1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Janina Ochojska: „Mam piękne życie”

Janina Ochojska (Fot. Getty Images)
„Pomaganie jest uzależniające. Jak się raz zobaczy efekt swojej pomocy, chce się więcej i więcej. Nic innego nie daje już równej satysfakcji. Od dziecka marzyłam, żeby zostać astronomem, byłam pewna, że tak się stanie, ale czym są nawet te wielkie zdobycze astronomiczne, kiedy możesz uratować ludzkie życie, które jest bezcenne! Do tego się nie przyzwyczajasz, za każdym kolejnym razem jest to tak samo piękne uczucie” – mówi Janina Ochojska.

Od blisko 30 lat zajmuje się Pani pomaganiem innym. Co Pani myśli, czuje dziś, kiedy widzi, jak Polacy masowo pomagają uchodźcom z Ukrainy?
Czasem mam wrażenie, że Polacy są lepsi, niż sami o sobie myślą. Jesteśmy wrażliwi, jest w nas empatia. Polska Akcja Humanitarna (PAH) urosła tak przecież dlatego, że było tyle osób, które nas wspierały. Mnie ta ogromna fala pomocy nie zaskoczyła. Spodziewałam się, że tak się stanie, że otworzymy swoje domy, zaprosimy Ukraińców pod swoje dachy. Wspaniałe było dla mnie obserwowanie, jak dużą wiedzę organizacyjną mają wolontariusze, to mnie wręcz zaskoczyło. Zdaliśmy egzamin z pomocy na piątkę!

To wszystko jest piękne, ale jednocześnie jest też druga granica, ta z Białorusią, a tam uchodźcy głównie z Bliskiego Wschodu. Też zrozpaczone matki, rodziny, głodne, biedne dzieci. I tu już nie ma w nas otwartości. Przeciwnie – poza nielicznymi pomagać zdecydowanie nie chcemy. To jak to jest z tą naszą wrażliwością? Bo ja mam poczucie jakiejś „schizofrenii”. Można być wrażliwym wybiórczo?!
No właśnie, tu pojawia się inny wątek. Już niezbyt chlubny. Ukraińcy to „nasi”, biali, mówią podobnym językiem itd. Ta druga granica to głównie muzułmanie. Na pierwszy plan wychodzi nasza niewiedza… I mamy rozdwojenie jaźni. PAH od lat, bo od 1993 – potem dołączyły do tego inne organizacje – stara się uczyć Polaków, kim są uchodźcy. Bo trzeba powiedzieć jasno: jako naród nigdy nie byliśmy specjalnie otwarci na inne religie, ludzi innych kultur. Do 2015 roku ta nauka szła całkiem nieźle, widoczne były postępy, coś w Polakach zaczęło się zmieniać. Jednak w czasie kampanii wyborczej 2015 roku duża część tej pracy została zaprzepaszczona. Politycy znowu zabrali się za podsycanie w nas lęku przed innością, przekonując, że inna kultura, inna religia to zagrożenie dla naszej kultury i naszej religii. Dużą, negatywną rolę odgrywa także kościół, mówiąc, że islam chce nas nawracać, uchodźcy zmienią naszą tożsamość narodową. Kompletne bzdury. Do tego te opowieści o uchodźcach, że przynoszą brud, robactwo i choroby. I w końcu narracja, że państwo broni nas przed nielegalnymi, niebezpiecznymi migrantami. Polacy na nowo zaczęli się bać, nie wiedząc nawet, kim są ci, których się boją. Z jednej strony mnie to dziwi, z drugiej myślę sobie, że może jak ktoś nigdy nie poznał uchodźcy, nie wie nic o islamie, słyszy te wszystkie bzdury – to może rzeczywiście wyzwala się w człowieku lęk. Ja tego nie rozumiem, ale jak widać, tak to działa…

Na białoruskiej granicy straż wywozi do lasu lub na bagna ludzi, którzy chcą złożyć wniosek o ochronę. Tymczasem prawo międzynarodowe wyraźnie wskazuje, że każdy ma prawo taki wniosek złożyć, a ten musi być rozpatrzony. Aktywiści są kryminalizowani, ich pomoc jest nielegalna, więc muszą działać w ukryciu, chociaż przecież ratują ludzkie życie… Takie są nasze realia.

Tak naprawdę to żaden rząd po 1989 roku nie był przychylny uchodźcom, tylko jedni to bardziej ukrywali, inni eksponowali i robili z tego jedną z myśli przewodniej w dialogu ze społeczeństwem, a raczej monologu do społeczeństwa. To nie do przyjęcia. Opinię publiczną się kształtuje, edukuje. Takie jest zadanie państwa.

Jest jeszcze dom…
Myślę, że rezultat kształtowania w pojedynczych domach widzimy w młodzieży, która tak chętnie pomaga Ukraińcom, ale też część z nich nie jest obojętna przecież na los uchodźców o innym wyznaniu i kolorze skóry. Ale, jak sama Pani słusznie zauważa, to za mało. Ci, którzy mają kształtować swoje dzieci, też potrzebują wsparcia, a czasem wyznaczenia kierunku…

Mam wrażenie, że od 1989 roku jedynym ministrem, któremu naprawdę zależało na kształtowaniu społeczeństwa, na kształtowaniu postaw obywatelskich, był Jacek Kuroń. Takich „Jacków” nam bardzo brakuje. Potrzebujemy ludzi, którzy rozumieją, jak wielkie znaczenie ma uczynienie z ludzi obywateli przez wielkie O. Ale… narodem, który jest obywatelsko zaangażowany, który potrafi rozwiązywać lokalne problemy przy pomocy lokalnych władz, trudniej jest sterować. I mamy chyba odpowiedź, dlaczego się tego nie robi. Niestety, to nie napawa optymizmem.

Ale powtórzę, że wierzę w Polaków, a Polacy powinni uwierzyć w siebie. Mamy potencjał, potrzebujemy mądrych przewodników.

Mam poczucie, że jednym z nich jest właśnie Pani! Jak się zaczęła Pani własna droga pomagania innym? Dlaczego te kilkadziesiąt lat temu zdecydowała Pani nadać swojemu życiu właśnie taki kierunek?
Korzenie tej drogi leżą w mojej niepełnosprawności. Wychowywałam się głównie w sanatoriach, szpitalach, w domu tylko bywałam – na urlopie! Moi wychowawcy, rehabilitanci byli szalenie mądrymi ludźmi. Uczyli nas samodzielności, sprawczości, solidarności. Uczono nas, że musimy sobie wzajemnie pomagać, bo koleżanka, która ma sparaliżowane ręce, nie napije się, nie zje sama. W domu by nas wyręczano, mamusia, tatuś, babcia skakaliby wokół córeczki z niepełnosprawnością, obsługiwaliby ją, a w tych ośrodkach i sanatoriach uczono nas odpowiedzialności za siebie i za innych.

Potem, kiedy byłam już nastolatką, trafiłam w kolejne genialne miejsce, do ośrodka w Świebodzinie. Tam spędziłam trzy lata liceum. To było prawdziwe, wspaniałe wychowanie obywatelskie. Nasi wszyscy nauczyciele byli wyjątkowi. Do takich sanatoriów, szpitali i ośrodków wysyłano, a może raczej zsyłano, tych niepokornych wychowawców. I temu zawdzięczam właśnie to, jak zostałam ukształtowana. Po latach odkryłam tę tajemnicę, dlaczego nie mówię o żadnym nauczycielu, że go nie lubiłam – bo po prostu nie było takich, których nie lubiłam!

Weszłam w świat jako osoba przekonana, że nie mogę żyć wyłącznie swoim życiem, tylko dla siebie. Wyjechałam na studia do Torunia, najpierw dołączyłam do duszpasterstwa akademickiego, tam też uczyłam się ofiarności, zaangażowania. Potem była opozycja demokratyczna. Nie byłam żadnym wielkim działaczem, ale miałam przydzielone swoje zadania i je wykonywałam. Dwa razy byłam aresztowana, ale nawet nie siedziałam. To też była bardzo dobra, cenna lekcja aktywności społecznej. Kiedy powstała Solidarność, też do niej dołączyłam. Obracałam się w kręgu ludzi-społeczników. To wszystko zrobiło swoje. Kiedy skończyłam astronomię, dostałam pracę w pracowni Astrofizyki PAN-u – uważałam, że moje życie jest urządzone, ale wybuchł stan wojenny. A na mojej drodze stanęli ludzie, którzy przyjeżdżali do Polski z pomocą. Zostałam wolontariuszką Fundacji EquiLibre, zajmowałam się organizacją oclenia, rozładunku i pobytu na ten czas. Dość szybko z tą francuską fundacją pojechałam do Sarajewa. Postanowiłam potem wysłać tam „swój” konwój z Polski; jak wysłałam jeden, trzeba było wysłać kolejny i następny… Konwój jest formą pomocy, ale o wiele lepszą ścieżką pomagania są misje, to dawanie ludziom wędki, a nie ryby. Więc PAH zaczęła zakładać misje – pierwszą w Czeczenii, a potem były Afganistan, Irak, Somalia, Sudan Południowy i wiele innych krajów. I tak zostało. To jest fascynująca praca, naprawdę, dziś nie wyobrażam sobie, żebym mogła oddać się w życiu czemuś innemu.

Można powiedzieć, że to była dla Pani naturalna ścieżka wyboru, choć to bardzo trudna, wymagająca „praca”.
Tak, to prawda, ale ja tego bardzo chciałam. Wie Pani, ktoś kto raz tego „liźnie”, nie potrafi przestać.

Pomaganie jest uzależniające?
Zdecydowanie tak! Jestem uzależniona, i do tego dobrze uzależniona! Jak się raz zobaczy efekt swojej pomocy, chce się więcej i więcej. Nic innego nie daje już równej satysfakcji. Od dziecka marzyłam, żeby zostać astronomem, byłam pewna, że tak się stanie, ale czym są nawet te wielkie zdobycze astronomiczne, kiedy tu ratujesz ludzkie życie, które jest bezcenne! Każdy uratowany człowiek to największy skarb. Do tego się nie przyzwyczajasz, za każdym kolejnym razem jest to tak samo piękne uczucie.

Moja praca pozwoliła mi także poznać dziesiątki, a może setki niesamowitych ludzi. Naprawdę wyjątkowych. Kto ma taką sposobność, jaka praca daje taką możliwość?

Teraz trochę choruję, ale wie Pani, jakie jest teraz moje największe marzenie? Chciałabym być w Ukrainie. Być tam, tam pomagać. Bardzo żałuję, że to teraz jest niemożliwe. Tak samo ominął mnie Jemen. Zawsze uważałam, że moją rolą, moją powinnością jest bycie świadkiem. Opowiadanie ludziom o tym, co zobaczyłam na własne oczy, jak jest tam, gdzie trwa piekło. To mogą robić tylko pracownicy humanitarni i dziennikarze wojenni.

Wspomniała Pani o chorobie. Pani życie jest od początku nią naznaczone. Jakiś czas temu dopadła Panią kolejna choroba – nowotwór. Kiedy się Panią obserwuje, można się zastanowić, skąd czerpie Pani siłę, kiedy los nie jest łaskawy…
Łaskawy, niełaskawy – to kwestia podejścia. Czerpię siłę właśnie z tego, o czym cały czas rozmawiamy. Jak zachorowałam na raka, proszę mi wierzyć, pomyślałam od razu o tym jak o zadaniu. Byłam wtedy akurat w trakcie kampanii do Parlamentu Europejskiego. Powiedziałam więc sobie przede wszystkim, że choroba nie może przerwać mojego życia, moich planów. Postanowiłam też powiedzieć o tym publicznie, że mam raka piersi, że jak najszybciej zaczynam leczenie, chciałam być użyteczna z moją chorobą. Chciałam, żeby osoby, które są w podobnej sytuacji, mogły skorzystać na moim niepoddawaniu się. I mam nadzieję, że tak się stało. Właściwie to wiem, że tak się stało. Ludzie zaczęli do mnie pisać. Najpierw to były serdeczne życzenia zdrowia, ale szybko stało się to drogą komunikacji – wsparcia: „Ja też zachorowałam, co robić, jak to znieść?” itd. Okazało się, że to moje skromne doświadczenie może ludziom pomóc.

A w to Pani graj!
Tak, tu czuję się jak ryba w wodzie. Niepełnosprawność nauczyła mnie, że z każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji można coś dobrego wynieść. Nigdy nie zapomnę spotkania z pewnym mężczyzną, ojcem studenta, bardzo uzdolnionego matematycznie, który został zatłuczony przez kiboli. Stworzył organizację, która wspiera rodziców, których dzieci zginęły w sposób nagły. On powiedział: „Wie pani, chciałbym bardzo, żeby mój syn żył, ale zawdzięczam synowi to, że robię coś dobrego, coś dla innych. Skoro to już się stało, zamiast rozpamiętywać i rozpaczać, mogę działać dla innych”. Pomyślałam sobie wtedy, że jeżeli nawet z takiej tragedii, jaką jest utrata dziecka – chyba nie ma większej – ktoś potrafi wyciągnąć coś pozytywnego, to oznacza, że ze wszystkiego można! To jest mój sposób podejścia do życia. Z każdego najczarniejszego punktu, miejsca można wybrnąć, wydostać się z czymś dobrym, pozytywnym „w ręku”. Zadaniowość mnie też zawsze ratuje.

Czasem myślimy: „Już tyle na mnie spadło, tego, co teraz, to już nie zniosę, to już za dużo jak na jednego człowieka”.
Ale co to znaczy „za dużo”? Gdzie jest ta granica, kto ją wyznacza? Pamiętam jak ksiądz Tischner zachorował na raka krtani. I tak wszyscy mówiliśmy, jakie to jest niesprawiedliwe. A on na to odpowiadał: „Ale jakim ja jestem wyjątkiem?”. Nikt z nas nie dostaje obietnicy, że nie będzie chorował, że nie spotka go jakieś nieszczęście. Życie nie jest tylko pasmem szczęścia, i dobrze, bo co byśmy mieli wtedy doceniać? Życie jest pasmem przeplatających się zdarzeń, raz więcej jest tych dobrych, raz więcej trudnych, złych.

Mnie właśnie w Świebodzinie moi wychowawcy, lekarze nauczyli patrzeć na tę moją niepełnosprawność jako na dar. Mówili nam: „Dano wam, a nie odebrano, macie coś więcej niż inni.” Dla wielu może zabrzmieć to irracjonalnie. Ale dziś, z perspektywy lat, jak patrzę na moje życie – pełne, bogate w cudownych ludzi – to jak mam nie postrzegać tego, co je naznaczyło, jako daru właśnie? Miałam 8 miesięcy, kiedy zachorowałam na polio, gdzie bym dzisiaj była, gdyby nie to wydarzenie…?

Mam piękne życie i poczucie, że to właśnie choroba je zdeterminowała. Nawet nie mam potrzeby, by wyobrażać sobie, co by było, gdyby nie polio, nie mam potrzeby, bo jest tak pięknie. Cieszę się z mojego życia. I to wcale nie znaczy, że nie bywa mi trudno, nie budzę się każdego dnia jak skowronek. Jeżdżę teraz na wózku, oczywiście wolałabym jeszcze móc chodzić, może się uda, a może już nie. Zobaczymy, ale nie będę rozpaczać i użalać się nad sobą. Kocham życie.

I tego możemy się od Pani uczyć! Jest taka międzynarodowa agencja badawcza YouGov, która co roku przygotowuje ranking „World’s Most Admired”, czyli „Najbardziej podziwiani na świecie” i w roku 2021 wśród trzech Polek znalazła się właśnie Pani!
Nawet nie wiedziałam, to bardzo miłe.

Czy takie wyróżnienia to coś, co ma dla Pani znaczenie?
To jest przyjemne, ale w życiu chodzi też o to, żeby nie zadzierać nosa za bardzo. Staram się tego nie robić. Dobrze jest myśleć o tym, że można coś ludziom z siebie dać. Może ktoś, kto przeczyta moją historię, poczuje w sobie siłę, że ona/on też może. Namacalne przykłady, że się da są bardzo ważne.

Janina Ochojska (rocznik 1955), polska działaczka humanitarna, założycielka i prezeska zarządu Polskiej Akcji Humanitarnej, posłanka do Parlamentu Europejskiego, astronomka

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze