1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Scarlett Johansson – superbohaterka na ekranie i w życiu

Scarlett Johansson – superbohaterka na ekranie i w życiu

O tym, że zostanie aktorką, wiedziała już jako 3-latka. Imię Scarlett, na pamiątkę „Przeminęło z wiatrem”, nadała jej matka, fanka kina i jej menedżerka. (Fot. Mike Blake/Reuters/Forum)
Mówią o niej: świetna aktorka z seksapilem. Bywa porównywana do samej Marilyn Monroe. A jednak doborem ról i niezależną postawą Scarlett Johansson udowadnia, że udało jej się więcej niż boskiej Marilyn: zdobyć w filmowym światku szacunek. Za rolę w „Czarnej Wdowie” wynegocjowała stawkę, jaka do tej pory dla aktorek była nieosiągalna.

Tylko raz atrakcyjność Johansson okazała się dla kogoś…. nieatrakcyjna. Aktorka starała się o rolę Lisbeth Salander w „Dziewczynie z tatuażem”, ale reżyser David Fincher stwierdził, że jest zbyt seksowna. Zwykle to właśnie jej warunki zewnętrzne: zmysłowe usta, niski głos, krągłe kształty czy długie blond włosy (choć często obcinane lub farbowane na ciemno) zwracają największą uwagę i przynoszą angaż do filmów. Sama wielokrotnie się przeciwko temu buntowała. W jednym z wywiadów przyznała, że na długo została wtłoczona w szufladkę naiwnej i seksownej kobiety. – Klimat w dzisiejszym przemyśle filmowym jest zupełnie inny niż kiedyś. Aktorki w różnym wieku mają wiele wspaniałych możliwości, by grać przeróżne typy bohaterek. Kiedy miałam 20 lat, czułam, że zostałam zaszufladkowana i zhiperseksualizowana – mówiła. Po jednej z premier serii „Avengers” mówiła pół żartem, pół serio: „Dlaczego moi koledzy z planu dostają zawsze najfajniejsze pytania? O psychologię ich postaci lub wykańczający trening fizyczny. Ja jestem pytana tylko o to, ile musiałam schudnąć, by zmieścić się w ten obcisły kostium”. Poczucie humoru zresztą nigdy jej nie opuszcza i ratuje z wielu niezręcznych sytuacji.

Kiedy po raz pierwszy spotkałam się ze Scarlett osobiście, a było to przed laty w Nowym Jorku przy okazji premiery „The Spirit – Duch miasta” w reż. Franka Millera, zapewniała, że w ogóle nie czuje się wampem. – Może ludzie tak mnie postrzegają, bo to pasuje im do stereotypu seksownej blondynki, ale zapewniam cię, że jestem na co dzień zwykłą młodą kobietą, która, owszem, lubi się podobać, dba o siebie, ale bez przesady – powiedziała mi wtedy aktorka. – Uroda nie jest najważniejsza! Ja nie manipuluję seksapilem, by doprowadzać mężczyzn do zguby. Nie jestem ani tak cyniczna, ani wyrachowana jak Silken Floss w „The Spirit”, ani jak bohaterka, którą zagrałam w „Czarnej dalii” u Briana De Palmy. Oczywiście w każdą rolę wkłada się jakąś cząstkę siebie, doświadczeń życiowych albo chociaż przemyśleń. Nawet jeśli muszę grać postać psychopatyczną, którą przecież nie jestem. W takich sytuacjach często jednak zdaję się na intuicję, instynkt. Widzowie pytają często, ile w danej roli jest ze mnie. Tak było na przykład po premierze „Vicky Cristina Barcelona” Woody’ego Allena. Powiedziałam wtedy, że z Cristiną łączą mnie niektóre punkty jej życiowej filozofii. Mam na myśli jej apetyt na życie, chwytanie chwili, radość z tego, co przynoszą drobne codzienne zdarzenia.

Bywa porównywana do samej Marilyn Monroe. A jednak doborem ról i niezależną postawą Scarlett Johansson udowadnia, że udało jej się więcej niż boskiej Marilyn: zdobyć w filmowym światku szacunek. (Fot. Getty Images)

Od zaklinacza do wojowniczki

Niezależnie od jej walorów fizycznych jedno trzeba Scarlett przyznać. Urodziła się, by grać. O tym, że zostanie aktorką, wiedziała już jako trzylatka. Imię Scarlett, na pamiątkę romansu wszech czasów „Przeminęło z wiatrem”, nadała jej matka Melanie, fanka kina i jej menedżerka. – Koledzy dostawali listy książek do przeczytania. Ja miałam zestaw filmów do obejrzenia – wspominała w jednym z wywiadów.

Już jako kilkulatka zwariowała na punkcie Judy Garland. Jeśli przed lustrem nie wychodziło jej parodiowanie aktorki, wybuchała płaczem. By dojść do perfekcji, wymyślała dla siebie atrakcyjne nagrody. Dziś Scarlett Johansson może się pochwalić imponującym dorobkiem, grywa bardzo różnorodne postaci i jest porównywana z Meryl Streep, Holly Hunter czy Julianne Moore. Jej dojrzałe nad wiek aktorstwo zachwyciło przed laty Roberta Redforda. Kiedy zagrała w jego „Zaklinaczu koni”, miała zaledwie 13 lat. Na jej talencie poznali się także bracia Coen czy Sofia Coppola. Okres poważnego aktorstwa Johansson rozpoczęła właśnie jej filmem „Między słowami”. Potem zagrała w „Dziewczynie z perłą” Petera Webbera, w którym potwierdziła, że wcześniejsze opinie na jej temat nie są na wyrost. Od tej pory jej kariera nabrała rozpędu. Została muzą Woody'ego Allena, który obsadził ją kolejno we „Wszystko gra”, „Scoop – gorący temat” i „Vicky Cristina Barcelona”. Grała tam kobiety uwodzące, ale niepozbawione sprytu i inteligencji. Potrafiące walczyć o własne szczęście. Aż przyszedł rok 2010 i pojawiła się rola, która chyba oddaje najbardziej jej wojowniczą naturę.

Nikt nie spodziewał się, że obsadzenie Scarlett Johansson w roli jednej z najlepszych agentek komiksowego uniwersum Marvela spotka się z tak ogromnym entuzjazmem fanów serii „The Avengers”. Mimo to krytycy filmowi długo nie mogli jej wybaczyć romansu z kinem komiksowym. Aktorka odcinała się im, twierdząc, że lubi się bawić na planie. – Seria „The Avengers” to zupełnie inna jakość. Moja bohaterka od początku się w niej wyróżniała, choć dotąd była postacią drugoplanową – mówi na chwilę przed lipcową premierą najnowszego filmu: „Czarna Wdowa” w reżyserii Cate Shortland. – Natasha Romanoff, czyli Czarna Wdowa, nie jest tylko ozdobą grupy, ale jej ważnym elementem. Joss Whedon, reżyser superprodukcji, nie chciał sprzedawać wyłącznie jej atrakcyjności fizycznej. Dlatego podkreślał jej tajemniczą przeszłość, w tym wyszkolenie przez rosyjski wywiad. To wspaniałe, że ta postać doczekała się własnej opowieści.

„Czarna Wdowa” jest odpowiedzią na rosnące zapotrzebowanie na silne kobiece bohaterki. Młode fanki komiksów chcą zburzyć sztywny podział ról, w którym postaci superbohaterów zarezerwowane są dla mężczyzn, a kobiety są ich towarzyszkami. (Fot. BEW Photo)

Film, którego premierę zaplanowano na lipiec 2021 roku, odsłoni nieco rąbka tajemnicy i wyjaśni, co motywuje Natashę Romanoff do działania oraz dlaczego tak chętnie przystała do grupy Avengersów. „Czarna Wdowa” jest też odpowiedzią na rosnące zapotrzebowanie na silne kobiece bohaterki w Hollywood. Młode fanki komiksów chcą zburzyć sztywny dotąd podział ról, w którym postaci superbohaterów zarezerwowane są dla mężczyzn, a kobiety mogą być najwyżej ich towarzyszkami. Drogę przetarł film „Wonder Woman”, opowieść o innej komiksowej bohaterce, którego sukces kasowy zmiażdżył stereotyp mówiący o tym, że kobiece twarze nie gwarantują zarobków w kinie popkulturowym. Zachwyceni będą też fani aktorki, których przyzwyczaiła do tego, że świetnie odnajduje się w rolach pewnych siebie i silnych kobiet. Jej Natasha wyróżnia się charyzmą, zdecydowaniem, ale także sporą dozą wrażliwości. Sukces gwiazdy nie kończy się jednak na tym. Scarlett wynegocjowała tak samo wysoką gażę, jak m.in. Chris Evans grający Kapitana Amerykę czy Chris Hemsworth, filmowy Thor. Udowodniła tym samym, że jako kobieta wcale nie musi zarabiać mniej niż jej koledzy z planu, co niestety jest dość częstą praktyką w Hollywood.

Na świeczniku i w ogniu krytyki

Od czasu kiedy rozpoczęła swoją przygodę z Avengersami, wystąpiła też w kilku zupełnie nieblockbusterowych projektach. Najodważniejszym z nich było „Pod skórą" Jonathana Glazera, w którym zagrała kosmitkę, najpierw kuszącą mężczyzn swoim seksapilem, a potem ich pożerającą. Po raz pierwszy pokazała się na ekranie całkiem nago. W tym samym 2013 roku została obiektem westchnień uzależnionego od porno Josepha Gordona-Levitta w „Don Jonie”. A chwilę potem zaczarowała wszystkich swoim głosem w roli… oprogramowania komputerowego w filmie „Ona” Spike'a Jonze'a. Dało się słyszeć – nomen omen – głosy, że udowodniła swój talent daleko wykraczający poza seksapil; jeden z krytyków stwierdził, że za tę rolę powinna być nominowana do Oscara.

Niedawno można było oglądać ją w kameralnym filmie „Historia małżeńska". Obraz opowiadający o rozpadającym się związku i zbierający znakomite recenzje, jest dostępny na Netfliksie. Z kolei w filmie „Jojo Rabbit" Taiki Waititiego zagrała Niemkę, ukrywającą w czasie wojny żydowską dziewczynkę. Oba filmy przyniosły aktorce w ubiegłym roku nominacje do Oscara. Niestety żadnej statuetki jej nie przyznano. Ostatecznie musiała uznać wyższość Renée Zellweger, która triumfowała za rolę jej idolki Judy Garland, a także koleżanki z planu „Historii małżeńskiej” – Laury Dern. Jednak sam fakt podwójnej nominacji zdarza się bardzo rzadko. Przed Scarlett Johansson tylko jedenastu aktorom i aktorkom udała się ta sztuka.

Za pierwszoplanową rolę w filmie „Historia małżeńska” dostała nominację do Oscara i Złotego Globu. (Fot. materiały prasowe)

W 2020 roku nominowano ją również do Oscara za drugoplanową rolę Rosie w filmie Taiki Waitit „Jojo Rabbit”. (Fot. BEW Photo)

W przeszłości wielokrotnie była też krytykowana za przyjmowanie ról, których według części widzów przyjmować nie powinna. Po tym jak zagrała w filmie „Ghost in the Shell”, twórców produkcji i samą Scarlett oskarżano o „wybielenie” głównej bohaterki, w którą ich zdaniem powinna się wcielić azjatycka aktorka. W komiksie, na podstawie którego nakręcono film, grana przez Johansson postać Motoko Kusanagi była bowiem Japonką.

Zaledwie rok później Scarlett zdecydowała się zagrać autentyczną postać – Jean Marie Gill, mężczyznę uwięzionego w ciele kobiety, który stworzył sieć ekskluzywnych domów publicznych, ukrywając się za męskim przebraniem. Film zatytułowany „Rub & Tug” miał wyreżyserować Rupert Sanders, z którym aktorka współpracowała wcześniej przy „Ghost in the Shell”. Aktywiści ze środowisk LGBT byli oburzeni wyborem Johansson do tej roli, twierdząc, że w Gill powinna wcielić się osoba transpłciowa. Ostatecznie Scarlett zrezygnowała z projektu.

Niedługo potem znów stanęła w ogniu krytyki za to, że przez lata ignorowała oskarżenia o seksualne nadużycia wysuwane wobec Woody'ego Allena, którego przez pewien czas była ulubioną aktorką. Scarlett nie poszła w ślady innych gwiazd, publicznie przepraszając za granie w jego filmach. W wywiadzie udzielonym magazynowi „The Gentlewoman” pokusiła się jedynie o refleksję nad swoimi niektórymi zawodowymi decyzjami i wypowiedziami, które odbiły się echem w mediach. Gwiazda przyznała, że w przeszłości zdarzało jej się zbyt pochopnie komentować niektóre sprawy, czego obecnie się wstydzi. – Każdemu trudno przyznać, że się pomylił. Publiczne ujawnienie tego, że byliśmy bezmyślni albo nie potrafiliśmy spojrzeć na coś z szerszej perspektywy, jest krępujące. Ale jestem tylko człowiekiem. Mam swoją opinię na różne tematy, bo taka właśnie jestem. Co nie oznacza, że te opinie zawsze są słuszne – wyjaśniła.

Polskie korzenie, mąż komik

Ojciec aktorki Karsten Johansson jest duńskim architektem, a matka Melanie Sloan producentką filmową. Scarlett obchodzi zarówno Chanukę, jak i Boże Narodzenie. I ma podwójne amerykańsko-duńskie obywatelstwo. Kilka lat temu dowiedziała się, że brat jej pradziadka Saul wraz ze swoimi dziećmi zmarł w getcie warszawskim podczas II wojny światowej. Po zakończeniu wojny dziadkowie ze strony matki wyemigrowali z Polski do Stanów Zjednoczonych, a jej dziadek pracował jako sklepikarz w Nowym Jorku. To odkrycie sprawiło, że poczuła się bardziej związana ze swoimi polsko-białoruskimi i żydowskimi przodkami.

Choć 37-letnia Scarlett zbliża się do wieku, w którym Hollywood nie oferuje wiele aktorkom, to się tym nie przejmuje. Jej apetyt na życie bowiem nie słabnie. W wywiadach powtarza, że chciałaby reżyserować (na razie ma na swoim koncie film krótkometrażowy), produkować filmy, lubi pisać, nieźle też śpiewa. Jej debiutancka płyta, „Anywhere I Lay My Head” z coverami Toma Waitsa, była sukcesem komercyjnym, wprawdzie artystycznie to album zaledwie poprawny, ale za to do zaśpiewania w chórkach dał się namówić sam David Bowie.

Chociaż można o niej powiedzieć, że osiągnęła w zawodzie aktorki niemal wszystko, ona twierdzi, że nigdy nie ma się wszystkiego. – Dziś, z perspektywy czasu, myślę, że miałam szczęście znaleźć się w kilku właściwych miejscach we właściwym czasie – twierdzi. – Po drodze spotkałam wielu utalentowanych młodych ludzi, którzy takiego szczęścia nie mieli, a ich talenty gdzieś się zmarnowały. Ja dostałam swoją szansę i udało mi się ją wykorzystać.

W życiu prywatnym też jej się wiedzie – w październiku ubiegłego roku wyszła znów za mąż. Tym razem za Colina Josta, komika, pisarza i aktora, scenarzystę bardzo popularnego w Stanach programu satyrycznego „Saturday Night Live”, na którego to planie poznali się kilka lat temu. O tym wydarzeniu aktorka poinformowała świat w dość zaskakujący sposób.

Scarlett i Colin, jeszcze jako narzeczeni, podczas ceremonii rozdania Oscarów w 2020 roku. (Fot. Getty Images)

Na instagramowym profilu organizacji non profit Meals on Wheels America, pomagającej osobom starszym i ubogim, pojawił się taki oto post: „Cieszymy się, że możemy ogłosić, iż Scarlett Johansson i Colin Jost wzięli ślub podczas prywatnej ceremonii w towarzystwie najbliższej rodziny i przyjaciół, zachowując przy tym wszystkie zasady bezpieczeństwa związane z COVID-19. Ich ślubnym życzeniem jest pomoc innym w tych trudnych czasach. Rozważ przekazanie darowizny na cześć szczęśliwej pary”.

Scarlett Johansson, rocznik '84. Wraz z czwórką rodzeństwa (w tym bratem bliźniakiem) wychowywała się w Nowym Jorku. Karierę zaczynała w telewizyjnych reklamówkach, obecnie jest jedną z najpopularniejszych i najlepiej zarabiających aktorek na świecie. Prywatnie mama 7-letniej Rose Dorothy (z małżeństwa z Romainem Dauriakiem).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze