1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Cate Blanchett: „Nie jestem zainteresowana graniem siebie”

Cate Blanchett:– Nie jestem zainteresowana graniem siebie. Dla mnie w aktorstwie zawsze chodzi o zrozumienie czyjejś perspektywy. Im dalej od własnych doświadczeń i wartości, tym bardziej fascynująca jest dla mnie postać. (Fot. East News)
Kiedy jest wesoła – śmiejesz się, gdy łamie jej się głos i wilgotnieją oczy – przejmujesz się na na żarty. Jej największą siłą jest to, że potrafi nas skłonić do spojrzenia na świat jej oczami. Cate Blanchett nigdy nie udaje. Zwłaszcza kiedy gra.

Bardzo często podkreśla się jej nadzwyczajne zdolności aktorskie – potrafi mówić z dowolnym akcentem (australijskim, irlandzkim, szekspirowskim brytyjskim, amerykańskim z kilku stanów), jej głos obejmuje trzy oktawy, śpiewa, tańczy, gra na harmonijce ustnej jak Bob Dylan. Rzadziej zaś pisze się o tym, że zawsze jest sobą. Na scenie, w filmie, w życiu prywatnym i zawodowym, w obozach dla uchodźców i na czerwonym dywanie.

Prostolinijna, ale nie prostoduszna. W swoich rolach lubi odwracać kota ogonem, zwodzić, podważać powszechne opinie. W najnowszym filmie Guillerma del Toro, gra tajemniczą doktor psychiatrii. W jednej ze scen mówi do bohatera (granego przez Bradleya Coopera), który podaje się za medium: „To nie ty oszukujesz ludzi. Oni sami się oszukują”. W hicie Netflixa, komedii „Nie patrz w górę”, gra dziennikarkę telewizyjną, gospodynię popularnego programu. Jest uosobieniem wszystkich możliwych stereotypów: opalona na złoty brąz blondynka w czerwonej sukience, demonstrująca przy każdej okazji idealnie wybielone zęby. W pierwszej chwili zastanawiasz się, dlaczego jedna z najlepszych aktorek na świecie, która jeszcze przed pięćdziesiątką zdobyła dwa Oscary, robi za tło dla Leonarda DiCaprio, Jennifer Lawrence i Meryl Streep. I wtedy nadchodzi ta scena – ona z kochankiem, nagle zjawia się żona. Chwila konsternacji i postać Cate mówi coś w stylu: „Okay, przyspieszmy akcję. Wszystko sprowadza się do odpowiedzi na pytanie, czy w ciągu następnych pięciu minut on wróci z tobą do domu, czy pójdzie ze mną do sypialni”. I już nie jest żadnym tłem... Podobnie z jej macochą z „Kopciuszka” Kennetha Branagha. To nie jest kwoka, która trzęsie się o swoje dzieci – jak pokazano już setki razy – ale narcystyczna i niezdolna do empatii kobieta, która nienawidzi młodości i szlachetności swojej pasierbicy. W jednym z wywiadów zapytana o to, jak buduje postać, odpowiedziała:
„Oczywiście, masz na to jakiś swój pomysł, ale tak naprawdę stwarzasz bohaterkę dopiero podczas gry, na planie lub w scenie, razem z innymi. Tak jak idąc na przyjęcie, nie zakładasz przecież z góry, z kim będziesz tam rozmawiała i co mu powiesz”.

Druga półkula

Cate Blanchett jest z Australii. Nie dla wszystkich to jest oczywiste, bo jej ojciec był Amerykaninem, a ona z mężem i czwórką dzieci przeważnie mieszkała w Anglii. Dla Imperium Brytyjskiego Australia zawsze była prowincją. Tymczasem wspaniała, iście królewska prezencja aktorki i jej zawodowe sukcesy sprawiają, że zdaniem wielu powinna „mierzyć wyżej”. Jednemu z dziennikarzy, który zaczął wypowiedź od słów: „Australijczycy są szorstkimi, grubo ciosanymi ludźmi”, przytaknęła: „Tak! To cała ja!”. Innemu, który na wizji długo upewniał się, czy Tasmania to też Australia, poradziła skorzystanie z Wikipedii. Bycie Australijką to jej świadomy wybór i ma swoje konsekwencje. To kontynent, gdzie ludzie nadal wychowywani są w szacunku dla przyrody. Cate Blanchett od 15 lat jest ambasadorką Australijskiej Fundacji Ochrony Przyrody. W programie Ellen DeGeneres z satysfakcją opowiadała o tutejszych pająkach, których ugryzienie powoduje, że masz 11 minut, by dotrzeć do szpitala, a opisując prezent od męża – kanoe z przezroczystym dnem z pleksiglasu – stwierdziła: „Widzisz przez nie wszystko, nawet rzeczy, których raczej wolałabyś nie oglądać z bliska, jak rekiny”.

Dziesięć lat temu oficjalnie poparła wprowadzenie przez rząd Australii podatku węglowego, co było wyrazem nie tylko jej poglądów, ale i wieloletnich działań – wraz z mężem Andrew Uptonem od 2007 roku prowadziła wzorcową akcję przekształcenia zabytkowego budynku The Wharf, siedziby Sydney Theatre Company (którym kierowali oboje przez kilka lat), zgodnie z zasadami zrównoważonego rozwoju: słoneczne panele, zbieranie deszczówki (odzyskują 80 proc. wody), recykling materiałów i minimalizacja odpadów. Wzięła wtedy na klatę cały hejt ze strony konserwatystów (prawicowa prasa nazwała ją zarabiającą miliony gwiazdą, która pół roku spędza w Hollywood, więc nie obchodzą jej rachunki za ogrzewanie zwykłych ludzi) i w odpowiedzi włączyła się w akcję nagłaśniającą dopłaty rządowe do cen energii.

Z Australii jest wszędzie daleko, więc jeśli ktoś stamtąd wyjeżdża, to nie jest to zwykła podróż, tylko praktycznie przeprowadzka. Blanchett i Upton przeprowadzali się już kilka razy – pierwsze dziesięć lat małżeństwa spędzili w Anglii, w Brighton, potem wrócili do Sydney, a pięć lat temu kupili wiejską posiadłość w Crowborough, sto kilometrów od Londynu. Cate prawie nie rozstaje się z mężem i dziećmi, więc przy każdym jej kontrakcie przemieszczają się razem z nią. „Cudowny przypadek Benjamina Buttona” oznaczał dla nich pobyt w spustoszonym huraganem „Katrina” Nowym Orleanie, kiedy policja walczyła jeszcze z bandami szabrowników, „Utalentowany pan Ripley” – kilka tygodni w Rzymie, a serial „Mrs. America” – pół roku w Toronto. Ostatnio paparazzi złapali ich na ulicy w Berlinie – Cate, Andrew, dwóch młodszych, nastoletnich synów, a także sześcioletnią Edith na rowerku i jej nianię – podczas zdjęć do dramatu „Tár”, który zobaczymy w tym roku. Aktorka gra w nim Lydię Tár, dyrygentkę wielkiej orkiestry symfonicznej i matkę adoptowanej syryjskiej dziewczynki.

W znakomitej obsadzie nowej produkcji Netflixa „Nie patrz w górę” oprócz Cate Blanchett znaleźli się także: Tyler Perry, Leonardo DiCaprio i Jennifer Lawrence. (Fot. materiały prasowe Netflix)

Blanchett od 2015 roku współpracuje też z UNHCR, agendą ONZ do spraw uchodźców. Była z misją w obozach na terenie Jordanii, Libanu i Bangladeszu, składała sprawozdanie przed Radą Bezpieczeństwa ONZ o zbrodniach przeciwko ludowi Rohingja w Birmie i na szczycie ekonomicznym w Davos. To nie były polityczne przemowy. Jej wystąpienia są proste i emocjonalne. Relacjonując rozmowę z mężczyzną o imieniu Muhammad, który na ostatnim odcinku drogi z Syrii do Jordanii musiał zdecydować, czy będzie niósł dalej walizkę z całym dobytkiem rodziny, czy któreś z jego zostających w tyle dzieci, Cate zaczyna płakać i mówi: „A dzieci są przecież tak cholernie ciężkie!”. Słuchasz tego i wiesz, o czym ona myśli, bo nagle myślisz to samo – że choć siedzisz we własnym domu i niczego ci nie brakuje, to równie dobrze mógłby być to twój wybór i twoje dziecko.

Razem z mężem wyprodukowała krótki serial „Bezpaństwowcy”, który można obejrzeć na Netflixie. Jego kanwą stało się autentyczne wydarzenie – Cornelia Rau, australijska stewardesa o niemieckich korzeniach, która po kontaktach z sektą Kenja Communication popadła w chorobę psychiczną, została – w wyniku ucieczki przed policją – uznana za nielegalną imigrantkę z Niemiec i zesłana do ośrodka w Baxter. Tam była więziona kilka miesięcy, mimo że rodzina zgłosiła jej zaginięcie i prowadziła poszukiwania, a zdjęcie Cornelii rozesłano do wszystkich służb w kraju. O ironio, o pomoc psychiatryczną dla Australijki zabiegali uchodźcy z Afganistanu, sami przetrzymywani w obozie w Baxter latami…

Nie lubię grać siebie

„Bezpaństwowcy” wciągają niczym najlepszy thriller, ale najbardziej przerażającą rzeczą w tym serialu nie jest przemoc, ale biurokracja. Fasada osłaniająca bezradność, bezczynność i kierowanie całej energii na zachowanie swego stołka. To w sumie bardzo w stylu Cate Blanchett – kiedy ty jako widz masz ochotę rozsiąść się w fotelu i zobaczyć, jak dobrzy roznoszą w pył złych, ona psuje zabawę. Mówi: to nie ludzie są źli, ale system. Nie wystarczy zmienić nazwisko czy narodowość, trzeba zmienić zasady. Trzeba zmienić świat. W 2020 roku w ramach wsparcia dla australijskiego projektu dla lepszego życia po pandemii Blanchett napisała w eseju: „Wszyscy musimy przyswoić sobie trudną lekcję: biznes nie jest rządem, a rząd nie powinien być biznesem”.

Inny głośny serial, którego była współproducentką, to „Mrs. America” (do zobaczenia na HBO Go). Gra tam główną bohaterkę – konserwatywną działaczkę Phyllis Schlafly – skałę, o którą w latach 70. rozbiła się pierwsza fala feminizmu. Prawdziwa Schlafly była pierwszą osobą, która przekonała prawicowych polityków, że gospodynie domowe to nie tylko głosy wyborcze, ale realna siła nacisku. Kłamała, manipulowała, zawierała sojusze z ekstremalnymi nacjonalistami i rasistami z Ku-Klux-Klanu, jednocześnie rozdając ciasta domowej roboty. Przekonywała, że ERA – poprawka do konstytucji USA o równych prawach kobiet i mężczyzn – to wstęp do wspólnych toalet i poboru kobiet do wojska. Powoływała się na wartości rodzinne i prosiła: „Nie odbierajcie nam naszych przywilejów!”. Pod koniec życia, w wieku 92 lat, zdążyła jeszcze poprzeć kampanię prezydencką Donalda Trumpa.

I taką postać ożywiła Cate Blanchett, obdarzając ją dodatkowo swoją urodą i elegancją. – Nie jestem zainteresowana graniem siebie. Dla mnie w aktorstwie zawsze chodzi o zrozumienie czyjejś perspektywy. Im dalej od własnych doświadczeń i wartości, tym bardziej fascynująca jest dla mnie postać. Nie tylko dla niej – to jest fascynujące również dla widza.

Całe szczęście, że „Mrs. America” ma tylko dziewięć odcinków, bo jeszcze chwila, a zaczęlibyśmy współczuć Phyllis Schlafly, że jej polityczne ambicje nigdy się nie ziściły. Ale ostrożnie z pochwałami. Cate Blanchett nie lubi uogólnień i wyciągania łatwych wniosków, nie łapie się na lep komplementów. Dziennikarce przypochlebiającej się jej słowami: „Myślałam, że to pani zagra Kopciuszka”, odpaliła: „Rezerwuję to sobie na Sydney Drag Queen Show!”. Nostalgiczne wspomnienia przedpandemiczne kwituje stwierdzeniem: „Nie wierzę w bajkę o starych dobrych czasach. Dla milionów ludzi na całym świecie sytuacja była już od dawna zła, system zaczął pękać wcześniej. Pandemia sprawiła, że nie da się tego ukryć”.

Cate Blanchett razem z Bradleyem Cooperem w najnowszym filmie w reżyserii Guillerma del Toro „Zaułek koszmarow”.(Fot. materiały prasowe The Walt Disney Company)

O swej pracy na rzecz uchodźców mówi: „Kiedy zaczynałam pięć lat temu, na całym świecie było około 61 milionów przesiedleńców, a teraz jest ich ponad 70 milionów. Rozmiar i skala kryzysu są przytłaczające”. Jej receptą jest szukanie „punktów styku”, czyli skupianie się na tym, jacy tak naprawdę wszyscy jesteśmy do siebie podobni i gdzie możemy współpracować z innymi, mimo różnic. I robi to, po prostu to robi. Tu warto zwrócić uwagę na szczegół z serialu „Mrs. America”: Phyllis Schlafly zaczyna swoje publiczne wystąpienia od podziękowań dla męża, które dla fanów Blanchett mogą brzmieć dziwnie znajomo. Jest to ni mniej, ni więcej cytat z samej aktorki. Blanchett każdą nagrodę odbiera ze słowami: „Dziękuję mojemu ukochanemu mężowi, który jest tu dziś ze mną”.

Przyjaźń z modą i przyjaźnie w modzie

Bądźmy szczerzy, jej podziękowania są zwykle dość nudne. Zobaczcie choćby to z rozdania Oscarów w 2014 roku, kiedy dostała nagrodę za główną rolę w „Blue Jasmine” – wychodzi na scenę w złotej sukni Armani Privé, odbiera statuetkę i zamiast błysnąć zgrabną pointą, zaczyna recytować książkę telefoniczną. Wymienia wszystkie inne aktorki nominowane wraz z nią, całą rodzinę – mąż, dzieci, mama, siostra, zmarły tata i babcia, która też byłaby dumna – potem dziękuje Akademii, wszystkim bardzo zdolnym aktorom australijskim (!), a zwłaszcza tym z Sydney Theatre Company, reżyserowi, ekipie oraz szczególnie gorąco charakteryzatorkom, makijażystkom i garderobianym... I to jest właśnie tajemnica jej sukcesu – nie uroda, nie sylwetka królowej elfów, nie te wszystkie wielkie domy mody, które ustawiają się w kolejce, by wystąpiła w ich kreacji, tylko naturalność, prostolinijność i świadomość tego, że aktorstwo to praca zbiorowa.

Choć uroda i wspomniana sylwetka też mają w tym swój udział. Blanchett od lat okupuje wysokie miejsce na listach najlepiej ubranych kobiet, najbardziej seksownych czy naturalnie pięknych (trzecie miejsce, po Audrey Hepburn i Liv Tyler). Jest też znaną fashionistką. W Polsce to określenie nierzadko nie jest komplementem, ale na świecie oznacza osobę, która kocha modę z wzajemnością. Miała 14 lat, kiedy po kilku eksperymentach – była gotką, potem punkiem, nawet ogoliła głowę na łyso – wybrała prosty, nieco androginiczny styl i jego niedościgły wzór: włoski garnitur Armaniego. Dziesięć lat później, za pieniądze zarobione dzięki reklamie ciastek, kupiła pierwszy z nich, szary w kratę. Do dziś ma go w szafie. Z Giorgiem Armanim, oprócz interesów – jest twarzą jego perfum Si i od roku pierwszą ambasadorką kosmetyków – łączą ją przyjaźń i głęboki szacunek. Blanchett często wspomina, że gdy jej mąż został dyrektorem Sydney Theatre Company i mieli skąpe fundusze, Armani osobiście zaprojektował i sfinansował kostiumy teatralne do kilku sztuk. Nie zerwała też kontaktów z Johnem Galliano, gdy po skandalu odcięli się od niego Dior i połowa modowego środowiska. Żółtą suknię Valentino, w której odbierała Oscara za drugoplanową rolę w „Aviatorze”, nosi jej woskowa figura w muzeum Madame Tussaud. Swoistą listą jej modowych przyjaciół są też marki – Chanel, Louis Vuitton, Oscar de la Renta, Hermes, Cartier, Carolina Herrera i wiele innych – które nosi w „Blue Jasmine”. „Budżet Suzy Benzinger na kostiumy wynosił coś koło 3,5 dolara...” – opowiadała Cate. (W rzeczywistości było to 35 tysięcy dolarów, ale to i tak cena jednej torebki Birkin Hermesa). „A więc usiadłyśmy i zaczęłyśmy wydzwaniać do firm. Dostałyśmy bardzo rożne rzeczy. To dało niezamierzony efekt, który ułatwił mi zbudowanie postaci Jasmine: jakby musiała zręcznie żonglować resztką garderoby, która została jej z poprzedniego, luksusowego życia”.

Od góry od lewej: W sukni z kolekcji Armani Privé z Oscarem dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej w filmie „Blue Jasmine”, 2014 rok. W 2005 roku w sukni Valentino odbierała nagrodę Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej za drugoplanową rolę w filmie „Aviator”. Z Giorgiem Armanim podczas Fashion Awards 2019 w Royal Albert Hall, Londyn. W marynarce marki Armani na festiwalu filmowym w Wenecji, 2020 rok. (Fot. Getty Images)

Cate grywała w kostiumach zaprojektowanych przez legendę branży, obsypaną Oscarami Sandy Powell („Aviator”, „Carol”, „Kopciuszek”), ale ceni sobie znajomość ze wszystkimi, którzy pozostają za kulisami. Matką chrzestną jej córeczki Edith jest makijażystka Mary Greenwell, a wśród charakteryzatorek, krawcowych i garderobianych ma wiele przyjaciółek. „Teatr ma swój zespól i swój rytm sześciotygodniowych prób, z nieodłącznym kryzysem po trzech tygodniach” – mówi. „W filmie wszyscy mijają się w przelocie i mają poczucie, że cała produkcja jest bardzo kosztowna, więc nie można marnować czasu ani pieniędzy. Przymiarki i czas spędzony w garderobie to dla aktorów często jedyna okazja do wymiany wrażeń albo do zabawy”.

A zabawa jest dla niej ważna. Od niej się zaczęło jej aktorstwo: kiedy były małe, jej siostra Genevieve wybierała z szafy mamy i babci przypadkowe ubrania i kazała Cate odgrywać jakąś postać. Nadal lubi męski styl – przede wszystkim męskie półbuty i sportowe sneakersy. Chodzi po mieście na piechotę, szybkim, długim krokiem, czego szczerze nie cierpią jej mąż i najstarszy syn, 20-letni Dashiell. Czasami ogląda się przez ramię, poganiając ich okrzykiem: „Dalej!”. Tego nie cierpią jeszcze bardziej.

Na dole od lewej: W czarnej sukni z kolekcji Estebana Cortazara podczas promocji filmu „Carol” na festiwalu filmowym w Londynie w 2015 roku i w tej samej sukni jako przewodnicząca jury MFF w Wenecji, 2020 rok. W czarnym smokingu Acne podczas festiwalu w Wenecji w 2020 roku. (Fot. Getty Images)

W 2020 roku, w ramach promowania zrównoważonej mody, ogłosiła przed festiwalem filmowym w Wenecji, że nie wystąpi w żadnej nowej kreacji – wszystkie ubrania pochodziły z jej szafy. Jest fanką recyklingu w każdej postaci. Mieszka w XIX-wiecznej rezydencji Highwell House, która kiedyś należała do Arthura Conan Doyle’a, autora „Sherlocka Holmesa”. W posiadłości jest staw z niewielką wysepką, a rozległy ogród, zaprojektowany przez znaną architekt krajobrazu Jo Thompson (Blanchett uważa, że najlepszym wsparciem dla kobiet jest zatrudnianie ich), ma pasiekę, która jednego lata dała 75 słoików miodu. Zapytana przez dziennikarza „The Guardian”, co przeraża ją we współczesnym świecie, odpowiedziała: „Dmuchawa do liści. Jest kwintesencją wszystkiego, co jest nie tak z naszym gatunkiem”.

Cate Blanchett, ur. w 1969 roku w Melbourne w Australii. Ma starszego brata i młodszą siostrę. Jej ojciec zmarł, kiedy miała dziesięć lat. Razem z Andrew Uptonem, dramaturgiem, scenarzystą i reżyserem, są małżeństwem od 25 lat. Mają trójkę dzieci, dwa psy i kota. Aktorka coraz częściej zapowiada zwrot w karierze zawodowej – pociąga ją reżyseria.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze