1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

„Jan nie udawał nigdy kogoś, kto zna odpowiedzi na wszystkie pytania”. Fragment wywiadu rzeki z Patrykiem Galewskim, „synkiem” księdza Kaczkowskiego

Patryk Galewski (Fot. materiały prasowe)
Patryk Galewski (Fot. materiały prasowe)
Ksiądz Jan Kaczkowski nazywał go swoim „synkiem”. Dzięki filmowi „Johnny” ich niezwykłą relację poznała cała Polska. Johnny wyciągnął go z dna i – jak mówią bliscy ks. Kaczkowskiego – w pozabiologiczny sposób przekazał mu swoje DNA. W rozmowie z Piotrem Żyłką Patryk Galewski jest do bólu szczery. Mówi o trudnym dzieciństwie, wsiąknięciu w przestępczy półświatek, przemocy, narkotykach, pobytach za kratami i o sensie, którego zabrakło, co doprowadziło go do kilku prób samobójczych. To także opowieść o ks. Kaczkowskim, jakiego nie znamy – widzianym oczami wychowanka i przyjaciela. Publikujemy fragment książki „Synek księdza Kaczkowskiego”.

Fragment pochodzi z książki „Synek księdza Kaczkowskiego” Patryka Galewskiego i Piotra Żyłki, Wydawnictwo Znak, Kraków 2023, s. 117-125. Skróty pochodzą od redakcji.

Mówisz o napięciach, które w tobie pracowały. Wcześniej wspominałeś, że przychodząc do hospicjum, nie zdawałeś sobie sprawy, co to za miejsce. Zastanawiam się, jak na twoje emocje wpływało to, że poznawałeś tam ludzi, zbliżaliście się do siebie, otwierałeś się przed nimi, a oni przecież za chwilę umierali. Co to w tobie robiło?
Pojawiało się we mnie poczucie pustki i smutku. Nie do końca wiedziałem, co się ze mną dzieje i jak sobie z tym poradzić. Jedyną osobą, z którą o tym rozmawiałem, był Jan. Nie mówił mi wyświechtanych ogólników w stylu: „Patryk, taka jest kolej rzeczy, musisz się z tym pogodzić”. Nie tyle mi coś tłumaczył, ile był przy mnie w tych momentach, kiedy tego potrzebowałem.

Zobrazuję ci to na kilku przykładach.

Pan Antoni, z którym się mocno zżyłem, miał bar pod Władysławowem, dużo gadaliśmy o jedzeniu. Jego bliscy, którzy odwiedzali go codziennie, widzieli, że się lubimy. Proponowali, że możemy coś wspólnie przygotować, albo przywozili posiłki z domu, ale mnie prosili o ich podgrzanie, nałożenie na półmiski, a potem zapraszali, żebym tam z nimi u Antoniego posiedział. Byliśmy naprawdę blisko. I nagle pan Antoni odszedł. Mocno to przeżywałem. Johnny od razu zauważał takie rzeczy. Najczęściej wtedy porywał mnie i jechaliśmy gdzieś razem samochodem. Na przykład na dobrą flądrę do Kuźnicy. Siadaliśmy przy czymś dobrym, gadaliśmy na różne tematy, a Jan w tej rozmowie przemycał dyskretnie jakieś zdania, wskazówki, które mogły mi być pomocne.

Kiedy mu powiedziałem, że odszedł pan Antoni z sali numer trzy, że wnuczki to bardzo przeżyły i mnie też jest ciężko, Johnny odpowiedział: „Najpiękniejsze w tej śmierci jest to, że jego miłość zostanie w tych wszystkich ludziach, którzy tak bardzo go kochają”. I po chwili podzielił się przeczuciem, że rodzina pana Antoniego będzie często nas odwiedzać i że przyjdzie taki czas, kiedy będę mógł dla nich coś dobrego ugotować, a potem razem usiądziemy, będziemy jeść i pięknie wspominać człowieka, którego kochamy. I to mi pomogło. Bo w moim sercu pojawiło się poczucie, że nie wszystko się skończyło. Że śmierć nie skończyła miłości, która jest w nas.

Ale czasem sytuacje odejść pacjentów dotykały cię tak mocno, że nie wytrzymywałeś.
Mocny strzał, jeden z najmocniejszych, był wtedy, kiedy umierała Aneta, mama dwóch małych dziewczynek. Miała czterdzieści dwa lata. To było coś potwornego. Pamiętam, jak te kilkuletnie córeczki przychodziły się pożegnać ze swoją kochaną, umierającą mamą. Jedna miała trzy lata, druga sześć. Nie mogłem na to patrzeć. Ale Jan często mnie do nich wysyłał, żebym o coś zadbał, coś naprawił, sprawdził, czy czegoś nie potrzeba. Wiedział, że tam się dzieje coś bardzo trudnego, a równocześnie czuł, że kontakt z tymi osobami może być dla mnie ważny. Wrzucił mnie w tę sytuację, żebym się z nią zmierzył. Wiedział, że to jest bardzo ryzykowne, ale chyba czuł, że jestem gotowy. To było w jego stylu – stawianie człowieka w sytuacji, która może jakoś dotknąć jego serca i obudzić sumienie.

Zacząłem więc chodzić do pani Anety i na początku byłem z siebie dumny. Odbierałem to jako pierwszą poważną misję, którą mi zlecił Johnny, jako coś między nami. Powierzył to mnie, żebym nad tym czuwał. Poczułem się ważny. Podszedłem do tego odpowiedzialnie i honorowo (kodeks ulicy!). „Spokojnie, wielebny Johnny, ogarniemy!” I faktycznie regularnie Anetę odwiedzałem.

Kiedy zmarła, byłem po prostu wkurwiony. Pamiętam swój gniew. Poleciałem do Jana i wszystko mu wygarnąłem. Wrzeszczałem, że to jest popierdolone. Pytałem, jak jego Bóg może pozwalać na takie cierpienie. Byłem strasznie zły na Jana, na świat, na wszystko.

I jak on zareagował?
Nie zrugał mnie za język, nie mówił, że mam się uspokoić. Dał mi się wykrzyczeć, a potem usiedliśmy, Johnny mnie przytulił i powiedział, że mnie rozumie. I że on też nie wie, dlaczego tak się dzieje. Równocześnie czuje – dodał po chwili – że w tej rodzinie była prawdziwa, piękna miłość. Do samego końca.

Jan nie udawał nigdy kogoś, kto zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Szczególnie kiedy coś dotyczyło tak trudnych i delikatnych spraw jak śmierć czy wiara, miał odwagę rozłożyć bezsilnie ręce i powiedzieć: nie wiem. Bardzo go za to szanowałem.

Z mężem Anety utrzymuję kontakt do dziś. Ma przetwórnię rybną. A jedna z tych małych dziewczynek, Julka, teraz już dorastająca dziewczyna, chodziła do technikum gastronomicznego we Władysławowie. W którymś momencie trafiła na staż do mnie, do jednej z restauracji, w których pracowałem jako szef kuchni. A ja pamiętam ją jako sześciolatkę, która przyszła się pożegnać z umierającą mamą…

W filmie jest pewna niesamowicie poruszająca scena, w której bezpośrednio asystujesz przy odchodzeniu jednego z pacjentów. Widać w niej mnóstwo silnych emocji. To wydarzyło się naprawdę?
Tak. Ta scena jest pokazana jeden do jednego tak, jak wyglądała w rzeczywistości. To było odejście pana Jerzego.

Ale to jest inny pan Jerzy niż ten, o którym wcześniej mówiłeś?
Inny. Poznałem w hospicjum dwóch Jerzych.

Po pewnym czasie nabrałem takiego zwyczaju, że kiedy wchodziłem do hospicjum, po drodze do kuchni zaglądałem do wszystkich pokoi, z każdym zamieniałem kilka słów, pytałem, czy ktoś nie potrzebuje jakichś zakupów, i tak dalej. Były jednak osoby, przy których zatrzymywałem się na dłużej. Jedną z nich był Jerzy. Zasadniczo był samotnikiem. Często wychodził sam, wspierając się balkonikiem, na papieroska i kawę do ogrodu. Raz mu pomogłem wyjść i tak się zaczęło. Ja wtedy już nie paliłem, ale towarzyszyłem mu i razem kawkowaliśmy. Kiedyś spytałem go z głupia frant: „Jerzy, do wszystkich przychodzą dzieci, rodziny, a ciebie nikt nie odwiedza, nie?”. A on na to odpowiedział tak, że mnie wbiło w ziemię. Czuje – wypalił – że życie mu się kończy, że umiera, a wszystko w życiu spierdolił, że przez całe życie był gnojem, że znęcał się nad dziećmi, wyzywał, bił, poniżał, nie wierzył i wszystko niszczył. Na dodatek był alkoholikiem i za cholerę nie potrafił tego dziadostwa rzucić.

W pierwszym momencie naprawdę się na niego wkurwiłem, jak usłyszałem takie rzeczy, i serio pomyślałem, że on jest złym człowiekiem. Patrz, jak łatwo przychodzi skreślić drugą osobę. Nawet mnie, a przecież jeszcze chwilę wcześniej żyłem bardzo podobnie do niego. Po chwili pan Jerzy zaczął płakać i przez łzy powiedział, że on tego wszystkiego potwornie żałuje, że bardzo chciałby cofnąć czas, by naprawić swoje winy. Myślę, że to było autentyczne, on naprawdę tak czuł. Widziałem jego spojrzenie, słyszałem jego słowa i mu uwierzyłem.

Jakiś czas później Johnny podczas roznoszenia komunii zobaczył, że stan Jerzego jest krytyczny. Poprosił mnie, żebym poszedł się z nim pomodlić nad umierającym. Byliśmy tam sami – ja, Johnny i Jerzy. Kompletnie nie wiedziałem, co mam mówić. Johnny powiedział, żebym powtarzał za nim. Powtarzałem. Ogromnie to było wszystko przejmujące. Na koniec, już w milczeniu, Johnny położył moją dłoń na dłoni Jerzego, swoją na naszych – i wtedy Jerzy od nas odszedł.

Długo nie mogłem dojść do siebie. Johnny po tym wszystkim nic mi nie mówił, nic nie tłumaczył, po prostu – tak jak w wielu innych trudnych sytuacjach – znowu mnie przytulił.

Blisko byłeś również z panem Piotrem.
Każda relacja, którą nawiązałem w hospicjum, miała przeogromny wpływ na zmiany, jakie zaczęły we mnie zachodzić. Piotr pochodził z południowej Polski. W hospicjum był stosunkowo długo, kilka miesięcy. Był w miarę młodym facetem, miał około trzydziestu pięciu lat. Jeździłem z nim na chemioterapię, którą przyjmował w Wejherowie. Poruszał się na wózku inwalidzkim. Wtedy hospicjum nie miało jeszcze specjalnego busa przystosowanego do przewozu pacjentów, korzystaliśmy więc z usług przewozów medycznych, które współpracowały ze szpitalem.

Najpierw szliśmy zawsze na śniadanio-obiad do szpitalnej restauracji. Zapraszał Piotr. Z tych wspólnych posiłków zapamiętałem, że miał w sobie piękną, pozytywną energię. Był szalenie optymistycznie nastawiony do wszystkich zabiegów, miał w sobie pełno nadziei. Był też był bardzo wspierający w stosunku do mnie.

W czym cię wspierał?
Relacja z nim przydarzyła mi się, kiedy było już wiadomo, że prawie na pewno pójdę do więzienia. Mocno to we mnie pracowało. On o tym wiedział i – mimo swojego ciężkiego stanu – robił wszystko, co w jego mocy, żeby podnieść mnie na duchu. Zapewniał, że we mnie wierzy, że dam radę, że przetrwam ten trudny okres. Tak więc te chwile w restauracji były naprawdę dobre.

Cała ta pozytywna energia kończyła się jednak, gdy tylko opuszczaliśmy restaurację i ruszaliśmy w stronę oddziału chemioterapii. Powtarzało się to za każdym razem. Patrząc na to, jak wyglądała ta część szpitala, trudno się dziwić, że nastrój zmieniał mu się radykalnie. Za drzwiami oddziału otaczały nas stare ściany pociągnięte farbą olejną i obłożone kafelkami pamiętającymi chyba jeszcze okres głębokiego PRL-u, do tego obskurne ławki i równie stare migające lampy jarzeniowe, no, klimat jak z jakiegoś horroru. W takich warunkach siadaliśmy w bardzo, bardzo długiej kolejce osób oczekujących na chemię. Wszystko to było potwornie przygnębiające.

Piotr przyjmował bardzo dużo leków opioidowych, które uśmierzały ból. W pewnym momencie okazało się, że się od nich uzależnił. To budziło napięcia, bo on chciał tych leków dostawać coraz więcej, a personel nie chciał się na to godzić. W końcu Piotr postanowił się przenieść do innego ośrodka.

Był dla mnie bardzo ważnym człowiekiem, myślę, że po części dlatego, iż w pewnym sensie byliśmy w podobnej sytuacji.

Co masz na myśli?
I nad nim, i nade mną wisiały wyroki – nad nim śmierci, nade mną więzienia; obydwaj też byliśmy uzależnieni od różnych substancji. To wszystko sprawiało, że czuliśmy się rozerwani między dwoma światami, co budziło w nas różne napięcia emocjonalne i huśtawki nastrojów. Dobrze się stało, że nasze ścieżki się przecięły w tamtym momencie, jestem o tym przekonany.

Napomknąłeś o wiszącym nad tobą widmie odsiadki. Rozumiem, że chodziło o ciągnące się za tobą wyroki z przeszłości?
Tak jest. Moje dawne błędy nie zniknęły i wiedziałem, że w pewnym momencie wymiar sprawiedliwości się o mnie upomni.

Równocześnie, również w tym kontekście, otrzymywałeś wsparcie od ludzi z hospicjum.
I nie tylko. W lokalnej społeczności powstała petycja z prośbą o ułaskawienie mnie. Jak się pewnie domyślasz, za wszystkim stał Johnny. To on, widząc, że obecność i działania w hospicjum zmieniają mnie na lepsze, rozkręcił akcję, której celem było uzyskanie kasacji moich wyroków i cofnięcie spraw do rozpatrzenia w sądzie pierwszej instancji.

W pewnym momencie zrobiła się z tego duża sprawa. Prawo ułaskawienia posiada tylko prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, a żeby w ogóle była ona rozpatrywana, musi zostać zebrana określona liczba podpisów. Chyba dziesięć albo piętnaście tysięcy, już nie pamiętam.

Jak je zbieraliście?
Do tego zadania został oddelegowany specjalny wolontariusz, który zbierał podpisy, spisywał wszystkie wymagane dane i tak dalej. Powstała również akcja na Facebooku nagłaśniająca sprawę i zachęcająca do zaangażowania się.

I jak ludzie reagowali na ten pomysł?
Dla mnie najważniejsze były postawy osób, z którymi byłem blisko. Na przykład Ani Labudy z hospicjum. Ona się mocno zaangażowała. Kiedy trzeba było, jeździła ze mną do sądów, jak trzeba było uiścić jakąś opłatę, a brakowało mi kasy, wspierała mnie finansowo.

Kiedy pod petycją zaczęły się pojawiać komentarze osób, które można by podzielić na dwie grupy – jedni mocno mi kibicowali, byli bardzo na „tak”, drudzy byli oburzeni pomysłem i przypominali, że jestem złodziejem, bandytą i ogólnie złym człowiekiem – pani Ania znów mnie wsparła. Tłumaczyła mi, że muszę być na to gotowy, że ludzie teraz i w przyszłości będą się dzielić na tych, którzy będą chcieli mi pomóc, i tych, którym nie będzie to pasować.

Ostatecznie udało się zebrać wymaganą liczbę podpisów i Johnny razem z Kasią Jabłońską – znasz ją dobrze, ale czytelnikom przypomnijmy, że to dziennikarka, która napisała z Janem książkę „Szału nie ma, jest rak” – zawieźli wszystko do Warszawy, do Kancelarii Prezydenta.

Niestety nic to nie dało.
Już w trakcie odsiadki w więzieniu dostałem pismo od prezydenta z informacją, że wniosek został odrzucony. Ostatnio nawet czytałem wszystkie dokumenty związane z tą sprawą, bo pani Ania oddała mi moje hospicyjne teczki.

Co w nich było?
W jednej kredyty i należności finansowe, w drugiej wyroki, w tym archiwa dotyczące starań o ułaskawienie, w trzeciej różne papiery związane ze stażami i kwestiami zawodowymi. Już po wyjściu z więzienia wziąłem tę teczkę dotyczącą wyroków, na której było napisane: „Przeszłość”, i ją spaliłem. Potrzebowałem takiego aktu zakończenia tego bardzo trudnego etapu w moim życiu.

Polecamy: „Synek księdza Kaczkowskiego”, Patryk Galewski, Piotr Żyłka, Wydawnictwo Znak (Fot. materiały prasowe)

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze