1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Ksiądz Adam Boniecki - Wolność, nie potrafimy być w niej konsekwentni

Ksiądz Adam Boniecki - Wolność, nie potrafimy być w niej konsekwentni

</a> Książka
Książka "Czasem trzeba zażartowac Alfabet ksiedza Bonieckiego"
O wolności, jej granicach i konsekwencjach w rozmowie z Karoliną Morelowską opowiada ksiądz Adam Boniecki

- "Wolność, nie potrafimy być w niej konsekwentni" - bardzo chwytne, nęcące hasło. Walczymy o nią w zasadzie codziennie, z jej konsekwencjami już niekoniecznie sobie radzimy.

- No właśnie. I kojarzymy ją dość jednoznacznie. Tymczasem jest wolność „ku czemuś” i wolność „od czegoś”. Bardzo istotne jest to ulubione przez Jana Pawła II jej rozróżnienie.

I tak – wolność jest możliwością, potem przychodzi czas wolnego wyboru i jego konsekwencje. A te są już ograniczające. Czyli wolność użyta nakłada na nas obostrzenia.

Jestem wolny, mogę związać się z każdą kobietą, ale wiążąc się, biorę na siebie odpowiedzialność. Mam wolność, nie muszę wstępować do zakonu, ale kiedy złożę śluby zakonne…

Rozdzielenie tych dwóch rzeczy prowadzi do anarchii tak w życiu osobistym, jak i w życiu społecznym. To prawda – wolność jest darem, ale darem czasem kłopotliwym. Nigdy nie jest bezgraniczna, ale nawet w jej ograniczoności mam z nią problemy.

- Z wywalczonej czy po prostu wolności danej nie umiemy mądrze korzystać?

- Nie potrafimy być konsekwentni. Tak jak powiedziałem – wolności wyboru musi towarzyszyć akceptacja konsekwencji, które z niego wynikają. Można teraz dociekać, czy człowiek, podejmując decyzję na przykład w wieku lat 20, jest dokładnie tym samym człowiekiem, którym jest, mając lat 70. Argumentów za i przeciw jest wiele, ale w kwestii odpowiedzialności za wybór podobne rozważania nie są istotne. Tu musimy przyjąć, że podmiot dokonujący wyboru jest ten sam. Konsekwencje więc zawsze będą nasze, lecz my próbujemy od nich uciekać. To tak, jakbyśmy chcieli mieć wolność, ale z niej nie korzystać. Mieć w garażu samochód, ale do niego nie wsiadać. Jest oczywiście wiele dziedzin wolności, z którymi lepiej lub gorzej sobie radzimy.

- Wolność słowa

- Szczególna. Doświadczenie cenzury bardzo na nią uwrażliwia. To jest moje ważne doświadczenie. Pamiętam, co wtedy myślałem, jakie było moje pragnienie: niech nas atakują, jak tylko chcą, ale niech nam będzie wolno na te ataki odpowiedzieć. Dzisiaj ją mam. Czy mogę więc zrobić z nią wszystko? Nie. Ważę słowa, staram się być ostrożny. Wobec innych ludzi, wobec samego siebie. Nie chcę skończyć w sądzie, nie chcę być wyśmiany czy wykluczony. Wolność bez odpowiedzialności nie istnieje. Nie ma sensu, w żadnych okolicznościach. 

- Są sytuacje, kiedy z tej arcyważnej wolności my sami decydujemy się nie korzystać.

- Tak. I tu pomyślałem o wolności zakonnika – sam, z własnej chęci, część swojej wolności ceduje on na przełożonych. Mówi się wtedy, że przez przełożonego wyraża się wola Boża. Byłem przełożonym i ta wiara bardzo mnie męczyła. Moje decyzje, czasem bez stuprocentowej pewności, że są słuszne… i to ma być wola Boża? Tak to wygląda od strony przełożonego. Prostsza jest perspektywa podległego.

- Trudniejsza?

- Bardzo ciekawe jest to doświadczenie Kościoła, przyjęcie takiej formy służenia Panu Bogu, przez posłuszeństwo. To jest przykład absolutnie wolnego wyboru. Nikt nikogo nie zmusza do ślubowania posłuszeństwa, jest kilka lat próby, ślubów czasowych. Nie można więc powiedzieć sobie: „Nie wiedziałem, co robię”. Oczywiście, zdarzają się momenty, kiedy konieczność podporządkowania budzi opór. Przełożeni nie zawsze grzeszą nadmierną mądrością, nie mówiąc o zwykłej, ludzkiej wrażliwości. Ale w takich sytuacjach trzeba pamiętać, że posłuszeństwo jest pochodną mojej wolnej decyzji. Teraz tę decyzję odnawiam, czasem z trudem. Spór – ten z przełożonym i ten mój wewnętrzny – kończy się w momencie podjęcia decyzji. Powinien się kończyć. To jest dobra metoda – nie traci się energii na rozpamiętywanie swojej rzekomej krzywdy, nie frustruje w poczuciu niedocenienia. Każdy człowiek ze swoją wolnością coś musi zrobić. Wiem, że ja z nią coś zrobiłem, wstępując do zakonu…

- Powinniśmy stworzyć sobie w życiu przestrzeń, w której tę wolność stale będziemy mogli odczuwać. To jest ważne?

- To jest kwestia przestrzeni wewnętrznej. Tej, w którą nikt nie może ingerować. Zawsze zostaję sobą. Są przestrzenie poza zasięgiem władzy innych – myślenie, pisanie, malowanie… Rejony, które niezależnie od kontekstu, w którym zostaniemy umieszczeni, niezależnie od szaleństwa przełożonego, pozostaną nasze.

- A jaki jest przepis na wykonywanie wolności wewnętrznej w przypadku księdza zawodu, zawodu dziennikarza?

- To jest w dużej mierze kwestia odwagi. Ryzykuje się utratę pracy. Często. Obowiązkiem dziennikarza jest informować i komentować rzeczywistość. Jego praca, z założenia, ma w sobie coś z misji, dlatego wymaga odwagi. Czasem trzeba mówić lub pisać rzeczy niepopularne, także te, które mogą budzić niezadowolenie, również tych, na których mi zależy. Bywało, że pisałem teksty i podejmowałem decyzje o druku, ściągając na siebie zarzuty naruszenia etyki dziennikarskiej. Jestem przekonany, że naruszeniem etyki byłoby ich niedrukowanie, milczenie. Kiedyś grożono mi, że jeśli coś tam wydrukuję, „Tygodnikowi”, zostanie cofnięte prawo do tytułu „gazeta katolicka”. W wolność naszego zawodu wpisane jest ryzyko. To jest właśnie etyka wolności. Podejmuję wolną decyzję świadom konsekwencji.

Wolność polega też na tym, aby odrzucać pokusę rozmaitych, bardzo subtelnych czasem uzależnień. Na przykład od stawiania na pierwszym miejscu kryterium słupków sprzedaży. Wolność to możliwość powiedzenia: „nie!”. Zawsze muszą iść razem wolność i odpowiedzialność.

Książka 'Czasem trzeba zażartowac Alfabet ksiedza Bonieckiego' Książka "Czasem trzeba zażartowac Alfabet ksiedza Bonieckiego"

- Czy zasadne, w pewnych okolicznościach, jest łączenie słów „wolność” i „kompromis”?

- Kompromis w Polsce ma złe notowania. Jest znalezieniem płaszczyzny porozumienia z kimś, z kim dla ważnych racji muszę iść razem, a nie jest mi z nim po drodze. Wtedy trzeba znaleźć i zaakceptować przynajmniej jedną płaszczyznę porozumienia. To jest doświadczenie

„Tygodnika” w czasach PRL-u. Wtedy wydawanie pisma katolickiego, niereżimowego było kompromisem. Każdy tekst oddawało się do cenzury, jej ingerencje, do pewnych granic, się przyjmowało. Gdy na skutek ingerencji sens tekstu miał być zmieniony, artykuł wycofywaliśmy. Zamieszczaliśmy okolicznościowe wstępniaki na 1 maja i 22 lipca – każde słowo było w nich wyważone, żeby nie przekroczyć granic dopuszczalnego kompromisu właśnie. Taki był wybór: albo przestać istnieć, albo, za cenę takich właśnie faktów, tę gazetę jednak wydawać. Kompromis, ale jednocześnie próba realizowania wolności w tamtych ramach, w specyficznej konwencji pisania między wierszami. To było trudne doświadczenie limitowanej wolności. Kiedy uchylały się drzwi, wstawialiśmy nogę, żeby przestrzeń wolności nieco poszerzyć.

- To jest rodzaj wyboru, z którym każdego dnia trzeba godzić się na nowo?

- Wybór pewnej filozofii był jeden, fundamentalny – nie zniknąć, nie dać się zniszczyć, nie dać się użyć, zachować wierność wartościom uznawanym za najważniejsze. Aplikację tej filozofii trzeba było w każdym numerze od nowa kreować.

Fragment książki „Czasem trzeba zażartować. Alfabet księdza Bonieckiego” (Wydawnictwo Zwierciadło, 2011)

Książkę można nabyć w naszej księgarni.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło poleca

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Zwracamy się w sprawie zapowiadanego nowego, dodatkowego obciążenia mediów działających na polskim rynku, myląco nazywanego „składką” wprowadzaną pod pretekstem COVID-19.

List otwarty do władz Rzeczypospolitej Polskiej i liderów ugrupowań politycznych

Jest to po prostu haracz uderzający w polskiego widza, słuchacza, czytelnika i internautę, a także polskie produkcje, kulturę, rozrywkę, sport oraz media.

Wprowadzenie go będzie oznaczać:

1. osłabienie, a nawet likwidację części mediów działających w Polsce, co znacznie ograniczy społeczeństwu możliwość wyboru interesujących je treści;

2. ograniczenie możliwości finansowania jakościowych i lokalnych treści. Ich produkcja daje obecnie utrzymanie setkom tysięcy pracowników i ich rodzinom oraz zapewnia większości Polaków dostęp do informacji, rozrywki oraz wydarzeń sportowych w znaczącej mierze bezpłatnie;

3. pogłębienie nierównego traktowania podmiotów działających na polskim rynku medialnym. W sytuacji, gdy media państwowe otrzymują co roku z kieszeni każdego Polaka 2 mld złotych, media prywatne obciąża się dodatkowym haraczem w wysokości 1 mld zł;

4. faktyczne faworyzowanie firm, które nie inwestują w tworzenie polskich, lokalnych treści, kosztem podmiotów, które w Polsce inwestują najwięcej. Według szacunków firmy określane przez rząd jako „globalni cyfrowi giganci” zapłacą z tytułu wspomnianego haraczu zaledwie ok. 50-100 mln zł w porównaniu z 800 mln zł, jakie zapłacą pozostałe aktywne lokalnie media.

Skandaliczne jest również niesymetryczne i selektywne obciążenie poszczególnych firm. Dodatkowo niedopuszczalna w państwie prawa jest próba zmiany warunków koncesyjnych w okresie ich obowiązywania.

Jako media działające od wielu lat w Polsce nie uchylamy się od ciążących na nas obowiązków i społecznej odpowiedzialności. Co roku płacimy do budżetu państwa rosnącą liczbę podatków, danin i opłat (CIT, VAT, opłaty emisyjne, organizacje zarządzające prawami autorskimi, koncesje, częstotliwości, decyzje rezerwacyjne, opłata VOD itd.). Własną działalnością charytatywną wspieramy też najsłabsze grupy naszego społeczeństwa. Wspieramy Polaków, jak i rząd w walce z epidemią zarówno informacyjnie, jak i przeznaczając na ten cel zasoby warte setki milionów złotych.

Zdecydowanie sprzeciwiamy się więc używaniu epidemii jako pretekstu do wprowadzenia kolejnego, nowego, wyjątkowo dotkliwego obciążenia mediów. Obciążenia trwałego, które przetrwa epidemię COVID-19.

Sygnatariusze listu

Agencja Wydawnicza AGARD Ryszard Pajura Agora S.A. AMS S.A. Bonnier Business Burda Media Polska CANAL+ Dziennik Trybuna Dziennik Wschodni Edipresse Polska Eleven Sports Network sp. z o.o. Gazeta Radomszczańska Green Content sp. z o.o. Gremi Media S.A. Grupa Eurozet Grupa Interia.pl sp. z. o.o. Grupa Radiowa Agory sp. z o.o. Grupa RMF Grupa ZPR Grupa Wirtualna Polska Helios S.A. Infor Biznes Kino Polska TV S.A. Lemon Records sp. z o.o. Marshal Academy Music TV sp. z o.o. Muzo.fm sp. z o.o. naTemat.pl OKO.press Polityka Polska Press Grupa Ringier Axel Springer Polska STAVKA sp. z o.o. Superstacja sp. z o.o. Telewizja Polsat sp. z o.o. Telewizja Puls sp. z o.o. TIME S.A. TV Spektrum sp. z o.o. TVN S.A. Tygodnik Powiatu Wołowskiego Kurier Gmin Tygodnik Powszechny Wydawnictwo Bauer Wydawnictwo Dominika Księskiego Wulkan Wydawnictwo Magraf Wydawnictwo Nowiny Zakopiańskie Towarzystwo Gospodarcze – Tygodnik Podhalański

  1. Psychologia

Granice wolności w związku - czy związek to alternatywa dla wolności?

Jeśli podchodzimy do naszego partnerstwa w ten sposób, że uważamy, że nieupilnowany partner skorzysta z okazji i wykorzysta swoją wolność w sposób, który nas zrani, to wyrządzamy krzywdę przede wszystkim sobie. (Fot. iStock)
Jeśli podchodzimy do naszego partnerstwa w ten sposób, że uważamy, że nieupilnowany partner skorzysta z okazji i wykorzysta swoją wolność w sposób, który nas zrani, to wyrządzamy krzywdę przede wszystkim sobie. (Fot. iStock)
Czy zauważyliście, że ludzie często myślą o związku jako alternatywie dla wolności? Za deklaracją: „Nigdy nie wyjdę za mąż, nie ożenię się", pod spodem kryje się zazwyczaj strach przed utratą tożsamości, swobody, swobodnego dysponowania swoją osobą.

Otrzymuję czasem maile z pytaniami typu: „Czy można pozwalać parterowi na samotne wyjścia, spotkania z przyjaciółmi, imprezy integracyjne?". Myślę, że ta obawa związana jest z niewłaściwym pojmowaniem partnerstwa, jego istoty i celu, a także samej wolności. Bo nie jest ona wyłącznie możliwością robienia tego, co się nam w danym momencie zachciewa. W życiu, jeśli na czymś nam bardziej zależy, rezygnujemy z czegoś innego. To naturalne. Chodzi więc o to, by działać ze świadomością, że nasza sytuacja życiowa jest kwestią wyboru. To jest wolność.

Zauważcie też, że stosunki damsko-męskie, w tym modele związków, ciągle ewoluują. Kiedyś role były sztywne i z definicji zawierały w sobie wiele ograniczeń. Tego nie wolno, tego nie wypada. Dzisiaj szukamy nowych koncepcji i dróg realizacji siebie, także poprzez partnerstwo. Jednakże wzorce domowe, w których jedna lub obie strony odczuwają brak wolności osobistej, nadal funkcjonują. Kto ma takie doświadczenia z pewnością obawia się ograniczeń lub uważa, że są one niezbędne by związek był dobry.

Problem wolności pojawia się także wtedy, kiedy nasze poczucie wartości jest obniżone oraz kiedy traktujemy związek jak lek na samotność, sposób na dowartościowanie. Pojawia się też wtedy, kiedy czujemy, że nie możemy robić pewnych rzeczy i tłumimy swoje potrzeby z obawy, że okażemy się nie dość dobrzy w roli partnera (a czasem także po to, aby nie dać drugiej stronie prawa do tego, by robiła to samo).

„Beata, moja żona, ma pretensje, gdy chcę robić coś sam, np. pójść na piwo z kolegami z pracy itp. Daje mi do zrozumienia, że ona tego nie robi, bo pierwszeństwo ma rodzina. Dostosowuję się, rzadko korzystam z takich zaproszeń, ale mam wtedy poczucie, że mi nie ufa. Zresztą podejrzliwie wypytuje mnie o wszystko w takich sytuacjach. Czy jeśli spędzę godzinę w innym towarzystwie, to znaczy, że nie kocham rodziny, że jestem nieodpowiedzialny?” pyta Jacek, 32-letni informatyk.

Marysia, 36-letnia redaktorka, również ma obawy dotyczące podobnych kwestii. „Czasem rozmawiam z koleżankami o wyjeździe do SPA na cały weekend. Bez partnera, bez dzieci… ale kończy się na marzeniach, bo szczerze mówiąc, nie wiem, co mój mąż robiłby w tym czasie. A może podrzuciłby dzieci rodzicom i skorzystał z wolności? Moja przyjaciółka w taki sposób odkryła zdradę męża. Klasyka. Wcześniejszy powrót z delegacji. Cieszyła się, że zrobi mu niespodziankę. Ale to on zaskoczył ją. I właśnie się rozwodzą”,  mówi.

Jeśli tak podchodzimy do naszego partnerstwa, czyli uważamy, że nieupilnowany partner skorzysta z okazji i wykorzysta swoją wolność w sposób, który nas zrani, to wyrządzamy krzywdę przede wszystkim sobie. To znaczy, że myślimy: „On/ona jest ze mną tylko dlatego, że tak dobrze go pilnuję?".

Warto też pamiętać, że osoba, którą próbujemy kontrolować, czuje się jak w klatce i rzeczywiście może skorzystać z sytuacji, gdy drzwiczki są niedomknięte...

Jak ustalić granice wolności w związku?

Pierwszym i najważniejszym warunkiem związku, w którym panuje wolność, jest obustronna dobra wola. Wtedy zbudowanie relacji jest naszym wspólnym wyborem, a odpowiedzialność za nią nie jest narzucona. Dobrowolność i odpowiedzialność sprawiają, że nasze obowiązki nie są uciążliwością, ale chęcią, aby związek był dobry i wspierający dla obu stron.

Jeśli kochamy partnera, a on kocha nas i żadne z nas nie próbuje zająć lepszej pozycji, mieć więcej praw czy też większego poczucia bezpieczeństwa kosztem drugiej strony - jesteśmy elastyczni. Wyjście gdzieś samemu, spełnienie swoich potrzeb towarzyskich poza związkiem, uprawianie pasji czy wyjazd integracyjny nie stanowią istotnego problemu. Zakres tych swobód zależy od umowy, możliwości, stylu życia, charakterów i potrzeb.

  1. Styl Życia

Cytrynowe Królowe i konfitury wolności

Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dwie piękne, dojrzałe kobiety w cytrynowych kreacjach i kapeluszach z szerokim rondem przyciągają uwagę wszędzie tam, gdzie się pojawią. Produkują i sprzedają konfitury z cytryn. Nie są to jednak zwykłe „dżemiki”. Pachną cytrusami i smakują… wolnością.

Stworzyły raj na ziemi – swoje Cytrynowe Królestwo. Panują w nim radość życia, dobra energia i one dwie – siostry: Bogusia i Karolina Schubert. Od 6 lat produkują konfitury z cytryn. Warzą je w kuchni swojego palazzo, jak mówią o swoim domu w podwarszawskim Brwinowie. Najpierw sprzedawały je na targach zdrowej żywności. Teraz konfitury z cytryn z różnymi dodatkami można kupić w delikatesach i sklepach z najlepszymi specjałami w całej Polsce.

Droga do Cytrynowego Królestwa nie była jednak usłana różami. Wiodła przez wyboistą ścieżkę życia i koleiny rozczarowań. Aby tam dotrzeć, obie siostry musiały dokonać w życiu prawdziwej rewolucji.

Dlaczego cytryny? Bogusia: Cytryna jest niekwestionowaną królową owoców, ma w sobie nieprawdopodobną intensywność smaku i niesamowity zapach, który zawdzięcza olejkom eterycznym. No i można stosować ją niemal do wszystkiego: robi się z niej drinki, dodaje do wielu potraw - nóżek, śmiużek, kotlecików i innych pyszności. Na początku naszej przygody z konfiturami robiłyśmy konfiturę z mirabelek z pieprzem i rozmarynem. Była genialna! Mirabelka jest niestety zupełnie niedoceniona. Jedyne miejsce, gdzie ma swoje miejsce w kuchni to Alzacja -  robi się tam z niej cudowne wody życia i nalewki, ale też wspaniałe tarty i konfitury.

Karolina: Robiłyśmy też wcześniej hummus i ciasta, ale w końcu musiałyśmy się na coś zdecydować. I wyspecjalizowałyśmy się w cytrynach.

Jesteście aktywne na fejsbuku, a w waszych postach często pojawia się określenie cytrynowe – cytrynowe jest nie tylko królestwo, ale także cytrynowe są święta, jest cytrynowy czas, ludzie bywają cytrynowi... Co kryje się pod tym słowem? Bogusia: Cytrynowym mianem określamy to, co niesie w sobie piękno i radość życia.

Karolina: To nasze umami – umami duchowe.

Bogusia: Smak życia jest smakiem umami, a dla nas to smak cytrynowy, który zawiera radość, energię życia, czystość, pragnienie, pasję, twórczość, i to nie tylko tę przez duże T. Każdy z nas jest twórcą w swoim życiu i każdy z nas coś pięknego tworzy. Robienie pierniczków czy konfitur jest tak samo wielkim dziełem jak skomponowanie symfonii.

Mówi się, że królowa jest tylko jedna, ale w waszym królestwie są dwie. Która rządzi? Bogusia: My się do tego troniku przepychamy (śmiech). A tak naprawdę w naszym królestwie postanowiłyśmy ustawić dwa troniki, bo inaczej musiałybyśmy się tłuc od rana do wieczora, co jako siostry lat temu milion robiłyśmy, jak uczciwe rodzeństwo. Ale teraz w Królestwie Cytrynowym są dwie królowe, które rządzą demokratycznie. Ważne decyzje zawsze podejmujemy wspólnie, począwszy od wymyślania smaku konfitur, dobierania składników, przez to, gdzie i czy w ogóle się wystawiamy. Przez wiele lat jeździłyśmy z konfiturami na różne targi. To było ciężkie życie – 5 dni nad garami w kuchni, a 2 dni w tak zwanym gdziesiu, bliżej nieokreślonym. Raz w Warszawie, raz w Gdańsku, raz w Sandomierzu. To się wiązało z dalekim podróżami, noszeniem paczek – taki raczej hardkorowy styl życia. W końcu pewnego dnia podjęłyśmy decyzję o tym, że już się nie będziemy wystawiać, bo po prostu nie mamy siły ani ochoty po raz milionowy powtarzać: „Niech Pani spróbuje tej konfitury, bo ona jest kurna, bardzo dobra, proszę pani!”.

Cierpliwość Cytrynowych Królowych się skończyła i trzeba było zacząć nowe życie. Teraz jest luksusowo – wystawiamy się okazjonalnie. Świadomie wybieramy miejsca, gdzie chcemy pokazać się z naszymi konfiturami. Gdyby nie covid na pewno byłybyśmy w Lidzbarku Warmińskim, gdzie jest Święto Sera, które uwielbiamy. Polscy serowarzy, przepiękna klientela - to jest piękny event, w pięknym miejscu, z fajnymi ludźmi. Niestety w tym roku Lidzbark został odwołany.

Karolina: Od kiedy zaczęłyśmy działać razem, to rozpoczęłyśmy nowe życie, taki new life. A w nowym życiu nie ma przepychanek kto jest ważniejszy, kto mniej ważny, obie jesteśmy Królowymi. Tak jak każda kobieta jest królową.

A wracając do tych imprez, na których się wystawiałyśmy. Pierwsze godziny z tych 12 godzin stania to wielka przyjemność, ale potem zaczyna się męką - chcesz usiąść, odpocząć, ale nie masz na czym …I po całym dniu takiego stania wracasz po nocy do domu z odległych zakątków Polski. Więc kiedy pojawiły się oferty współpracy ze sklepami, doszłyśmy do wniosku, że pora zacząć o siebie dbać.

'Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek'. (Fot. A.Herman) "Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek". (Fot. A.Herman)

Zaczęłyście prowadzić wasz biznes przed sześcioma laty. Udowodniłyście sobie i innym, że można zacząć robić coś zupełnie nowego w dojrzałym wieku i, co więcej, odnieść sukces. Bogusia: Tak i jesteśmy z tego niezmiernie dumne. Nie przewidywałyśmy, że uda nam się stworzyć Cytrynowe Królestwo. Te sześć lat temu zrobiłyśmy „coś” i pobiegłyśmy z tym „cosiem” na bazarek w Milanówku, bo musiałyśmy natychmiast zarobić jakiekolwiek grosze na życie, bo się okazało, że ich nie mamy w ogóle. W ogóle to znaczy w ogóle. Ani grosza.

Karolina: Zanim do tego doszło obie dokonałyśmy w naszym życiu rewolucji…

Bogusia: Nastąpił taki moment, że każda z nas zatrzymała się w swoim życiu: zawodowym, społecznym… każdym. Ja skończyłam z aktorstwem, zerwałam kontakty z moimi znajomymi ze środowiska artystycznego, aby odciąć się od poprzedniego życia. Moja siostra zrobiła to samo w swojej działce. Przedtem prowadziła sklep ze zdrową żywnością.

Przed prawie trzy lata mieszkałyśmy w wielkim domu pod lasem, każda miała swoje oddzielne mieszkanie. Żyłyśmy jak pustelniczki. Nie widywałyśmy nikogo, no może oprócz przypadkowych osób, które spotykałyśmy w wiejskim sklepiku, jak szłyśmy po chleb czy włoszczyznę. Nie widywałyśmy znajomych ani przyjaciół. Oczywiście ta decyzja o odcięciu się od poprzedniego życia nie zapadła z dnia na dzień, ona dojrzewała po trochu, aż do chwili, kiedy powiedziałyśmy sobie: „Dość, więcej nie! Więcej tego nie zrobię, bo już nie chcę”.

Czego miałyście dość? Tego, co widziałyśmy wokół siebie i czego częścią, chcąc nie chcąc byłyśmy. Świata, który gnał za czymś, nie wiadomo za czym. Gdzie rządził pieniądz, gdzie panowało zło. Wiesz, mnie na przykład zawsze zależało na aktorstwie, walczyłam o to, by być aktorką. Miałam wrażenie, że mam ludziom coś bardzo ważnego do powiedzenia. I wydawało mi się, że jak wyjdę na scenę, to może ich wzruszę, może ich rozśmieszę, może dotknę ich serca, może dam im coś do myślenia … I że to będzie ważne, że to nie będzie byle co. I w pewnym momencie dotarło do mnie, że ja się nie podpisuję pod tym, co do nich z tej sceny mówię. Że ja się z tym nie zgadzam, że ja nie chcę mówić o tym, że życie jest do dupy, że wszyscy niesiemy krzyż, że się mordujemy. Na przykład w takich „Szczęśliwych dniach” Becketta, wielki tekst skąd inąd, gdzie dwie godziny zakopana w piachu, mówiłam kwestię o śmierci, o umieraniu… To w ogóle nie było śmieszne, w ogóle! Próbowałam to nawet grać na kontrapunkcie, było dużo zabawnych momentów, ale ludzie wychodzili z tej sztuki porażeni. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie chcę już tego mówić. Że wolałabym śpiewać, że życie jest piękne.

Jak długo trwał ten proces przechodzenia z jednego życia do drugiego? Bogusia: Bardzo długo. Tto nie było takie hop siup: teraz przestaję być aktorką i od dziś będę, kurna, robić konfitury cytrynowe. Czasem jak czytałam o sobie wywiady to wychodzi, że od zawsze marzyłam o tym, żeby robić konfitury, tylko że jakoś tak całe życie byłam aktorką! I wreszcie jak dorosłam i skończyłam lat sześćdziesiąt i trochę, to nagle poszłam po rozum do głowy, rzuciłam aktorstwo o ziemię i poszłam robić konfitury. No na Boga jedynego, nie!

Karolina: Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek.

To doświadczenie odosobnienia, bycia samej ze sobą, to było wyrzeczenie się wolności, czy wręcz przeciwnie - czas, w którym dałyście sobie wolność do tego, żeby zrobić to, czego w danym momencie życia potrzebowałyście? Bogusia: To nie było łatwe doświadczenie, wymagało od nas wielkiej odwagi. W głowie kłębiło się mnóstwo pytań: Co ja teraz będę robić? Wszyscy coś robię, a ja nic nie będę robić? Ja, wielka aktorka, nie będę już grać? Ale po to siadasz sama ze sobą, aby to kłębowisko myśli uspokoić i odpowiedzieć sobie na fundamentalne pytania: co ja robię na tej ziemi, po co tu przyszłam, co chcę powiedzieć światu, kosmosowi, Bogu, ludziom, Ziemi… I nie ważne, czy dochodzisz do tego przez modlitwę, medytację, spotkanie z własną duszą, pracę ze swoim sercem. Do mnie koniec końców dotarło: Ja się nie boję! Nie boję się! Ja się po prostu nie boję! Usunęłam strach z mojego życia.

Karolina: To odosobnienie to było przekierowanie wolności, którą dają pieniądze, przyjaciele, znajomi, na siebie. Do wewnątrz. Wolność trzeba odnaleźć w sobie niezależnie od warunków zewnętrznych, niezależnie od tego, czy się ma pieniądze, czy nie ma, czy wokół są ludzie, czy pustka. Ją trzeba poczuć, zakorzenić w sobie, a potem pilnować, żeby nie zniknęła.

Bogusia: Jak na co dzień jest się zanurzonym w wirze życia, to trudno jest wejść tak głęboko w siebie i odpowiedzieć sobie na te pytania. Stąd było to nasze pustelnictwo, aby każda z nas pojęła, dokąd w tym życiu wędruje.

Zmartwiłam się trochę, że postanowiłyście już więcej nie wystawiać się na targach, bo tworzycie niepowtarzalną atmosferę, powietrze wokół was aż wibruje od pozytywnej energii… Bogusia: Zmęczyła nas powtarzalność. Ale wiesz, cytrynowe konfitury to jest tylko maleńka część Cytrynowego Królestwa. Cytrynowe Królowe dalej będą wędrowały, będą mówiły o życiu, o kobietach, może nieco mniej o konfiturach, choć i one będą odgrywać swoją rolę. Ostatnio okazało się na przykład, że można robić z nimi pyszne czekoladki.

Życie weryfikuje teraz wiele planów. Gdyby nie pandemia, już by nas tutaj nie było. Chciałyśmy wyjechać w kilkumiesięczną podróż do Tajlandii i do Wietnamu. A potem dookoła świata, przemierzając kontynenty w poszukiwaniu cytrynowego czasu. Cytryna rośnie w wielu miejscach: we Włoszech, w Hiszpanii, w Portugalii, ale też w Chinach, w Ameryce Południowej, w Afryce. Chciałyśmy, jako te Cytrynowe Królowe, wędrować z cytrynami, gadać z ludźmi, spisywać stare przepisy z cytryną w roli głównej. I z tego stworzyć książkę, reportaż, a może film…

Cytrynowe Królowe nie znikną, wręcz przeciwnie, ona są gotowe do nowego tańca.
Ten kawałek drogi postanowiłyśmy przemierzyć razem, tak się złożyło. Ale przyjdzie czas, że się rozstaniemy i każda powędruje w swoją stronę i zacznie tworzyć swój kolejny nowy świat. Nie ma końca na tworzenie życia, robisz co chcesz, robisz o czym marzysz i dajesz sobie ze wszech miar przestrzeń, aby to się wydarzyło. Takie życie jest takie, jakie je sobie stworzysz.

Karolina: Jeżeli podejmujesz jakąś decyzję, patrz czy twoje serce się uśmiecha. Jeśli się uśmiecha, to jest to dobra decyzja. My nigdy nie działałyśmy według jakiegoś biznes planu, mimo, że nam to wielokrotnie doradzano, a ja jestem niby po ekonomii.

Bogusia: To co nas teraz cieszy i napędza do działania, to krótkie „wypady na wolność”. Ostatnio pojechałyśmy do Białegostoku, pohuśtać się w chustach na aerial jodze. Tam, wśród tych kobiet w hamakach, dotarło do mnie, jak bardzo jesteśmy wszyscy spragnieni wolności. Nie można jej ludziom odbierać. Teraz cały świat jest zamknięty w więzieniu, a to się może skończyć wielką rewolucją.

'Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!' (Fot. Eliza Kos) "Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!" (Fot. Eliza Kos)

No proszę, próbujecie aerial jogi? Można byłoby powiedzieć: „Coś takiego! W Waszym wieku?!” Bogusia: No właśnie…To ja Ci opowiem jeszcze inną historię: 3 lata temu zapisałam się na bębny afrykańskie. Strasznie chciałam bębnić. Pojechałam do Warszawy na pierwsze zajęcia, troszkę się spóźniłam, no więc uchylam drzwi, wsadzam głowę, widzę, że wszyscy siedzą w kręgu z tymi wielkimi bębnami między nogami, średnia wieku jakieś 22 lata. No i patrzą na mnie z takim niezrozumieniem w oczach, jakby chcieli powiedzieć: „Wie Pani, Kościół jest naprzeciwko”. Ale ja wchodzę, rozsiadam się, biorę bęben i jestem Królową Bębniącą! I już po chwili cała ta grupa mówi do mnie „Królowo”, ale nie Królowo Staruszko, tylko kurna, Królowo Królowo. To jest drobna różnica.

Teraz wymyśliłam, że nauczymy się fly jogi. A ja zacznę jeszcze tańczyć flamenco, bo jestem w odpowiednim wieku, żeby tym flamenco powiedzieć to, co chcę powiedzieć. Flamenco jest tańcem kobiet w tak zwanym pewnym wieku, które - jak wiedźmy - już wiedzą…

Karolina: Kobiety w pewnym wieku zostają wyrzucone poza nawias.

Bogusia: Kobieta jest kobietą czy ma lat 5 czy 100! Jest ciągle kobietą. Po pierwsze jest kobietą, po drugie jest kobietą, po trzecie jest kobietą! I proszę się jej kłaniać. Dopiero potem jest matką, żoną kochanką, babcią, prababcią… Tymczasem zdarza się, że widzisz spojrzenia ludzi, które odbierają ci prawo do bycia kobietą. Jesteś staruszką, babcią, panią w pewnym wieku, ale na pewno nie kobietą. Ja nie udaję, że jestem młodsza - tu mnie boli, tam mnie śmioli... mam lat 67, moje ciało ma lat 67, ale jestem kobietą, kurna, jestem królową, wkładam koronę na głowę i proszę się na mnie patrzyć jak na kobietę, a nie jak na seniorkę, śmiorkę, trzeci wiek…

No patrząc na Was trudno nazwać was seniorkami, macie w sobie witalność dwudziestolatek… Bogusia: No popatrz, a bywa, że ludzie, patrząc na nas, mówią: Wesołe emerytki, co robią dżemiki, zwariowane staruszki… I w tym jednym zdaniu zamykają wszystko, co może cię zdeprecjonować,  odebrać godność i wartość. Jakieś dżemiki, jakieś staruszki, jakieś emerytki i takie radosne... A my po pierwsze nie robimy dżemików, tylko robimy KONFITURY i nie życzymy sobie, żeby nas traktowano jak emerytki, które nie mają co robić i dziubają jakieś dżemiki, bo to w ogóle nie o to chodzi.

Macie pomysł, jak przywrócić dojrzałym kobietom godność? Trzeba się nie bać. Nie bać się życia, nie bać się śmieszności. A ludzie bardzo się jej boją, zwłaszcza kobiety. Czasem jednak wystarczy spojrzeć na kogoś i powiedzieć: WOW! Ona tak robi, to ja też umiem, to ja też mogę. I po to jesteśmy my - Cytrynowe Królowe. Wkładamy żółte sukienki, wielkie pióropusze jak korony i stajemy tak przed ludźmi, nie bojąc się śmieszności. I nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!

Karolina: To co my robimy to jest taka mała prowokacja: zobacz, tak można żyć, można się śmiać, nie trzeba bronić się przed radością życia. Na naszym Fb obserwujemy jednak dużo równolatek, które niby patrzą na nas z podziwem, ale same nie mają odwagi.

Jak zdobyć się na odwagę do bycia sobą, do cieszenia się życiem w każdym wieku? Co poradziłybyście innym kobietom? Bogusia: Stań naprzeciwko innych ludzi, naprzeciwko świata, naprzeciwko kosmosu, ale najpierw naprzeciwko siebie. Spójrz sobie w oczy i powiedz: „Patrz! Nie boję się! Ja się nie boję!"

  1. Styl Życia

Samotność z wyboru. Dlaczego ludzie decydują się na samotne życie?

Samotne życie to wybór czy konieczność? Jakie profity czerpiemy z życia solo? (fot. iStock)
Samotne życie to wybór czy konieczność? Jakie profity czerpiemy z życia solo? (fot. iStock)
Bycie razem, nie tylko od święta, wychodzi nam coraz gorzej. Coraz lepiej natomiast - życie w samotności, choć usilnie próbujemy budować związki. Koniec końców wielu z nas wybiera niezależność, wolność, możliwość samorealizacji. A człowiek ponoć jest istotą stadną. Dziwne, prawda?

Badania nie pozostawiają złudzeń – tradycyjna rodzina nie ma się już tak dobrze, jak miała, przynajmniej w deklaracjach Polaków. Dotychczas, od wielu zresztą lat, to ona plasowała się na pierwszym miejscu w hierarchii wartości. Od mniej więcej 2010 roku (o czym mówią badania CBOS) rodzina ustąpiła miejsca sferze zawodowej. I to głównie za sprawą młodych ludzi, między 18. a 34. rokiem życia. Okazuje się, że 66 procent z nich nad rodzinę przedkłada ambicje zawodowe, a tylko 20 procent wskazuje sferę bliskich relacji jako wartość najistotniejszą. Badania pokazują także, że blisko jedna czwarta Polaków żyje dzisiaj w pojedynkę. Samotne życie to nie jest tylko okresowa moda, ale zjawisko opisane przez socjologów i psychologów.

Życie samotnika: nie wiem, jak chcę, ale wiem, jak nie chcę

Psycholożka Anna Nowakowska zauważa, że przyczyny tego zjawiska są pochodną przemian kulturowych i obyczajowych.

– W Polsce, zwłaszcza w wielkich miastach, nie istnieje już presja społeczna wymuszająca określony styl życia, tym bardziej zawieranie małżeństw. Młodzi ludzie nie do końca wiedzą, jak chcą żyć, ale za to wiedzą, jak nie chcą, czyli tak jak ich rodzice, którzy latami trwali w nieudanych związkach. Życie w pojedynkę wybierają jednak nie na zawsze, tylko na krótką metę, do czasu, kiedy się dorobią, kupią mieszkanie, samochód. Ale ta lista wciąż jest aktualizowana, więc samotne życie się przedłuża.

Psychologowie podkreślają, że samotność dorosłych ma często źródło w ich dzieciństwie. A ściślej w tym, czy rodzice okazywali im uczucia. Jeśli nie okazywali, jeśli wychowywali w emocjonalnym chłodzie, to wielce prawdopodobne, że oni też tego nie potrafią i w dorosłości nie będą umieli zbudować bliskich relacji. Wybiorą życie samotnika.

Anna Nowakowska: – Ale często zamiast coś z tym zrobić, na przykład pójść do terapeuty, ludzie deprecjonują wartość bliskich relacji, odrzucają je, twierdząc, że związek to zamach na ich niezależność, wolność, rozwój, samorealizację. A bliskość nie wyklucza wolności i niezależności każdego z partnerów. Wszystko zależy od ustalenia granic. Bo jeśli te granice są sztywne, związkowi grozi rutyna. Jeśli z kolei granice są zbyt słabe i każdy dryfuje w swoim kierunku, jedność pary jest zagrożona. Czasem, paradoksalnie, pomaga sformalizowanie związku. Daje partnerom poczucie, że nawet jeśli się oddalą, to trudniej niż w związku nieformalnym, ot, tak sobie, spakować walizki i odejść.

Życie w samotności to także konsekwencja różnych lęków. Między innymi przed tym, że w bliskim związku o wiele więcej stracę, niż zyskam. Będę zajęty domem, a w tym czasie coś ważnego może mnie ominąć! Ten lęk ma już nawet swoją nazwę, FOMO (fear of missing out), i jest widzialny gołym okiem. Ludzie nie podnoszą głów znad tabletów i smartfonów, bo tyle ciekawego tam się dzieje. A w realu? Nuda.

Kolejny lęk – że kiedy z kimś zamieszkam, a więc kiedy się otworzę, obnażę, to wyjdą na jaw wszystkie moje skrywane, często urojone, wady. Samotność to także efekt rozwodów, prawdziwej plagi ostatnich lat. W Polsce rozpada się już ponad jedna trzecia małżeństw z krótkim stażem. Po takich doświadczeniach ludzie nie chcą sparzyć się po raz drugi, wolą życie samotnika.

Samotny wilk w opałach - jakie konsekwencje może mieć życie w samotności?

Zanim powiesz: „Wybieram samotność”, zastanów się, czy to ci się opłaca. Po pierwsze, grozi ci depresja. Amerykański psycholog, profesor Richard Booth, już w 2002 roku alarmował, że długotrwałe życie w samotności może prowadzić do depresji, i postulował zaklasyfikowanie jej do zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.

Po drugie, jesteś bardziej niż niesamotnicy narażona na stres. Badaczka wpływu samotności na nasze zdrowie, dr Lisa Jaremka z Uniwersytetu w Ohio, dowiodła, że życie w samotności przez długi czas działa jak silny stresor. Z jej badań wynika, że organizm samotnej osoby wytwarza o ponad dziesięć procent więcej hormonów stresu niż takiej, która przebywa w otoczeniu innych ludzi.

Po trzecie, wybierając życie samotnika, fundujesz sobie choroby, ponieważ stres osłabia nasz system odpornościowy. Organizm samotnika produkuje także więcej cytokiny – wydzielanego przez białe krwinki białka, które przyspiesza procesy nowotworowe. Osoby, które prowadzą samotne życie częściej chorują na alzheimera. Inne badania, przeprowadzone przez dr Uri Gouldborta z Tel Awiwu, pokazują, że życie w samotności szczególnie niebezpiecznie wpływa na mężczyzn. Ryzyko śmierci wskutek udaru mózgu jest o 64 procent większe u samotnych mężczyzn niż u pozostających w związkach.

Jak radzimy sobie z życiem w samotności? Badania nad samotnymi studentami, jakie przeprowadził psycholog Warren Jones, pokazały, że zupełnie nieskutecznie. Młodzi ludzie, którzy prowadzą samotne życie – zamiast zapraszać znajomych, wychodzić do miejsc, gdzie spotykają się rówieśnicy – oglądają telewizję, uciekają w jedzenie lub używki. Kiedy już znajdą się w towarzystwie, zachowują się tak, że zrażają do siebie ludzi: milczą albo za dużo mówią o sobie, nie interesują się interlokutorem. Dodatkowo pogarszają swoją sytuację tym, że mają nierealistycznie wysokie wymagania zarówno wobec siebie, jak i wobec innych.

Anna Nowakowska: – Ludzie, którzy twierdzą, że wybrali życie w samotnika, przychodzą do mnie po ratunek, bo cierpią. Przed światem udają, że życie w pojedynkę jest super, że mogą robić, co chcą, ale w gabinecie przyznają, że to ściema. Zachęcam ich do zainwestowania w relacje, póki jeszcze nie jest za późno. Bo wraz z upływem czasu coraz trudniej przestawić się na inny styl życia, ciężko zmienić codzienne nawyki samotnika, znaleźć przestrzeń – i tę dosłowną, i mentalną – dla innej osoby, podzielić się z nią swoim życiem. Mówi się, że ludzie samotni dziwaczeją, i jest w tym dużo prawdy. Z moich obserwacji wynika, że łatwiej otworzyć się na związek samotnym z konieczności, wdowom, porzuconym, rozwiedzionym. Ich motywacja do zmiany swojej sytuacji, potrzeba skontaktowania się z drugim człowiekiem jest dużo większa niż tych, którzy deklarują samotność z wyboru. Ale zanim wejdzie się w nowe, dobrze zamknąć stare, przeżyć żałobę, rozstanie. Pobyć tylko ze sobą, ze swoimi myślami, w ciszy. Takie praktykowanie bycia samemu ze sobą działa jak lekarstwo. Bo samotność nie jest tylko zła, czasem okazuje się zbawienna. Chociaż na dłuższą metę nie da się jej obronić.

  1. Styl Życia

Dlaczego warto mieć zwierzaka?

Uważny i serdeczny kontakt ze zwierzętami rozwija naszą empatię, zdolności socjalne. (Fot. Getty Images)
Uważny i serdeczny kontakt ze zwierzętami rozwija naszą empatię, zdolności socjalne. (Fot. Getty Images)
Zwierzęta na prawach przyjaciół albo domowników? To jest możliwe. Coraz częściej dzielimy się z nimi przestrzenią, jedzeniem i miłością. Przygarniamy je ze schronisk, ratujemy przed okrucieństwem innych. Czyżbyśmy stali się bardziej empatyczni? A może siebie oszukujemy? Psychologa Pawła Droździaka pyta Renata Mazurowska.

Przez lata zmieniał się nasz stosunek do zwierząt. Choć w środowiskach wiejskich zwierzę wciąż pełni rolę usługową, użyteczną – pomaga w pracy, strzeże obejścia, jest źródłem jedzenia – to już w mieście psy i koty nie tylko mają imiona i stałą opiekę lekarską, ale też fryzjera, ubrania, bogatą w minerały karmę… To coraz bardziej aktywny ruch, gdzie zwierzę staje się towarzyszem rodziny. A nawet rodziną jako taką.

Jest też i drugi biegun reprezentowanej przez człowieka postawy wobec zwierząt, gdzie zwierzęta są porzucane, bestialsko traktowane… Czyli mamy dwa różne i skrajne zjawiska dotyczące traktowania zwierząt, które jednak coś łączy. Co? Ano to, że nie umiemy poradzić sobie z faktem, że zwierzę co prawda posiada jakieś życie psychiczne, ale jednocześnie pozostaje inne od nas. Albo przypisujemy zwierzętom ludzkie uczucia i cechy, albo odbieramy im jakiekolwiek uczucia w ogóle, i traktujemy jako przedmioty. Coraz częściej też w zbiorowej świadomości pojawia się obraz zwierzęcia jako ofiary do uratowania. To postać będąca uosobieniem niewinności i bezbronności, wykorzystywana przez ludzi niemających empatii. Ale oto my, mocą naszej miłości, ratujemy zwierzę z opresji. Odtwarzając tę opowieść, odczuwamy mieszaninę wzruszenia i oburzenia. Zwierzę i jego ludzcy nieliczni stronnicy reprezentują tu dobro, zaś ludzkość jako całość uosabia zło. Walka dobra i zła, jak w bajce. Zresztą z bajką ma to sporo wspólnego: grupą, która naturalnie jest zainteresowana życiem zwierząt, są dzieci – dla nich to są pieseczki, koteczki, kaczuszki, słoniki. A w bajkach często te zwierzątka mają ludzkie cechy i przeżywają ludzkie przygody.

Wystarczy przypomnieć filmy „Gdzie jest Nemo” czy „Król Lew”… W „Gdzie jest Nemo” tatuś szuka synka, a synek za nim tęskni – tyle tylko że to zjawiska ze świata ludzi, nie zwierząt. W świecie ryb ojciec nawet by nie wiedział, kto jest jego synem. Ale w świecie bajek przebieramy człowieka za zwierzę, a zwierzę za człowieka, na dodatek wszystkie nieszczęścia zwierzęcego bohatera są efektem ludzkich działań. Dziecko solidaryzuje się z bajkowymi zwierzętami, bo widzi, że są one równie bezradne wobec świata dorosłych jak ono. Zwierzę, można powiedzieć, jest czystą emocją i to emocje decydują o jego reakcjach. Nie kryje uczuć, od razu je okazuje (no, może poza szympansami, które potrafią udawać) – zatem dziecku łatwiej się ze zwierzęciem identyfikować, bo i u niego emocje decydują o reakcjach.

Dlaczego, Paweł, masz dwa koty, dlaczego ja mam psa? Mam koty, bo moja dziecięca część ma koty.

Współczując zwierzętom, cofamy się do etapu dziecka? Współczując nie, ale już utożsamiając zwierzęta z ludźmi – tak. To, co nas odróżnia od zwierząt, to myślenie, nadawanie sensu przeżyciom. Zwierzęta tego nie robią, one tylko przeżywają. Dlatego jeśli twierdzimy, że między nami a nimi nie ma żadnej różnicy, odcinamy to górne piętro. Dziś stało się to modne. To, że ktoś „tak czuje”, stało się nawet argumentem w dyskusjach. Mało tego, wskazanie, że emocja nie jest wystarczającą racją, może wręcz skutkować posądzeniem o brak empatii. A to mniej więcej tak, jak dawniej być podejrzanym o ateizm.

A może ten świat jest tak skomplikowany, że ratujemy się relacjami ze zwierzętami, ponieważ są oparte na szczerości i bezinteresowności? Pies cię nie porzuci, co najwyżej człowiek porzuci psa… Może to jakiś ratunek przed tymczasowością, zmiennością, nieprzewidywalnością? W życiu wielu z nas przychodzi taki moment, kiedy ponosimy porażkę w świecie międzyludzkich relacji. Czasem bywa to na tyle bolesne, że mamy dość i nie chcemy tego doświadczenia powtarzać. Co nie oznacza, że nie mamy emocjonalnych potrzeb. No i wtedy w sukurs przychodzi relacja ze zwierzakiem, z którym wszystko jest prostsze. Wielu osobom to pomaga. Coraz częściej zwierzęta są używane do tego, by można uchylić się od budowania relacji rodzinnych. Bo to krępuje człowieka, umieszcza w jakiejś strukturze, której on nie chce, każe stać się dorosłym na jakiś bardzo typowy sposób – więc człowiek odrzuca społeczne oczekiwania, przyjmując zwierzę za swoje symboliczne dziecko. To niekiedy ma zastąpić rodzinę, której nie daje się zbudować, ale czasem przeciwnie – i to szczególnie ciekawe – jest to forma buntu przeciwko przymusowi jej tworzenia.

Jednak – chciałbym to podkreślić – relacja ze strony zwierzęcia nie jest bezinteresowna. Psy towarzyszą ludzkości od setek tysięcy lat z powodu kości, najpierw przypadkowo, a później już celowo pozostawianych wokół ludzkich siedzib. Z czasem oba gatunki nauczyły się wspólnie polować i walczyć. W końcu pies nauczył się czegoś, czego żadne zwierzę nie potrafi. Odczytuje pewne elementy ludzkiego zachowania, podąża spojrzeniem za naszym wzrokiem, umie odczytać gest pokazania czegoś ręką, reaguje na nasz wzrost czujności, w nieznanym otoczeniu czeka ze swoją reakcją na naszą reakcję, trafnie odczytuje hierarchię w ludzkiej grupie… Nawet szympansy tego nie umieją. Niestety, początkiem tej wspólnej historii jest mięso, nie miłość. Dziś swoje domostwa chronimy już w inny sposób, ale nauczyliśmy się wykorzystywać psy w całkiem nowym celu. Często stają się one substytutem rodziny. Czymś w rodzaju naszych dzieci.

Ale dziś można nie mieć dzieci bez społecznego potępienia, a poprzez relacje ze zwierzętami realizować na przykład potrzebę opieki. Moim zdaniem coraz szerszy ruch w kierunku ochrony zwierząt wynika w dużej części ze wzrastającej świadomości tego, w jaki sposób traktuje się zwierzęta w masowej, przemysłowej hodowli. To zwierzęcy holokaust – myślę tu na przykład o „fabrykach mięsa”, w których zwierzę nie ma żadnych praw. Więc żeby nie zwariować, próbujemy „wyrównać emocje”, adoptując zwierzaki ze schronisk, przestając jeść mięso. Przemysłową hodowlę trudno przyjąć do wiadomości, jeśli się ją zobaczy. Większość ludzi jest zbyt wrażliwa na to, żeby trzymać zwierzaka w pojemniku nieruchomo przez całe jego życie, a jednak milcząco czerpiemy korzyści z takich działań. Można próbować to rozumieć jako próbę znieczulenia się.

Wiemy na przykład, że dzieci potrafią spontanicznie znęcać się nad zwierzętami i bawić się uśmiercaniem ich, ale potrafią też równie spontanicznie nimi się opiekować. O dziwo, czasem to są te same dzieci, tylko innego dnia. Niektórzy celowo zabijają w sobie całą empatię, żeby wyzbyć się oporów i ograniczeń. Tak chcą zyskać siłę, która ma ich ochronić.

Na przykład po to, by przywiązać psa do drzewa w lesie? I nic w związku z tym nie czuć? Niektórzy wiele robią, by nic nie czuć. Zabijają w sobie wrażliwość, bo w czymś przeszkadza. I teraz rodzi się pytanie, na ile to masowe zabijanie zwierząt – na skórę, na jedzenie, klej do tapet – ma rzeczywiście ekonomiczne uzasadnienie, a na ile można na to patrzeć jako na próbę usunięcia uczuć albo nawet problemu istnienia śmierci. Traktujemy zwierzę jak rzecz, bo rzecz nie może być zabita. Może robimy to, by uciec od strachu wywołanego wiedzą, że sami jesteśmy śmiertelni?

Od czasów nazizmu wiemy, że całkiem normalni ludzie, niezdolni do okrutnych czynów w kontakcie bezpośrednim, mogą przyczynić się do zła, jeśli działają w ramach instytucji, której są częścią. Częściowość własnego udziału, rozproszenie odpowiedzialności na „zbiorowego nikogo”, brak bezpośredniego kontaktu z tym, do czego się przykłada rękę, pewna abstrakcyjność obiektu, który jest jakby nigdzie. To wszystko sprawia, że można w tym uczestniczyć bez poczucia winy. Czyli można mieć pełną szafę skórzanych rzeczy i jednocześnie na Facebooku określać się jako przeciwnik polowań. Tak działa umysł. Reagujemy emocjami na to, co widzimy, a jak czegoś nie widzimy, to tego dla nas nie ma. Żeby opiekować się psem, kupujemy mu pokarm ze świni albo krowy i nie zastanawiamy się nad tym. Realność byłaby trudna do zniesienia. Szczególnie realność niemożliwa do zmiany.

Ale może fakt, że empatyzujemy ze zwierzętami, świadczy o tym, iż stajemy się coraz wrażliwsi? Nie jestem pewien, czy zawsze, kiedy mówimy, że empatyzujemy, to faktycznie empatyzujemy. Odnoszę wrażenie, że dość często, choć oczywiście nie zawsze, na przykład za restrykcjami dotyczącymi diety bezmięsnej kryje się nie tyle współczucie dla zwierząt, ile pragnienie zbudowania pewnej bariery między sobą a resztą ludzi. Podobnie jest z niektórymi przypadkami dość specyficznego traktowania zwierząt domowych – jako czegoś w rodzaju dziecka czy partnera życiowego. Myślę, że to nie zawsze empatia, bo empatia wobec psa czy kota polegałaby raczej na pozwoleniu mu, by psem albo kotem pozostał i żył w swym psim czy kocim świecie. Czasem chodzi o to, by tym zwierzęciem stworzyć jakąś barierę między sobą a innymi ludźmi, coś zastąpić, zanegować. A o cóż wówczas gramy? O wolność. O to, by się nie dać dookreślić jakkolwiek. To bardzo współczesny styl.

Poza tym generalnie mamy inną perspektywę, bo nie jesteśmy zagrożeni w naszym przetrwaniu i jesteśmy bardzo bogaci w porównaniu do naszych przodków. To sprawia, że dostrzegamy problemy, na których zauważenie naszym przodkom w ich ciężkim życiu nie starczyłoby miejsca. Można więc na nas spojrzeć albo jak na istoty wrażliwsze, bo dużo bardziej od swych przodków rozwinięte, albo jak na bardziej rozpieszczone przez nierealnie bezpieczne warunki. Zależy, co wolimy.

A pokusiłbyś się o odpowiedź, w czym świat ludzki i zwierzęcy jest podobny? Wydaje mi się, że jednak więcej nas łączy niż dzieli… Istnieje, oczywiście, wiele podobieństw, ale jedno jest szczególnie zaskakujące. Otóż okazuje się, że na przykład szympansy wykazują skłonność do czegoś, co chyba musimy nazwać mistycyzmem. U ludzi jest tak, że wyznają różne kulty. Nawet tam, gdzie nie ma żadnego, istnieje jakiś kult wodza i jest w tym coś na tyle charakterystycznego, że jeśli nie wiesz nic o kulturze danego kraju czy plemienia, to kiedy znajdziesz obiekt kultu, od razu widzisz, że to „to”. No i okazuje się, że żyjące dziko szympansy mają coś podobnego! Wybierają w lesie potężne drzewa, daleko od miejsc, w których mieszkają, i znoszą tam wielkie kamienie. Przychodzą tam, siedzą jakiś czas bez ruchu i odchodzą. Czasem przynoszą nowy kamień, żeby go dołożyć do kopca. To zupełnie niezwykłe, dosyć nowe odkrycie. Podobieństwo tych miejsc do pierwotnych miejsc kultowych ludzi, w których oni układali stosy kamieni, jest uderzające. W Internecie są już zdjęcia. Warto zobaczyć.

Moc terapeutyczna zwierząt - kilka argumentów na rzecz zaproszenia pod swój dach czworonoga

  • Uważny i serdeczny kontakt ze zwierzętami rozwija naszą empatię, zdolności socjalne (ile znajomości zawieranych jest w parkach z innymi właścicielami psów!), troskę o innych, otwartość, ufność i uważność na to, co dzieje się tu i teraz.
  • Kontakt z domowym futrzakiem, a zwłaszcza dotyk, przytulanie się z nim, głaskanie, stymuluje wydzielanie endorfin, hormonu, który nas nastraja pozytywnie i pobudza odporność organizmu, a także obniża poziom kortyzolu, hormonu stresu.
  • Od zwierząt otrzymujemy też bezwarunkową miłość i akceptację, ale to niejedyna terapeutyczna korzyść, jaka się wiąże z bezpośrednim kontaktem ze zwierzęciem.
  • Okazuje się, i zbadali to Sam oraz Elizabeth Corson, małżeństwo amerykańskich psychiatrów, że pacjenci, którym pozwalano na kontakt z psem, nabrali większej pewności siebie i stali się bardziej niezależni.
  • Jako terapię wspomagającą chętnie wykorzystuje się dziś kontakt z końmi, delfinami czy psami w leczeniu lub rozwijaniu m.in. funkcji poznawczych, słownictwa, pamięci długo- i krótkotrwałej, motoryki, koncentracji uwagi, koordynacji ruchowej, a także niwelowania lęków, podnoszenia samooceny, nauki relaksacji czy rozwijania empatii i umiejętności współdziałania w grupie. Asystę zwierząt wykorzystuje się wspomagająco w rehabilitacji dzieci z mózgowym porażeniem dziecięcym, ADHD, zespołem Downa, nerwicami i autyzmem. W ramach terapii z udziałem zwierząt możemy mówić o dogoterapii (psy), hipoterapii (konie), felinoterapii (koty), delfinoterapii (delfiny) i pet therapy – terapii związanej z obecnością różnych zwierząt, nawet chomików. Warunkiem koniecznym we wszystkich przypadkach jest dobrowolny udział zwierząt i ich dobre zdrowie psychiczne (m.in. pewność siebie, brak lęków).
  • Koty mają zbawienny wpływ na osoby z zaburzeniami psychicznymi i ruchowymi, na dzieci nadpobudliwe, ale także na osoby nieśmiałe. Dobre efekty uzyskuje się w pracy w asyście kotów lub psów z osobami uzależnionymi i więźniami.