1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Najgorsze, co można powiedzieć człowiekowi w depresji, to: „Weź się w garść”. Bo on jest w garści… depresji. Rozmowa z Anną Morawską-Borowiec, prezeską fundacji Twarze depresji

Anna Morawska-Borowiec psycholożka i dziennikarka, prezeska Fundacji „Twarze depresji\
Anna Morawska-Borowiec psycholożka i dziennikarka, prezeska Fundacji „Twarze depresji" (Fot. Marek Szczepański)
Dziewięć lat temu wymyśliła kampanię „Twarze depresji”, która łamała tabu narosłe wokół tej choroby i zdejmowała z niej stygmat. Anna Morawska-Borowiec właśnie inauguruje 18. edycję swojej kampanii. Tym razem jej tematem są mężczyźni.

Pytanie, czym jest depresja, wciąż zaskakuje?
Myślę, że nie zaskakuje. Od pierwszej kampanii „Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję” powtarzamy, że najskuteczniejszym leczeniem depresji jest połączenie farmakoterapii i psychoterapii. Zaangażowaliśmy już prawie 60 ambasadorów – znanych osób. W pierwszej edycji byli zmagający się z chorobą Andrzej Bober, Kamil Sipowicz, Joanna Racewicz, Piotr Zelt czy Tomasz Jastrun, ale też Ewa Błaszczyk, Maciej Orłoś, Jarosław Gugała. W ostatniej m.in.: Andrzej Seweryn, Marcin Bosak, Doda, DJ Wika, Barbara Tukendorf…

Niektórzy bardzo szczerze mówią o swoim doświadczeniu. Staramy się pokazać, że to choroba jak każda inna. Kiedyś wiązała się z ogromną stygmatyzacją. Gdy prawie dziesięć lat temu ruszaliśmy z naszą kampanią, na depresję leczyło się zaledwie pół miliona Polaków. Dziś w ramach publicznej służby zdrowia leczy się milion dwieście tysięcy Polaków, a to tylko oficjalne dane. To najbardziej niedoszacowana choroba na świecie – ludzie wciąż wstydzą się sięgać po pomoc albo nie dostają jej z powodu słabego dostępu do specjalistów. Są ogromne obszary Polski – wsie, małe miejscowości – gdzie specjalistów zdrowia psychicznego w ogóle nie ma lub jest ich niewielu. A przecież nie istnieje grupa społeczna czy wiekowa, którą by ta choroba omijała. Nie ma rodziny, w której nie byłoby problemu depresji. W mojej najbliższej rodzinie też są zmagające się z nią osoby. Według Światowej Organizacji Zdrowia w 2030 roku depresja będzie pierwszą chorobą na świecie. Jestem przekonana, że już jest.

Fundacja ułatwia dostęp do pomocy?
Dzięki naszym darczyńcom zapewniamy szybką pomoc. Zrealizowaliśmy prawie 20 tysięcy bezpłatnych zdalnych konsultacji psychologicznych i psychiatrycznych: dla dzieci, młodzieży, ich rodziców, dla pacjentów onkologicznych i ich rodzin, dla kobiet w ciąży i po porodzie, dla osób dorosłych, dla uchodźców z Ukrainy. Te osoby nie miały szans korzystać z publicznej służby zdrowia, bo w ich okolicy takiej pomocy nie było albo kolejki były tak długie, że sytuacja ta była dla nich zagrażająca. Na terapię, która jest niezbędna w leczeniu depresji, czeka się około ośmiu miesięcy. Pacjent chory na raka nie usłyszy: „Niech się pan zgłosi za rok na chemioterapię”, bo może tego nie doczekać. A pacjenci z depresją, niestety, o takich terminach słyszą. Muszę podkreślić, że 40 procent podopiecznych Fundacji „Twarze depresji” zgłasza się z myślami samobójczymi. Zatem terapii ratującej życie nasi podopieczni potrzebują natychmiast. W Polsce mamy nieco ponad cztery tysiące psychiatrów, co znaczy, że na milion mieszkańców przypada 90 psychiatrów. To stawia nas na przedostatnim miejscu w Unii Europejskiej. Gorzej jest tylko w Bułgarii. Konieczne są dalsze kroki i nakłady na zmiany systemowe.

Czy dlatego mówią o was „pogotowie psychologiczne”?
Chory bez wychodzenia z domu, bez poczucia stygmatyzacji, lęku może się połączyć z naszymi specjalistami przez wybrane wideokomunikatory. Nasi specjaliści są od tego, żeby pomóc. Nie ma sytuacji bez wyjścia.

Uświadamiacie, jak powinni zachować się jego bliscy?
Życie z osobą cierpiącą na depresję nie jest łatwe. Depresja uniemożliwia normalne funkcjonowanie w rodzinie, w pracy. Chorzy stają się smutni, płaczą, nie mają siły wstać z łóżka, zająć się dziećmi, pójść do pracy, nie chcą jeść, podejmować aktywności. To choroba, która odbiera siłę, a w końcu chęć życia. Jeśli przypuszczamy, że bliska nam osoba może myśleć o śmierci, o odebraniu sobie życia, bo na przykład rozdaje rzeczy osobiste, mówi o śmierci, mówi, że jej życie nie ma żadnego znaczenia i sensu, warto zapytać wprost: „Czy w ostatnim czasie myślałaś o odebraniu sobie życia?”. Nie można bać się takich pytań. Osobie chorującej na depresję zadane wprost pytanie o myśli samobójcze może uratować życie. Bo pozyskamy wiedzę o jej stanie. Rolą nas, bliskich, jest spowodować, żeby ta osoba trafiła do specjalisty zdrowia psychicznego w atmosferze empatii, miłości i szacunku.

Bo chory jest w nieustannym zmaganiu się ze śmiercią?
Najczęstsze pytanie wpisywane w wyszukiwarkę na stronie naszej fundacji to: „Co zrobić z myślami samobójczymi?”. To pokazuje, jak poważnym objawem są myśli samobójcze, które realnie zagrażają życiu. Ludzie szukają u nas pomocy, bo czują, że stoją już na granicy życia i śmierci. Ale jeśli szukają pomocy, to znaczy, że chcą żyć. Powinniśmy być bardzo uważni na te poszukiwania. Jeśli wiemy o zamiarze samobójczym, mamy obowiązek wezwać karetkę. Pacjent powinien natychmiast trafić do szpitala. Ostatnio zadzwonił do mnie młody mężczyzna z małej miejscowości, płakał. Od razu pojawiła się w mojej głowie czerwona lampka, że jest z grupy ryzyka popełnienia samobójstwa, więc wymaga szczególnej uwagi. Mówił, że podjął farmakoterapię, zapisał się prywatnie na psychoterapię, ponosząc wysiłek finansowy ponad własne możliwości, do tego nie jest w stanie pracować. Poszedł więc na zwolnienie lekarskie. Żona i teściowa, z którymi mieszka pod jednym dachem, uznały, że jest leniem. Ma iść do pracy, a nie użalać się nad sobą. „Ogarnij się w końcu” – usłyszał. A najgorsze, co można powiedzieć człowiekowi w depresji, to: „Weź się w garść”. Bo on jest w garści… depresji. Potrzebuje wsparcia, stąd nasze hasło „Nie oceniam. Akceptuję”. Wynika z setek moich rozmów z ludźmi cierpiącymi na depresję, tego oczekują od bliskich.

Bo chory sam jest w potrzasku deprecjonowania siebie?
Jeśli stłucze szklankę, powie: „Nigdy mi się nic nie udaje, zawsze wszystko schrzanię”. Ktoś nie odpowiedział „dzień dobry”, więc uważa, że wszyscy go nienawidzą, nikt go nie szanuje, nie zauważa – taką ma konkluzję, „jestem nikim”. Ma problemy interpersonalne, boi się kontaktu z ludźmi, oceny, izoluje się, zamyka w czterech ścianach, więc nie dopyta. A przecież ktoś mógł nie odpowiedzieć „dzień dobry”, bo nie usłyszał, mógł być zamyślony. Osoba z depresją nie weźmie pod uwagę innych okoliczności niż te, które są na jej niekorzyść. To właśnie zniekształcenia poznawcze, czyli błędy w sposobie myślenia o sobie i świecie, które podlegają terapii. Leczenie depresji wymaga ogromnej cierpliwości, tak od chorującego, jak i jego bliskich. Leki przeciwdepresyjne zaczynają działać po około dwóch tygodniach. Terapia poznawczo-behawioralna, którą nasza fundacja rekomenduje, trwa od pół roku do dwóch lat. Nawet jak leki zadziałają i odetną najgorsze myśli samobójcze, to nie zmienią myślenia o sobie. Ostatnia nasza kampania poświęcona była seniorom. Na ponad pięć tysięcy Polaków, którzy w zeszłym roku odebrali sobie życie, półtora tysiąca to seniorzy. W ubiegłym roku życie odebrało sobie ponad 4200 mężczyzn. Dlatego kampanię, którą inaugurujemy w lutym, kierujemy do mężczyzn.

To znaczy, że na 15 samobójstw 13 dokonują mężczyźni?
To samo dotyczy prób samobójczych. Z 14,5 tysiąca prób w ubiegłym roku ponad dziewięć tysięcy podjęli mężczyźni. Rzadziej sięgają po pomoc, nie chcą rozmawiać. Często szukają szybkich rozwiązań problemu, który ich przerasta. W opinii niektórych mężczyzn takim „szybkim rozwiązaniem” jest targnięcie się na swoje życie. Częściej robią to w taki sposób, że specjaliści nie są w stanie ich uratować. Kobiety sięgają po takie metody, które w wielu przypadkach dają lekarzom szansę na uratowanie ich. Pokutuje stereotyp mężczyzny silnego, głowy rodziny, macho, który nie może płakać, bo to „niemęskie”. Wpajany od dziecka. Kiedy chłopiec się przewróci, tata powie: „Wstawaj, nie mazgaj się”. Zaledwie jedna trzecia pacjentów leczących depresję w Polsce to mężczyźni. Czterokrotnie rzadziej niż kobiety przechodzą pełną psychoterapię, niezbędną do wyjścia z depresji. Od czasu pandemii mamy wyraźny wzrost zachowań przemocowych w rodzinach. To wszystko przekłada się na nasze funkcjonowanie. Diagnostycznie, zgodnie z międzynarodową klasyfikacją chorób, objawem depresji nie jest agresja. Ale my, klinicyści, wiemy, że u mężczyzn depresja może przebiegać z zachowaniami agresywnymi tak słownymi, jak i fizycznymi. Depresja u mężczyzn może wiązać się też z częstszym sięganiem po alkohol, wpadaniem w pracoholizm, podejmowaniem zachowań ryzykownych, finalnie też targnięciem się na swoje życie. Te objawy, które wymieniłam, są bardziej charakterystyczne dla męskiej twarzy depresji.

Jak to się stało, że ty, dziennikarka, zajęłaś się depresją?
Jako dziennikarka interesowałam się tematami społecznymi i zdrowotnymi. Od początku robiłam wywiady, felietony i reportaże o HIV, in vitro, śmierci dzieci. Podejmowałam trudne tematy i widziałam, jak bardzo otwierają się moi rozmówcy, wymagają mojego wsparcia, także wiedzy psychologicznej. Chciałam lepiej o nich zadbać. To był główny impuls do pójścia na psychologię na SWPS-ie. Pracowałam w telewizyjnej „Panoramie” i jako psycholog wolontariusz raz w tygodniu pomagałam w klinice Budzik u Ewy Błaszczyk. Dzieci, które się wybudzają, nierzadko zmagają się z depresją. Wcześniej biegały, jeździły na rowerku, na sankach, były sprawne. Wybudzają się ze śpiączki głęboko niepełnosprawne albo niepełnosprawne na tyle, że wymagają istotnej rehabilitacji. To bardzo obciążające dla ich młodej psychiki i ich rodziców.

Pani Ewa Błaszczyk ze swoją kliniką Budzik, do której wcześniej jako dziennikarka ciągnęłam intuicyjnie, była dla mnie wielką inspiracją i jest autorytetem. Od początku jest ambasadorką, twarzą naszej kampanii. Któregoś dnia przygotowywałam do „Panoramy” felieton o depresji Justyny Kowalczyk, która odważnie opowiedziała o swoich zmaganiach z chorobą Pawłowi Wilkowiczowi. Wywiad był głośny, bo dotąd depresja była tematem tabu. Mówimy o roku 2014. Historia naszej mistrzyni, niezrozumienie choroby przez społeczeństwo, niektóre nieprzychylne komentarze dały mi do myślenia. Postanowiłam namówić różne znane osoby na rozmowy o ich doświadczeniu, z których powstała książka „Twarze depresji”. Chciałam spróbować przełamać tabu, również nakłonić osoby publiczne do zaangażowania się, uznając, że psychoedukacja jest bardzo potrzebna. Chciałam nadać tematowi szerszą skalę. Tak powstała kampania „Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję”. Był rok 2015. Powiem szczerze, myślałam, że na tej jednej kampanii się skończy.

Wtedy nie było jeszcze fundacji, którą dzisiaj prowadzisz wspólnie z mężem.
Nie było. Zrobiłam tę kampanię „zakulisowo”, charytatywnie. Aż przyszła myśl, jak ważne jest, aby ją kontynuować. Kolejna kampania poświęcona była kondycji psychicznej dzieci i młodzieży. Potem zrobiliśmy kolejną i kolejną, dalej robiłam to anonimowo, z potrzeby serca. W końcu mąż namówił mnie do założenia Fundacji „Twarze depresji” po to, żeby lepiej i skuteczniej realizować kampanie, móc występować o patronaty itp. A kiedy już powstała, odważyłam się myśleć o kolejnych projektach. Moim największym marzeniem było stworzenie dostępnej pomocy psychologicznej.

W telewizji pracowałaś kilkanaście lat, jak do niej trafiłaś?
O, to mamy rozmawiać o mnie? Życie samo napisało scenariusz. Musimy się jeszcze bardziej cofnąć. Pochodzę z Torunia, moi rodzice są nauczycielami. Kiedy powiedziałam tacie, że moim marzeniem jest praca w telewizji, prawie się zakrztusił przy kolacji. Było to dla niego niewyobrażalne, bo jak to: w Warszawie, w telewizji? Ale uważałam, że warto próbować iść za marzeniami, warto je mieć i dążyć do celu. Zdawałam na dziennikarstwo na UW i żeby uzyskać dodatkowe punkty na egzamin za staż w mediach, zaczęłam współpracować z lokalną gazetą „Nowości”. Mniej więcej w tym czasie Andrzej Turski wrócił do prowadzenia „Panoramy” po dłuższej przerwie wynikającej z jego walki z chorobą onkologiczną. Byłam w klasie maturalnej, pomyślałam, że chcę z nim o tym porozmawiać. Napisałam maila z prośbą o wywiad. Ku mojemu zaskoczeniu trzy minuty później dostałam pozytywną odpowiedź z jego numerem telefonu. Czytałam z niedowierzaniem. Nagraliśmy rozmowę przez telefon i Andrzej Turski powiedział: „Jak przyjedziesz na studia do Warszawy, to koniecznie musimy się spotkać”. Zdałam na studia, udało mi się dostać na staż w redakcji sportowej Polskiego Radia, bo interesowałam się też sportem. Pewnego dnia zawiozłam Andrzejowi Turskiemu nasz wywiad do redakcji „Panoramy”. Myślałam, że podam rękę, wręczę gazetę i to będzie dla mnie największe wydarzenie. A on zabrał mnie na kawę, poświęcił mi godzinę. Było w tym to charakterystyczne dla niego zainteresowanie drugim człowiekiem. Wzruszyło mnie, że pyta, co mnie interesuje, jakie mam plany, chce wiedzieć, kim jestem. Na końcu zaproponował, żebym przyszła na staż do „Panoramy”. I nie uwierzysz, nie zgodziłam się, tłumacząc, że w ogóle się do telewizji nie nadaję, boję się kamer. Podziwiam go, ale chyba jednak nie mogę przyjąć propozycji.

Masz łzy w oczach, mówiąc o tym.
Bo to dla mnie osobiste wspomnienie. Po roku studiów i stażu w radiu stwierdziłam, że może warto wrócić do tematu stażu w telewizji. Odezwałam się do Andrzeja Turskiego i tak trafiłam do „Panoramy”. Dostałam swoją działkę – tematy społeczne i medyczne. Andrzej Turski dbał o naszą wrażliwość na rozmówców. Raz skomentował mój felieton: „Ania, bieda to nie cytryna, nie wolno jej wyciskać”. To zdanie utkwiło mi w pamięci na całe życie. Uczył podchodzić z szacunkiem i empatią do każdego, z kim rozmawiamy, brać odpowiedzialność za temat. Rozmowy z Andrzejem i jego wskazówki zbudowały mnie na całe zawodowe życie. Czas pod jego skrzydłami uważam za najpiękniejszy w moim życiu. Chciałabym, żebyśmy pamiętali go, zwłaszcza my, dziennikarze.

Podziękowałaś mu, pisząc książkę „7 dni. Świat Andrzeja Turskiego”.
Mówił o mnie, że jestem jego „telewizyjną córką”. I rzeczywiście podjęłam się napisania książki. Niestety, nie skończyliśmy jej pisać, bo Andrzej zmarł. Dokończyłam ją wspólnie z jego córką Ulą Chincz i w ten sposób jego biologiczna córka i jego „telewizyjna” mogły mu podziękować. Był wielkim autorytetem, dziennikarzem na miarę BBC. Z tą swoją siwą głową, wspaniałym głosem, wrażliwością, poczuciem humoru, ciekawością drugiego człowieka. Taki pozostaje w moim sercu i pamięci.

Zrezygnowałaś z dziennikarstwa?
W ostatnich latach bardzo dużo się wydarzyło. Pandemia była największą kampanią psychoedukacyjną na świecie. Żadne billboardy nie byłyby nam w stanie tak powszechnie uświadomić, jak kruche jest nasze zdrowie psychiczne i że każdego z nas może dotknąć kryzys. Z początkiem pandemii zaszłam w drugą ciążę. Urodziłam syna, mając już tak rozwiniętą fundację, że na co dzień pracowało w niej około 40 specjalistów zdrowia psychicznego. Byłam zamknięta z powodu pandemii w domu, koordynowałam zdalnie programy, ale w końcu musiałam podjąć decyzję, co zrobić z życiem zawodowym, żeby zadbać przy tym też o własny dobrostan psychiczny i nie skończyć na leczeniu. Zdecydowałam się na rozwój fundacji. Dlatego zrezygnowałam z dziennikarstwa, pozostawiłam sobie jedynie tę działkę, jaką jest nasz magazyn „Twarze depresji”, dostępny na stronie fundacji.

Jak wyobrażasz sobie świat swoich dzieci?
Oj, to trudne pytanie. Chciałabym, żeby miały świat bezpieczny, w którym będą kochane, szanowane i będą mogły realizować siebie, swoje marzenia… Tu postawmy kropkę. 

Anna Morawska-Borowiec psycholożka i dziennikarka, pracowała w „Panoramie” TVP, prezeska Fundacji „Twarze depresji", pomysłodawczyni kampanii społecznej „Twarze depresji. Nie oceniam. Akceptuję”, redaktorka naczelna magazynu „Twarze depresji”. Autorka książek „Twarze depresji”, „Ola w Jaśkowym Sadzie”, „Depresja poporodowa. Możesz z nią wygrać”. Wspólnie z Urszulą Chincz napisała książkę „7 dni. Świat Andrzeja Turskiego”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze