1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Martyna Kaczmarek – instagramowa sufrażystka

Martyna Kaczmarek, 27-letnia działaczka na rzecz równości społecznej, promotorka feminizmu i ciałożyczliwości, sojuszniczka osób LGBT+. Instagramowa edukatorka z gronem ponad 130 tysięcy obserwatorów. Była prezeska fundacji Dzień dla Życia zajmującej się promocją krwiodawstwa. W wieku 19 lat odznaczona Brązowym Krzyżem Zasługi przez Prezydenta RP. (Fot. archiwum Martyny Kaczmarek)
Odkąd Martyna Kaczmarek skończyła 18 lat, edukuje na temat feminizmu. Otwarcie mówi o zaburzeniach odżywiania i nerwicy lękowej. Pokazuje własne nieretuszowane zdjęcia. Martyna Kaczmarek nie ma nic przeciwko temu, aby nazywać ją popfeministką. Bo popularyzacja tej idei – tak samo jak równości płci, normalizacji korzystania z pomocy psychologicznej oraz ciałożyczliwości – jest życiową misją Martyny Kaczmarek.

Nieczęsto zdarza się, aby osoba, którą obserwuje 130 tysięcy osób w mediach społecznościowych, bez ogródek mówiła o własnych zaburzeniach psychicznych.
Z problemami, takimi jak nerwica lękowa, zaburzenia odżywania, dermatillomania [neurotyczne drapanie skóry – przyp. red.] czy ataki paniki, funkcjonuję więcej niż połowę swojego życia. Są częścią mnie, więc dlaczego miałabym o nich nie mówić? Pierwsze ataki paniki miałam jako sześciolatka. Objawy nerwicy lękowej pojawiły się u mnie na dobre w wieku 13–14 lat. Publicznie nie mówiło się wtedy na temat zdrowia psychicznego, a tym bardziej nie poruszało się kwestii zaburzeń u dzieci i nastolatków. A ponieważ byłam uprzywilejowana – urodziłam się w dużym mieście i miałam zamożnych rodziców – trafiłam do specjalisty. Gdy przepisano mi zoloft [preparat stosowany w leczeniu depresji oraz zaburzeń lękowych – przyp. red.], wszyscy byli przerażeni, że mam go brać. Dzięki mamie, która postanowiła wciągnąć mnie do pomocy pewnej rodzinie zastępczej w Szczecinie, zaczęłam dostrzegać coś więcej niż własny ból. To było moje pierwsze zderzenie z nierównościami społecznymi i stało się zapalnikiem mojego późniejszego aktywizmu.

Nie masz obaw, że Twoje wyznania zostaną źle zrozumiane?
Robię to dlatego, że najgorsze w tamtym momencie było dla mnie poczucie samotności. Wydawało mi się, że jestem jedyną osobą na świecie, która codziennie ma poczucie, że umiera albo rozdrapuje swoją skórę z nerwów. Dzielę się z innymi swoją historią i obecnymi zmaganiami, żeby jakaś inna nastoletnia osoba mierząca się z takimi problemami mogła poczuć się zrozumiana, szybciej znaleźć odpowiedzi na swoje pytania i poprosić o pomoc.

Kiedy masz gorszy czas, milczysz lub ograniczasz aktywność w mediach społecznościowych. Zaznaczasz wtedy, że powodem jest Twój aktualny stan psychiczny. To odważne posunięcie w świecie Instagrama, w którym wszystko powinno być idealne.
To prawda, wymaga to odwagi, ponieważ łatwo można próbować to podważyć. Trudno powątpiewać w to, że ktoś ma złamaną nogę. W przypadku zaburzeń psychicznych można natomiast powiedzieć, że ktoś na przykład robi z siebie ofiarę. Niestety, nieraz przeczytałam o sobie takie słowa. Wątpliwości pojawiały się nawet w wypowiedziach osób prowadzących działalność psychoedukacyjną na Instagramie. To pokazuje, że problem niewiedzy na temat zdrowia psychicznego jest realny. Musimy jeszcze głośniej normalizować ten temat w przestrzeni publicznej.

Czy przy Twoich problemach, a więc między innymi nerwicy lękowej, wystawianie się na krytykę obcych osób w Internecie jest dobrym posunięciem?
Sama zadaję sobie to pytanie. (śmiech) To taka wewnętrzna walka pomiędzy tym, jakie są moje marzenia, aspiracje i co mnie spełnia, a tym, że rzeczywiście od wielu lat mierzę się z atakami paniki i mam predyspozycje do epizodów depresyjnych. Jeśli nie będę robić tego, co robię, nie będę osobą spełnioną zawodowo, ale prawdopodobnie rzadziej będę mierzyć się z pogorszeniem stanu zdrowia psychicznego. Na szczęście mogę pozwolić sobie na pomoc psychologiczną oraz nie boję się farmakologii. Nie traktuję jej jako porażki czy słabości. Leki, jeśli są przepisane przez specjalistę, są po to, aby nas wspierać. Staram się znaleźć balans między samorealizacją a dbaniem o swoje zdrowie. Ostatnio całkiem nieźle mi to wychodzi.

Ostatnio? Czy wcześniej to się nie udawało?
Na początku roku trafiłam do szpitala psychiatrycznego. Mój stan zdecydowanie się pogorszył po fali krytyki, która dotyczyła między innymi nazwy mojej firmy, której założeniem było przekazywanie 16,8 proc. dochodu z każdego zakupu na cele związane z równouprawnieniem. Ponieważ od lat przyświeca mi idea promowania feminizmu, sięgnęłam po słowo, które doskonale ją oddaje, a więc herstorię [historię opisywaną z perspektywy feministycznej, z uwzględnieniem dziejowej roli kobiet – przyp. red.]. Niestety, okazało się, że dla niektórych osób była to „próba kapitalizowania wartości feministycznych”. A czy kupowanie książek naukowych o tematyce feministycznej lub opłacanie seminariów na ten temat też jest kapitalizowaniem feminizmu i idei feministycznych? Czy w ogóle jest coś takiego jak skapitalizowanie idei? Czy lekarz, który prowadzi prywatny gabinet, kapitalizuje ideę ochrony zdrowia?

Szczególnie bolesny był fakt, że nie dostrzegłam równie wielkiego poruszenia, gdy wielka sieć odzieżowa sprzedawała ubrania z napisem „Feminist”. Może byłam naiwna, ale ta nazwa wydawała mi się odpowiednia. Zanim się na nią zdecydowałam, zrobiłam ankietę na Instagramie, w której wypowiedziało się niemal 30 tys. obserwatorów. Określenie to znało 40 proc. z nich, a pamiętajmy, że moje konto skupia osoby zainteresowane treściami feministycznymi. Gdy pojawiły się krytyczne opinie, nie miałam już siły, aby każdemu wyjaśniać swoje racje i walczyć o dobre imię. Zrobiono ze mnie kogoś, kto myśli tylko o zarabianiu pieniędzy, a ja przecież jestem działaczką społeczną od 18. roku życia. Na szczęście zdecydowanie więcej osób nie popierało tych zarzutów. Uznałam konstruktywną krytykę, niekonstruktywną zostawiłam za sobą, zmieniłam nazwę i zajęłam się swoim zdrowiem psychicznym.

Nie korciła Cię myśl, aby zniknąć z sieci na dłużej lub na stałe?
Zdecydowanie nie! Jeszcze wiele jest do zrobienia w kwestii popularyzacji feminizmu. W społeczeństwie, w którym w 2018 roku zaledwie 5 proc. osób [dane Kantar Millward Brown z sondażu „Liczymy się z Polkami” – przyp. red.] identyfikowało się jako feministka lub feminista, naprawdę potrzebujemy działań masowo rozpowszechniających idee idące za tymi słowami. Powinny one docierać do jak najszerszej grupy osób, a nie tylko do wąskiego grona zainteresowanego poszczególnymi nurtami feministycznymi.
Wyobraź sobie lejek. Na samej górze, w najszerszym miejscu, musimy zebrać osoby zainteresowane w jakimś stopniu feminizmem, ale niemające na jego temat wiedzy. Jeśli uda nam się je prostymi treściami przekonać do idei, same zaczną kierować się w dół lejka, a więc poszukiwać bardziej konkretnych informacji na ten temat. W Polsce jeszcze nie wykonaliśmy tej pracy na górze. W społeczeństwie, w którym odebrano nam podstawowe prawa reprodukcyjne, a więc prawa człowieka, mamy zdecydowanie za mało osób, które utożsamiałyby się z feminizmem.

Ty starasz się to zmienić. W krótkim czasie udało Ci się zbudować naprawdę dużą społeczność, której przedstawiasz przystępne treści feministyczne: grafiki, filmy, dane liczbowe.
Jestem marketerką i wiedzę oraz doświadczenie z tej dziedziny wykorzystuję na swoim profilu. Zarzuca mi się przez to, że jestem feministką liberalną, popfeministką czy feministką z różowymi grafikami… No tak, właśnie o to mi chodzi! To takie treści pozwalają na pozyskanie uwagi, łatwo się udostępniają i przyciągają kolejne osoby. Prosty język, krótkie posty i ładna oprawa graficzna to zdecydowanie lepszy pomysł dla osób dopiero poznających feminizm niż długie opracowania naukowe.

Pod filmami pokazującymi, jak samodzielnie zatankować samochód lub jak wymienić koło w aucie, pojawiły się entuzjastyczne opinie, ale też komentarze, że to ośmieszanie feminizmu.
Nie ma nic ośmieszającego w edukowaniu. Wiele osób, które chcą przekroczyć barierę wejścia do lejka, o którym mówiłam wcześniej, tego nie zrobi z obawy przed deprecjonującymi komentarzami typu: „Jaką jesteś feministką, skoro zadajesz takie podstawowe pytania?!”, „Jaką jesteś feministką, jeśli nie umiesz zmienić koła?!” czy „Przecież każda idiotka to wie, nie rób z nas kretynek”. Problem polega na tym, że nie każda kobieta to wie, a wiele z nich nie ma gdzie i od kogo się tego nauczyć. Jak mamy budować ruch feministyczny, jeżeli na samym początku, u jego bram, stoją osoby, które sprawdzają, czy jesteś wystarczająco dobra? To jest przykład zinternalizowanej mizoginii, z którą feminizm walczy!

Nie masz wrażenia, że z tezami feminizmu zgadza się więcej osób niż tylko te, które określają się mianem feministki czy feministy?
Jestem pewna, że tak jest. Potwierdzają to również dane, na przykład ze wspomnianego sondażu „Liczymy się z Polkami” z 2018 roku. W tym konkretnym badaniu ze wszystkimi postulatami feministek zgadzało się 9 proc. ankietowanych, ale już 21 proc. wybrało odpowiedź: „popieram większość z postulatów feministek”. Aż 42 proc. zdecydowało się na opcję: „popieram niektóre”. Mamy więc mniej więcej 70 proc. osób, które w jakimś stopniu zgadzają się z tezami feminizmu. Podobnie wyniki dają też inne badania.

Dlaczego więc nie mówimy o sobie wprost „feministka”, „feminista”?
Słowo to nadal ma negatywny wydźwięk w polskim społeczeństwie. Zostało tak nacechowane przez osoby bojące się świata, w którym równość płci byłaby rzeczywistością. Uważają one, a właściwie oni – bo w większości są to mężczyźni – że nie potrzebujemy w XXI wieku feminizmu. Ich zdaniem my, kobiety, mamy przecież równość, bo mamy prawa wyborcze czy prawo do równego wynagrodzenia… Nie wszyscy zdają sobie jednak sprawę z tego, że w praktyce wygląda to zupełnie inaczej. Co z tego, że Kodeks pracy gwarantuje nam równe wynagrodzenie bez względu na płeć, skoro luka płacowa jest nadal faktem! Nikt nie zgłasza nadużyć w tej kwestii, ponieważ nie wiadomo, gdzie to zgłaszać i jak dowiedzieć się, ile zarabiają inne osoby. Nie porusza się też wielu innych kwestii istotnych dla równości płci. Na przykład nie mówi się, że za słowem „feminizm” stoją konkretne kobiety. Nie uczymy się na historii o sufrażystkach czy emancypantkach, które walczyły o prawa dla kobiet, ale musimy znać na pamięć nazwiska mężczyzn toczących walki o terytoria. Patriarchat został nam kulturowo wdrukowany przez minione wieki, więc trudno oczekiwać, że w ciągu kilkudziesięciu lat zresetujemy nasz system społeczny. Wędrówka do równości płci potrwa jeszcze wiele lat.

Jak możemy wyczytać w danych Światowego Forum Ekonomicznego z 2021 roku, ta droga w ciągu zaledwie roku wydłużyła się z 99,5 roku do 136 lat. To różnica aż 36,5 roku.
Na zmianę tego wyniku w tak krótkim czasie wpłynęła pandemia. Odsłoniła ona to, w jak dużym stopniu nasz świat i nasza gospodarka stoją na nieodpłatnej pracy opiekuńczej kobiet. W pierwszych miesiącach, gdy żłobki, przedszkola i szkoły były nieczynne, to przede wszystkim kobiety wzięły na siebie zadanie opieki nad dziećmi. Wiele z nich zdecydowało się na urlopy opiekuńcze, przez co omijały je awanse i podwyżki, inne jednocześnie pracowały zdalnie, nadwyrężając swoje siły. Dane z raportu o przedsiębiorczości Polek stworzonego dla fundacji Sukces Pisany Szminką wyraźnie pokazują, że w ciągu roku pandemii o 3 proc. zmniejszyła się liczba działalności gospodarczych prowadzonych przez kobiety. Z analiz tych można wyczytać też, że podczas pandemii nastąpił spadek
z 23,5 do 19,5 proc. liczby kobiet na stanowiskach prezesek firm oraz z 30 do 25 proc. na stanowiskach członkiń zarządu. Trzeba też pamiętać, że branże, w których pracuje wiele kobiet, na przykład usługi i turystyka, przez pandemię zamarły.

Z drugiej strony wymagało się od nas też poświęceń, choćby od pracownic ochrony zdrowia, które pandemię przypłaciły nieraz wypaleniem zawodowym lub zespołem stresu pourazowego. Przez minione dwa lata świat potrzebował zaopiekowania i w większości robiłyśmy to my, kobiety. Mężczyźni w tym samym czasie podejmowali decyzje. W raporcie ONZ czarno na białym mamy informację, że w sztabach zarządzania kryzysowego kobiety stanowiły zaledwie 25 proc. W 12 proc. tych gremiów nie było wcale kobiet!

Czy może być to jeden ze skutków wspomnianego przez Ciebie zinternalizowanego mizoginizmu – nieufności kobiet względem innych kobiet, wzajemnego krytykowania się i dewaluowania?
Po części tak. Takie podejście zaczyna się już w dzieciństwie. Małe dziewczynki mówią: „Trzymam się z chłopakami, bo dziewczyny się ciągle kłócą”. Starsze wchodzą w etap: „Nie jestem jak inne dziewczyny”, a dorosłe, zwłaszcza gdy mają już potomstwo, opowiadają chętnie: „Ja nie jestem taką matką”; „Nie dopuściłabym do tego, aby moje dziecko nie dostawało mleka z piersi”. Naprawdę zastanawiające jest to, że takie zachowania dotyczą również świadomych kobiet walczących o równouprawnienie, uznających siostrzeństwo. To tylko pokazuje, jak silnie zakorzeniona jest w nas patriarchalna wizja świata, w tym kobiet jako grupy.

Mimo wielu jednoczących kwestii, które są w stanie porwać miliony podczas demonstracji, tworzą się między nami, Polkami, nowe podziały?
Tak, tworzą się. W naprawdę wielu kwestiach dzielimy się na podgrupy. W przypadku rodzicielstwa na te, które karmią mlekiem modyfikowanym i mlekiem matki, na te po cesarskim cięciu i po porodzie naturalnym. W kwestii wyglądu na te, które robią manikiur, i te, które go nie robią, na te, które depilują ciało, i na te, które dają włosom naturalnie rosnąć. Gdy mowa o ambicjach zawodowych, dzielimy się na te, które wykonują nieodpłatną pracę opiekuńczą w domu, i te, które robią karierę. Byłoby to jak najbardziej w porządku, gdyby nie to, że często się od siebie odgradzamy i zaczynamy nawzajem niekonstruktywnie krytykować. Co ciekawe, mężczyźni przecież też są różni, ale u nich te podziały nie są tak jaskrawe, a dyskusje tak zacięte. Patriarchatowi zależy na utrzymaniu stanu niezgody między kobietami.

W ważnych sprawach się jednak jednoczymy – tak jak było przy strajkach kobiet. Czy Polki poczuły wtedy swoją siłę i teraz przekuwają ją w konkretne działania, na przykład w walkę o swoje prawa?
Rzeczywiście, po strajkach widać zwiększone zainteresowanie feminizmem społeczeństwa, mediów, wielkich światowych marek czy wydawnictw. Z pewnością zachodzi zmiana myślenia o prawach kobiet do decydowania o własnym ciele. Rosną słupki poparcia dla aborcji – legalnej i powszechnej. Coraz więcej z nas zaczyna rozumieć, że walka o prawo do aborcji jest też walką o prawo do autonomii cielesnej. Niestety, jak pokazały ostatnie lata, żeby się zmobilizować do wspólnego, masowego działania, potrzebujemy tragedii. Najpierw był wyrok tak zwanego Trybunału Konstytucyjnego, potem śmierć Izabeli z Pszczyny. Pewnie, podobnie jak w Argentynie, będziemy jeszcze wielokrotnie wychodzić na ulice, zanim wywalczymy swoje prawa do decydowania o własnym ciele.

Tym, na czym trzeba się teraz skupić, jest zdobycie poparcia społecznego dla naszego pomysłu. Bez niego politycy nie będą skłonni do zmian w obawie o słupki sondażowe.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze