1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Jeremi Przybora – ujmujący, czarujący uwodziciel pań. Dziś mija 20. rocznica jego śmierci

Jeremi Przybora (Fot. archiwum K. Przybory/materiały prasowe wydawnictwa Znak)
Jeremi Przybora (Fot. archiwum K. Przybory/materiały prasowe wydawnictwa Znak)
Twórca legendarnego „Kabaretu Starszych Panów". Niekwestionowany geniusz słowa o wyrafinowanym poczuciu humoru, poeta (choć sam wolał określenie: lirycysta). Przedwojenny dżentelmen, przystojny i szarmancki, uroczy i kochliwy. Jego sercem rządziły kobiety, niekwestionowaną królową była Agnieszka Osiecka. Prawdziwą miłość i szczęście znalazł dopiero w trzecim małżeństwie, z Alicją Wirth. W 20. rocznicę jego śmierci publikujemy fragment książki „Żuan Don” Marii Wilczek-Krupy, który pięknie opisuje ich miłość w momencie najtrudniejszym – gdy w świecie Jeremiego zabrakło Alicji.

Fragment książki „Żuan Don” Marii Wilczek-Krupy, wydawnictwo Znak. Wybór fragmentu i skróty pochodzą od redakcji.

Dobranoc, mój chłopie
Złotówki jak liście na wietrze
czeredą unoszą się całą.
Garściami pakujesz je w kieszeń
a resztę taczkami w PeKaO!
Aż prosisz, by rząd ulżył tobie
i w portfel zapuścił ci dren.
Dobranoc.
Już czas na sen.

Dobranoc (1966)

Ledwie się utrzymał na nogach, kiedy Derfel zagrał w kościele tę pieśń. Oddałby wszystko, żeby znaleźć się na miejscu Alicji, a nie stać teraz obok jej prochów i słuchać, jak Jurek – przepięknie i wzruszająco, a jednak jakby z zaświatów – gra najpierw tę kołysankę, później Preludium e-moll Fryderyka Chopina. Wspólnie ustalili repertuar na tę uroczystość, bo Jeremi bardzo chciał, żeby zabrzmiały ukochane utwory Alicji i żeby wykonał je na fortepianie właśnie Jurek Derfel. Ksiądz Wiesław Niewęgłowski pomógł zgromadzić finanse, w kościele św. Andrzeja Apostoła i św. Alberta Chmielowskiego Duszpasterstwa Środowisk Twórczych Archidiecezji Warszawskiej przy placu Teatralnym zgromadziły się tłumy. Droga na cmentarz ewangelicko-reformowany przypominała sen, z którego Jeremi Przybora nie obudził się aż do momentu, w którym trzy i pół roku później spoczął obok Jesiennej Dziewczyny.

Przyjęcie wspomnieniowe zorganizowano na Piekarskiej, ale on nie miał siły nic jeść. Uciekł na antresolę, żeby nie widzieć nikogo, i w pewnej chwili odnalazła go tam przybrana córka Igi.

 – Wiesz, Kot jest cudownym człowiekiem – powiedziała, kładąc się obok niego na kocu. – Wrażliwym, uczynnym… Ostatnio, kiedy byliśmy…

 – Przestań! – fuknął Jeremi, tracąc panowanie nad sobą. – Przestań wygadywać mi takie rzeczy. Czy myślisz, że nie wiem, jak wspaniałym człowiekiem jest mój syn?!

Asia wycofała się wtedy z pokoju.

Nie wiadomo, co było powodem tego nagłego wybuchu. Możliwe, że pasierbica jego drugiej żony, zaprzyjaźniona z Alicją i prowadząca z nią podobne rozmowy na sofie, uruchomiła w nim wspomnienie dawnych, szczęśliwych i beztroskich chwil. A on nie czuł się w tamtym momencie na siłach, żeby wspominać cokolwiek.

Po pogrzebie pojechał z panią Krystyną do Pacewa, żeby na Polach Elizejskich rozprawić się z czarną żałobą. Ale to znowu był wrzesień, co tym razem sprawił, że „prawie nic już nie czuję. Słucham, jak teraz upał zamiera, ciszą pulsuje. Pewno ci dobrze gdzieś o tej porze, pewno przyjemnie. A wokolutko – pejzaż bez smutku, pejzaż beze mnie…”.

Tylko tyle słyszał wtedy przez łzy.

Ze śmierci, które go w życiu spotkały, trzy miały tak bezwzględny wymiar i finalizowały kolejne etapy istnienia: ojca – bo zakończyła dzieciństwo, Jerzego – zamykająca rozdział zatytułowany „piosenka” i teraz Alicji, która mu odebrała życie w ogóle.

Nie okazywał rozpaczy przed ludźmi i nie wylewał publicznie łez, bo wszelki patos i uzewnętrznianie emocji były mu zwyczajnie obce. Nie jest też prawdą, że diametralnie się zmienił po odejściu żony, bo jego natura pozostała bez zmian. Tyle że z pola widzenia usunął się świat, który go dotąd otaczał i wszystko – spacery dla zdrowia, dbanie o kondycję fizyczną, troska o formę i styl – nie miało już najważniejszego odbiorcy. Niebywalencja straciła po prostu sens. Któregoś dnia zwierzył się Katarzynie Wińskiej, że najsmutniejszy jest czas obiadu, który celebrowali wcześniej z Alicją. A w jednej z dedykacji napisał: „Przyjaciółce troski mej”.

To właśnie najbliżsi przyjaciele byli bowiem jedynymi świadkami jego głębokiej, choć wyrażanej oszczędnym słowem i gestem rozpaczy.

 – Niech mi pan powie, co ja mam robić w tej poczekalni? – zapytał retorycznie pana Mirka Smarza, który mu towarzyszył co dnia.

A później, podczas spaceru z synową w ogrodzie botanicznym, natknął się na pawia rozkładającego pióra i zauważył z goryczą:

 – Ja już właściwie nie mam przed kim rozpościerać swoich piór.

Znak, że życie Żuan Dona zakończyło swój bieg.

To pytanie, które zadał Mirkowi, mogłoby sugerować, że u schyłku życia uwierzył w istnienie jakiegoś bytu po śmierci, ale nic bardziej mylnego – nadal miał nadzieję, że po drugiej stronie nic nie ma, a jeśli on na cokolwiek czekał, to wyłącznie na święty spokój i błogą, niczym niezmąconą nicość.

 – Życie jako forma spędzania czasu przestało mnie interesować – powiedział Magdzie Umer i wyjaśnił, że dotyczy to egzystencji zarówno w sferze physis, jak i metaphysis.

Wzruszył się za to ogromnie, kiedy jego przyjaciółka, słysząc kolejne zapewnienia o jego braku wiary w świat istniejący po śmierci, stwierdziła:

 – Nie szkodzi. Ja będę wierzyła za ciebie.

Alicja Wirth, Jeremi Przybora (Fot. archiwum K. Przybory/materiały prasowe wydawnictwa Znak) Alicja Wirth, Jeremi Przybora (Fot. archiwum K. Przybory/materiały prasowe wydawnictwa Znak)

O samej śmierci myślał podobnie jak wcześniej – że jest wybawieniem i najlepiej, żeby przyszła do niego we śnie. Kiedyś, usłyszawszy w radiu o odejściu którejś ze znanych osób właśnie podczas snu, zadzwonił do Anny Borowej i dwie godziny perorował na temat tego, jaka to wspaniała śmierć i że on też chciałby umrzeć w ten sposób. „Z drugiej strony to jednak zależy od tego, co nam się wtedy śni” – doprecyzował później, w telewizyjnej rozmowie z Magdą.

Gdyby miał wierzyć w życie pozagrobowe, to interesowałoby go raczej, czy dotyczy ono wyłącznie ludzi, czy także na przykład budynków. Gdyby tak było, on chętnie zobaczyłby po tamtej stronie Warszawę przywróconą do stanu świetności z przedwojennego okresu, zanim barbarzyńskie decyzje Bora-Komorowskiego, Okulickiego i „Montera” pozwoliły jej obrócić się w gruzy. Albo majątek Chreptowiczów w Szczorsach, z barokowym Białym Domem i neogotycką Murowanką, nietknięty zbrodniczą ręką białoruskiego kołchozu. Gdyby miał wierzyć w cokolwiek, byłoby to właśnie to: drugie życie architektury pochowanej przez ludzi.

Tymczasem – czterdzieści dwa miesiące i dwanaście dni. Tyle trwało jego oczekiwanie na nicość.

Spędził je w towarzystwie rodziny, najbliższych przyjaciół i dwojga ludzi obdarzonych – na przekór jego kondycji – wigorem i życiodajną krzepkością. Wspomniany pan Mirek był, mimo bardzo oszczędnego żywienia („jedzenie uważam za stratę czasu, może poza słodyczami”), istnym wulkanem energii – miał czas i siłę na wszystko: na zajmowanie się pszczelarstwem, wykonywanie różnych prac technicznych na prośbę bliższych czy dalszych znajomych, wreszcie na organizowanie życia „przedgrobowego” Przyborze.

W tych ostatnich latach pomagał starszemu panu we wszystkim – w drobnych i grubszych naprawach, załatwianiu spraw w urzędach, uruchamianiu odtwarzacza wideo albo DVD (niekiedy zdalnie, instruując Jeremiego telefonicznie) i przede wszystkim w transporcie z jednego miejsca na drugie. Ale nie był zwyczajnym kierowcą, złotą rączką czy konserwatorem budynku, jak – dajmy na to – dziadek Pośnik w Pacewie. Raczej przypominał charakterem pacewskiego Zbyszka – był erudytą, miał rozleg­łą wiedzę na wielorakie tematy i przede wszystkim empatię, którą ujmował Jeremiego szczególnie.

Znalazło to odzwierciedlenie w jednej z wycieczek, którą pan Mirek zaproponował swego czasu Przyborze. Podróże nigdy nie były mocną stroną Starszego Pana B i nawet pod koniec życia żałował, że nie zabrał nigdzie Alicji i nie umożliwił jej zobaczenia świata (poza tym żałował jeszcze tylko jednego – że w latach pięćdziesiątych naiwnie uwierzył w komunizm), ale co innego spacery i jednodniowe wycieczki za miasto. I kiedyś pan Mirek zawiózł go w okolice Łomianek, nad Wisłę, gdzie mieniły się bielą i różem piękne kwitnące głogi. To było jak balsam na jego zbolałą duszę – bycie w nowym miejscu, słuchanie śpiewu słowików i patrzenie na żywe, tryskające soczystością rośliny, które kojarzyły się z mamą i z Alicją. I z Proustem.

Wycieczki do Pacewa nie były już – co zrozumiałe – tak radosne, jak wcześniej, zanim nieznani sprawcy zabrali Jeremiemu Alicję. Pan Mirek starał się wybierać zawsze inną drogę, żeby urozmaicić widoki, ale kiedy przyjeżdżali na miejsce, po pierwszym łyku powietrza przychodziły melancholia i żal połączone z bolesną tęsknotą za życiem.

 – Bywało, że po piętnastu minutach pan Jeremi chciał wracać. Nie potrafił znaleźć sobie miejsca – opowiadał Mirek o żałobie Przybory.

Towarzyszyła im w tych wyjazdach zawsze pani Krysia – druga osoba, która organizowała życie Pana B po odejściu Alicji, nieustępująca temperamentem Mirkowi. Nastała w domu Przyborów w maju 2000 roku, na trzy miesiące przed śmiercią najważniejszej w tym domu osoby. Wcześniej pracowała u Maryli Rodowicz, ale zrezygnowała z powodu konfliktu z jej mężem. Dowiedziała się o tym Magda Umer i poleciła ją Przyborom. A kiedy Alicja odeszła, Jeremi poprosił, żeby została i poprowadziła mu dom.

[...]

W tym czasie postanowił także uporządkować swoje pamiątki i w ten sposób, bez cienia sentymentu, mnóstwo dokumentów wylądowało w śmietniku.

 – Mój przyjaciel ze szkoły Leszek Rybarczyk zapamiętał, że tata prosił nas o wynoszenie pudeł wypełnionych papierami. Wywalał wszystko bez mrugnięcia okiem – opowiadał Kot, który później żałował, że nie ocalił lis­tów i innych reliktów od śmierci.

Magda Umer, patrząca na ten proceder ze zgrozą, zdołała uratować (a wkrótce także zaśpiewać) wspomnianą wcześniej piosenkę Najcichszy tekst, której pierwsze strofy brzmiały tak:

Nie głośniej snu,
nie głośniej łez,
nie głośniej tchu
zdyszanych serc.
Na skrawkach cisz
bezsennych sjest
nagrywam ci
serdeczny list,
odwieczny tekst.
Jest cichszy od
trzepotu ćmy
od szmeru słot
w milczeniu mgły.
Bezradny jak
rozstajny znak.
Nie, ty przecież mnie
nigdy nie usłyszysz,
bo mój list
cichszy jest od ciszy.

Jeremi uważał, że tekst nie nadaje się do niczego, dlatego wylądował tam, gdzie było jego miejsce, czyli w koszu na śmieci. Magda się jednak uparła, wyciągnęła pomięty rękopis i kilka lat później zaśpiewała tę najpiękniejszą jej zdaniem modlitwę człowieka, który wierzył jedynie w nicość, wykorzystując muzykę skomponowaną przez Michela Legranda blisko czterdzieści lat wcześniej, na potrzeby filmu Lato roku 1942.

Ja dopiero wtedy, przygotowując płytę Noce i sny, zorientowałam się, że Jeremi napisał Najcichszy tekst właśnie do tej najpiękniejszej z filmowych melodii. To była jego rozmowa z Bogiem, tym samym, w którego nie wierzył, absolutnie zniewalająca i piękna, wręcz jeden z cudów świata – opowiadała w wywiadzie dla radiowej Jedynki. – Potem Magda Czapińska powiedziała mi, że Ania Jopek wykonała ten utwór na płycie Henryka Miśkiewicza, ale Jeremi nie był zadowolony z efektu i piosenka przepadła w eterze. Uważam, że udało mi się odkryć ją na nowo i cieszę się z tego ogromnie.

Odkryła zresztą i uratowała od zapomnienia kilka innych porzuconych piosenek, w tym Miłość do panny przedwojennej, rozpoczynającą się od wiele mówiących słów:

Oboje byli przedwojenni,
on zakochany, ona nie tak.
Nie chciała mu się odwzajemnić,
zaczął więc on jej grozić biedak
że się zastrzeli, bo ma dość,
a ona na to mu na złość:
zabierz ten wzrok z mych ust i piersi,
zrób raczej to, czym grozisz – wszystko:
zastrzel się, otruj, z czegoś wyskocz,
a ja pokocham cię po śmierci.
Przyniosę kwiaty ci na grób
i płacząc złożę u twych stóp.
Kochała będę cię po śmierci,
po śmierci będę kochać cię.

W dalszej części piosenki Jeremi zawarł reminiscencje swoich przemyśleń powstańczych, pisząc, że „czas ponury nadszedł, w którym los męs­ki nie był pannom obcy. Pomimo kruchej swej struktury ginęły często tak, jak chłopcy”. Rękopis dotarł do Adama Sławińskiego, który napisał do niego cudowną muzykę, z elementami przedwojennego tanga. Magda umieściła ją w zestawie siedemnastu ukochanych piosenek (do tekstów różnych poetów) zarejestrowanych w 2010 roku właśnie w ramach Nocy i snów.

Wtedy, po śmierci Alicji, jej bliskość z Jeremim stała się jeszcze większa. Dzwonił do niej codziennie, od razu o dziewiątej piętnaście, kiedy przyzwoitość i elementarna kultura pozwalały na kontakt z drugim, choćby i najbliższym człowiekiem. I kiedy – co było równie istotne – Magda była już w domu sama i mogła rozmawiać swobodnie.

 – Andrzej? Boże! Przecież to moja godzina! A co ty jeszcze robisz w domu?! – wypalił któregoś dnia zaskoczony, że telefon odebrał pan domu, zwykle spędzający poranki w drodze do odległych Katowic.

 – Och bardzo cię przepraszam, Jeremi. Już wychodzę! – odpowiedział natychmiast pan Andrzej.

Był mężem Magdy od pierwszej połowy lat osiemdziesiątych i stanowił charakterologiczne przeciwieństwo swojej żony. Łączyło ich natomiast podobne poczucie humoru, przyjaźń i silna potrzeba wolności, na której oparli rodzinną i małżeńską synergię. To dlatego Andrzej Przeradzki tak dowcipnie odpowiedział Jeremiemu, zamiast go ofuknąć za zadanie głupiego i – co tu dużo mówić – bezczelnego pytania. Krzysztof Materna uważał, że panowie darzyli się wielką sympatią, a Przybora pokochał „Płetwonurka” (jak nazywano Andrzeja) od chwili, w której ten opowiadał, że Jeremi jeździł na des­korolce pod biblioteką i w ten sposób zawarł znajomość z jego ukochaną żoną. Któregoś dnia Materna przyszedł do Przeradzkich podziwiać zainstalowaną na tarasie szopkę i wtedy zobaczył, jak Andrzej czołga się po ziemi, ciągnąc jakieś linki, które uruchamiały choinki ustawione obok dekoracji.

 – Jutro przyjdzie do nas Jeremi. Ma kłopoty z kolanami, chciałem mu leśne spacery chociaż w taki sposób przybliżyć – wyjaśnił zaskoczonemu gościowi.

Nie zawsze jednak tak było i zdarzały się chwile, w których Andrzej Przeradzki miał żal, że nie bywa w Pacewie i że jego żona jest tak zżyta z Jeremim. Tym bardziej że Przybora bywał w tych kontaktach zaborczy i denerwował się, kiedy Magda nie miała dla niego czasu albo wyjeżdżała z Warszawy i odwoływała spotkania.

 – Chciał władać moim czasem i być na pierwszym miejscu. Na szczęście Andrzej był bardzo mądrym człowiekiem i wiedział, że to zupełnie inny rodzaj uczucia. Miał jednak dla Jeremiego jednocześnie i czułość, i zazdrość – opowiadała Magda.

Bo oczywiście krążyły o nich plotki od samego początku – że mają romans, że tradycja zobowiązuje, że połączyła ich miłość.

 – Oczywiście, że połączyła, kto mówi, że nie? Tyle że miłość ma wiele odcieni i wcale nie musi oznaczać romansu. Przyjaciół też można kochać, a ja kochałam zarówno Jeremiego, jak i Alicję – wyjaśniała przyjaciółka Starszego Pana B.

Widywali się zawsze w środy i te rytualne posiady rozpoczynali o dziewiątej rano w mieszkaniu na Baker Street, później – gdy pani Krystyna rozpoczynała codzienną symfonię garnkową – kontynuowali rozmowy na ławce pod czarną sosną rosnącą w pobliżu ogrodu botanicznego albo podczas spacerów w Łazienkach czy w okolicach dawnego mieszkania Ondyny. A czasami spędzali czas w restauracji i wtedy Jeremi rozklejał się nad potrawami we właściwej sobie, rozpoetyzowanej konwencji:

 – Boże, jak Alicja ogromnie lubiła kalafiory… – rozmarzył się przy jednym ze wspólnych posiłków.

Innym razem, gdy był już poważnie chory i – z powodu czerniaka – amputowano mu fragment lewego ucha, powiedział do Magdy, że chciałby przed śmiercią zjeść gęś.

 – Wyraził to pragnienie w tak natchniony i liryczny sposób, że każde z tych zdań można było uznać za najpiękniejszą poezję – opowiadała Magda. – Dopiero kiedy ja odpowiedziałam, że wolę pieczoną kaczkę, zrobiło się bardziej przyziemnie.

Jeremi uważał Magdę za słoneczny i stały element krajobrazu coraz gęściej spowitego w cień i wielokrotnie powtarzał, że jeśli ma cierpliwie oczekiwać na śmierć, to chciałby, aby odbyło się to w najmniej bolesny sposób. Tym właśnie najmniej bolesnym sposobem były środowe spotkania, dlatego któregoś dnia, zachowując absolutną powagę, powiedział:

 – Wiesz, Magda, gdybyś nie miała męża, to ja ubrałbym się w czarny aksamitny garnitur i poprosił, żebyś została moją żoną.

 – O rany, Jeremi! Ale co byśmy robili?

 – No jak to co? Moglibyśmy przebywać z sobą cały czas i nie trzeba byłoby się rozstawać!

Śmiała się wtedy serdecznie z tych wytwornych oświadczyn starszego pana, co to nadal był jak „ujmujący, czarujący uwodziciel pań”, i dziewczyny tego pana z każdej strony otaczały, „zakochując się i trując tuzinami dlań”. A później, kiedy tego pana zabrakło i o dziewiątej piętnaście telefon nie dzwonił, nie mogła znaleźć sobie miejsca i mówiła, że otacza ją „piekielna nieobecność”.

Spotkania z Jeremim obejmowały też, jak wiadomo, wizyty w kinie, a kiedy Magda nie mogła, Starszy Pan B oglądał filmy z synem albo z Karoliną Goźlińską – młodziutką sąsiadką z Piekarskiej. Kłócił się z nią czasami o to, kto zapłaci za kino, a raz nawet powiedział, że ma „wakat na wnuczkę”. Cenił sobie tę znajomość ogromnie i dał temu wyraz w dedykacji umieszczonej w Memuarach pod adresem jej mamy: „Pani Wandzie – z wyrazami sympatii zaocznej wprawdzie, niejako per procura, ale za to ugruntowanej przyjaźnią z samą Procurą, najpiękniejszą bodaj sąsiedzką przyjaźnią na całym podwórku”.

Nie można powiedzieć, że był w tych czterdziestu dwóch miesiącach „niepotrzebnego dodatku”, jak nazywał życie po odejściu Alicji, sam.

Polecamy: „Żuan Don” Maria Wilczek-Krupa, wydawnictwo Znak (Fot. materiały prasowe wydawnictwa Znak) Polecamy: „Żuan Don” Maria Wilczek-Krupa, wydawnictwo Znak (Fot. materiały prasowe wydawnictwa Znak)
Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze