1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Agnieszka Grochowska: "Warto być odważnym"

Agnieszka Grochowska: "Warto być odważnym"

Agnieszka Grochowska-Gajewska jest laureatką dwóch Złotych Lwów na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za role w „Trzy minuty. 21:37” i „Obce niebo”, a także Orła za główną rolę kobiecą w filmie „Bez wstydu”. (Fot. Krzysztof Żuczkowski/Forum)
W szwajcarskiej produkcji „Moja cudowna Wanda” gra tytułową bohaterkę. Polkę zatrudnioną do opieki nad starszym mężczyzną. To nie tylko kino społeczne, ale i historia zaprawiona czarnym humorem. A dla Agnieszki Grochowskiej kolejne zawodowe wyzwanie i znak czasów, które sprzyjają utalentowanym polskim aktorkom.

Zawodowa rutyna – moi rozmówcy często przyznają, że to jej boją się najbardziej. Pani także?
Tak mi się wydaje… Obroną przed nią jest wybór ról, które bardzo różnią się od siebie, dają szanse na podjęcie ryzyka.

Tytułowa bohaterka filmu „Moja cudowna Wanda” na pewno należy do ról nieoczywistych. Obstawiam, że widzowie będą zaskoczeni.
Rola Wandy jest wynikiem spotkania z dobrą reżyserką i scenarzystką w jednej osobie, czyli z Bettiną Oberli. Niezwykle trudno zrobić ciekawy film bez dobrego scenariusza, nie pomogą piękne światło, zdjęcia, aktorzy. I taki moim zdaniem świetny scenariusz mamy tutaj.

Jak trafiła do pani propozycja zagrania Wandy?
Wzięłam udział w zdjęciach próbnych. Nie bez znaczenia jest fakt, że osoby zajmujące się castingiem wiedziały, iż wystąpiłam w kilku niemieckojęzycznych filmach, jestem w stanie przeczytać w oryginale scenariusz niemiecki i mogę mówić w tym języku. Niestety, tylko jako obcokrajowiec, niemniej jednak tu zgrało się to z moją postacią.

Zdradzę, że w obsadzie jest także Cezary Pazura.
Kiedyś przygotowałam listę życzeń, z kim chciałabym zagrać, i znalazł się na niej między innymi Czarek. No i kiedy Bettina zapytała mnie, czy znam aktora, który nazywa się Pazura, powiedziałam, że nie ma Polaka, który by go nie znał [śmiech].

„Moja cudowna Wanda” to opowieść podszyta czarnym humorem, z ciekawymi zwrotami akcji. Tutaj nikt nie jest niewiniątkiem, każdy ma coś za uszami.
Nie chciałam brać udziału w kolejnym filmie, który byłby rodzajem socjodramy, że oto do bogatych Szwajcarów przyjeżdża biedna Polka, którą wszyscy wykorzystują. Ten film jest o czymś innym. Brak tu jednoznacznych odpowiedzi i łatwych rozwiązań. Aktorzy nie podpowiadają widzom, co mają w każdej sekundzie myśleć – kto jest, a kto nie jest ofiarą, kto kim manipuluje. Ta sytuacja nieustannie się zmienia.

Widz ogląda zagmatwane rodzinne relacje i dopadają go wątpliwości. Bo czy córka Josefa, którym opiekuje się Wanda, nie wyszła za mąż dla pieniędzy i pozycji? A skoro tak, to jakie ma prawo oceniać Wandę? Pani bohaterka przynajmniej jest szczera, przyznaje, że sypia z Josefem z powodów finansowych.
Jeśli chodzi o sceny seksu z Josefem, to uświadomiłam sobie, jak bardzo tkwimy w tendencji do oceniania innych szczególnie w sytuacjach intymnych, wymykających się łatwemu definiowaniu. Zależało mi na tym, by widz zrozumiał bohaterkę, nie oceniał jej. Ona przyjechała do pracy, w której mimo dodatkowych obowiązków nie zarabia odpowiednio wysoko jak na warunki szwajcarskie, a więc zgadza się na nietypową propozycję Josefa, bo otrzymuje za to dodatkowe, niemałe pieniądze, które wysyła rodzicom, wychowującym jej dwójkę dzieci w Polsce. Chodziło mi o spojrzenie na taki „związek” z innej, wolnej od ocen perspektywy, tego ciągłego przekonania, że my wiemy najlepiej, jak ktoś powinien żyć, czy to jest moralne, czy nie. Reżyserka filmu nie daje odpowiedzi na te pytania.

Sprawę komplikuje także fakt, że między Wandą a Josefem czuje się nić sympatii, tych dwoje łączy poczucie wyobcowania. Temat filmu jest bardzo aktualny, kobiet takich jak Wanda jest w bogatszej części Europy niemało.
W samej Szwajcarii przebywa obecnie około 30 tysięcy Polek, które pracują u zamożnych rodzin. Świadomość tego, kim są te kobiety, jest w społeczeństwie szwajcarskim niewielka. Stąd stereotypy na ich temat. Myślę, że pewnie dlatego Bettina chciała zrobić ten film, wywołać dyskusję, przebić bańkę nieświadomości, tabu, hipokryzji, zachwiać przekonaniem, że oto my, Szwajcarzy, jesteśmy tacy wspaniali dla emigrantów, bo pozwalamy im u nas zarobić, choć jest to trzykrotnie mniej, niż zapłacilibyśmy swojej pielęgniarce czy sprzątaczce. Tymczasem to jest także rodzaj wyzysku.

No właśnie, film pokazuje zamożnych Szwajcarów w niezbyt korzystnym świetle. Jaki był jego odbiór na pokazie premierowym na festiwalu w Zurychu?
„Moja cudowna Wanda” otrzymała bardzo dobre recenzje. Film nie jest jednoznacznie antyszwajcarski, skłania do dyskusji. Jest tu też czarny humor, tragikomiczna forma, która sprawia, że łatwiej się rozmawia. Myślę, że i w Polsce film zostanie dobrze przyjęty. Problemy w nim pokazane są uniwersalne – w naszym kraju także pracuje coraz więcej emigrantów z Ukrainy, Białorusi, Azji. Wykonują słabo płatne prace, których Polacy nie chcą się podejmować. Oczywiście to nie jest tak wielka przepaść ekonomiczna, jak w przypadku Polaków i mieszkańców Europy Zachodniej, ale ten film może, mam taką nadzieję, i nas sprowokować do refleksji.

Kadr z filmu "Moja cudowna Wanda", który do polskich kin trafił 13 sierpnia. (Fot materiały prasowe)

Pamiętam jeszcze czasy, kiedy mówiło się, że polska aktorka lub aktor nigdy nie przedrze się przez barierę językową, bo co innego swobodnie rozmawiać, a co innego grać emocje, niuanse.
W każdej roli człowiek dowiaduje się czegoś innego o sobie, ale za granicą dochodzi jeszcze poczucie, że się sprawdzasz, że możesz pracować na całym świecie z różnymi aktorami i reżyserami. Niesamowite jest to, że można się komunikować w obcym języku z widzami w każdym zakątku świata, grając po angielsku albo po niemiecku. Jakieś 15 lat temu nie uwierzyłabym, że to jest możliwe. Dziś wydaje mi się, że takie negatywne myślenie, że sobie nie poradzę, to wielka strata energii. Jeśli się nie uda, trudno! To nie znaczy, że nie warto próbować.

Jest coraz więcej aktorek z Polski z powodzeniem grających za granicą: Joanna Kulig, Agata Buzek, Karolina Gruszka.
Świat się wymieszał i poszerzył. Kiedyś było nie do pomyślenia, żeby główne role w filmie amerykańskim zagrał ktoś, kto mówi z obcym akcentem. Wraz z wejściem na rynek platform cyfrowych widzom przestały takie rzeczy przeszkadzać. Zrozumiano, że to dobrze, że się różnimy.

Dlaczego przed laty odmówiła pani samemu Spielbergowi zagrania w serialu?
Wtedy byłam bardzo młoda i patrzyłam na świat, jak to młodzi, bezkompromisowo. Serial kojarzył mi się z telenowelą, operą mydlaną. Był to rodzaj ignorancji z mojej strony, bo już wtedy w Stanach zaczęły powstawać seriale ambitne. Ale też żałowanie, że czegoś nie zrobiliśmy, nie ma sensu. Widocznie to nie był wtedy jeszcze ten czas.

Współpraca ze Spielbergiem nie doszła do skutku, a i tak została pani dostrzeżona za granicą za sprawą takich filmów, jak: „W ciemności”, „Bez wstydu”, „Wałęsa. Człowiek z nadziei”. Zagrała pani między innymi w „Moja gwiazda: Teen Spirit” z Elle Fanning i w „Systemie” z Tomem Hardym. Szczególnie tego drugiego spotkania bardzo zazdroszczę. Zastanawiałam się, jaki Hardy jest na co dzień.
Miałam z nim zaledwie trzy, cztery dni zdjęciowe, a więc to trochę za mało, żeby poznać się bliżej. Natomiast na pewno mogę powiedzieć, że jest to człowiek niesamowicie otwarty. Kiedy spotkałam Toma Hardy’ego miesiąc po tym, jak już zrealizowaliśmy moją scenę, w Pradze – a było to w drodze na make-up między kamperami – przywitał się ze mną serdecznie i zapytał, co u mnie i co się dzieje w Warszawie. To nie tylko wybitny aktor, ale bardzo fajny, normalny, życzliwy kolega z planu.

Rola matki Elle Fanning też była niezwykła w pani filmowej kolekcji. Pokazała pani osobę wycofaną, z bagażem doświadczeń emigrantki z Europy Wschodniej, która panicznie boi się o swoją córkę.
Kiedy przyjechałam na premierę filmu, Elle powiedziała, że moja bohaterka, która ogląda występ córki w telewizji, przypominała jej własną mamę w podobnych sytuacjach. To taki rodzaj metafizyki w kinie. W „Moja gwiazda: Teen Spirit” mówimy po polsku, kiedy jesteśmy w domu. Ja i Elle. I w tym momencie widz dostrzega zmiany osobowości. Kiedy przechodzi się z polskiego na angielski i na odwrót, człowiek się przeistacza, i to widać na ekranie.

Skoro mówimy o macierzyństwie, trudno jest godzić wychowanie synów z wyjazdami na plany polskie i zagraniczne?
Akurat ostatnio tych wyjazdów było mniej z powodu pandemii. Niedawno skończyłam zdjęcia do polskiego filmu „Fucking Bornholm” w reżyserii Anny Kazejak. Kręciliśmy w Koszalinie i Mielnie. Moi chłopcy są przyzwyczajeni do tego, że często zmieniają miejsca pobytu. Dla nich informacja, że trzeba się pakować, bo znów gdzieś jedziemy, jest najwspanialszą informacją. Nawet jak nie wiedzą jeszcze, gdzie się wybieramy. Podróżowałam z nimi na zdjęcia, jak mieli po kilka miesięcy, a więc właściwie takie sytuacje są dla nich czymś normalnym i bardzo to lubią. Nieważne, czy jedziemy do Londynu, Zurychu, czy do Mielna. Oczywiście z nianią. A jak mam wolny dzień, chodzimy także na basen, lody. Staram się stwarzać im wtedy namiastkę normalnego życia. Fajne jest to, że moi synowie od najmłodszych lat chłoną obce kultury, lubią zwiedzać galerie, muzea. Chodzi o to, by nie traktowali takich wyjazdów wyłącznie jak wakacji, ale żeby obserwowali życie lokalne, żeby w nim uczestniczyli, żeby uczyli się rozumieć świat.

Coraz więcej kobiet kręci filmy i uprawia zawody filmowe, wzrosła świadomość, kwestia zapewnienia lepszych warunków bytowych pracującym na planie matkom staje się ważna.

Mówi pani o uczeniu się świata przez podróże. Takie podejście zawdzięcza pani, zdaje się, swoim rodzicom?
Pewnie dzięki nim mam taki sentyment do namiotów i pól kempingowych. Ucieszyłam się z tego, że „Fucking Bornholm” kręciliśmy na polu namiotowym i że będę mieszkała w kamperze, bo to mi przypomina moje dzieciństwo. Od 1989 roku, kiedy można było wreszcie zacząć swobodnie podróżować, dzięki pasji rodziców poznałam właściwie całą Europę. Z jednej strony zachwyt i kontakt z naturą, a z drugiej – nad pięknem architektury, skarbami galerii i muzeów. Walencja, Barcelona, Paryż, Ateny – pakowaliśmy się w samochód i przez wiele lat w wakacje przez miesiąc podróżowaliśmy po wybranych regionach Europy. Podczas jednego tylko lata przemierzaliśmy 5–6 tysięcy kilometrów. Takie doświadczenia i przygody zostają w młodym człowieku na całe życie, otwierają go na piękno, sztukę, przyrodę, innych ludzi, inne kultury.

Jak pani myśli, co to za moment w pani karierze? Ma pani poczucie spełnienia czy bardziej niedosytu?
Jestem cały czas w drodze. Nie mam potrzeby, by coś podsumowywać, zamykać jakiś etap mojego życia. Może dlatego, że wszyscy przeżyliśmy bardzo dziwny rok, trudny.

Uważam, że nie należy bać się swoich marzeń i warto mówić o nich głośno. Chciałabym na przykład zagrać z Meryl Streep, być jak skandynawscy aktorzy, którzy grają z najlepszymi na świecie. Wyobrażam sobie, że mogłabym zagrać z Madsem Mikkelsenem, chyba oszalałabym ze szczęścia! I nie chodzi o to, czy mi się to przytrafi, czy nie, ale o to, że taka możliwość istnieje.

Wiem jedno: warto być odważnym, strach przed nowymi wyzwaniami jest tylko w naszych głowach, sercach. Tak naprawdę nie ma się czego bać. To, że jesteśmy, że możemy coś zrobić, jest zupełnie niesamowite.

Agnieszka Grochowska-Gajewska rocznik ’79. Ukończyła Akademię Teatralną im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Laureatka dwóch Złotych Lwów na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za role w „Trzy minuty. 21:37” i „Obce niebo”, a także Orła za główną rolę kobiecą w filmie „Bez wstydu”. Prywatnie mama dwóch synów: dziewięcio- i sześciolatka.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze