1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Grażyna Torbicka: "Czekam na Bonda kobietę"

Grażyna Torbicka: "Czekam na Bonda kobietę"

- Sztuka może poszerzać nasze horyzonty, dawać nam szansę, byśmy stawali się bardziej tolerancyjni. Głęboko w to wierzę - mówi Grażyna Torbicka. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)
- Sztuka może poszerzać nasze horyzonty, dawać nam szansę, byśmy stawali się bardziej tolerancyjni. Głęboko w to wierzę - mówi Grażyna Torbicka. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)
Kiedy włącza film, włącza też emocje. Grażyna Torbicka kocha kino za przeżycia, ale przyznaje, że zdarza jej się też poczuć zmanipulowaną. Czy reżyserzy są jeszcze w stanie ją zaskoczyć? Jaki film zawsze wprawia ją w dobry humor? I dlaczego nie dla niej serialowe maratony? O tym wszystkim rozmawia z Joanną Olekszyk.

Na jaki film w kinie najbardziej czekasz?
Oczywiście na najnowszego Jamesa Bonda!

Ale premiera dopiero w następnym roku.
I, jak przewiduję, wtedy dopiero będzie możliwe takie prawdziwe oglądanie w kinie.

Bez maseczek, bez obostrzeń, człowiek przy człowieku – to wydaje się zbyt piękne, by było możliwe.
James Bond powraca, więc świat powróci razem z nim do normalności. A przynajmniej taką mam nadzieję.

No właśnie, jak ty – filmolożka, ale i kinofilka – radziłaś sobie przez ostatni rok z niemożnością pójścia do kina? Czy to w ogóle była dla ciebie istotna kwestia?
Początek pandemii był dla mnie, jak dla każdego, bardzo ciężki. Świat stanął w miejscu i nie wiadomo było, co dalej – jak będziemy funkcjonować, co jest bezpieczne, a co nie w tej nowej, dziwnej sytuacji. Wtedy kino praktycznie mnie nie interesowało. Interesowali mnie bliscy, to, jak urządzić nasze codzienne funkcjonowanie i jak się przestawić psychicznie, żeby nie zwariować. Wszyscy byliśmy wtedy zamknięci w domach, przerażeni i zagubieni. W dodatku mój mąż, lekarz kardiolog, codziennie chodził do szpitala, był więc narażony na bezpośrednie kontakty z ewentualnymi chorymi na COVID-19. Musiał i chciał tam być, ale to nie pozostawało bez wpływu na nasz dom i było bardzo stresujące. Jako istoty ludzkie z czasem jednak do wszystkiego się przyzwyczajamy, więc i ja się przyzwyczaiłam. Zaczęłam myśleć bardziej konstruktywnie i kreatywnie. Co można w tym czasie i z tym czasem zrobić.

Pandemia zastała mnie w trakcie przygotowań do kolejnej edycji festiwalu Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym. Musieliśmy zdecydować, co robimy. Zwłaszcza, że kolejne wielkie festiwale się odwoływały. Ostatecznie zorganizowaliśmy go hybrydowo, co spowodowało – wracając do twojego pytania – że moje życie zawodowe nie zmieniło się diametralnie. Oglądałam filmy zgłaszane na festiwal, do tego cały czas prowadziłam audycję w Radiu Zet „Kocham cię kino” i rozmowy dla SENSu z Martyną Harland. Rytm mojej pracy nie został zaburzony. I wymagał od mnie stałego oglądania filmów.

Wiele osób mówiło, że podczas pandemii filmy i seriale ratowały ich psychicznie. Odrywały od rzeczywistości, bawiły, dawały nadzieję. Z drugiej strony słyszałam głosy, że oglądanie na komputerze czy komórce to nie jest to samo i że lepiej poczekać... Czy kino, którego nie ogląda się w kinie, ma sens?
Wprawdzie oglądałam filmy głównie w domu, ale starałam się jak najbardziej zbliżyć taki seans do kinowego, czyli podłączałam komputer do projektora. Uważam, że nie mogę wypowiadać się profesjonalnie o filmie zobaczonym na komórce czy ekranie komputera. Na komórce odczytasz tylko fabułę. Nie odczytasz tego wszystkiego, co stanowi o kinie – klimatu obrazu, kolorystyki, planu drugiego i trzeciego. Muzyki, która jest często jednym z głównych bohaterów opowieści.

Projektor w domu to oczywiście nie kino, ale jest mu bliższy. Tylko tak mogę oglądać filmy. Ja kocham kino właśnie za formę, jest dla mnie równie ważna jak opowiadana historia.

Przyznaję, zdarzyło mi się obejrzeć w tym czasie kilka rzeczy na komórce...
No ale pamiętasz w ogóle któryś z tych filmów?

To były głównie seriale, i rzeczywiście pamiętam je średnio.
Seriale, przy całym moim szacunku dla gatunku, który nabrał ostatnio nowej formy, mają zupełnie inne walory, także jeśli chodzi o budowanie struktury fabularnej. Film to film. Szukam jakiegoś obrazowego porównania...

Mogę podsunąć ci to, którego użyły Tina Fey i Amy Poehler, prowadzące tegoroczną ceremonię rozdania Złotych Globów. Film to jest coś, na co nie masz czasu, bo trwa aż dwie godziny, a serial to coś, co trwa tylko godzinę, więc oglądasz go przez pięć godzin...
Widzisz, to kolejna rzecz, której nie mogę zrozumieć. Dla mnie to niepojęte, żeby usiąść i obejrzeć za jednym zamachem cały sezon. Tym bardziej że każdy serial – nawet ten najlepszy – ma pewną stałą strukturę, czyli zwykle dwa pierwsze odcinki są bardzo ciekawe, bo odkrywasz w nich nowy świat, wykreowany przez ten serial właśnie, a potem to już jest tylko dublowanie, powielanie.

(Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)(Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Masz rację. Tylko czasem tego właśnie chcemy. Lubimy słyszeć w kółko tę samą opowieść. Jednak filmy i seriale, które długo pamiętamy, to te, które nas czymś zaskakują. A o to dziś trudno.
I znów wracamy do tego, od czego zaczęłyśmy naszą rozmowę, czyli do formy. Oczywiście podstawą jest dobry scenariusz, bez tego nie powstanie dobry film. Natomiast to forma czyni kino wyjątkowym. Forma, którą twórca nadaje tej samej, powtarzanej od lat opowieści. Gdybyśmy zagłębili się w historię kina, to zauważylibyśmy, że co drugi film w gruncie rzeczy opowiada o tym, jak ona i on się w sobie zakochują, a jak potem ich związek się rozpada. Ale istotne jest, jak jest to opowiedziane. W tym cała sztuka.

Taka sztuka udała się na przykład Carlosowi Reygadasowi w filmie „Nasz czas”, o którym rozmawiałyśmy z Martyną w jednym z odcinków Filmoterapii z SENSem. Jego bohaterowie decydują się na związek otwarty, czyli że nie będą mieli do siebie pretensji, jeśli jedna ze stron odnajdzie atrakcyjność w innym partnerze czy partnerce. Historia banalna, ale jak pokazana! Kadry, nastrój, muzyka – to wszystko razem sprawia, że dla mnie jest to jeden z bardziej oryginalnych obrazów ostatnich lat.

Powtórzę to raz jeszcze: w kinie najważniejsza jest forma. Dlatego nie wolno filmów oglądać na komórce.

Nigdy więcej, obiecuję! Zresztą bardzo się ucieszyłam, kiedy w przerwie między kolejnymi lockdownami mogłam zobaczyć na dużym ekranie film „Sound of metal”. Tuż po pokazie prasowym w kinie Muranów był pierwszy seans dla publiczności i pamiętam te tłumy podekscytowanych widzów. Jedna rzecz to technikalia, czyli duży ekran i nagłośnienie, ale druga to wspólne oglądanie.
Kino Muranów, jak wiele innych kin studyjnych, jest kinem wyjątkowym, miejmy nadzieję, że pandemia i kolejne lockdowny nie zakończą działalności takich miejsc. Bo one dają nam poczucie, że spotkanie z filmem, doświadczenie go całym sobą, jest tu naprawdę najważniejsze.

Od początku istnienia kina jego największą siłą było zbiorowe przeżywanie. Inaczej odbierasz film w domu, a inaczej kiedy siedzisz w pełnej sali – nie zdajesz sobie nawet sprawy, jak bardzo twoja percepcja uzależniona jest od tego, jak reagują inni. Czy słyszysz przyspieszony oddech, śmiech, a może chrapanie… To wszystko ma wpływ na odbiór. Poza tym zwykle idziesz do kina w towarzystwie, więc kiedy seans się kończy, w naturalny sposób zaczynacie rozmawiać o tym, co właśnie widzieliście.

I może się okazać, że każdy z was widział inny film...
Bo każdy film tak naprawdę „wyświetla się” w naszej głowie. To, co widzisz na ekranie, wchodzi w dialog z twoimi doświadczeniami, wspomnieniami i twoim życiem. Śledzisz fabułę, ale momentami, pod wpływem konkretnej sceny, „odjeżdżasz” w głąb wyobraźni i przypominasz sobie jakieś zdarzenie ze swojego życia. Po czym znów wracasz do opowieści o losach bohaterów.

Kiedy rozmawiasz z przyjaciółmi o tym, co ich poruszyło, może okazać się, że każdego rusza co innego, bo ma związek z jego osobistą historią. I tu zaczyna się prawdziwe życie filmu. Ono jest w stanie się wytworzyć tylko wtedy, gdy oglądamy go w określonych warunkach: zaciemnionej sali kinowej, z wyciszonym telefonem i bez szansy, by zapauzować obraz i zrobić sobie w tym czasie na przykład herbatę.

Jestem właśnie w ferworze oglądania filmów zgłaszanych na tegoroczne Dwa Brzegi. Jednym z nich jest film ukazujący spektakl teatru tańca Batsheva. Zaczyna się tak: na zaciemnionym ekranie widać tylko liczbę 30, włącza się odliczanie, 29, 28 i tak dalej. W tle słychać głos reżysera Ohada Naharina: „Bardzo cię proszę, kliknij teraz opcję full screen i na najbliższe 45 minut zapomnij, że istnieje telefon komórkowy, cokolwiek by się działo”. Piękne, prawda? Kiedy to usłyszałam, zatrzymałam obraz, zawołałam męża, bo akurat oboje pracowaliśmy z domu, usadziłam go przed ekranem i powiedziałam: „Posłuchaj”. Oboje zrobiliśmy dokładnie to, o co prosił reżyser i obejrzeliśmy 45 minut fascynującego kina. Ten reżyser doskonale zdawał sobie sprawę, jak się teraz ogląda filmy. Nawet ta jego prośba o opcję full screen była znacząca, bo przecież dzięki komputerom można wyświetlać sobie film na połowie ekranu, a na drugiej załatwiać inne sprawy.

Taki komunikat powinien być chyba umieszczany przed każdym filmem...
Myślę, że wkrótce tak będzie. Prosta rzecz, a jak cudownie czyści umysł.

Z drugiej strony zbyt dużo filmów i zbyt wiele seriali, oglądanych kompulsywnie – niekiedy z nudów, a czasem z chęci ucieczki od rzeczywistości – ten umysł zaśmieca. Może lepiej mniej, a uważniej, bardziej świadomie, głębiej? Są takie filmy, po których długo nie mogłaś dojść do siebie? Nawet do tego stopnia, że nie byłaś w stanie o nich rozmawiać? Czy to w ogóle dobrze, że film potrafi nami tak wstrząsnąć?
Niektóre filmy dotykają naszych czułych punktów i bywa, że obnażają je nawet przed nami samymi. To bardzo głębokie przeżycie, z gatunku takich, jakie może nam zafundować tylko wielka sztuka. Jest wiele filmów, które najpierw musiałam sama przemyśleć i przetrawić, by móc potem o nich rozmawiać.

Pamiętam jeden wyjątkowy pokaz przed laty na festiwalu w Cannes. Bo muszę przyznać, że moje doświadczenia filmowe są o tyle ciekawe, że będąc w Berlinie, Wenecji czy Cannes razem z ogromną grupą akredytowanych dziennikarzy i dziennikarek oraz krytyków i krytyczek, mam szansę zobaczyć film premierowo, czyli bez jakiejkolwiek sugestii. I to jest coś fantastycznego. Wchodzisz, otwiera się ekran i zaczyna się historia, o której nic nie wiesz. Zresztą staram się nawet nie czytać streszczeń czy krótkich informacji o fabule, jakie zwykle są podawane w programie. I tak było właśnie z filmem Larsa von Triera „Tańcząc w ciemnościach”. Siedzę więc w teatrze Lumière, film się kończy, a ja nie mogę się ruszyć z fotela. Pamiętasz, tam w finałowej scenie jest zbliżenie na stopy głównej bohaterki, która idzie na własną egzekucję. Nawet kiedy teraz to mówię, mam ciarki. „Grażyna, wychodzisz?” – pyta mój przyjaciel Włoch Giancarlo. Odpowiadam, że nie mogę i że jeszcze chwilę posiedzę. Takie to było przeżycie.

Miałam bardzo podobne odczucia, kiedy pierwszy raz oglądałam ten film. Ale z kinem von Triera mam też pewien problem. Choć bardzo cenię również jego „Melancholię”, to uważam, że czasem przesadza w graniu na naszych emocjach. Co zresztą zarzucają mu krytycy. Oczywiście każdy film, tak jak każde dzieło, w jakiś sposób nami manipuluje, a już najlepiej robią to horrory. Ale czasem jest tego za dużo. Do tego stopnia, że mówisz: nie, ja w to nie wchodzę. Mam czasem tak ze scenami przemocy. Nie chcę ich oglądać, zamykam oczy.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy reżyser decyduje się na coś, o czym wie, że będzie mocne. Jeśli jest to włożone w określone ramy gatunku filmowego, jakim jest właśnie horror, to jako widzowie czujemy się bezpieczni. Dostajemy bowiem od początku pewne sygnały, które przypominają nam o tym, jaki to jest film. Natomiast kiedy oglądamy taką scenę w dramacie psychologicznym w ramach kina autorskiego, jakie reprezentuje choćby Lars von Trier, mistrz w dotykaniu najciemniejszych stron ludzkiej psychiki – to zbliżamy się już do tej cienkiej granicy pomiędzy byciem poruszonym a zmanipulowanym. Jest kilka tytułów w jego filmografii, których nie akceptuję. Na przykład „Nimfomanka”.

Z jakiego powodu?
Z powodu nadmiernego voyeuryzmu i ekshibicjonizmu, który pozbawia tę opowieść tajemnicy. A kiedy jako widz nie mam przestrzeni do tego, by moja wyobraźnia coś dodała, to przestaje mnie to interesować, a zaczyna drażnić. Tacy są też „Idioci”, jego wczesny film. Oczywiście każdy artysta pragnie poruszyć, a nawet prowokować. Jako widzowie też to lubimy, ale jest pewna niedefiniowalna granica, po której przekroczeniu możemy się czuć zmanipulowani. Też czasem tak się czuję, kiedy jestem „zmuszana” do oglądania w kinie sytuacji, o której z góry wiem, czym się może skończyć, i że nie wyniknie z tego nic dobrego. Na przykład debiutancki „Plac zabaw” Bartosza Kowalskiego, który pokazuje, jak dzieci zabijają dziecko. Nie wyszłam z seansu, ale czułam się po nim bardzo źle. Nie rozumiałam, po co przyglądać się temu z taką dokładnością. Zresztą najmniej lubię kino naturalistyczne, werystyczne.

Żyjemy w czasach, kiedy okrucieństwa i zła jest wokół nas bardzo dużo. Dostajemy je na co dzień w serwisach informacyjnych, i to zarówno tych telewizyjnych, jak i internetowych. Dlatego trzeba naprawdę dużego kunsztu, by wynieść jakąś pełną okrucieństwa scenę na poziom sztuki, nadać temu właściwą formę. Inna sprawa, że jako społeczeństwo karmione takimi obrazami bardzo szybko się na nie uodparniamy. Robimy to, by się obronić, by za każdym razem nie ściskało się nam serce, więc racjonalizujemy sobie to na zasadzie: to tylko obraz, to nie mnie się to dzieje. Stajemy się obojętni na przemoc, a to nie jest dobre. Bo wtedy jest ryzyko, że zobojętniejemy na zło.

To bardzo trudny temat, bo idziemy przecież do kina po to, by oglądany obraz zawładnął naszą wyobraźnią, w pewnym sensie skierował ją na określone tory. To już jest bardzo bliskie manipulacji.

Sama lubię, gdy film mnie zwodzi, zwłaszcza jeśli to kryminał. Lubię być też zaskakiwana i wprawiana w zachwyt – co zrobił na przykład Baz Luhrmann, reżyser filmu „Moulin Rouge”.
Bo ten film jest pięknie zrobiony. Jest swoistą bajką dla dorosłych, której trzeba dać się ponieść.

Ja się temu poddałam i świetnie się bawiłam.
Ale dałaś się ponieść dlatego, że reżyser tak go skonstruował. Uznałaś, że chcesz mu zaufać i pójść za nim. Czułaś się bezpiecznie.

Uważam nawet, że tak jak mamy „comfort food”, tak samo istnieją „comfort movies”, czyli filmy, które możemy oglądać w nieskończoność, bo wywołują w nas dobre odczucia, kojarzące się z przyjemnym momentem, z dobrym czasem w naszym życiu. Masz takie?
Na przykład „Pół żartem, pół serio”. Włączam go zawsze wtedy, gdy chcę się poczuć dobrze. Jak na osobę, która zajmuje się zawodowo kinem, mam dość osobliwą cechę. Otóż za pierwszym razem odbieram film bardzo emocjonalnie, nie zapamiętuję dokładnie każdej sceny. W związku z czym mogę obejrzeć go kolejny raz, już na spokojnie, i skupić się wtedy na szczegółach, konstrukcji scen. Ale pierwszy seans to są zawsze czyste emocje. Chyba że film jest źle zrobiony, to wtedy włącza się moje doświadczenie osoby, która już troszeczkę się na tym zna. Nie jestem już w stanie odbierać go całą sobą, bo skupiam się tylko na tym, jak to jest fatalnie zagrane czy wyreżyserowane.

(Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)(Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Niedawno pomyślałam sobie, że dla mnie dowodem dojrzałości, zaufania do własnych osądów, ale też pewnego nieliczenia się z opinią innych jest powiedzenie publicznie, w towarzystwie kilku osób, że podobał mi się film, który nikomu się nie podobał. Który uważają za kiepski lub niewarty uwagi.
Możemy to nazwać dojrzałością, proszę bardzo. Zdarzyło mi się tak powiedzieć już nieraz. Wielokrotnie doświadczyłam też – i to w gronie osób naprawdę znających się na kinie, krytyków i dziennikarzy – że po seansie połowa z nich była na tak, a połowa na nie w ocenie tego samego filmu. Bo odbiór kina zależy od wrażliwości widza. Przyjęłam więc zasadę, że mówię o filmach tylko dobrze. A jeśli nie wypowiadam się na temat jakiegoś tytułu, o którym wiele osób mówi i pisze, to znaczy, że mnie się ten film nie podobał. No chyba że ktoś wprost spyta o moją ocenę...

Często zresztą mi zarzucano, że nie daję krytycznych wypowiedzi. Stwierdziłam, że byłoby to nie fair wobec twórców, gdybym jakiś film zjechała, jak to się kolokwialnie mówi. Bo może kilka osób by jednak znalazło w nim coś dla siebie.

Nie masz wrażenia, że rozmowa o filmie często odsłania nas bardziej niż rozmowa o polityce czy wierze?
Myślę, że rozmowa o filmie odsłania przede wszystkim naszą wrażliwość. Co więcej, rozmowa po filmie z przyjaciółmi i znajomymi pełni bardzo ważną funkcję w procesie socjalizacji. Możesz zobaczyć, jak odnajdujesz się w grupie – na ile jesteś w stanie ochronić swoją indywidualność, na ile masz siły w sobie, by nie poddać się ocenie tłumu i mieć swoje zdanie. To można w sobie wypracowywać właśnie dzięki analizowaniu obrazów filmowych.

Dlaczego ja z taką pasją robię Dwa Brzegi? Bo konstruując repertuar, proponujemy czasem filmy trudne, niejednoznaczne, o których wiem, że dotkną wiele osób, bo na przykład opowiadają o pięknej miłości, ale… między dwiema kobietami, jak „Portret kobiety w ogniu”, czy między dwoma mężczyznami, jak „Samotny mężczyzna”. Jeszcze kilka lat temu wiele osób reagowało na takie filmy źle, odrzucając je w całości. Widziałam, jak przychodzili na spotkania z twórcami po projekcji i się podczas nich w ogóle nie odzywali. A że Dwa Brzegi mają dość wierną widownię, widziałam, jak wracają za rok, dwa i znów są na podobnym spotkaniu, ale tym razem zaczynają słuchać albo zadawać pytania, wyrażać swoje wątpliwości. Podjęcie dyskusji to już jest bardzo dużo!

Sztuka może poszerzać nasze horyzonty, dawać nam szansę, byśmy stawali się bardziej tolerancyjni. Głęboko w to wierzę.

Można by pomyśleć: po co nam w czasach kryzysu sztuka? Sama powiedziałaś, że na początku pandemii kino nie było najważniejsze. Ale kiedy sytuacja się uspokaja, a życie wraca do względnej normalności, pojawia się w nas potrzeba głębszych przeżyć.
Tylko ta potrzeba nie zawsze pojawia się sama z siebie. I właśnie tu upatruję sensu swojej pracy. Ale też artystów. Sednem tego, co robię, jest właśnie pokazywanie ludziom, którzy na co dzień są zajęci sprawami dnia codziennego, że film może być rozrywką, ale też może istotnie poprawić jakość ich życia. Na tym polega rola kreatorów kultury. By oswajać ludzi ze sztuką. Także w tych pandemicznych czasach. Bez obcowania ze sztuką stajemy się płascy, jednoznaczni. A przecież wszyscy mamy w sobie pokłady wrażliwości. Gdybyśmy poprzez sztukę, w każdej postaci – film, książkę, spektakl, koncert, wystawę – częściej do nich docierali, bylibyśmy o wiele łagodniejszym gatunkiem. Jestem o tym przekonana.

Więc kiedy już obejrzysz w kinie najnowszego Bonda z Danielem Craigiem, czego ci bardzo życzę, kogo chciałabyś zobaczyć w roli kolejnego agenta 007?
Czas już chyba na Bonda kobietę. A kto mógłby się w nią wcielić? Bardzo mi się podobała Sophie Marceau w roli Elektry w filmie „Świat to za mało”. Nie tyle była dziewczyną Bonda, co jego godną przeciwniczką. Poza tym, jak wiemy, w życiu prywatnym była w wieloletnim związku z mężczyzną niezwykle skomplikowanym, mówię tu oczywiście o Andrzeju Żuławskim, i się z tego związku wyzwoliła. Ma więc w sobie siłę, która moim zdaniem pozwoliłaby jej świetnie zagrać agentkę 007. Czekam też na takiego Bonda.

Grażyna Torbicka filmolożka, kinofilka, dziennikarka filmowa i krytyczka. Dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym i Janowcu. Najnowsza 15. edycja odbędzie się od 31 lipca do 8 sierpnia. Na łamach SENSu co miesiąc rozmawia o filmach z psycholożką Martyną Harland.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze