takie hobby, modelarstwo. Ludzie kupują te samochody po kilka tysięcy złotych, jeżdżą na torach, ścigają się. Janek od kilku lat zajmuje się serwisem takich rzeczy, urządzaniem imprez i właśnie sprzedawaniem modeli. Mam syna biznesmena. Jest do tego dobrym ojcem. Ale problemy wieku dojrzewania mieliśmy, bo każdy je ma. Przeszliśmy też przeprowadzkę i Antek do tej pory nie może nam wybaczyć, że przenieśliśmy go z dobrej szkoły do wiejskiej w Chylicach. Bardzo to przeżył. Antek jest z kolei bardzo fajnym facetem, gejem, co przyjąłem nie bez problemu.

Nie było łatwo?

Dla mnie jako ojca nie było. Antek jest drugim naszym synem. W szkole na Ochocie był liderem w klasie i nagle trafił do szkoły w Chylicach, gdzie chwalili go, że czyta ze zrozumieniem. To był dla niego za duży szok, coś na kształt wykluczenia. Wysyłał sygnały. Magda coś czuła, ja byłem w trakcie zmiany pracy. Mam świadomość, że my tego nie dotknęliśmy, tak jak trzeba było. Kiedy Antek trafił do niepublicznej podstawówki w Piasecznie, było dużo lepiej. Intelektualnie nareszcie miał pole do popisu. Ale nadal miał problemy z tożsamością. Zajadał stres. Potem jeszcze, będąc otyłym, zaczął dodatkowo podkreślać swoją odmienność ubiorem. I to był moment, kiedy nie wiedziałem, co się dzieje. Nie wiedziałem, czemu mam do czynienia z Antkiem, który tak zdziwaczał i tak się zachowuje. Magda miała dość szybko jasność co do orientacji Antka. Ja nie. W końcu wszystko wyjawił. Ale przez to, że powiedział nam, że odnalazł swoją tożsamość seksualną, w niezwykłym czasie stanął na nogi. Dziś jest fajnym, szczupłym chłopakiem. Poszedł do dobrego liceum, skończył kulturoznawstwo, z Karolem, swoim partnerem, na kredyt kupili daczę nad Narwią. I dobrze. Boleję tylko nad tym, że prawdopodobnie nie będziemy mieli ciągłości nazwiska, bo Janek ma dwie córki, a na Antka nie mam co liczyć.

A porozmawiałby pan o tym wszystkim z synem w „Godzinie Prawdy”?

Czemu nie. Z własnym ojcem rozmawiałem, może pogadam z synem. Jestem ze swoich synów bardzo dumny i mam z nimi doskonały kontakt.

Michał Olszański: z wykształcenia pedagog, do 1992 roku pracował z trudną młodzieżą. Od 2000 do 2001 był dyrektorem Trójki, do dziś prowadzi „Godzinę Prawdy” i audycje sportowe. Prowadzi również „Magazyn Ekspresu Reporterów” i poranny program „Pytanie na Śniadanie” w TVP2. Z żoną Magdą mają dwóch synów.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).