1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Sławomira Łozińska: „Mam w sobie spokój”

Sławomira Łozińska: „Do aktorstwa mam stosunek miłosny, podparty koniecznością potwierdzania zawodowstwa, czyli dbania o rzemiosło. To nie jest zryw, który mnie niesie. Muszę mieć w sobie coś, co wypełni postać”. (Fot. Adam Tuchliński)
Aktorstwo nigdy nie zdominowało jej życia, chociaż role w serialach „Daleko od szosy”, „W labiryncie” czy „Barwy szczęścia” przynosiły popularność, a te grane w teatrze – również uznanie krytyków. Sławomira Łozińska wracała do zawodu, kiedy miała coś do powiedzenia.

Z jakimi emocjami wchodziłaś w rolę Jolanty Brzeskiej, za którą odebrałaś nagrodę na ostatnim festiwalu w Gdyni?
Z poczuciem zagrożenia. Było odczuwalne w zorganizowanej na planie przestrzeni – rodzinny, niezbyt zamożny dom z książkami, który z upływem czasu się degraduje, ubywa w nim sprzętów. Pokazujemy jej życie rodzinne, narastający strach, a potem poczucie samotności w walce z całym systemem. Grając „Lokatorkę”, nie mogłam nie mieć konkluzji, że dla systemu jednostka jest zerem. Film prowadzony jest z perspektywy prowadzącej śledztwo młodej policjantki, która przechodzi wewnętrzny proces – od doświadczeń obnażających przeżarty korupcją system aż do próby wyjścia z niego.

Ale determinacja Brzeskiej jest Ci bliska?
Mam większą skłonność do determinacji niż do rozsądnego działania. Ale moje walki nie są specjalnie krwawe.

Masz siłę życia. Umiesz się podnosić.
Nie nazywałabym tego podnoszeniem się. Może to tak wyglądać, bo latami nie uprawiałam swojego zawodu. W pracy zawsze byłam blisko teatru, nawet robiąc inne rzeczy. Początek lat 90., okres transformacji ustrojowej, zaowocował redukcją zespołów aktorskich w całej Polsce. W pewnym momencie sama zostałam zwolniona i już poczułam się być może trochę jak Brzeska.

Długo czekałaś na dużą rolę.
Właściwie nie wiem, jak odpowiedzieć. Że wielka radość, bo powrót na duży ekran? Jestem bardzo zapracowana, jak wiesz. Mam mnóstwo zadań, niekoniecznie aktorskich. Myślałam raczej, jak zorganizować sobie trzy miesiące pracy w pandemii, jeszcze przed szczepieniami, odsuwając wszystko inne.

Bywało, że na długo rezygnowałaś z grania. Bez żalu?
Do aktorstwa mam stosunek miłosny, podparty koniecznością potwierdzania zawodowstwa, czyli dbania o rzemiosło. To nie jest zryw, który mnie niesie. Muszę mieć w sobie coś, co wypełni postać. Nie chciałam grać, kiedy nie miałam z czego czerpać. Nie mogłam, kiedy wszystko, co najważniejsze, działo się we mnie i nie było do pokazania. Czasami godziłam się na dwa dni do serialu albo filmu, kiedy wymagał tylko pewnej sprawności i nauczenia się tekstu. To nie tak, że bałam się wykonywać zawód, ale nie miałam w sobie „zapasu” na tę pracę. Oczywiście mogłam nic nie robić, ale wybierałam inne przestrzenie – wpadałam z pasją a to w wiceprezesowanie w ZASP-ie, a to w pracę w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji, czy dużo później dyrektorowanie teatrowi Ateneum. A ponieważ był taki okres mojego życia, kiedy wszystko legło w gruzach, musiałam robić zupełnie inne rzeczy niż grać.

Dzisiaj już nazywasz to, co się wydarzyło?
Nie chcę mówić do czytelników tego, co ty wiesz, więc nie zadawaj mi tego pytania. W mediach wszystko jest wywalane na wierzch, a to każe mi bardzo ważyć słowa.

Zaglądasz w przeszłość?
To bagaż, który cały czas mam przy sobie. Chcę zachować ostrożność, żeby to wszystko się z niego nie wysypało. Mam swoje sposoby, a najbardziej skuteczny z nich to omijanie.

Co czułaś, kiedy nie grałaś?
Nigdy nie myślałam: o Boże, wejść na scenę, nawet najmniejszą, niechby 20 osób przyszło! Nie znam tego. Nie panikowałam: nikt o mnie nie pamięta! Zawsze czułam, że mogę wrócić i że to w dużym stopniu zależy ode mnie. Nie zależało. Wiedziałam, że jeśli znajdę w sobie taką możliwość, to postaram się wrócić. Na moją nieobecność w aktorstwie miały wpływ różne okoliczności. Wybuchł stan wojenny, był bojkot telewizji – nie przyjmowaliśmy tam pracy. Byłam pełna podziwu dla kolegów, którzy robili podziemny „teatr domowy”, ale nie miałam takiego zapału. Spalił się Teatr Narodowy, gdzie miałam etat. Zajmowałam się synami. Macierzyństwo okazało się odkryciem. Bardzo chciałam je dobrze przeżyć. I bardzo się denerwowałam, kiedy coś odrywało mnie od tej powinności.

Twoim mężem był Janusz Olejniczak, najmłodszy laureat Konkursu Chopinowskiego z 1970 roku, koncertujący na świecie. Ciebie już kochali widzowie za „Bronkę” z serialu „Daleko od szosy” z 1976 roku. Oboje odnosiliście sukcesy.
Sukces Janusza był zawsze niepodważalny, wielki. W stanie wojennym Januszowi nagle rozsypały się kontrakty niemieckie, południowoamerykańskie, nad którymi pracował kilka lat.

Rezygnowałaś z siebie?
Tak, nie tylko z pracy zawodowej. Bardzo wcześnie mieliśmy dzieci, to oczywiste, że ktoś musiał zorganizować życie.

Organizowałaś życie artystyczne męża?
Miałam takie poczucie, ale bardzo krótko. Wiedziałam, że nie jestem osobą, która je dobrze Januszowi organizuje. Byłam od zawożenia dokumentów we właściwe miejsca, kontaktów z Pagartem, kserowania nut, wożenia i odbierania ubrań z pralni. Ale na pewno nie byłam osobą, która odpowiadała za pracę Janusza w sposób duchowy. Bardzo szybko to odczułam, więc skupiłam się na ksero.

Był ktoś, kto ci mówił, że za mało zajmujesz się sobą?
Tak, oczywiście. Ale ja tak nie uważałam. Dostawałam jakieś propozycje, ale chyba nie miałam serca do pracy. Aż okazało się, że ta moja pomoc jest bez sensu. Myśmy byli razem 20 lat. Po rozwodzie jesteśmy 26, prawie 27. Nie oddałabym jednego dnia relacji, jaka jest teraz między nami, za wiele dni naszego małżeństwa. Dopiero teraz jest przyzwoicie, choć nie idealnie. Gdyby wówczas istniał ten element przyjaźni… Ale myśmy się chyba nie zdążyli zaprzyjaźnić.
[Telefon]. O, to Janusz. A ja właśnie mówię o tobie w wywiadzie […]
Relacje między nami stawały się już tak trudne, paskudne nawet, że wtedy nie umiałabym sobie wyobrazić, że kiedyś będzie tak dobrze.

Że staniecie się dla siebie wsparciem?
Na pewno bardziej, niż byliśmy. Nie wiem, czy on tego potrzebuje ode mnie, ale dla mnie celność jego zdań jest istotna. Jest między nami fajnie.

Po rozwodzie wróciłaś do Narodowego, tym razem jako koordynatorka pracy artystycznej, ustawiając terminy prób i spektakli aktorom i reżyserom. To była praca na przeczekanie?
To w ogóle nie mieściło się w moich kalkulacjach. Byłam wtedy wiceprezeską Związku Artystów Scen Polskich. Jerzy Grzegorzewski, który chciał mnie widzieć na scenie, zaangażował mnie do wieloobsadowej „Nocy listopadowej”. Miałam też ciekawe doświadczenie w „Saragossie” u Tadeusza Bradeckiego, bo chciałam się spotkać z jego wizją teatralną, ale już tego nie wytrzymałam. Na początku ten teatr miał nieduży zespół, praca koordynatora była dość prosta. Ale potem wszystko zaczęło się rozwijać. Kiedy Kazimierz Kutz obsadził mnie w „Kartotece” Różewicza, powiedziałam mu, że nie jestem w stanie pogodzić grania ze swoją pracą.

Byłaś gotowa oddać rolę za pracę przy biurku?
Tak, bo zostałam przyjęta do pracy jako koordynator i bardzo poważnie to traktowałam. A musiałam mieć stałą pracę. Poza tym miałam wolne wieczory, a miałam dzieci i byłam sama. Takie regularne granie u mnie zaczęło się dopiero od „Barw szczęścia”, serial przyszedł we właściwym momencie, po dziesięcioletniej aktorskiej przerwie, nie miałam akurat innych obowiązków. Oczywiście, jak to w życiu, szybko się pojawiły, a w Narodowym wróciłam na scenę.

Studiowałaś z Krystyną Jandą, Joanną Szczepkowską, Ewą Ziętek, Emilianem Kamińskim, Barbarą Winiarską, Pawłem Wawrzeckim. Wzajemnie się sobą zarażaliście?
Byliśmy „rokiem” widocznym i – co wszyscy podkreślali – „inteligentnym”. Profesorowie teoretycy bardzo nas lubili, bo nie olewaliśmy historii sztuki. Uczyła nas młodziutka Agnieszka Morawińska, a Krzysztof Teodor Toeplitz raz w tygodniu w salce projekcyjnej SPATiF-u pokazywał nam kinowy kanon – od braci Lumière do „Psa andaluzyjskiego”. Z jego zajęć wszyscy dostaliśmy piątki. Zapytałam po latach: ale jak to się stało? „Bo byliście zachwycający” – odpowiedział. Pamiętam, że wszystko nas ciekawiło, toczyliśmy wrzące dyskusje.

Skąd wziął się u Ciebie teatr?
Dla moich rodziców najważniejszy był dyplom ukończenia studiów. Gdyby szkoła teatralna go nie dawała, mieliby większy opór. Moi rodzice byli teatromanami, rozmawiali: „A w Dramatycznym to, a we Współczesnym to…”. Dość późno mieliśmy telewizor i mało się go oglądało, ale poniedziałkowy Teatr Telewizji – zawsze. Rozmowy rodziców o teatrze były nabożne. Postanowiłam to wykorzystać, choć być może bali się, że teatr jest dla mnie niedostępny.

Zaraziła cię Irena Prusicka, twoja nauczycielka, przedwojenna tancerka i choreografka, która uczyła tańca Stefanię Grodzieńską czy Wierę Gran?
Prowadziła zajęcia z rytmiki i tańca w szkole im. Benito Juáreza, do której chodziłam. Myśmy co roku śpiewali „¡Viva la amistad mexicana polaca!”. Irena Prusicka miała posągową urodę – płomieniste rude włosy, była szczupła, bardzo zgrabna, wyraziście mówiła, stale przy pianinie i nawet z odwróconą głową potrafiła wyłapać błąd. Prowadziła też teatr. Jej uwagi dotyczące mojej fizyczności, sposobu poruszania się, bardzo mi pomogły. Potem, kiedy byłam dorosłą aktorką, zaczęłam ją odwiedzać na Pradze. Była już mocno starszą osobą. Ni stąd, ni zowąd, w połowie lat 90., powiedziała: „Moja droga, mam dla ciebie jeszcze 20 minut, bo potem przychodzą panie na aerobik”. Jak to na aerobik? „Prowadzę zajęcia dla koleżanek emerytek”. Aerobik był wówczas najnowocześniejszą metodą budowania formy fizycznej, pojawiły się kolorowe trykoty. I pani Irena w to weszła. Może bym dołączyła?, zapytałam. „Nie, nie, moja droga, jeszcze jesteś za młoda, jeszcze nic o tym nie wiesz”. To była fascynująca osoba, długo nie wiedziałam, że ma za sobą doświadczenie warszawskiego getta. Zresztą w tamtym pokoleniu niewiele mówiło się o przeszłości.

Twoi rodzice mówili?
Ojciec był w AK. Wiedziałam, że o tym nie było można głośno mówić, na przykład w szkole. Ale w rodzinie zawsze było wiadomo. Czułam tę podwójność, ponieważ należę do pokolenia, które urodziło się tuż po wojnie. Jest wojna, nie ma wojny. Jest pokój, jest spokój. Dla mnie ta wojna jakby się dopiero wczoraj skończyła, jakby się ją wciąż czuło, była obecna. Kiedy byłam mała, to już wiedziałam, gdzie był mój tata w czasie jednej i drugiej okupacji. I że troje czy czworo jego najbliższych znajomych to AK-owcy.

Żołnierze AK trafiali do więzienia na Rakowieckiej, w którego pobliżu mieszkaliście.
Nasze podwórko było murem granicznym tego więzienia. Dobrze je pamiętam. Moja mama pracowała naprzeciwko, czyli w SGPiS, dziś Szkole Głównej Handlowej. Stale mijało się to więzienie. Był chyba pewien strach, bo miałam świadomość, co tam jest. Nasza kamienica nie była zburzona w czasie wojny, ale wypalona. W piwnicy ciągle był zapach spalenizny, czułam go, schodząc po węgiel, bo jeszcze paliło się w piecach. Warszawa była już potężnie odbudowywana, ale wciąż było sporo ruin. Idąc do szkoły na Narbutta, mijałam komunikaty: Min niet, czyli „min nie ma”, zapisane na wysokości oczu. Dwa razy widziałam Władysława Broniewskiego, bo na rogu przy Rakowieckiej był postój taksówek i była budka z piwem. Tata mi go pokazał, mówiąc: „To jest poeta”. Byłam przestraszona, bo miał rozwiany włos, był pijany i w towarzystwie pijaczków.

O wojnie rozmawiałaś z Irit Amiel, twoją przyjaciółką, izraelską pisarką, nominowaną do Nike za „Osmalonych” i „Podwójny krajobraz”, ocalałą z częstochowskiego getta.
To była przyjaźń między dwiema kobietami, bardzo silna. Nigdy nie odczułam różnicy wieku, a przecież Irit była prawie z pokolenia moich rodziców. Pisała, żeby dać świadectwo swojej prawdy o Zagładzie. W jej książkach widać, co było dla niej ważne – czyli że jest szczęśliwą kobietą i stworzyła sobie poczucie własnej wartości, i nikt nie był w stanie jej tego pozbawić, a trudne doświadczenia i lęki nie zdołały tego zburzyć. Otworzyła sobie świat – pracowała w liniach lotniczych, miała biuro turystyczne. Przeszłam przy niej szybki kurs przeżycia. Na wielu polach, może z wyjątkiem zawodowego, była moją mentorką. Doświadczenie budowania rodziny uznawała za największy sukces, bo choć jej nie ma, rodzina istnieje dalej. Gdyby nie przeżyła Zagłady, ona jedna, ich by nie było.

Zawsze miałaś poczucie własnej wartości?
Raz mniejsze, raz większe. To chyba się z domu wynosi. Ani mnie, ani siostrze rodzice nie lukrowali: „O, jesteś najmądrzejsza”. Jeśli już, to: „Stać cię na więcej”.

(Fot. Adam Tuchliński)

Co myślisz o Bronce z „Daleko od szosy”, gdy patrzysz na nią dzisiaj?
No cudo! Miałam poczucie zaufania, jakim obdarowali mnie reżyser i operator, panowie z Wileńszczyzny, czyli Zbyszek Chmielewski i Mikołaj Sprudin. Słuchali mnie, słuchali i mówili: „Dobrze”. Czułam się zauważona. To był serial o awansie społecznym, o którym się wtedy dużo mówiło. Ludzie mogli się utożsamiać z jego bohaterami, bo przecież całe tamto pokolenie wykonało niesamowity krok do przodu.

Jak wyobrażałaś sobie przyszłość?
Chyba zawsze tak samo – żeby nic się w moim życiu nie zmieniło. Nie wiem, czy to rozumiesz. Żeby się nie wywróciło.

Ale się wywracało. Więc skąd miałaś tę siłę, żeby się podnieść?
Nie wiem, po prostu się nie ujawniam, nie pokazuję tego, co się dzieje. Ta rozmowa jest trudna, bo się znamy, dużo wiesz, a ja nie wiem, czy mówić.

Kiedy po śmierci syna zdecydowałaś – teraz powalczę o swoje życie?
Nie, nie walczyłam. O, przeżyłam jeden dzień, to dużo, o, ile jeszcze tych dni przeżyłam? Musiałam wypełniać jakieś czynności. Ponieważ żyli moi rodzice, starałam się, żeby w tej tragedii nie mieli ze mną kłopotu. Byli nieprawdopodobnie dzielni. Głównie o tym myślałam, to mnie ratowało. Zawsze byłam chorobliwie samodzielna i to myślenie o nich było w pewnym sensie doznawaniem ich opieki. Więc byłam dzielna, lata płynęły. Kiedy odeszli, zaskakując mnie, „że to już”, mogłam przestać udawać, ale wciąż łatwo mi założyć tę formę, schronić się w niej.

Gdzie był w tym Twój drugi syn?
Paweł miał swoją żałobę.

One były równoległe?
Tak. Myślę, że to się źle stało. Może powinnam się nim bardziej zająć, przerzucić nadopiekuńczość na Pawła, ale nie byłam w stanie tego zrobić. Był w klasie maturalnej, na pewno powinnam więcej się nim zająć, ale poza niesprawianiem kłopotu swoim rodzicom nie byłam w stanie w ogóle zająć się niczym innym.

Myślisz czasami, że świat mógłby znów się wywalić?
W tej chwili mam obojętność. Wiesz, mój świat wywrócił się raz, co jeszcze mógłby mi zrobić? A może on się wywraca codziennie?

Myślisz o tym ze spokojem?
Ktoś mógłby też ocenić, że z rezygnacją. I nie wiem, jak udowodnić, że tak nie jest. Że mam w sobie spokój. W lockdownie brakowało mi podróży, spotkań z ludźmi. Brakowało mi ruchu. W ruchu jest obrona, bo zmieniasz kąt spojrzenia, inaczej pada światło, zyskujesz perspektywę.

Odbierając w Gdyni nagrodę, dziękowałaś „za rolę tytułową, ale nie główną”.
Bo w ogóle nie lubię dużych ról. Najważniejsze jest brać udział w czymś ważnym – i żeby to było w dobrym towarzystwie. Sama robota jest frajdą. Nawet ta najmniejsza.

Sławomira Łozińska: aktorka; od 1973 roku z przerwami związana z Teatrem Narodowym w Warszawie. Była aktorką Teatru Nowego. Występowała także w teatrach Współczesnym w Szczecinie, Miejskim w Lesznie i warszawskich, m.in.: Ochoty, Komedia, Polonia i w Videoteatrze „Poza”. Była dyrektor naczelną teatru Ateneum, wiceprezesem ZASP, członkiem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Zagrała w ponad 80 filmach telewizyjnych, kinowych i serialach oraz w wielu spektaklach Teatru Telewizji. Na ostatnim festiwalu w Gdyni odebrała nagrodę za drugoplanową rolę kobiecą w filmie „Lokatorka” Michała Otłowskiego.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze