1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Edyta Bartosiewicz - Idąc za swoim głosem

Edyta Bartosiewicz - Idąc za swoim głosem

Prawie dekada milczenia. Żadnych płyt, wywiadów, wyjaśnień. Dziewięć lat troski fanów, spekulacji mediów. I nagle zaproszenie do bardzo osobistej rozmowy, o której sama Edyta Bartosiewicz powiedziała: „ten wywiad stanowi wyłom w moich zwyczajach”

– Skąd potrzeba odezwania się właśnie teraz?

– Po pierwsze, dojrzałam już do podzielenia się z ludźmi tym, co przeżyłam. Taką spowiedź obiecałam podczas wywiadu z Piotrkiem Metzem przed Orange Warsaw Festival. Nie ukrywam, że planowałam wtedy wydać płytę jesienią po Orange. Ten pierwszy po latach własny koncert miał zapowiadać mój powrót. Był bardzo ważny i potrzebny – wyjście na scenę, energia od ludzi, uczucie, że wciąż jest miejsce dla mnie w ich sercach – wszystko to miało niesamowity wymiar. Misterium. To, że się tam nie wyrąbałam na gitarze, której całe lata nie brałam do ręki, że nie pomyliłam się w jakiś spektakularny sposób – to cud. W każdym razie tak, jak odrzucałam z reguły propozycje, które płynęły do mnie przez te lata, tak w przypadku Orange przeczuwałam, że to dobra decyzja. Bardzo chciałam wydać płytę w 2010 roku, myślałam, że jedno z drugim świetnie się sklei.

– Ale się nie skleiło. Płyty wciąż nie ma.

– Nie skleiło się z powodu mojej niemocy, o której zaraz opowiem, a która nie ma związku z tym, co o mnie przez ten czas pisano...

– Że narkotyki, alkohol...?

– Albo depresja. Rozmawiamy dziś, bo mam taką potrzebę bez względu na to, czy płyta wyjdzie za miesiąc, czy za pół roku. Do tej pory warunkowałam wywiady ukazaniem się kolejnego albumu, kierowałam się artystyczną potrzebą.

– Płyta była jak alibi, jak parawan?

– Tak, chowałam się za teksty piosenek, bo wstydziłam się mówić o swoich uczuciach wprost. Wstydziłam się, bałam, nie chciałam. Moje prywatne życie było, jest i będzie strzeżone. Do dzisiejszej naszej rozmowy przyczynił się projekt, który nie ma związku z płytą, a za moment zaistnieje. Dostałam propozycję napisania piosenki do disnejowskiego „Kubusia Puchatka”. I zrobiłam to. Bo mam sentyment do Kubusia jeszcze z dzieciństwa, po drugie – bo to tak, jakby mi ktoś zaproponował napisanie muzyki do „Jamesa Bonda”, takich propozycji się nie odrzuca. Po trzecie – praca nad „Puchatkiem” okazała się podmuchem świeżości po latach międlenia materiału na płytę. To zadanie ogromnie mnie zmobilizowało i oderwało na chwilę od pracy nad albumem, a jednocześnie stworzyłam coś istotnego. Wkrótce więc ludzie usłyszą w radiu piosenkę do „Puchatka” pod tytułem „Witaj w moim świecie”. A gdzie jest płyta? – zapytają – a co się działo przez dziesięć lat? Stąd jesteś u mnie, żebym mogła wyjaśnić, dlaczego tak się to wszystko ułożyło.

– Dlaczego tak się ułożyło?

– Dlatego, że... straciłam głos.

– Tak z dnia na dzień?

– Nie, to się działo stopniowo. Działo się podstępnie, tak jakby cichy wróg systematycznie rozprawiał się z tobą od środka. A ty nie zdajesz sobie sprawy z tego, że jesteś atakowana, nie słuchasz przekazywanych od własnego ciała sygnałów, nie masz ze sobą kontaktu. Zawsze byłam suchym liściem na wietrze, jak gnana wiatrem torebka w scenie z „American Beauty”. Bezwolna, nieukorzeniona, oderwana, mająca problemy z tożsamością. Nie wiem, jak nagrałam tych kilka płyt w latach 90. To był dar z nieba. Gdybym nie mogła swoich emocji rozładowywać w sporcie, a przez drugie pół życia w muzyce, o wiele wcześniej zaczęłyby się dziać ze mną złe rzeczy.

– A kiedy zaczęły się dziać? – W 2002 roku nagrywałam materiał na płytę. I pięknie nam się nagrały podkłady, wszystkie instrumenty, aż przyszło do wokali. Kiedy nagrywaliśmy singiel „Niewinność”, poczułam, że nie mogę śpiewać. Ale nie to, że nie mogłam się wzbić na nie wiadomo jaki poziom, bo sobie ubzdurałam, że będę brzmieć jak Maria Callas. Walczyłam zaledwie o swój dawny, satysfakcjonujący pułap możliwości. Tymczasem brzmiałam coraz gorzej. Nie było dawnej ekspresji, dawnej Edyty, dawnej przyjemności ze śpiewania.

– Jakie są słowa „Niewinności”, że nie chciały „przejść przez gardło”?

– „Dokąd odeszłaś moja piękna?/co z tobą stało się?/W swe siły zbyt ufna zgubiłaś drogę...”. Niesamowite, bo ten tekst zapowiedział moje zniknięcie, co ludzie skojarzyli jakoś potem. Ale z tymi piosenkami zawsze było tak przedziwnie, idealnie trafiały w chwilę i były jakby pamiętnikiem, cytatami z mojego życia.

– Może dlatego przy „Niewinności” zaczęłaś się z czymś mocować.

– Raczej zaczęłam coś przerabiać. To jest piosenka o utraconej niewinności. Porównałam ją do dziewczyny, która nagle znika i nikt nie wie, co się z nią stało. Pewnego dnia budzisz się i czujesz, że już nic nie jest tak jak kiedyś, że coś straciłaś.

 
– Chodzi o niewinność czy beztroskę?

– O wszystko, o to dziecko, które człowiek ma w sobie pielęgnować przez całe życie.

– Tamta piosenka została wydana jako ostatnia przed przerwą.

– Nagrywałam ten numer przez trzy miesiące dzień w dzień, wierząc, że problem głosu to chwilowa niedyspozycja. W końcu pod presją wydawcy i podpisanego kontraktu piosenka poszła, choć nie byłam z niej zadowolona. Tam nie słychać mojego głosu, ekspresji, z którą chciałabym wyjść do ludzi. Postanowiłam wstrzymać prace nad płytą. Nie udzielałam informacji, bo wierzyłam, że zaraz wszystko wróci do normy. Nie sądziłam, że to przeciągnie się w lata.

– Kiedy się zorientowałaś?

– Przez pierwsze dwa lata non stop siedziałam w studiu i nagrywałam wokale na płytę. Zmieniali się tylko realizatorzy. Wszystko szło do kosza, bo głos był słaby, tępy i pozbawiony energii. Okazało się, że ze strunami głosowymi było wszystko w porządku, szukałam więc przyczyn niemocy głębiej. Robiłam analizy, morfologie, gastroskopie. Wszystko w normie, a ja nadal nie mogłam śpiewać i nikt nie potrafił mi powiedzieć dlaczego.

– To się brało z głowy?

– Nie wiem, nie umiem ci powiedzieć. W 2004 roku przyszła propozycja duetu z Krzysztofem Krawczykiem. I mimo, że wciąż nie mogłam zaśpiewać swojej płyty, zgodziłam się od razu. Intuicyjnie wyczuwałam, że powinnam to zrobić. Ta piosenka stała się nośnikiem ważnej wtedy dla mnie treści, chociaż śpiewam ją chorym, matowym, nie swoim głosem, co zresztą jakiś dziennikarz wytknął mi w recenzji. Bardzo zabolało, ale miał rację.

– Poczułaś się zdemaskowana?

– Tak. Chciałam ukryć prawdę przed światem. Nie chciałam, by ludzie wiedzieli, że nie mogę śpiewać tak jak dawniej. Wstydziłam się swojej niemocy, bałam się jej. Ja, zawsze silna, bo tak chciałam siebie postrzegać, mocno zawiadująca męskim zespołem, posyłająca chłopakom ostre teksty...

– A tu pierwszy raz miałaś się zmierzyć ze swoją słabością.

– Pewnie musiałam się z nią zmierzyć wielokrotnie wcześniej, tylko w tym momencie dotknęło to mojej najczulszej, nomen omen, struny. Nie sądzę, żeby było coś innego, co mogłoby mnie wtedy zatrzymać. A funkcjonowałam coraz gorzej.

– Ponieważ...

– ...nie umiałam sobie dawać rady z emocjami. Nigdy. A we mnie były takie napięcia i takie energie, że... naprawdę nie musisz być narkomanem czy alkoholikiem, żeby zrujnować sobie zdrowie. Wystarczy, że nie masz kontaktu ze sobą. I wszystko, co przychodzi z zewnątrz, dotyka cię do żywego, bo nie masz dystansu, obrony, oparcia w sobie.

– „...za dużo widzę, zbyt mocno czuję”.

– W 2005 roku zauważyłam, że nie pracuje mi przepona. Ciało było jakby martwe, nie mogłam w pełni oddychać. Przybrałam na wadze, zapadłam się w sobie. Po nitce do kłębka doszłam do wniosku, że wszystko się we mnie rozwaliło. Czułam, że organizm się degeneruje.

– Czy kojarzyłaś już, że ma to związek z emocjami?

– Nie od razu. Moje ciało było zblokowane wskutek kumulowanych przez całe życie napięć emocjonalnych. Nie umiałam ich widocznie skutecznie rozładowywać. Wszyscy mamy z tym problem. Wtedy najbardziej przerażająca była niewiedza, brak diagnozy, lekarstwa, brak perspektywy. Okropne lata. Na pewno popadałam w jakieś skrajne stany, chociaż i tak uważam, że nieźle sobie poradziłam. Wciąż wierzyłam, że następny dzień będzie tym, w którym wyjdę z tunelu. Pamiętam, jak kiedyś dowiedziałam się o historii Krzyśka Jaryczewskiego [wokalista Oddziału Zamkniętego]. Mój ulubiony rockman, superzdolny człowiek, taki „prawdziwek”, zachorował i nie mógł śpiewać. Pomyślałam wtedy – ponieważ nigdy nie śpiewałam technicznie, tylko darłam się na emocjach i forsowałam gardło – że boję się jednego: utraty głosu. Widocznie zawsze siedział we mnie ten lęk. Może zresztą typowy dla śpiewaków.

I zobacz, dziesięć lat później mam podobny problem jak Krzysiek, dopada mnie dokładnie to, czego się tak bałam. O ironio losu, dopiero po trzech, czterech latach zaczęłam podejrzewać, że utrata głosu jest sygnałem ostrzegawczym, czubkiem góry lodowej. Najprawdopodobniej rozpadałam się już w latach 90. Nie prowadziłam zbyt higienicznego trybu życia. Ale najważniejszą rolę odegrały braki zdrowych mechanizmów obronnych. Bo czy można nazwać mechanizmem obronnym agresję, tym większą, im jesteś słabsza w środku? Niektórzy ludzie postrzegali mnie jako ostrą, opryskliwą. Ale gdybym miała w sobie tylko agresję, to czy moi muzycy graliby ze mną tyle lat? Mogli dawno odejść do innych zespołów, mieli propozycje. A trwają przy mnie. Więc musiało być we mnie coś jeszcze. Poza tym zawsze starałam się być sprawiedliwa. Myślę, że wyjściowo miałam kapitał na transformację. Inaczej nie byłoby na nią szans. A kiedy się w tym wszystkim połapałam, zorientowałam się, że nie walczę już tylko o głos.

– O siebie?

– O życie.

– A jak ono wtedy wyglądało?

– W miarę normalnie. Utknęłam w moim dawnym domu na Madalińskiego na wiele lat, ale przez ten czas odwiedziło mnie tam sporo ciekawych, skrajnie różnych osób. Nie byłam więc do końca eremitą. Miałam niski poziom energii, który pozwalał mi zapewnić sobie jedynie przetrwanie. Wyjście do świata kojarzyło mi się z luksusem, na który po prostu nie było mnie wtedy stać. Stała się też dla mnie rzecz najważniejsza. Gdyby mnie nie kopnęło w to, co najczulsze, prawdopodobnie nie nawiązałabym tak fajnego kontaktu ze swoim synem. Różne mieliśmy przejścia, bo ja, osoba nieposkładana emocjonalnie i pobudliwa, nie powiem, matką idealną nie byłam. Aż nagle zostałam w domu. I się tym domem zajęłam. Zaczęłam gotować, po powrocie ze szkoły na Aleksego zawsze czekał obiad. Mogłam być przy nim, rozmawiać, patrzeć, tworzyć bliskość. A potem w domu pojawił się pies, co też jest niesamowite, bo wcześniej bałam się psów. Uczyłam się na nowo budować relacje ze światem. W tym czasie jeździłam też dużo do Powsina, prawie codziennie na kilka godzin. To był mój azyl, gdzie mogłam spokojnie zatopić się w swoich myślach, snuć plany. Znalazłam tam bezpieczny dystans do świata.

– Zdrowiałaś? – Bardzo powoli. To jest długi, żmudny proces. Przełom nastąpił w 2006 roku. Było już tak źle, że wylądowałam w szpitalu.

– Co się stało?

– Napad lęku, brak oddechu, bo nie działała przepona. A my nie doceniamy wagi oddechu tak jak na przykład Chińczycy. Wydaje nam się, że jest naturalny i dany na zawsze. Tymczasem stresy oddech spłycają, co prowadzi do chorób. 2006 rok był smutny, tym bardziej że zmarł Jacek Nowakowski, mój przyjaciel i menedżer. Zmarł nieoczekiwanie, w bardzo młodym wieku. Poza bólem, z jakim to przyjęłam, pojawił się strach, że i ja umrę. Stąd pewnie panika.

– Śpiewasz „Upaść, by wstać”.

– Bywało trudno, wściekałam się i płakałam, pytając, dlaczego mnie to spotkało. Powoli, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, zaczęłam czuć, że coś we mnie się zmienia, odblokowuje. To były pierwsze oznaki zdrowienia. Ale – zanim to nastąpiło – co najważniejsze, zwróciłam się o pomoc. To był przełom, bo wcześniej nie chciałam przyjmować pomocy ani o nią prosić. Musiałam się przyznać przed innymi, a przede wszystkim przed sobą, że sobie nie radzę.

– Co pomogło?

– Trudno powiedzieć, bo próbowałam tylu różnych rzeczy. Korzystałam z konwencjonalnych metod leczenia, jak np. technika Alexandra, psychoterapia czy ostatnio osteopatia, ale bywałam też u tzw. healerów, czyli uzdrowicieli. Rok temu zrozumiałam, że najważniejsze są jednak ćwiczenia fizyczne. Przez dużą część swojego życia trenowałam sport, więc łatwiej mi było wziąć się za siebie. Myślę, że wiara i upór sportowca odegrały tu kluczową rolę.

– 2010 rok. Wychodzisz na scenę Orange Warsaw Festival...

– Wychodzę, bo się zobowiązałam wiele miesięcy wcześniej, kiedy sądziłam, że będę gotowa. Wychodzę więc, mimo że głos jest wciąż słaby i brakuje mi pewności siebie. Gdyby nie ludzie, którzy mnie tak ciepło przyjęli, nie wiem, jak bym sobie poradziła. Chociaż moi znajomi po koncercie powiedzieli, że wyglądałam na najszczęśliwszą na świecie.

– Też miałam takie wrażenie.

– Nie czułam się do końca komfortowo, ale potrafiłam już nad tym zapanować. Nie dać się temu pokonać. I co się okazało? Że goniąc za głosem, zdobyłam znacznie więcej. Mogłam się skupić na sobie, na synu, na relacjach z najbliższymi. Mogłam w to wszystko zainwestować.

– Złagodniałaś? – Nie chcę już oceniać ludzi, zmalał też mój krytyk wewnętrzny, a to daje wolność, zaczynasz się fajnie ze sobą czuć. Staram się teraz kierować zasadą: czego potrzebuję, a nie chciejstwem. To daje szansę na optymalny wybór. Na pewno jestem spokojniejsza.

– Odbyłaś długą podróż w głąb siebie.

– Moja droga jest saturniczna, powolna. „Moja droga” – to tak banalnie brzmi, ale jak się ją odnajdzie, wtedy te słowa nabierają mocy. Okazuje się, że życie daje nam sygnały, tylko my nie potrafimy lub nie chcemy ich odczytać.

– Czy zdarzało się, że za to, co się stało, obwiniałaś innych?

– Szybko zrozumiałam, że wszystko jest we mnie. Teraz przypominam sobie bardzo wyraźnie, że od dziecka zazdrościłam ludziom wyważenia, ładu, spójności. Patrzyłam na ich zharmonizowane z wnętrzem sylwetki. Poruszały się płynnie, jak w pantomimie. A ja? Zawsze rozwalona, postrzępiona wewnętrznie. Czułam się kwadratowa. Pamiętam, jak od dawna marzyłam o zaznaniu chociażby roku harmonii, spokoju, żeby zdążyć poczuć, jak to jest.

– Poczułaś?

– Dochodzę do tego.

– A co z głosem?

– Jest coraz silniejszy i dźwięczniejszy. Poczułam to, nagrywając piosenkę do „Kubusia Puchatka”. Wreszcie jestem zadowolona.

– Wydasz płytę?

– Tak. Ale to dziś mniej ważne. Moja długa podróż dała mi inny skarb. Do momentu załamania widziałam swoją wartość jedynie w piosenkach, które tworzę, a nie w tym, jaką jestem osobą. Świadomość trudu i mojej pracy przez ostatnie dziewięć lat pozwala mi dziś cenić samą siebie jako człowieka. I polubić siebie.

– Jak Puchatek, gdy „postanowił, że przez całą resztę poranka będzie siedział pośrodku strumyka i cieszył się z tego, że jest Puchatkiem”?

– Właśnie tak. Dzięki ci, Puchatku, że przyszedłeś po mnie, wziąłeś za rękę i powiedziałeś: „Nie marudź. Idziemy”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).