1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

„Życie jest cudem, tajemnicą, jego wdzięk polega na tym, że nie wiadomo nigdy, jak długo będzie trwać”. Wspomnienie Jana Nowickiego

Jan Nowicki (Fot. Tomasz Krufczyk/Forum)
Jan Nowicki (Fot. Tomasz Krufczyk/Forum)
Jan Nowicki. Aktor, pisarz, poeta, kinowy amant. Odszedł rok temu, a jego myśli wciąż rezonują ze współczesnym światem. Jaki był jego stosunek do starości? „Myślę, że starość kobiet bywa bardziej nieznośna niż starość mężczyzn. Kobiety są niecierpliwe. To zresztą widać po twarzach ludzi siedzących w kawiarniach, często im się przyglądam, z zainteresowaniem badam tę kwestię. Niektóre kobiety rozpaczliwie chcą zatrzymać czas, mężczyźni mają w sobie większą zgodę na jego fizyczny upływ, uwidaczniający się na twarzy. Dla mnie starość przesadnie «upacykowana», ostrzyknięta, podciągnięta, jest przerażająca” – mówił. Publikujemy fragment jego biografii „Żyć jak Wielki Szu” autorstwa Beaty Biały.

Fragment książki „Żyć jak Wielki Szu. Biografia Jana Nowickiego” Beaty Biały, wydawnictwo Rebis. Skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji.

Starość to może być piękny czas

Jan kokietuje starością, odkąd pamiętam. Kiedyś, dobre parę lat temu, powiedział mi: „Nie ma nic piękniejszego w życiu niż starość”. Do starości było mu daleko, tryskał zdrowiem i energią, właśnie się ożenił po raz pierwszy. „Co jest pięknego w starości?” – pytam, bo czuję, że znów bawi się swoim wiekiem, czeka na zaprzeczenia, może komplementy. Ale to nie Jan. Nigdy nie czeka na komplementy. Ani brawa, które aktorzy tak lubią. „Przeczytałem wiele książek na temat potwornego dramatu starości – mówi powoli. – Spójrzmy jednak na siebie poważnie, z pewnego oddalenia. Nie poprzez wypadające zęby i włosy, i ból w stawach. Bo człowiek powinien być mądrzejszy od swojej fizyczności, swego przemijania. I zastanówmy się: co jest potem? Bo jeśli potem nie ma nic, to koniec musi być najpiękniejszy. I należałoby zrobić wszystko, by te ziółka były najwspanialsze, a spokój najcudowniejszy. Czy sądzisz, że stary kot, który leży i wygrzewa się w słońcu, patrząc na dwa małe koty bawiące się ze sobą, zazdrości im? Skąd! On się śmieje, że im się jeszcze chce skakać”. Patrzę na niego, pali papierosa, pije kawę, uśmiecha się. „I to mówi najprzystojniejszy amant polskiego kina” – myślę, bo przecież wciąż nim jest. „Jeśli ktoś nie chce wierzyć w Pana Boga, niech uwierzy, że czas jest takim Bogiem. Miałem 30 lat, gdy pochłaniała mnie lektura na temat starości, czasu i jego przemijania. Lubię życie porównywać do kwiatów w wazonie. Cały rok staram się mieć kwiaty w wazonie. W tym upatruję zresztą powodzenie człowieka, że może sobie pozwolić na to, by przez cały rok mieć świeże kwiaty. Piękne kwiaty to często więcej niż lichy partner w domu – jest na co popatrzeć i jest z kim pomilczeć. Ale przyjrzyjmy się im bliżej. Najpierw są piękne, ale z czasem więdną. I zauważ, jak śmierdzi woda w starych kwiatach. Przecież to jest nic innego, jak opowieść o człowieku, jego starości i przemijaniu. Zauważ, że dokładnie tak samo kończy, jak cięte kwiaty”. Skubany, znowu ma rację. Lubię go słuchać, ma mądrość filozofa, który w prostych słowach, jak dla dziecka, tłumaczy zawiłości tego świata.

Kilka lat później znów rozmawiamy o starości. Jest szczęśliwy, właśnie się znów ożenił. Tym razem z kobietą, na którą czekał tak naprawdę całe życie. „Moja Ania” – wciąż słyszę. No ale co z tą starością? „W którym momencie mężczyzna staje się stary? Kiedy robią mu się zmarszczki, dostaje zadyszki na schodach, gdy przestaje się oglądać za kobietami, a może kiedy kobieta ustąpi mu miejsca w tramwaju?” – pytam. – „Ach, to akurat bywa miłe. Mnie to nie poniża, gdy młoda dziewczyna ustępuje mi miejsca. Przeciwnie – siadam z ochotą, choć rzadko już jeżdżę tramwajem. Jak miałem więcej niż w tej chwili poczucia humoru, to jeszcze klepałem się w kolano i mówiłem: «A teraz, mała, wskakuj!» – Śmieje się ze swego żartu. – Może to rodzaj samoobrony przed rezygnacją spowodowaną mijającym czasem? Rozgrzeszam siebie z tych tramwajowych, nie do końca przystojnych żarcików. Trzeba siebie samego łagodnie traktować, na starość już wolno. Życie nie jest od tego, żeby się zamęczać. Inni już się o to postarają”.

[...]

Taki news

„Dopiero teraz zobaczyłem czas. To całkiem świeża wiadomość… – mówi dalej Jan, sprawdzając spod na wpół przymrużonych powiek, czy robi odpowiednie wrażenie. – Otrzymujesz więc tego newsa pierwsza, a mianowicie: dopiero teraz, po skończeniu 80 lat, zdałem sobie sprawę, że przyszła starość. Jeszcze w dniu urodzin jej nie miałem. Bo nawet kiedy odbywała się u mnie w Kowalu impreza urodzinowa z przyjaciółmi, nie odczuwałem sędziwego wieku. «Teraz będę grał rolę» – pomyślałem, zdmuchując urodzinowe świeczki, bo wiedziałem, że inni oczekują ode mnie, żebym zachowywał się jak osiemdziesięciolatek. Ta refleksja, że to jednak nie rola, tylko życie, dotarła do mnie ze znacznym opóźnieniem. Być może spowodowanym starością zresztą. Nic, tak musi być, trzeba tylko znaleźć w tym nowym dla mnie położeniu plusy, pomyślałem”. Chcę wiedzieć, czy starość ma jakieś plusy. Bo może ma? Może nie jest tylko udręką. Mówimy: „Starość się Panu Bogu nie udała”, i może coś w tym jest. Rzadko wymienia się jej plusy. „Niesłusznie – protestuje Jan. – To dobry moment w życiu, bo człowiek może sobie powiedzieć, czasem naprawdę po raz pierwszy: «Nic już nie muszę». «Lecz pamiętaj, naprawdę nie dzieje się nic/I nie stanie się nic aż do końca/Czy zdanie okrągłe wypowiesz,/Czy księgę mądrą napiszesz/Będziesz zawsze mieć w głowie/Tę samą pustkę i ciszę», śpiewał Grzegorz Turnau. Młodzi tańczą do tej piosenki, ufni, że nic się nie zmieni, zawsze będą tacy sami. Starsi, ci bardziej wrażliwi, rozumieją ją inaczej: że nic już ich nie czeka, nic się nie zdarzy, już tylko koniec. A ja? Moglibyśmy w tej rozmowie lekko przejść do tematu cierpienia, o którym mądry ksiądz Tischner tuż przed śmiercią powiedział, że nie uszlachetnia. Bo starość nierozerwalnie wiąże się w naszych głowach z cierpieniem”. „A to nieprawda?” – pytam. „Prawda, choć nie cała. Życie jest cudem, tajemnicą, jego wdzięk polega na tym, że nie wiadomo nigdy, jak długo będzie trwać. Dwa urokliwe zjawiska: nasz czas na ziemi i miłość – wspaniale, gdy są, ale oba potrafią zniknąć w jednej sekundzie. Dlatego ci, którzy osiągnęli sędziwy wiek, górują nad młodszymi, bo już wiedzą i mają tę pewność, że ich życie nie zostanie zbyt wcześnie przerwane, więc cóż z tego, że trochę poboli? Ciebie też życie boli, mnie życie boli, dzieci życie boli, oczywiście starych boli najwięcej, ale zasłużyli na to, pożyli sobie, niektórzy, jak ja, całkiem ładnie i przyjemnie. A więc tu mamy pierwszy plus” – podsumowuje z niekłamaną satysfakcją, że jednak jest. „A drugi?” – pytam, bo liczę na więcej. „Przestaje się żywić przesadną, straceńczą nadzieję, że wydarzą nam się rzeczy wyjątkowe, rzadkie, wielkie. Jeśli jest w starym wieku nadzieja, to pod postacią samego cienia. Jeśli są marzenia – to w granicach prawdopodobieństwa. Mniej więc czeka starego rozczarowań. Przyznasz, że to duża ulga” – wyjaśnia. Znowu ma rację. Ludzie wciąż nas rozczarowują, my rozczarowujemy ludzi. Wciąż jeszcze czegoś oczekujemy od innych, a oni nas zawodzą. A starość jest mądra. Starość już wie, że nie ma czego oczekiwać. Że oczekiwania prowadzą do rozczarowań. Więc po co?

Moja miłość największa

Pytam, czego najbardziej boi się w starości. Utraty sprawności? „Przeciwnie, marzę o tym, żeby wreszcie wziąć do ręki laskę” – mówi, a dwa lata później ją ma, elegancką, ze srebrną rękojeścią. „Ostatnio był u mnie jakiś rok temu, w kwietniu czy w maju, mam zdjęcia z tamtego jego pobytu – wspomina przyjaciel Andrzej Grabowski. – Już był o laseczce. Wtedy zauważyłem, że podupada na zdrowiu. Powiedziałem nawet do mojej partnerki Aldony: «Popatrz, Jasiek tak podupada. Co go zobaczę, to coraz taki słabszy, bardziej wycofany». Wkrótce, czyli półtora roku przed śmiercią, napisał przemówienie na swoją stypę, które chciał, żeby przeczytał Jurek Fedorowicz”.

„Zawsze podobali mi się mężczyźni z laskami. Klasa, elegancja, brak pośpiechu, szyk. Czasem, patrząc na nich, marzyłem, żeby już się całkiem nie spieszyć, iść bardzo wolno, uśmiechać się i opierać – oczywiście na lasce, która takie rozleniwienie wśród zabieganych tłumów tłumaczy. Najważniejsze w życiu, w każdym wieku, jest to, w czyjej obecności upływa nasz czas, ostatnie lata przed końcem. Jeżeli się nie jest kochanym, jeżeli się nie kocha, to jest się półtrupem, choćby z metryki wynikało, że mamy 35 lat. Mam szczęście, bo mnie spotkała miłość odwzajemniona. Kocham i jestem kochany”. I pomyśleć, że dopiero na stare lata trafiła mu się miłość, o jakiej marzył całe życie. Dokładnie taka jak w Hymnie o miłości: „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje, [nie jest] jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie”.

„Mężczyźni starzeją się inaczej niż kobiety?” – pytam. „Różnice są znaczne. Myślę, że starość kobiet bywa bardziej nieznośna niż starość mężczyzn. Kobiety są niecierpliwe. To zresztą widać po twarzach ludzi siedzących w kawiarniach, często im się przyglądam, z zainteresowaniem badam tę kwestię. Niektóre kobiety rozpaczliwie chcą zatrzymać czas, mężczyźni mają w sobie większą zgodę na jego fizyczny upływ, uwidaczniający się na twarzy. Dla mnie starość przesadnie «upacykowana», ostrzyknięta, podciągnięta, jest przerażająca. Zdumiewa mnie też namolne przedłużanie życia. To konkurencja, w której mężczyźni i kobiety wypadają tak samo źle. Patrzę na biegających po zdrowie, od lekarza do lekarza, starców – z przerażeniem i niesmakiem. Bo przecież zdrowie jest po to, żeby go nie zabierać do grobu. Potrzebne nam jest przez chwilę, kiedyś się kończy i już. Jeżeli można mieć jakąś pretensję do starości, to bardziej o utratę pamięci. Ale przecież pamięć ma różne aspekty, nie tylko szlachetne, więc może czasem lepiej nie pamiętać. Zapomnieć często znaczy mniej cierpieć. Ja cieszę się, że pewne epizody, osoby, zostaną pewnie z mojej pamięci wymazane. Moim zdaniem, jeśli coś odmładza, to nie niekończące się konsultacje lekarskie, ale podejmowanie nowych wyzwań. Mnie osobiście niesłychanie odmładza pisanie. Dlatego piszę teksty kolęd, które potem dzieci śpiewają w kościołach, albo – jak ostatnio – książkę [„Moje psie myśli” – przyp. aut.]. Jestem przecież człowiekiem w pewnym sensie niespełnionym, aktorem, który nigdy nie marzył, żeby nim być, i mówię to bez cienia kokieterii. I choć mi się w aktorstwie powiodło, całe życie tkwiło we mnie marzenie o pisaniu. Od dziecka jest we mnie ogromna atencja dla literatury. Jestem obłożony książkami, z których często niewiele pamiętam, ale rzecz nie polega na tym, żeby wszystko pamiętać. Leży przede mną Idiota Dostojewskiego, książka, do której sięgam chyba po raz piętnasty. I czynię to bez wyrzutów sumienia, że nie rzucam się po gorące nowości z księgarń, bo nawet osoba tak światła i wielki autorytet, pani Olga Tokarczuk, wspomina, że wracanie do lektur z młodości oznacza odkrywanie coraz to nowych emocji. Odkrywam więc je z radością”. Zastanawiam się, czy niczego nie zazdrości młodym. „To, czego mógłbym im ewentualnie zazdrościć, już miałem. Zostanę tu, gdzie jestem, gdzie życie mnie zaniosło – mówi. – Bardzo mi tu dobrze”.

Bartosz Opania śmieje się, że Nowicki o swoim odejściu i starości opowiadał od 50 lat. „Było to formą kokieterii i uwodzenia: «Ja już stary, o czym mowa. Nie żądaj ode mnie wiele». Tak naprawdę tylko raz widziałem go w momencie… słabości. W 2013 roku byliśmy w jakimś zamku na Dolnym Śląsku z naszym spektaklem Pod niemieckimi łóżkami z Tamarą Arciuch i Bartkiem Kasprzykowskim. Nagle mówią: «Zobacz, zobacz, Jan Nowicki siedzi za nami». Odwróciłem się, patrzę, siedzi jakiś starszy pan w dresie, bez kapelusza, inny człowiek – nie poznałem go. Podszedłem do niego. Przywitaliśmy się serdecznie i on mówi: «Widzisz, strasznie mnie bolą kolana, miałem dzisiaj występ w kościele». Chciał zapalić, bo palenie było dla niego jak niepodległość. Zresztą to też sobie wziąłem do serca. I tam nie chcieli mu dać tego papierosa zapalić. Oburzyłem się: «Wiecie, z kim rozmawiacie? 20 lat temu tobyście tutaj jeszcze latali po fajki dla pana Jana». I zapalił! I to był ten jeden moment, kiedy pomyślałem, że to już jest człowiek starszy, schorowany. Ale minęły dwa lata… Gramy przedstawienie gdzieś w Warszawie. Pan Jan przyszedł na to przedstawienie niezapowiedziany, w kapeluszu, wytworny jak zawsze – i już był panem Janem. Tym, którego znamy, w świetnej formie. Został z nami po przedstawieniu, piliśmy wiśniówkę do rana, gawędząc o sztuce, o przedstawieniu, o teatrze. Czarujący i uwodzący jak dawniej. «Tamara, co ty robisz z tym aktorem? Ty nie powinnaś się spotykać z aktorem, powinnaś żyć z jakimś normalnym człowiekiem, na przykład architektem» – kokietował”.

A jednak przyszła starość

Myślałam, że wciąż kokietuje starością. W końcu osiemdziesiątka co to za wiek? Ludzie dziś żyją nawet setkę, choć ja bym nie chciała. Ale w listach, które pisze do przyjaciela, Jan żali się na swój wiek, na nieporadność z nim związaną, utratę sił. Koniec września 2019 roku, Jan i Anna jadą z Bydgoszczy do Warszawy. Tym razem nie autem, pociągiem. I choć mają bilety na pierwszą klasę, to jednak podróż autem jest wygodniejsza – można zapakować mnóstwo rzeczy, bez obawy, jak się z tym zabierzesz. Tym razem bagaż ograniczony, choć i tak jest to ciężka walizka i dwie torby. Z Krzewentu na dworzec odwozi ich chrześniak Jana, dobry chłopak, a właściwie mężczyzna, burmistrz Kowala. Jan jest dumny, że dba o Kowal jak o własny dom, z miłością. Tylko słuchać już tego nie może, bo burmistrz całą drogę opowiada o sprawach lokalnych. Nareszcie dworzec. Małe opóźnienie. W końcu pociąg wjeżdża. „Udając mężczyznę – przynajmniej już nie przed żoną – wtaszczam walizkę do wagonu. Teraz droga do przedziału – wąska. W przedziale jegomość około sześćdziesiątki. Udaje, że nas nie ma. Liczę na pomoc we wrzuceniu ciężarów, ale gdzie tam… W takich sytuacjach moja silna, z rosyjskimi genami kobieta udaje, że wszystko najcięższe jest lżejsze od puchu, i jednym podrzutem walichy lądują na półkach. Nie czuję się poniżony. Ot, to tylko zderzenie starości już przecież nie z młodością – pisze w liście. – Jedziemy. Cieszyłem się nawet na tę podróż, ale już po półgodzinie szlag mnie trafia. Nie z zimna, tylko bólu wszystkiego. Dwie godziny drogi, a ja cierpię. Zniedołężnienie postępuje… a jeszcze pół roku temu… Jednak samochód to wytchnienie. Nie mam siły udawać, a jeszcze pół roku temu… Kurwa mać. Zapamiętaj to sobie. Przeczytaj za kilkanaście lat. Nie miej złudzeń”.

Polecamy: „Żyć jak Wielki Szu. Biografia Jana Nowickiego” Beata Biały, wydawnictwo Rebis (Fot. materiały prasowe) Polecamy: „Żyć jak Wielki Szu. Biografia Jana Nowickiego” Beata Biały, wydawnictwo Rebis (Fot. materiały prasowe)
Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze