1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. „Uważam, że nastolatki to najlepsi ludzie, choć nikt ich nie docenia” – mówi Sarah Crossan, autorka książek dla dzieci i młodzieży

„Uważam, że nastolatki to najlepsi ludzie, choć nikt ich nie docenia” – mówi Sarah Crossan, autorka książek dla dzieci i młodzieży

Sarah Crossan autorka książek dla dzieci i młodzieży (Fot. Ger Holland)
Sarah Crossan autorka książek dla dzieci i młodzieży (Fot. Ger Holland)
Nastolatkowie zasługują na dobrą literaturę i taką właśnie pisze Sarah Crossan, z którą rozmawiamy nie tylko o popularnym nurcie young adult, ale też o tym, czego można się od nastolatków nauczyć.

Jak się pisze dla nastoletnich odbiorców?
Trudniej.

Dlaczego?
Bo muszę uważać, żeby nie narzucać młodym czytelnikom swojej perspektywy.

A dlaczego piszesz powieści tak, że tekst układa się na stronie w kilka krótkich wersów, jak wiersz? To swoją drogą zadziwiające, że w tak niewielkiej objętości jesteś w stanie pomieścić tyle treści.
Kryje się za tym zabawna opowieść. W pewnym momencie życia znalazłam się w Stanach, gdzie – jako że przez dziesięć lat uczyłam angielskiego najpierw w Wielkiej Brytanii, a potem w USA – miałam opowiedzieć dzieciom o książce „Out of the Dust” autorstwa nagradzanej pisarki Karen Hesse. Napisała ją wierszem, a ja prowadziłam zajęcia dla 12-latków. Pamiętam, że pomyślałam sobie: rzecz się dzieje w latach 30., poezja – nie ma opcji, żeby to im się spodobało.

Tymczasem...
Tymczasem dzieciaki były zachwycone! Zwłaszcza chłopcy, bo szybko się tę pozycję czytało, więc nawet ci słabiej radzący sobie z czytaniem świetnie się spisali. Po tej przygodzie pomyślałam, że krótkie wersy to niezły pomysł, więc napisałam w ten sposób „Kasieńkę” [książka o 12-latce z Polski, która wyjeżdża z mamą do Anglii – przyp. red.]. Pamiętam, że mój agent powiedział, że tu może być problem ze sprzedażą, bo taka forma była nowością na brytyjskim rynku. A jednak wydano „Kasieńkę” pięknie i do dziś to moja najlepiej sprzedająca się książka w Wielkiej Brytanii [śmiech].

Staram się pisać tak, żeby całą opowieść udało się przeczytać maksymalnie w trzech podejściach. Chodzi o to, żeby od razu dać się pochłonąć historii. Poza tym dzięki takiej formie mogę zrezygnować z tych wszystkich nudnych fragmentów, jak opisy, które dzieci zwykle i tak pomijają. No i każdy wers jest jak uderzenie emocji. To bardzo wyzwalające dla pisarza. Dzieci też są zadowolone, a potem często dają taką książkę rodzicom, bo wiedzą, że dorosła osoba szybko ją przeczyta i będą mogły z nią o tym porozmawiać.

Skupiasz się na nastoletnich problemach i emocjach.
I muszę być przy tym bardzo uważna, żeby kogoś nie skrzywdzić. Pamiętam, jakim wyzwaniem było pisanie „Toffi”, w której pojawia się wątek przemocy domowej. No bo jak napisać o przemocy, by nie wystawiać na nią dziecka, które jej nie zna, w sposób, który go nie straumatyzuje?

Jaka jest twoja odpowiedź?
Przede wszystkim nie udawajmy, że emocjonalne światy dzieci są małe, że bolesne doświadczenia nie są częścią ich życia. Wstyd, ekscytacja, złość, zazdrość – dzieci doświadczają ich często silniej niż my. To my wolimy udawać, że tak nie jest, bo chcemy mieć obrazek idealnego dzieciństwa. Z tego, co wiem, dzieci starają się też zrozumieć innych tak mocno, jak to tylko możliwe, i są znakomitymi obserwatorami. Każdy, komu się wydaje, że nas bacznie nie obserwują, nie ma racji.

Dla mnie dobre dzieciństwo znaczy właśnie czuć się bezpiecznie w swoich emocjach, nie być obrażaną czy potępianą za to, że czuję złość albo smutek. Gdy sama byłam dzieckiem, uczono nas „połykać” swoje uczucia, nie okazywać ich. Słyszałam tylko: „Czemu płaczesz? Przestań! Nie ma co się denerwować”. Dlatego gdy moja córka płacze, mówię: „Płacz, to jest OK, to twoje uczucia”. Wychodzę też z założenia, że moją rolą jest opowiedzenie o jakiejś sytuacji tak, żeby czytelnik odczytał z niej tyle, ile chce i może. Pamiętam, jak miałam zagwozdkę przy „Apple and Rain” [nie ma jeszcze polskiego przekładu tej książki – przyp. red.], opowieści o dwóch siostrach, które nagle dowiadują się o swoim istnieniu. Otóż w jednej scenie matka dziewczynek stoi przy oknie, paląc, i podaje dalej to, co pali, drugiemu dorosłemu. Tylko tyle. Niektóre dzieci szybko się zorientują – bo już to znają – że to nie jest papieros. Ale moja dziesięcioletnia córka, czytając tę scenę, krzyknęła: „Jak mama może palić przy Apple papierosy?!”. Tak więc ta scena jej nie skrzywdziła, nie powiedziała za dużo, ale i tak moja córka czuła, że kryje się w niej jakiś problem.

We wspomnianym „Toffi” ojciec głównej bohaterki stosuje wobec niej przemoc, a jednocześnie Toffi dobrze widzi, że on nie umie sobie poradzić z głęboką żałobą po stracie żony, więc przekazuje swój ból dalej, raniąc fizycznie własną córkę. Zresztą we wszystkich moich książkach młodzi ludzie wcześnie uświadamiają sobie, że muszą sami podejmować decyzje, bo dorośli sobie z tym nie zawsze radzą.
Dzięki „Kasieńce” i „Toffi” wróciłam do swoich szkolnych lat. Odnajduję się w tych historiach, bo pamiętam siebie jako bardzo samotną dziewczynę. Założyłaś, że to po prostu stan typowy dla nastolatków, czy nawiązujesz do swoich wspomnień?
Byłam jedyną dziewczynką w rodzinie pełnej chłopców – mam trzech braci. Ale to też były trudne lata, bo moi rodzice schodzili się i rozchodzili. No i doświadczyliśmy prawdziwej biedy. Niektórzy krytykowali „Kasieńkę” za to, że przedstawiam stereotypowy obraz imigrantów z Polski: Kasieńka przyjeżdża z Gdańska do Anglii wraz z mamą i mieszka w kawalerce. Odpowiadałam wtedy, że cóż, to jest moje doświadczenie, jako dziecko tak właśnie mieszkałam z rodziną. Pochodzę z irlandzkiej klasy robotniczej, a nie angielskiej klasy średniej i miałam trudne dzieciństwo. Potem przez dziesięć lat uczyłam w szkole – głównie nastolatków. I uważam, że to są najlepsi ludzie, choć nikt ich nie docenia. Są niezwykle wrażliwi i ciekawi wszystkiego. Ich pytania o to, kim jestem, gdzie przynależę, gdzie znajdę miłość, są takie jak nasze: „Czy powinnam kupić sobie auto, które na ludziach zrobi wrażenie?” albo „Czy zrobić sobie botoks, żeby pozbyć się zmarszczek i wyglądać atrakcyjniej?”. Tak łatwo nam, dorosłym, krytykować rzeczy, które kochają nastolatkowie, i patrzeć na nich z góry.

Jak myślisz, z czego to wynika?
Myślę, że wiele z nas się ich po prostu boi, bo nastolatkowie patrzą na starszych i widzą, że wciąż nie wiemy, o co chodzi w życiu. Chodzi też o platformę porozumienia. Kiedy czasem przychodzę do szkół na pogadanki i przy wejściu stoi grupka nastolatków, rozumiem może z 10 procent tego, co mówią [śmiech]. Posługują się własnym językiem, bawią się nim, zmieniają kulturę, obyczaj, a to dla nas, dorosłych, duży dyskomfort, bo my nie chcemy ich zmian, zwłaszcza że wciąż wydaje nam się, że to my zmieniamy świat.

W twoich książkach media społecznościowe są niemal nieobecne.
Chcę, żeby młodzi ludzie choć na chwilę doświadczyli odłączenia się od tego, co ich rozprasza, żeby dali się pochłonąć lekturze. Jakiś czas temu czytałam artykuł o tym, że gdy zabierzesz dziecku smartfon, poziom jego stresu wzrasta i rośnie przez kolejne 20 minut, ale po tych 20 minutach zaczyna opadać, aż się wyrównuje.

Z drugiej strony wydaje mi się, że trudno jest pisać o mediach społecznościowych w sposób, który jest jednocześnie delikatny i trafny. Może powinnam się tym zająć, ale w ogóle mnie to nie interesuje. Także dlatego, że mimo „społeczności” w nazwie, tu nie chodzi o relacje, tylko o popularność, o pozory. A ja chcę pisać o poczuciu przynależności, o tym, co to znaczy gdzieś należeć.

Młodzieżowy nurt w kulturze, czyli young adult, jest dziś mocno skomercjalizowany, nastolatkowie często sięgają po propozycje naprawdę niskich lotów. To dla ciebie powód do niepokoju?
To w sumie zabawne, że dorośli mogą decydować, czy będą czytać „50 twarzy Greya” czy książki Sally Rooney, ale kiedy dziecko sięga po tandetę, natychmiast czujemy moralne oburzenie. Jednocześnie nie znam dorosłego, który byłby na terapii z powodu przeczytanej w dzieciństwie książki. Dorośli chodzą na terapię, bo ich rodzice namieszali im w życiu. Dlatego sam pomysł, że książka może zaszkodzić dziecku, jest dla mnie przezabawny. A co czyni literaturę dobrą? Moim zdaniem w pisaniu chodzi o zaufanie, a w czytaniu o bycie zrozumianym. Ja mam zrozumieć książkę, ale także książka ma zrozumieć mnie. Takie historie uwielbiam i takie próbuję pisać.

Książki dla dzieci i młodzieży autorstwa Sarah Crossan (Fot. materiały prasowe) Książki dla dzieci i młodzieży autorstwa Sarah Crossan (Fot. materiały prasowe)

Sarah Crossan autorka książek dla dzieci i młodzieży. Ma w dorobku 11 wielokrotnie nagradzanych tytułów, przetłumaczonych na ponad 20 języków.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze