1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Isabella Rossellini: „Być może współczesne kobiety marzą o czymś innym niż młodość?!”

Isabella Rossellini  (Fot. Pierre Suu/Getty Images)
Isabella Rossellini (Fot. Pierre Suu/Getty Images)
Isabella Rossellini nie jest osobą, która łatwo odpuszcza. Kiedy wraz z wiekiem zaczęła dostawać coraz mniej propozycji, postanowiła sama stworzyć sobie pracę. Wróciła na uniwersytet, założyła własną farmę, reżyserowała filmiki na YouTubie i teatralne monodramy. Teraz triumfalnie powraca do mainstreamu.

Jest pani ikoną, czy młodsi aktorzy, z którymi spotyka się pani na planie, czują się pani obecnością onieśmieleni?
Na pewno zdarza mi się spotykać ludzi, dla których jestem gwiazdą. Jakoś ich to na początku krępuje, ale nie sądzę, żeby czuli się przy mnie sparaliżowani. Nie mam w sobie śladu takiej wyniosłej energii, która często kojarzy się z kimś onieśmielającym. Zdecydowanie nie chcę, by młodzi, z którymi pracuję, czuli się przy mnie nieswojo, przecież na planie jesteśmy partnerami, współpracujemy. Jeśli onieśmielam, to może z powodu wieku, bo jestem stara. Patrzą na mnie i myślą: „O matko, ale staruszeczka, jak z taką się obchodzić?!”. A może wcale nic takiego nie przychodzi im do głowy i tylko mi się wydaje?

Nie przesadzajmy z tą staruszeczką. Tylko w 2023 roku w pani dorobku pojawiło się pięć nowych tytułów, a właściwie sześć, bo jeszcze dubbing do animacji. Chyba wciąż musi to wszystko sprawiać pani wielką przyjemność, skoro tak dużo pani pracuje.
Ja nie wybieram ról, to znaczy ja ich nie szukam – gram w tym, co do mnie trafia, przyjmuję propozycje. Nie skupiam się na tym, czy gram rolę dużą, czy małą, najwspanialszy jest dla mnie żywy kontakt z utalentowanym, inspirującym człowiekiem. Ale tak się składa, że między innymi z powodu mojego zaawansowanego wieku dostaję głównie propozycje ról drugoplanowych. Czasami oznacza to tydzień na planie, czasami dwa, a czasami ledwie trzy dni. Dlatego jestem w stanie zagrać w tylu filmach rocznie.

Drugoplanowe role dla starszych aktorów – czy to forma dyskryminacji?
Zdecydowanie tak. Wydaje mi się, że aby to zmienić, musi być jeszcze więcej kobiet za kamerą. One mają po prostu inne spojrzenie, opowiadają inne historie. Przyglądam się filmom stworzonym przez reżyserki i widzę nową nadzieję. Jednak na razie – mimo zmian w branży – dla starszych kobiet wciąż nie ma zbyt wielu głównych ról. Zauważyłam to między 50. a 55. urodzinami, kiedy nagle przestałam intensywnie pracować jako aktorka i modelka. Źródełko wyschło i uważam, że było to powiązane z moją metryką.

Jednak nie spoczęła pani wtedy na laurach, tylko wzięła sprawy w swoje ręce.
Znalazłam przestrzeń na coś nowego. Wróciłam na uniwersytet i zrobiłam magisterkę z etologii [dział zoologii badający zachowania zwierząt – przyp. red.]. Potem zaczęłam tworzyć serię komediowych filmów o zwierzętach, które zdobyły ogromną popularność na YouTubie [chodzi o realizowany wspólnie z Jody Shapiro projekt „Green Porno”. Na ekranie Rossellini wciela się m.in. w ślimaka, chomika i modliszkę. Zabawne filmiki pokazywały m.in. praktyki reprodukcyjne zwierząt – przyp. red.]. No ale na YouTubie się właściwie nie zarabia.

Wspaniała francuska aktorka Carole Bouquet powiedziała mi: „Kochana, nie możesz takiej świetnej rzeczy robić za darmo. Zrób to samo, ale w teatrze! Ludzie przychodzą, płacą za bilety, ty odbierasz swój udział”. Tak powstał monodram „Green Porno”. Dziś mogę stwierdzić, że zdecydowałam się rozpocząć swoją przygodę w teatrze, bo fascynuje mnie etologia! Temat zwierząt jest mi bliski od bardzo dawna i przetwarzam go artystycznie na bardzo różne sposoby. Uwielbiam sama sobie tworzyć pracę. Nie jestem typem, który łatwo odpuszcza. Zawsze znajdę dla siebie jakieś otwarte drzwi.

Ma pani rzadki dar tworzenia ról transgresyjnych, eksperymentalnych. Tak jakby czuła się pani komfortowo gdzieś pomiędzy, w niedookreślonej przestrzeni.
Nie myślałam nigdy o tym w ten sposób. Ale przecież mój ojciec [legendarny Roberto Rossellini – przyp. red.] był eksperymentującym filmowcem. Dziś oczywiście podziwia się go jako wielkiego mistrza, ale za swoich czasów był twórcą niezależnym. Może dlatego ciągnie mnie do filmowego doświadczania? Kiedy współpracę proponuje mi kanadyjski twórca eksperymentalny Guy Maddin albo David Lynch – mówię tu o czasie, zanim stał się sławny – myślę sobie: „Dlaczego nie? Brzmi interesująco!”. Nie martwię się tym, co się wydarzy, ani tym, że zagranie dziwnej czy zaskakującej roli będzie zagrożeniem dla mojej kariery... Być może mam takie podejście, bo nigdy nigdzie nie byłam do końca u siebie? Moja mama była Szwedką [aktorka Ingrid Bergman – przyp. red.], mój ojciec Włochem, dorastałam we Włoszech i Francji, by potem przeprowadzić się do Stanów Zjednoczonych. Bez względu na to, w jakim kraju grałam, zawsze miałam akcent, dlatego nigdy nie mogłam zagrać na przykład członkini rodziny.

Trudno było stworzyć siebie na nowo po tym, jak propozycje ról i kontraktów modelingowych przestały spływać?
Nie powiedziałabym, że to było wymyślanie siebie na nowo, bo zwierzęta i ich zachowanie zawsze bardzo mnie interesowały. Przez całe życie było to dla mnie jedynie hobby, bo nie miałam czasu, żeby się temu w pełni poświęcić. I nagle ten czas się pojawił. Zaskoczył mnie natomiast sukces tego mojego „nowego” wcielenia. Bo kiedy idzie się na studia po 60. urodzinach, to człowiek nie myśli, że zaczyna karierę, raczej, że odłożył pieniądze, ma emeryturę i teraz odda się pasji. Nie wyobrażałam sobie, że wrócę w pełnym wymiarze do pracy. Oczywiście nie jest to sukces na skalę Lyncha czy reklam Lancôme, bo filmy czy spektakle, które reżyseruję, to nie są wysokobudżetowe hity. Ale tu otworzyła się przede mną ciekawa droga.

Założyła pani pod Nowym Jorkiem własne gospodarstwo – Mama Farm.
Kiedy zaczęłam studiować etologię, przeprowadziłam się na wieś. Wydawało mi się, że to fantastyczny pomysł dla takiej staruszki jak ja, że wreszcie odpocznę. Wielki błąd! Prowadzenie gospodarstwa to niesamowicie ciężka praca, żadnego odpoczynku! Dopiero jako farmerka poczułam się naprawdę staro [śmiech]. Mama Farm to 28-akrowe gospodarstwo w Brookhaven, które powstało dziesięć lat temu. Naszym celem jest wychowywanie ludzi do tego, żeby rozumieli, czym jest dbanie o naturę i bioróżnorodność. Organizujemy też rozmaite pokazy filmów, spektakli, a także warsztaty i aktywności dla dzieci – wszystko nakierowane na budowanie lokalnej społeczności.

Ma pani jeszcze jakieś aktorskie marzenia? Co byłoby warte tego, żeby zostawić farmę?
Farma jest dla mnie absolutnym priorytetem. Choć zdarza się, że dostaję scenariusz i czuję motyle w brzuchu. Ale scenariusz to zawsze ledwie wskazówka, nie da się w pełni zrozumieć filmu na jego podstawie. Dlatego zdecydowanie ważniejsi są dla mnie ludzie, którzy film tworzą. Dużo spełnienia daje mi teatr. Teraz na przykład jestem w trasie z moim monodramem „Uśmiech Darwina”. Niedawno byłam w Belgradzie, potem w Niemczech. Ta sztuka jest oczywiście o zwierzętach, ale opowiada również o aktorstwie.
Bycie na swoim jest dla mnie bardzo satysfakcjonujące, także dlatego, że nigdy nie lubiłam otoczki towarzyszącej promocji filmów. Wchodzenie na czerwony dywan dla wszystkich nas jest źródłem strasznego stresu. Bardzo trudno jest zmierzyć się z byciem ocenianym przez tak wiele par oczu. Wiem, to część marketingu, ale przecież nikt nie chce być traktowany jak przedmiot. I te pytania: „Co masz na sobie?”... Powierzchowność ważniejsza od wnętrza – na to nigdy się nie zgadzałam. Choć i tak dzisiaj stresuje mnie to mniej niż kiedyś, po prostu mam w sobie o wiele większy luz.

Jest jakaś rada, którą chciałaby pani usłyszeć na początku swojej kariery, a którą dzisiaj mogłaby dać młodej artystce?
Zawsze chciałam być reżyserką, ale nie wiedziałam, jak dojść do tego punktu. Wydawało mi się to niemożliwe, tak mało otaczało mnie kobiet reżyserek. Dziś kobiety pracują na wszelkich stanowiskach w branży filmowej i jest to dla mnie absolutnie wspaniałe. Kiedy byłam młoda, często proszono mnie, żebym zdjęła przed obiektywem ubrania i pamiętam, że bardzo trudno było mi się rozbierać wyłącznie przed mężczyznami. Teraz czułabym się bezpieczniej, wiedząc, że na planie jest wiele decyzyjnych kobiet. Wracając do pytania, jedyna rada, jaką bym sobie dała, to: „Zacznij wcześniej i nie bój się”.

Przez lata była pani ambasadorką firmy kosmetycznej Lancôme, modelką. Jak dziś zdefiniowałaby pani piękno?
Na to pytanie można interesująco odpowiedzieć, przyglądając się właśnie mojej współpracy z Lancôme. Współpracowałam z nimi przez bardzo długi czas [Rossellini była twarzą marki w latach 1982–1996 – przyp. red.], wspólnie zrobiliśmy wiele odnoszących sukcesy kampanii. I nagle, gdzieś po moich 40. urodzinach, powiedzieli, że to koniec, musimy się pożegnać. Nie rozumiałam wtedy dlaczego, przecież tak dobrze nam szło. Poza tym w ich ofercie były też produkty przeciwstarzeniowe, które zresztą reklamowałam. Usłyszałam, że w reklamie chodzi o kreowanie marzeń, a nie o rzeczywistość. A kobiety marzą o tym, by być młode. Miałam czelność się zestarzeć, więc musiałam odejść. Uważałam, że nie mają racji, ale nic nie mogłam z tym zrobić. Potem dotarło do mnie, że jednak świat myślał tak jak oni. Pamiętam, że podczas wizyty w Polsce, gdzie dotarłam właśnie jako ambasadorka kosmetyków, jedna z dziennikarek po wywiadzie powiedziała mi: „To pewnie moje ostatnie takie zlecenie, bo przestaję się już nadawać na wizję”. Ona też była na granicy „wyjścia z akceptowalnego kanonu”, być może za chwilę miała usłyszeć, że jest już za stara. Bardzo to mną wtedy wstrząsnęło.

Niedawno, 23 lata od tamtych wydarzeń, zadzwonił telefon. Zaprosili mnie z powrotem do współpracy. Teraz na kierowniczym stanowisku jest kobieta... Na początku nie byłam przekonana, myślałam sobie, że może wzięliby kogoś innego – starszego, ale nie takiego ducha z przeszłości jak ja, z naszą wspólną wyboistą historią. Ale nie, uznali, że muszą na oczach świata naprawić błędy z przeszłości. „Chcemy ciebie” – powiedzieli. Bardzo mnie to wzruszyło. A skoro Lancôme to nie ruch polityczny, tylko firma zarabiająca pieniądze, to może coś się zmieniło. Może dziś wizerunek atrakcyjnej kobiety może być wysublimowany i elegancki, ale nie musi opierać się na seksualizacji? Być może współczesne kobiety marzą o czymś innym niż młodość?! 

Isabella Rossellini rocznik 1952. Aktorka, modelka, reżyserka, pisarka, filantropka. Córka legendarnej pary – Ingrid Bergman i Roberta Rosselliniego. Karierę aktorską rozpoczęła w roku 1976, od 1982 roku gra w USA, zachwycała m.in. u Lyncha, Schumachera, Maddina. Jest dyplomowaną etolożką i właścicielką farmy Mama Farm w stanie Nowy Jork. Jeździ po całym świecie z autorskimi monodramami. Aktualnie możemy ją oglądać w drugim sezonie serialu „Julia” w HBO MAX i w kinowym filmie „La chimera”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze