1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Robin Wright zmienia świat. Upomina się o bezpieczeństwo kobiet w Kongu oraz o równe płace w Hollywood

Robin Wright (Fot. Charley Gallay/Getty Images)
Robin Wright (Fot. Charley Gallay/Getty Images)
Jako dziewczynka chciała jeździć w misjach humanitarnych, zamiast tego trafiła na plan filmowy. Robin Wright została aktorką, ale nie zrezygnowała z walki o innych.

Spotykamy się na festiwalu w Karlowych Warach, gdzie odebrała pani prestiżowy Kryształowy Glob za całokształt twórczości. Od lat zręcznie łączy pani hollywoodzkie hity z niezależnymi produkcjami. Czego właściwie pani szuka w kinie?
Moją pracę charakteryzuje podobna sezonowość jak pory roku. Nie wiem, gdzie będę emocjonalnie w październiku. Nie umiem przewidzieć, co mnie wtedy czeka: ślub, rozwód, śmierć kogoś bliskiego. To, co się dzieje, wywołuje we mnie określoną reakcję emocjonalną, co przekłada się na to, jakie role wybieram. Nigdy niczego nie planowałam. Nie jest tak, że kiedy zagram w trzech dramatach, uznaję, że teraz powinnam pojawić się w komedii. Nie umiem tak kalkulować. A czasem po prostu potrzebuję pieniędzy, żeby opłacić rachunki, więc biorę role, na których mogę zarobić.

Tego, że zostanie pani aktorką, też pani nie kalkulowała?
Nigdy nie marzyłam, żeby grać, choć aktorstwo było częścią mojego dzieciństwa. Razem z bratem uczyliśmy się imitować różne akcenty, co bardzo bawiło naszą matkę. Chcieliśmy, żeby się śmiała jak najczęściej, więc często się tak wygłupialiśmy. W tamtych czasach, kiedy myślałam o przyszłości, wyobrażałam sobie siebie jako pielęgniarkę w obozie dla uchodźców w rejonach objętych konfliktami wojennymi. Chciałam jeździć z misjami humanitarnymi po świecie. Jako nastolatka zaczęłam jednak dorabiać jako modelka. Podczas jednego z pokazów, w których brałam udział, na widowni zasiadła agentka szukająca talentów i jednocześnie trenerka aktorstwa. Kiedy zaczęłyśmy razem jeździć na castingi, miałam jakieś 15 lat. To dzięki niej pojawiłam się w serialu „Santa Barbara”, co otworzyło mi drzwi do kolejnych ról.

Między innymi w kultowym dziś „Forreście Gumpie”.
A wie pan, że kiedy kręciliśmy „Forresta Gumpa”, nikt nie spodziewał się, że pracujemy nad hitem, który zapisze się w historii kina? Nie mieliśmy wtedy na nic pieniędzy. Producentów nie było nawet stać na to, żeby Tom Hanks pracował na planie cały dzień, dlatego ekipa kręciła go nawet wtedy, kiedy powinien mieć przerwę na lunch. To w czasie tych przerw powstał słynny bieg Forresta Gumpa przez różne stany. Pracując w takich warunkach, nie mogliśmy spędzać ze sobą dużo czasu. A mimo to cała nasza czwórka – reżyser Robert Zemeckis, scenarzysta Eric Roth, ja i Tom – za każdym razem, kiedy wpadamy na siebie w Hollywood, mamy wrażenie, jakby czas zatrzymał się te 30 lat temu. Teraz spotkaliśmy się ponownie na planie filmu „Here”.

Podobno bardzo lubi pani mieć wpływ na postaci, w które się wciela. Plotka głosi, że Claire Underwood z „House of Cards” nie wyglądałaby tak, jak wygląda, gdyby nie pani.
Od początku wiedziałam, że ona nie jest tylko ślicznotką za plecami Franka Underwooda. Zaczęłam się głowić, jak powinna się prezentować: w co się ubierać, jaką nosić fryzurę. Ustaliliśmy, że ma wyglądać jak popiersie w muzeum: opanowana, spokojna, a jednocześnie władcza i silna, wszystko kontrolująca. Po dwóch dniach zrozumiałam, że aby to osiągnąć, muszę ściąć włosy, założyć sukienkę w kształcie litery A i buty od Louboutina z czerwonymi podeszwami. Wtedy wiedziałam, że Claire nikt nie złamie.

A na scenariusz pani wpływała?
Nie, choć zastanawiała mnie jedna kwestia: Claire nigdy nie miała poczucia, że została prezydentką ludzi. Nie wygrała wyborów, tylko Frank jej to umożliwił. Chciałam to zmienić w scenariuszu, ale nie było takiej możliwości. To na planie „House of Cards” spróbowałam swoich sił w reżyserii. Plan zdjęciowy tego serialu był jak poligon doświadczalny, pracowaliśmy bowiem z niesamowitymi osobistościami. Kilka odcinków serialu reżyserowała też Agnieszka Holland. Co to jest za postać! Uwielbiam to, jak pracuje. Zakochałam się w jej filmie „Pokot”.

Jak to się stało, że stanęła pani za kamerą „House of Cards”?
Bardzo uważnie studiowałam to, co robił David Fincher. Wcześniej pracowaliśmy nad „Dziewczyną z tatuażem”. On nie ma rozpisanego scenopisu – wszystko jest w jego głowie. Dokładnie wie, gdzie kogo ustawić, bo odrabia pracę domową i przygotowuje się do zdjęć. Przyglądając się jego pracy, wiedziałam już, że chcę być takim reżyserem jak on. Kręcił tylko pierwszy sezon „House of Cards”. Za kolejny odpowiadał m.in. James Foley, który miał na koncie współpracę choćby z Oliverem Stone’em. To on nauczył mnie wszystkiego o ruchach kamery, o obiektywach. Tłumaczył mi, kiedy zrobić kamerą gwałtowny ruch, a kiedy prowadzić ją spokojnie. W pewnym momencie zapytał mnie, dlaczego właściwie nie reżyseruję. Pomyślałam sobie: „Bo nigdy mi na to nie pozwolą”. Poszłam jednak z tą myślą do producentów z Netfliksa, którzy dali mi szansę. I tak wyreżyserowałam dziesięć odcinków.

I spodobało się pani?
Kocham reżyserować! Uwielbiam pomagać aktorom wyciągać z nich to, na co ich stać. W czasie mojej kariery spotkałam wielu genialnych reżyserów. I odkryłam, że oni nie do końca rozumieją, na czym polega nasza praca. Tylko kilkoro to potrafi. Dynamika relacji na planie zmienia się diametralnie, gdy ktoś mówi ci: „Bądź bardziej podekscytowany” w porównaniu z sytuacją, gdy ktoś mówi ci: „Pamiętasz, kiedy miałaś siedem lat i nie spodziewałaś się, że twoja mama wróci wcześniej niż za dwa tygodnie, a za godzinę zobaczyłaś ją w drzwiach domu?”. W drugim przypadku jako aktor od razu jesteś w emocji, o którą chodzi reżyserowi. Twórca, który potrafi opisywać emocje, dysponuje najlepszym paliwem dla aktora. Nie umiemy wejść na plan i zagrać czegoś na komendę, bez precyzyjnych wytycznych. To tak nie działa.

Z którego z aktorów chce pani teraz coś wyciągnąć?
W przyszłym roku będę reżyserować film „Bingo”. W jednej z głównych ról pojawi się Patricia Clarkson. To piękna historia miłości o byłej primabalerinie, która dobiega siedemdziesiątki i zakochuje się w znacznie młodszym od siebie mężczyźnie. Chcę o tym opowiedzieć z humorem, bardzo cenię sobie komediowość w kinie. Zamierzam wydobyć ją z Paddy!

„House of Cards” pokazał nam, jak polityka miesza się w nasze życie. Czy pani kiedyś tego doświadczyła?
I to bardzo mocno. Moja fundacja Pour Les Femmes wykonała bardzo dużo pracy przez 15 lat swojej aktywności. Udało nam się nawet dotrzeć do Kongresu, gdzie pracowano nad nowym prawem, które miało nam pozwolić chronić kobiety pracujące w kopalniach w Kongu. Ta ustawa miała zobowiązywać Amerykanów do korzystania tylko z tych minerałów, które Kongijki wydobywają w sposób zgodny z poszanowaniem praw człowieka. Jednak kiedy Donald Trump objął urząd, odrzucił ją. Mimo że mieliśmy po swojej stronie największych producentów elektroniki na świecie, m.in. firmy Intel i Apple. Ten ostatni, gdy zaczynaliśmy nagłaśniać ten problem, korzystał z „czystych” minerałów na poziomie sześćdziesięciu paru procent. Teraz są na poziomie 99 procent! Kiedy podaje się taki przykład, tworzy się efekt domina, bo inne korporacje chcą być jak Apple. Wciąż jednak jest dużo pracy do wykonania.

Zmienia pani świat, co pokazuje słynny wywiad z 2016 roku. Jako jedna z pierwszych aktorek zwróciła w nim pani uwagę na nierówności płac mężczyzn i kobiet w Hollywood.
Nie byłam pierwszą osobą, która powiedziała o tym głośno – wcześniej głos zabrały Laura Dern czy Patricia Arquette. Tego wywiadu też nie planowałam. Wydarzył się, zanim wybuchło #MeToo, ale media już wtedy zaczęły uważniej przyglądać się temu, co dzieje się w Hollywood. Zadawano sobie pytanie, jak to jest możliwe, że ja i Kevin Spacey gramy równorzędne postaci i pracujemy tyle samo, a ja zarabiam połowę tego, co on. Coraz częściej dzwoniły do mnie koleżanki, które donosiły mi o kolejnych osobach zabierających głos w sprawie nierówności w naszej branży. Wiedziałam, że coś się zmienia, ale nie myślałam, że to będzie aż tak nośna sprawa. Kiedy miałam przemawiać w Waszyngtonie na spotkaniu Fundacji Rockefellera, pomyślałam, że to dobre miejsce, by zrobić coś dla mojej branży i dla całego kraju. Kiedy zapytano mnie, czy moim zdaniem sytuacja na rynku pracy poprawia się pod względem równości płac, odpowiedziałam szczerze, że nie. Po mnie odezwały się kolejne kobiety, co doprowadziło nas do tego, że dziś sytuacja wygląda już zupełnie inaczej, choć nie jest jeszcze idealna. Nasza walka ciągle trwa.

Robin Wright urodzona w 1966 roku amerykańska aktorka. Za rolę Claire Underwood w serialu „House of Cards” dostała Złoty Glob. Wcześniej była nominowana do tej prestiżowej nagrody za udział w filmie „Forrest Gump”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze